sobota, 31 grudnia 2016

Żegnamy 2016



Z okazji zbliżającego się 2017 roku, chciałam życyc wam wszystkiego co najlepsze i jak najmniej zmartwień.
 Cóż, ja odchodzący rok będę dobrze wspominała. Poznałam wspaniałe osoby. Dowiedziałam kogo mogę określic mianem przyjaciela, a kogo mogę zamordowac bez najmniejszych wyrzutów sumienia. W naszej rodzinie pojawił się nowy osobnik - pies Nika. Ale oczywiście nie wszystko było takie cudowne. Niektórzy odeszli bezpowrotnie. Było dużo krzyku.
Postanowienia noworoczne? Szczerze uważam to za głupotę. Czy ludzie naprawdę muszą czekac na ten magiczny dzień, żeby zacząc wprowadzac pozytywne zmiany? Ale jeśli groziłaby mi kara śmierci, a moją jedyną deską ratunku byłoby wyjawienie postanowień, najpierw bym się ucieszyła, a potem dała w pysk swojej pesymistycznej osobowości i wymieniła:
 - więcej wiary w siebie
 - życ tak aby po twojej śmierci twoja paczka miałaby umrzec z nudów
 - byc największym śmieszkiem jakiegokolwiek moi przyjaciele widzieli
 - kupic sobie skarbonkę, którą trzeba rozbic żeby dostac się do kasy xD (serio, chyba jestem jakoś spokrewniona z Yato xD)

To był dobry rok.

 Jeszcze raz, wszystkiego najlepszego, Koszmareczki.



środa, 28 grudnia 2016

Dni z życia CreepyPast 12



Z punktu widzenia Ben'a...
 I w końcu nadszedł ten miesiąc. Grudzień. Już wcześniej wszędzie się roiło od świątecznych ozdób, reklam... chyba najbardziej znienawidzony czas. Dokładnie 06.12 wszyscy dopiero pojęli, że Święta nadchodzą. Brzydzę się nimi, więc nie byłem zbytnio zachwycony, kiedy wujaszek wysłał mnie do sklepu po jakieś zabawki dla Sally i Lazari. Niechętnie, ale wykonałem polecenie i pod koniec dnia byłem już w domu z dwoma misiami.
 - Hoho, przyszedł elfi asystent Świętego - wypowiedział ktoś.
Czułem się upokorzony, więc cisnąłem zabawkami na kanapę i miałem ruszyć przed siebie, ale coś znalazło się pod nogami i upadłem na podłogę.
 - Co do... - zauważyłem że w moje nogi "wplątany" był Vincent. Odrzuciłem go w miarę sił na bok i podniosłem się błyskawicznie. Ten mały szczyl poleciał prosto na krawędź stojącego obok krzesła i uderzył o to głową.
 - Łeeeeee - zaczął popłakiwać cicho, jakby zaraz miał wylać z siebie wodospad łez, ale dopóki Jeffa z nim nie było, czekał żeby mnie wkopać.
 - Shhh - dźwigałem go na ręce i zatkałem usta. Rozejrzałem się po pomieszczeniu, ale wszyscy byli zbyt zajęci sobą, żeby zauważyć jego łzy. Wszyscy oprócz bacznie obserwującego nas L.Jack'a.
 - I coś ty zrobił? - podszedł do nas - Masz przechlapane.
 - Tylko mnie nie podkabluj - oglądałem niewielkie rozcięcie na jego czole.
Udałem się z nim do swojego pokoju i postawiłem na środku pomieszczenia. Byliśmy sam na sam. Gdy tylko moja dłoń odsunęła się od jego ust, wybuchł donośnym płaczem. Zabawne było to, jak próbował stac na własnych nogach, ale co chwila tracił równowagę.
 - Uciszże wreszcie - warknąłem groźnie i uderzyłem pięścią w ścianę. Ale tylko bardziej się wystraszył i rozpłakał głośniej. Lecz po jeszcze takich paru razach zrozumiał, że tak tylko pogrąża się bardziej i już po godzinie tkwił w kompletnej ciszy. Tylko godzina! Zmęczony wytarłem mu twarz mokrą od łez jednym prześcieradłem i odniosłem go do pokoju Jeffa.
 - Przyniosłem zgubę - wprost wepchałem mu go w ramiona.
 - O! - jego uśmiech momentalnie się poszerzył - Gdzie był?
 - Długa historia.
 - Ma tutaj jakieś zadrapanie i napuchnięte oczy...
 - Jejku - westchnąłem - Pewnie droczył się z jakimś kocurem i się oberwało. Był w ogródku.
Całej sytuacji przyglądał się Zak.
 - Nie przypominam sobie żebym z nim...
 - Matko! - przerwałem mu - Może szczyl sam wyszedł! Skorzystał z okazji kiedy drzwi były otwarte i uciekł!
 - Nienawidzisz go, prawda? - odezwał się Zak i roześmiał.
 - Brawo, bystrzaku! - warknąłem podirytowany, po czym szybko się zamknąłem, przypominając sobie o przestrodze wujaszka - Po prostu zapomnijmy o tej sprawie - dodałem szybko i prędko opuściłem pomieszczenie.

