niedziela, 14 lutego 2016

CreepyPasta Story (Love Story..)


  Miłego czytania, moje Koszmarki! ^^ <3



 I nadszedł ten dzień. W.A.L.E.N.T.Y.N.K.I. Dla niektórych to magiczny dzień wypchany miłością i Kupidynami, a dla innych jeden z tych gorszych, a inni po prostu cieszą się z promocji walentynkowej na czekoladki. Ale dla Tobyego to był wyjątkowy dzień, w którym mógł kupić gofroenicę po 30% obniżce. Tak, w tym dniu czuł się jak król życia. On i pozostała rodzinka CreepyPast. Właśnie Toby wraz z Clockwork, Ann i Maskym przechodzili się po sklepach w poszukiwaniu tej jedynej gofrownicy i tego jedynego miksera. Toby przez cała drogę dokuczał Masky, jednak ten już dawno się przyzwyczaił do docinek szatyna.
 - Ile jeszcze będziemy tak łazić? - marudziła Ann - Zaraz mi nogi odpadną..!
 - Musimy kupić tą gofrownicę... - powtarzał Masky - I mikser..
Nagle przed oczami całej czwórki coś błysnęło na czerwono. Wnet rozległ się czyiś śmiech. To był dziecięcy śmiech i szyderczy... Każdy poczuł się nieswojo.
 - Co to było? - zaniepokoiła się Clocky, jednak nikt jej nie odpowiedział.
Po chwili Masky głośno krzyknął " Aaaau!!" i odskoczył kilka kroków do przodu. Podas gdy wszyscy zastanawiali się co to było, Toby sobie gdzoeś zniknął. Po prostu wyparował. Nagle rozległ się jego wrzask:
 - Ekipa, paczcie co znalazłem!!
Cała trójka pobiegła w stronę głosu, czyli na drugą stronę ulicy. Za ławką, w krzakach trwała jakaś wojna, jednak po momencie wypełz z nich Toby, trzymający w dłoniach małego kupidyna.
 - Żeby cię szlag! - krzyknął i wycelował strzałę w krztałcie serca w stronę Tobyego - Zginiesz z powodu nieszczęśliwej miłości!!
 - Że niby ja? - zdziwił się i uniknął pocisku, coraz bardziej ściskając go za skrzydła - Chyba coś ci się pomieszało...
 - Cholera! Gdzie pozostali kupidyni?!
Nagle przed oczami znowu błysnęło coś czerwonego. Nad ich głowami coś przeleciało, a właściwie ktoś, do tego prosto w krzaki. Po jakiejś minucie bezczynności, z krzewów wyleciał... Jeff. Był prawdziwym kupidynem. Miał piękne, białe skrzydła, różowy łuk, strzały w krztałcie serc, tylko brakowało pieluchy, no i był... mniejszy. Był w wielkości bobasa. Bezradnie trzepotał malutkimi skrzydełkami i powtarzał:
 - Machaj lub giń, machaj lub giń, machaj lub giń...
Wszyscy stali oszołomieni, a kupidyn zdążył się już uwolnić z uścisku Tobyego, lecz nie mógł latać. W końcu Masky się odezwał:
 - Jeff..? Kupidyn? Co to za czarna magia?
 - Trzeba jakoś zarobić - czarnowłosy wzruszył ramionami i trafił strzałą jakąś blondynkę - Dlaczego skrzywdziliście Alcfera?
Wszyscy skierowali wzrok na tamtego, który nie mógł już latać, a Toby przewrócił oczami. Nagle rozległ się błysk błyskawicy, a potem grzmot. Alcfer i Jeff od razu się obudzili:
 - To zmory... - powiedzieli równocześnie.
 - Czym są zmory? - spytali Ann i Clockwork.
 - To wyjątkowo wredne bestie - tłumaczył Alcfer - Wywołują kłótnie wśród ludzi, doprowadzając do rozstania i gnębią kupidynów.
 - Aha - przytakiwał Toby - To my idziemy.
 - Stój! Przybyłem po twoją duszę! - rozległ się czyiś pisk. Za nimi stała jedna ze zmor, a dokładniej to Ben - również był w rozmiarach dziecka, miał szarą skórę, czarne skrzydła, podarte ubrania, a wokół niego unosiła się czarna mgła. Trepotał skrzydełkami próbując nie tracić równowagi i patrzeć na wszystko z góry. Miał przy sobie też czarny łuk i strzały w krztałcie czaszki. Nie wyglądał strasznie. Raczej słodko, kiedy próbował udawać groźnego. Zaraz za nim ujawniły się dwie kolejne zmory - Kasper i EJack.
 - To żart, prawda..? - zaczął Toby i jednym uderzeniem strącił Bena na ziemię. Zdenerwowany całą sytuacją, trafił go pociskiem, jednak żadnej reakcji. Lekko podirytowani Masky, Clocky, Ann i Toby zaczęli się powoli wycofywać. Gdy całkowiie zniknęli, zmory i kupidyny zaczęli ostrą walkę słów, kończąc na rękoczynach. W trakcie bitwy, Ben został trafiony kijem przez anioła, który okazał się być Tobym....