 Z punktu widzenia Jane...
 Chcąc iśc do swojego pokoju, zauważyłam na korytarzu wściekłego Bena wychodzącego z pokoju... tamtego kretyna.
 - Stało się coś? - zapytałam w trosce o kolegę.
 - Nic! - warknął i już miał złapac za klamkę od swojego pokoju, ale w ostatnim momencie złapał się za głowę i wykrzywił twarz z bólu. Impulsy Slendera.
 - Mi nie powiesz? - zagadnęłam - Chciałam byc tylko miła...
 - To bądź miła dla kogoś innego! - szybko otworzył drzwi - Dajcie mi spokój! - wkroczył do pokoju, trzaskając wrotami głośno.
 - On zawsze taki drażliwy? - usłyszałam za sobą głos/głosy Kaspera i aż podskoczyłam. Stał za mną, oparty o ścianę lewym ramieniem.
 - Tsa - machnęłam ręką - W grudniu już szczególnie.
 - Benek-elfik - zaśmiał się. Nie minęły dwie sekundy ciszy, a on zadał pytanie - Co sądzisz o Vincencie?
 - Vincent? - zdziwiłam się - Że ma zrujnowane życie.
 - Dlaczego? - tym razem on nie ukrywał zdumienia.
 - Jest wychowywany w gronie zabójców i innych niestworzonych "rzeczy". Czy to normalne życie? I co w ogóle będzie z jego nauką? Z przyjaciółmi?
 - Przecież my możemy go uczyc - uśmiechnął się - Każdy z nas jest specjalistą w jakiejś dziedzinie. Twierdzisz, że Vin nie będzie miał przyjaciół? My nimi będziemy.
 - Miałam na myśli rówieśników - westchnęłam - ...dlaczego chciałeś poznać moją opinię na jego temat?
 - Tak właściwie chciałem się dowiedzieć co ty na to, aby wychować go na drugiego Omena.
 - Szatan byłby dumny - parsknęłam śmiechem - Ty wszystkie dzieci wychowałbyś na satanistów. Moja opinia: to beznadziejny pomysł.
Pokręcił wymownie głową i westchnął. Następnie rzucając mi krótkie: "Zobaczymy za kilka lat" zniknął w otchłani swojego pokoju. Zobaczymy co?
 Reszta dnia nie była zbytnio kolorowa. W ogóle cały ten tydzień był przypałowy. Prawie zniszczyłam przyjaźń z Clocky i Tobym, okaleczyłam Helena, Kreis ma na mnie tymczasowego focha, ale wszystko po kolei.
ŚRODA
 Tego dnia ostro pokłóciłam się Clockwork. Chciałam ją tylko pocieszyć, gdyż ta (w drugim dniu okresu) lamentowała, że dla Tobyego tamten pocałunek był wart tyle co nic. I kłóciliśmy się... bodajże przed samym domem. W przypływie gniewu wykrzyczałam jej, że się go zwyczajnie b-o-i. Wpadła w większą histerię, a takie momenty są oczywiście idealne aby do akcji wkroczył ukochany do rozmów! Wracał skądś dość zdyszany, nie rozumiał nawet co się dzieje, a ja mu nagle wyjechałam, że to tchórz. Nim się otrząsnął, dziewczyna mnie zwyzywała, więc nie zostało mi nic innego jak dopuścić do "przypadkowego" pocałunku popchnięciem. Oboje po tym uciekli, ale razem z Jasonem udało mi się ich znaleźć i siłą zmusić do wyjaśnień. Po tak zakręconym dniu zostali parą, a mi grzechy zostały odpuszczone. I dobrze.
CZWARTEK/PIĄTEK
 W czwartym dniu tygodnia postanowili zawitać do nas Kreis, Mike i Nikki. W sumie  Nikki był w sprawach służbowych do Slendera, a że jego akurat nie było, obecność Alice i Masky musiała wystarczyć. Mike wpadał czasami do Bena grać, a Kreis zdaje się, że zakolegował się z Kagekao i Jeffem dupkiem, więc jego obecność nie była niczym obcym. Zwykle przychodził z dużą torbą na ramię, w której trzymał książki, gdy nie miał je gdzie zostawić. A, i jeszcze słodycze. A cała fizolofia polegała na tym, że idąc przez salon potknęłam się o jego torbę, a z ręki wypadło mi pudełko pinesek. Były mi potrzebne do rozwieszenia czegoś na zewnątrz... wprawdzie nikt na nie nie stanął, ale stopą rozgniotłam sok, który zalał książki w torbie. Kreis pierwsze co zrobił to natychmiast je wyciągnął, a ja chcąc mu ją dla niego wyprać, złapałam za nią i popędziłam do łazienki, a po drodze wypadło z niej szklane-coś, co spadło z hukiem o podłogę, a większy kawałek szkła poleciał aż do stopy Painter'a. Biedactwo. Jeszcze niedawno przyjął na swoją twarz petardę, teraz szkło. Ale chwilkę! To nie koniec jego cierpień! Helen tak się wystraszył, że aż podskoczył, potknął się o własne nogi i poleciał prosto na pinezki... jego wrzask rozniósł się po caaałym mieszkaniu, budząc wszystkich domowników (a działo się to w godzinach północnych).
SOBOTA
Co mogłoby pójśc nie tak? Tylko rozbiłam okno! Podczas to zabawy z Sally i Lazari na zewnątrz, Ann wykrzyczała mi wyglądając przez okno abym podała jej jakąś piłkę. Przedmiot znalazłam, ale nie chciało mi się podchodzić, więc rzuciłam... trafiając w szybę. A byłam przekonana, że okno było szeroko otwarte. Grr! Dodatkowo Jeff miał ze mnie niezłą polewkę i temat do żartów na ładne parę godzin. Tylko godzin. Pod koniec dnia skończyłby na dnie jeziora, gdyby nie spostrzegawczość L.Jack'a i zdolności pływackie Liu. Jednak nikt nie podjął decyzji o wykonaniu usta-usta. Za bardzo się brzydzili. I słusznie.
NIEDZIELA
Udało mi się wyskrobać trochę pieniędzy, więc poszłam przebrana do centrum handlowego. Musiałam kupic jakąś książkę do Kreisa za zniszczenie tamtych. Weszłam do księgarni i od razu uderzył mnie ten przyjemny zapach świeżych kartek i odgłosy przewracanych stron. Mhm... Od razu ruszyłam na dział "Kryminał". Spośród tylu książek nie mogłam wyszukać niczego, co on by jeszcze nie miał, albo najwidoczniej źle szukałam. W końcu wkurzona wkroczyłam na "Romans". Chłopcy rzadko to czytają, więc będę miała szerokie pole do popisu. Po kilku minutach namysłu chwyciłam za książkę, która spośród wszystkich różowiutkich wyróżniała się czernią z nutą granatu. Na okładce widniał kawałek krawatu. Szybko zapłaciłam, schowałam rzecz do małej torebki i wyszłam jeszcze kupic jakiś papier ozdobny, ale zrezygnowałam, bo po co? Chodziłam więc po centrum handlowym oglądając sukienki. Lecz nagle zmieniłam zdanie i kupiłam ten papier. By się komponował z książką, wybrałam ciemno-granatowy. A jeśli chodzi o samą książkę, to wybrałam dla niego "Pięćdziesiąt twarzy Greya". Na pewno mu się spodoba!
PONIEDZIAŁEK
Hey, hey! Nie myślcie, że zapomniałam o Helenie! Też byłam mu coś winna. Udało mi się wyżebrać trochę pieniędzy od wujaszka i od razu ruszyłam na centrum. Całą drogę kminiłam co mu kupic. Ostatecznie wybrałam dla niego jakiś wypasiony szkicownik. Miałam po tym szybko wracać, ale moją uwagę przykuł siedzący przy fontannie gitarzysta. Siedział pochylony nad instrumentem i grał jakieś bardziej znane piosenki jak "Hallelujah". Miałam ogromne wrażenie, że go skądś znam. Miał stare, czarne jeansy, nie taką świeżą białą bluzkę i niebieską czapkę z daszkiem, spod której wydostawały się blond włosy. Sylwetkę miał chudą, nawet za, a na oko miał 15, 16 lat. Zaciekawiona podeszłam bliżej, wtapiając się w tłum słuchaczy. Niektórzy wrzucili trochę pieniędzy do futerału, inni robili zdjęcia, pojedyncze osoby pogwizdywały. W końcu gdy muzyka ustała, mała część ludzi zaczęła bic brawo, za to chłopak ani na chwilę nie unosząc wzroku, zaczął grac ponownie. Chciałam posłuchac go dłużej, ale gdzieś w tłumie ludzi kątem oka dostrzegłam Nick'a. Nick'a Vanill'a. Ciarki mnie przeszył po całym ciele. Cholernie się wyróżniał swoim czarnym ubiorem, okularami przeciwsłonecznymi, mimo że w środku było gorąco on miał założony kaptur i chodził z czarną parasolką, co prawdzie złożoną, ale na zewnątrz nie padało i nie wyglądało jakby miało się zanosić. Robił takie zamieszanie, że nawet dotąd niewzruszony gitarzysta raczył zadrzeć głowę w górę by sprawdzić co się dzieje. Na jego widok aż się wzdrygnął i zaczął zbierac swoje rzeczy. Dopiero teraz zauważyłam, że to Mike. Niebieska bluza, dotychczas trzymana na kolanach i zasłonięta przez instrument teraz wylądowała na nim. Nie dbając o zebranie pieniędzy, po prostu wcisnął gitarę do futerału, zapiął, po czym przewiesił przez ramię, jakby to była torba, mając instrument na plecach. Zrobił to tak szybko, że nim zdążyłam  przepchać się przez ludzi on już zniknął. Wtedy ponownie wróciłam do szukania wzrokiem Nick'a. Był zajęty oglądaniem świątecznych wystaw. Upewniając się, że na pewno ogląda pluszowe elfy, a nie patrzy się w jakieś lusterko i mnie obserwuje, natychmiast rzuciłam się do wyjścia. W domu byłam w czasie kilkukrotnie krótszym niż zwykle. Pierwsze co to przebrałam się i zdałam raport Hoodie. Jakoś niezbyt był tym zaskoczony. Drugie - szkicownik Otisowi i jeszcze raz szczerze przeprosiłam. Nim zdążył jakkolwiek zareagować, czmychnęłam do swojego pokoju. Kolejny dzień udany.
WTOREK
 Kreis znowu do nas zawitał, więc wręczyłam mu już 24h czekającą na niego książkę. Radosny schował zapakowaną do swojej torby. I dobrze. Lepiej żeby poznał jej tytuł nie w naszej obecności. Potem razem z Ann upiekłyśmy babeczki z tofu. Połowa była przypalona, ale i tak wszystkie zniknęły po 10 minutach. Bardzo miło się słuchało próby innych wydostania tego czegoś ze swojego gardła. Wieczorem całą rodziną włączyliśmy jakiś film. Właściwie filmy. Do trzeciej w nocy obejrzeliśmy trzy części "Omen", a potem jeszcze wersję z 2006 roku. Oczywiście z tegoż "horroru" ktoś ciągle musiał miec polewkę. Przykładowo taka scena: matka budzi się w nocy, schodzi na dół do kuchni i widzi swojego syna jedzącego kanapki. Gdy tylko mały ją zobaczył, odniósł talerz i bez słowa sobie idzie. Ktoś wtedy krzyknął: "I ta mina wyrażająca <Dave, jak się babcia dowie, że jej schabowych nie zjadłeś, a po nocach kanapki urządzasz to dostaniesz taki wpierdziel!>".  Albo moment, w którym Dave wpada w szał, a jego ojciec NATYCHMIAST zawiózł go do kościoła. Większości wżyło się w pamięć tylko to, że jadąc do kościoła gościu rozwalił całe podwórko i połowę miasta. Wtedy to ktoś rzucił: "Dobra młody, koniec dnia dziecka, jedziemy do kościoła". Był horror, a wszyscy bardziej rechotali. Czyli nic nowego!