 - Won od moich kupidynków!! - wrzasnął dobijając Bena.
 - Jak ty się stałeś aniołem?! - zdziwił się Kasper, który również oberwał.
 - A nie, tak tylko skrzydła przykleiłem. A teraz won!
Niespodziewanie do akcji wkroczył kolejny anioł, jeśli w ogóle można go tak nazwać. Walnął Tobyego patykiem i krzyknął:
 - Won od moich zmor!
 - A ty to kto? - spytał Ticci i walnął go kijem.
 - Lucyfer, The Bill'u...
Wszystkie trzy zmory schowały się za upadłym aniołem, zaś kupidyny za Tobym. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, po czym Lucyfer odleciał z Benem, Jack'iem i Kasperem w górę, błysła błyskawica i zniknęli. Alcfer i Jeff odetchnęli z ulgą i wyszli zza pleców brązowookiego.
 - Co to było? - spytał nieświadomy tego co się dzieje.
 - Zmory pokonane - powiedział dumny Jeff - To teraz obowiązki! - po czym trafił strzałą w Tobyego.
Nagle poczuł dziwne uczucie. Tak jakby motylki w brzuchu...
 - Po prostu chce mi się srać - pomyślał i udał się do domu.
Na miejscu zastał normalnego Jeffa, wypoczywającego na schodach. Mocno się zdziwił, przecie moment temu widział jego walentynkową wersję. Zastanawiał się, czy nie zrzucić go z schodów. Na jego lewym ramieniu pojawił się diabeł, który go do tego zachęcał, a na prawym anioł, który namawiał by go kopnął w jaja, bo bardziej zaboli. Ostatecznie poszedł na kompromis. Najpierw kopnął, potem zepchnął.
 - Zabiję cię... - wymamrotał i rzucił się na niego, zanim jednak zdążył zrobić mu jakąś krzywdę, to kupidynowa wersja Jane trafiła go strzałą. I to nie taką w krztałcie serca, tylko prawdziwą. Troszku krwi się mu polało z ramienia... Toby uśmiechnął się i powędrował do salonu, a Jane ciskała w niego i Clockwork miłosnymi strzałami, ale chyba były zatrute, bo nic się nie działo. Dopiero po kilku strzałach coś zaczęło iskrzyć. Jane trafiła w żyrandol.
 - Tak! Wiedziałem, że nie masz cela! - rozległ się czyiś głos, a z ciemności wyłonił się mała wersja walentynkowego Tobyego - To kolacja przy świecach!
 - Walentynkowy ja? - zdziwił się Ticci.
 - No co? Oprócz walentynkowych wersji, są jeszcze te świąteczne, wielkanocne... i wersje ze zmorami.. Każdy ma swoją własną...
 - Dlaczego wcześniej nie wiedziałem o tym?
 - Bo dopiero wczoraj autorka wpadła na ten pomysł, a teraz bierz dupę w kroki i spytaj się Clocky czy zostanie twoją walentynką!
 - Ja chce zobaczyć halloweenową wersję mnie!
 - Takie rzeczy dopiero później, a teraz naciesz się mną, póki jest 14 luty..
Toby jednak złapał go za skrzydła i wyrzucił przez okno (zły Toby! Nie wolno tak traktować kupidynów!). Westchnął cicho i wyszedł na miasto, kupić jakieś kwiaty, w końcu trzeba być romantycznym... Gdy tylko kupidynkowa wersja Jeffa zobaczyła go z różami w ręku, zaczęła się śmiać, przez co oberwał kolcami, a jego krew poplamiła trawę.. W domu schował prezent za sobą i nieśmiało podszedł do Clockwork.
 - Clocky... - zaczął chłopak i klęknął przed nią, unosząc do góry kwiaty - Jesteś najwspanialszą kobietą świata... czy... m-możemy mieć razem fabrykę gofrów i dzieci, które wychowamy na komorniki?
 - Ale ja wybieram imiona - powiedziała i rzuciła mu się na szyję.
I się pocałowali. A Slender zakrył oczy Sally. Nina pomyślała, że i jej dopisze szczęście, więc podeszła do Jeffa i...
 - Zrobimy sobie drużynę piłkarską?
 - Im a gay - odpowiedział.


I żyli długo i szczęśliwie <333



1 komentarz:

  1. Nie wiem co to było, ale z całą pewnością było to epickie XD

    OdpowiedzUsuń

Pisząc inaczej: Czego słucham..? #7

Nigdy nie byłam przywiązana do konkretnego typu muzyki. I właściwie dalej nie jestem, choć istnieje kilka zespołów i wykonawców, którzy tr...