CDN...

sobota, 24 grudnia 2016

Radosnych (creepy) Świąt + info


 Także... w tym jakże cudnym dniu, życzę wam bogatego Mikołaja...
Mikołaja? Rodzice się namęczyli z prezentami, a teraz wszystkie pochwały zgarnie ten czerwony grubas?!
...szczęścia, uśmiechu na twarzy, zdrowia...
No, przydałoby się.
...kasy...
500+...
Agh, zamknij się, moja pesymistyczna osobowość!  Eh, no i przede wszystkim, abyście nie skończyli tak jak ja z gorączką.


Teraz ogłoszenia: na rocznicę planuję przetłumaczyć wam pewną creepypastę, ale sami widzicie, od kilku dni czuję się jak rozkładające zwłoki i nie mogę nawet ustać na własnych siłach. Przepraszam... być może pojawi się krótko przed Sylwkiem. Posty też rzadko się pojawiają, bo wena gdzieś wyparowała, a poza tym, zaczęłam tyle wątków, że nie wiem jak wybrnąć (moja_mądrość). Czy mogę wam coś zdradzić? Hmm... na pewno spodziewać się czegoś po Ticcim...
+jak też widzicie, niektóre postacie się "powtarzają", więc to wy zdecydujcie czyi punkt widzenia mam opisać w następnym poście. Macie szeroki wybór.

Jeszcze raz radosnych fiąt, koszmarki :)

wtorek, 20 grudnia 2016

Silent Hunter. Creepypasta po polsku



 Ten chłopak to Kreis Claudio, piętnastolatek. Ma krótkie, brązowe włosy i dość długą grzywkę na boku. Jest całkiem chudy i wysoki, a jego oczy, podobnie jak u większości Azjatów, są czarne.
 Obecnie jest uczniem liceum, lecz z powodu pewnych nieprzyjemnych incydentów, ale i fakt, że zbytnio nie dogaduje się z innymi uczniami sprawia, że nie jest lubiany w swojej klasie. Uwielbia on czytać, szczególnie książki i komiksy, które potrafią wywołać dreszcze, ale też i lubi historie romantyczne. Te właśnie rodzaje są wykorzystywane w wielu powieściach.

 "Hmm... ta książka wydaje się dobra..." skomentował Kreis po przeczytaniu kilku stron, zabierając książkę z półki, po czym wrócił na swoje miejsce.

 "Hey! Wybierzmy się dzisiaj po szkole do
 "Czy to nie jest przypadkiem nowo-otwarty sklep? Chodźmy tam!"
 "Świetnie. Koniecznie też musimy zajść do..."

 "Nuda. Przecież jakakolwiek intertrakcja z ludźmi jest po prostu nudna i irytująca" pomyślał Kreis.

 "Ale... słyszałam, że podobno ostatnio w tamtej szkole obok miała miejsce masakra... wszyscy uczniowie zostali zamordowani!" wykrzyczała Lucy, znajoma z klasy Kreisa.
 "Wiem o tym! Trąbili o tym wczoraj w wiadomościach... to straszne!" Kreis najwidoczniej zainteresowany tematem, odłożył książkę i skupił swoją uwagę na rozmowie.
 "Taak. Morderca nawet pozostawił na drzwiach namalowany krwią uśmiech..."
 "Woah. Czyli jesteśmy teraz w niebezpieczeństwie... Lucy, nie mam ochoty teraz nigdzie wychodzić."
 "Eh, ja też nie mam ochoty. Może po prostu dzisiaj wróćmy wcześniej do domu..."

 "Heh..." Kreis uśmiechnął się ironicznie. "Masakra? Jak uroczo. Niemożliwe, żebym stał się przecież ofiarą czegokolwiek podobnego..." chłopak bez dłuższego zastanawiania się, ponownie powrócił do książki.

Resztę tego jakże nudnego dnia w szkole Kreis spędził na czytaniu. W trakcie wędrówki do domu włożył swoje słuchawki do uszu, wsłuchując się w muzykę i obserwując nieruchome niebo.
 "Może jeszcze dzisiaj spotka mnie coś ciekawego..."  nagle muzyka w słuchawkach ustała, a telefon zaczął dzwonić. Spojrzał na wyświetlacz telefonu, który głosił "MAMA".
 "Hallo? Mamo?" zamiast prostej odpowiedzi, wtedy kobieta po drugiej stronie coś biadoliła.
 "Kreis..." pośród różnych dźwięków, słowa mamy Kreisa były słabe, ale można było usłyszeć.
 'Co się stało?" zmarszczył brwi i wyraźnie się zaniepokoił. W tle słychać było dźwięk syren karetek i wozów straży pożarnej. Ale te wszystkie rzeczy nie były przerażające jak kolejne słowa jego matki.
 "Twój o-ojciec... on... n-nie żyje..."

Te słowa zraniły jego serce niczym najostrzejszy nóż, a płacz mamy rozbrzmiewał w jego uszach nieubłaganie. Chciał coś powiedzieć, ale po prostu nie mógł z siebie nic wydusić. Po jakimś czasie w końcu odzyskał zmysły i zapytał:
 "Mamo, gdzie jesteś?"
 'W fabryce o-ojca..."
 "Zaraz tam będę!" Kreis zakończył rozmowę i czym prędzej pobiegł we wskazane miejsce "Cholera!"

 Nie tylko jego rodzina była zepsuta, nieszczęśliwa... Kreis już nie słyszał tego dźwięku. Dźwięku łamiącego się życia.

Bramy fabryki zostały otoczone przez zainteresowanych gapiów. Po niejakim wysiłku, chłopak w końcu przepchnął się przez tłum, a to co ujrzał, sparaliżowało go. Cała fabryka pochłonięta była w ogniu, z okien wylatywały kłęby czarnego, smolistego dymu, które barwiły niebo, a czasami można było usłyszeć wybuchy od zewnątrz budynku. Ta przerażająca scena była widoczna już z dala. Pomimo wszelakich starań i wysiłków strażaków, ogień nadal nie ustępował. Na parkingu zebrało się setki ludzi, personele medyczni, rodziny ofiar wypadku... w tle rozbrzmiewały rozpatrzone krzyki i jęki. Tylko słowo "piekło" najlepiej opisywało tą scenę.

 "Mamo?" Kreis powrócił do zmysłów i wzrokiem zaczął szukać swojej rodzicielki. Na wszelki wypadek sprawdził każdą karetkę, by sprawdzić czy jego rodzice tam są, lecz w końcu zauważa klęczącą postać we wzrokiem wbitym w ziemię.  "Mamo..." przystaje, a głos utkwił mu w gardle.
Właśnie wtedy w fabryce nastała kolejna eksplozja, a ludzie znowu zaczęli panikować.
Ale on jakby nie usłyszał wybuchu. Był wlepiony w postać swojej matki, której ubrania były pokryte popiołem. Obok niego leżało ciało ojca, spalone tak bardzo, że z trudem było go rozpoznać. W dłoniach umarły trzymał złoty wisiorek, zdradzający jego tożsamość. Był on prezentem ślubnym.
Jego matka tylko gapiła się na złoty naszyjnik w jego rękach. Kreis otworzył dłonie ojca i zabrał od niego wisiorek. Otworzył naszyjnik i obejrzał malutkie zdjęcie rodziców. Mimo, że było nieco spalone, nadal utrzymywało się w dobrej formie. Na zdjęciu para wspólnie uśmiechała się radośnie, jakby byli najszczęśliwszymi ludźmi na świecie, kompletnie nieświadomi, że ten brutalny incydent niedługo ich dosięgnie. "Oddawaj mi to!" jego matka wyrwała mu nagle naszyjnik męża z jego ręki i coś tam mruczy: "Nie martw się... mam go z powrotem, nie martw się..." Kreis jest nieco zaskoczony tym co ona zrobiła, a w nim nagle obudziło się poczucie troski, zmartwienia o swoją rodzicielkę.
 Wnet kobieta raptownie podniosła się. "Mamo?" spytał Kreis, ale ona nawet nie patrząc na syna, ruszyła w kierunku bramy fabryki. Chłopak patrzył tylko jak odległość między nimi wzrasta. Nawet kiedy personele medyczni podeszli do niej z pytaniami, czy wszystko w porządku, ona po prostu je zignorowała. Chciałby pójść za nią, ale jego nogi były jakby przybite do ziemi. Patrzył jak matka odchodzi, póki jej sylwetka nie zniknęła całkowicie z jego punktu widzenia.

Zaraz po pogrzebie ojca, Kreis nadal żył w swoim własnym świecie, ale wszystko zmieniło się tego dnia.

Gdy jego matka straciła ukochanego zwykle wychodziła nie mówiąc dokąd i wracała rankiem. Poza faktem, że matka Kreisa stała się bardzo małomówna, nic nie zmieniło się w jego życiu. Jednak kilka dni później depresja pochłonęła ją już całkiem, a ona stała się niepoczytalna. W przeciwieństwie do swojej spokojnej osobowości, ta druga teraz rzucała w swojego syna przeróżne rzeczy, ostre rzeczy i to nie był jedyny sposób przemocy nad nim. Na jego ciele widoczne były siniaki, czy zadrapania, ale ona wciąż nie przestawała. Chciał najlepiej wtedy uciec, ale ostatecznie Kreis decyduje się jednak znosić ból. Patrząc na swoją matkę, zaczął jej nie poznawać i tracić nadzieję na lepszą przyszłość, a rozpacz zmyła jego poczucie bólu.

Mimo to, chłopak nadal chodzi na zajęcia do szkoły.

Pewnego dnia Kreis wrócił do domu po zakończeniu lekcji, ale po otworzeniu frontowych drzwi zdziwił się tym co zobaczył. Miejsce przypominało jak jedno z tych miejsc rytualnych, które zwykle można zobaczyć w filmach, a ściany pokryte były jakąś czarną tkaniną. Poza tym były porozwieszane dziwne rysunki i niezrozumiałe znaki.
"Witaj z powrotem!"  piętnastolatek spostrzegł, że jego matka miała na sobie czarną szatę, gdy wyszła mu na powitanie. Od razu pomyślał, że coś przed nim ukrywa i od razu włączył mu się alarm. Wnet jakby na potwierdzenie jego obaw, za kobietą stanęli jacyś mężczyźni, również w czarnych szatach.
"Kim jesteście?" zapytał i spojrzał na tajemnicze postacie przed sobą. "Co to ma znaczyć?" matka chłopaka położyła mu dłoń na ramieniu: "Powinieneś byc zadowolony, jesteś jednym z niewielu wybranych kandydatów!" Kreis aż się wzdrygnął: "K-kandydatów?"
"Kandydatów w rytuale, głupcze! Twoja dusza i ciała należą wyłącznie dla niego!" kobieta uśmiecha się do niego, ale jej uśmiech wywiera na chłopaku bardzo złe wrażenie.
Dni stawały się coraz cięższe. Tamci mężczyźni w czarnych szatach nacinali jego skórę aby wydobyć krew lub wbijali drewniane słupki w ciało. Takie rytuały były wykonywane raz na kilka dni, a kończyły się dopiero kiedy Kreis był już na granicy śmierci. Nikt nie był zdolny przerwać jego cierpienia, nawet myślał że po prostu umrze.
Dzień w dzień, w końcu adaptował ten ból.
Zawsze na koniec rytuału bandażują go i zostawiają na kilka dni by doszedł do siebie. To się stało rutyną. Wciąż chodził do szkoły, nawet jeśli był w krytycznym stanie, by nie mieć więcej nieobecności. Kreis otworzył swoją szafę i wyjął z niej czarną bluzę z długim rękawem. Położył ją w jakimś widocznym miejscu by jutro ubrać się w nią do szkoły.
Podobnie jak większości dni, chłopak czytał książkę przy biurku, ale tym razem ma niespodziewanych gości. Zwyczajnie kiedy osiągał punkt kumulinacyjny w czytanej historii ktoś wywrócił jego ławkę, robiąc ogromny hałasu. Głośny dźwięk przyciągnął uwagę niektórych ludzi, ale on jak gdyby nigdy nic nawet nie zwrócił na to uwagi.
"Hej! To prawda, że twój dom służy teraz do czarnych rytuałów?!" pyta Simon, jeden z paczki Lucy, który właśnie kopnął stół Kreisa. Nie wiadomo było skąd on się o tym dowiedział. "Ku**a! Czy on nie da mi po prostu spokoju?!" pomyślał Kreis, a Simon zabrał jego książkę i rzucił nią o podłogę.
"...." Kreis spojrzał na książkę nie reagując na kolegę z klasy, za to tamten kontynuował: "Oczywiście, że to prawda, zważywszy to że twój tata umarł, a matka oszalała! Hahahaha! Jakie żałosne!" Lecz właśnie tą obelgą rzuconą w jego stronę, przekroczył granicę. Kreis podniósł się gwałtownie i złapał Simona za kołnierz. "Ooo, wkurzyliśmy go! Boję się!" skomentował Scott, jakiś inny przydupas Lucy.
Dopiero wtedy Kreis sobie coś uświadomił; jeśli teraz go uderzy, zostanie tylko pobity, ale jeśli go puści... zostanie nazwany tchórzem.
Podczas gdy chciał zadecydować co jak ma postąpić, poczuł na sobie czyiś wzrok. Rozejrzał się i ujrzał siedzącą na krześle Lucy ze swoim uśmieszkiem. Zrozumiał, że to ona nasłała na niego Simona.
Kreis nagle puścił kołnierz chłopaka.
"Nie chcesz się bić? Uderz mnie! Co, boisz się?" Simon obrażał go po raz kolejny.
Tamten spojrzał na niego tylko, zaśmiał się i powiedział: "Heh, myślałem że jesteś po prostu ślepa, ale wygląda na to że i twój mózg jest uszkodzony." po czym spojrzał szyderczo na Lucy.

Dziewczyna wydawała się być wściekła, że została właśnie wyśmiana przez kogoś, kim szczerze gardzi. I na pewno nie zamierzała tego tolerować.
"Jeb*ny sukinsyn!" Simon uniósł pięści gotowy zaatakować.
"Nauczyciel idzie!" wykrzyknął któryś z uczniów, aby ostrzec wszystkich.
"Phi! I tak się kiedyś policzymy!" warknął Simon zanim on i reszta przydupasów wrócili na miejsca.
Kreis stawia ławkę z powrotem na swoje miejsce, podniósł książkę z ziemi i wrócił do czytania, jakby tamto zdarzenie było tylko złudzeniem.
"Zapłacisz za to, gnido!" warknęła Lucy piorunując go wzrokiem.

__________________________________________________________________________
Kolejny dzień.
Kreis oglądał swoją ławkę w klasie, która była pokryta wyzwiskami i jakimiś rysunkami z markera. "To pewnie ich robota..." pomyślał sobie "Jakie niedojrzałe." To samo dzieje się przez kilka kolejnych dni, więc czyszczenie biurka staje się codziennością.

"Hehehe..." chłopak niekiedy słyszy za sobą chichoty innych.

Tydzień później, gdy nastolatek miał zamiar opuścić szkołę, został zatrzymany przez gang.
"Czego chcecie?" popatrzył się na grupę i już wiedział, że jest tragicznie źle.
"Niewiele" odpowiedziała Lucy, a za nią stanęło siedem osób, w tym Simon i Scott "Tylko coś z tobą omówić!"

Następnie gang przeniósł Kreisa do opuszczonej alei na ulicach, pokonując go.

"Do diabła! Dlaczego on nawet nie krzyczy?!" Simon rozpoczął serię uderzeń w brzuch "W ogóle jest człowiekiem?!"
"On nie jest częścią tej czarnej religii? Ciekawe czy może używać czarnej magii..." kopnął go Scott.
"Zobaczymy!"

Kreis leżał na ziemi obejmując głowę ramionami. Tamte wcześniejsze uderzenia w porównaniu do tamtych zabiegów nie były aż tak bolesne, ale i tak zmusiły go do lekkiego kaszlu.

"Zwędziłem kredę z sali lekcyjnej żeby narysować rytualny krąg! Sprawdźmy czy przywołamy coś z jego krwi!" zawołał Scott i wyjął paczkę kred.
"Haha, niezły pomysł. I co tak stoisz? Ruszże się!"
"Eh, dobra, dobra!" Simon wyjął z kieszeni jeszcze nóż i bez wahania rozciął rękawy swojej ofiary.
"Skończone." Scott wydaje się byc bardzo zadowolony z tego co narysował.

Kreis spojrzał na rytualny krąg i wiedział, że to co się wydarzy jest nieuniknione. Chwilę później czuje ból na ramieniu i zauważył, że Simmon już się zabrał do rzeczy. Obserwował tylko jak jego krew kapała na narysowany kredą krąg. Nic się nie działo.

"He? I nic! Co za głupota!" Simon splunął na ziemię zły "Chodźmy, zaczynam się nudzić..."
"Hmm, słyszałem, że do baru przyjdą jakieś nowe dziewczyny."
"Poważka? Musimy to sprawdzić...!"

Po czym gang odchodzi. Żałośnie wyglądający Kreis podnosi się z ziemi i ociera twarz z krwi. "Ach..." rana otworzyła się ponownie.

_____________________________________________________________________-___________


Potem chłopak wrócił prosto do swojego domu; otwierając drzwi ujrzał przed sobą swoją matkę.

"Jesteś spóźniony" mówi z poważną twarzą "Idź się przygotować do rytuału!" Kreis czuje zniechęcenie, ale nie mówi słowa sprzeciwu; Jego matka nigdy nie dbała o jego rany, za to zawsze miała na uwadze to czy rytuał będzie idealny czy też nie.

Po przebraniu czystych ubrań, Kreis już leżał na ołtarzu z matką stojącą obok niego.

"Jest tutaj z nami o 5 więcej magów, więc to się nie może nie udać! Po prostu nie może! Hehehehe!" kobieta spojrzała na syna, który coś mruczał: "To jest ostatni raz, gdy to robimy, prawda?" Na to odpowiedziała: "Tak, dziecko, tak..." Inaczej niż innymi razami, teraz jego matka uspakajała go łagodnie. "Zniosę to do końca..." myślał sobie.

Ale nie miał racji. Był w kompletnym błędzie.

Kreis nagle zostaje przykuty do ołtarza przez ludzi w czarnych szatach. Starał się uwolnić, ale to wszystko było bezużyteczne. "Puszczajcie mnie!" nawet nie przypuszczał, że ostatni rytuał będzie inny niż tamte poprzednie. Że będzie kosztował jego życie!
Ignorując jego szarpaniny i błagania, matka Kreisa wzięła nóż i podeszła do syna. Patrzy na niego oczyma bez jakichkolwiek emocji.
"Rozpocznijmy" powiedziała. Wtedy magowie spokojnym głosem zaczęli mówić coś wspólnie, każdy po kolei. W końcu kobieta uniosła nóż i krzyknęła:

"Oh, mój drogi Panie! Tu przedstawiamy dla ciebie żywy hołd, aby pokazać ci moją lojalność! Proszę, wysłuchaj moich słów! Teraz usłuchaj i pokaż się!"

Szept magów był kontynuowany w tle.

Właśnie wtedy ogromna liczba cieni na podłodze wybiła do góry niczym strzały i jak drapieżne zwierzęta objęły ciało Kreisa. A cienie te były negatywnymi emocjami ludzi, które teraz pochłaniały jego serce i umysł...

"AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA! TO BOLI! BOLI!!!" krzyczał przewrażliwię Kreis, a jego ciało zalewa fala bólu. Pewnie nikt nigdy nie mógł sobie wyobrazić tego co przeżywa. Ze względu ja jego dużą wytrzymałość, starał się walczyć, lecz jego ciało stawało się tylko coraz bardziej czerwone.

"Szybko! Niech trochę pokrwawi! W przeciwnym razie jego ciało pęknie od ciśnienia!" jeden z magów upomniał jego matkę.

Przestraszona kobieta, że zaraz straci hołd, szybko robi nie głębokie nacięcie na szyi chłopaka. Stojąc w kałuży jego krwi, śmiała się szyderczo z jego już konającego "Nadszedł czas aby to on wziął twoje życie!" po tych słowach zatopiła ostry nóż w jego klatkę piersiową, przebijając serce. Kreis patrzył na żałośnie wyglądającą twarz kobiety: "Jak zabawnie!" myśli "Ona sądzi, że mogłaby mnie zabić!"
W pokoju nastało milczenie, jak gdyby rytuał ustał. Każdy podchodzi do ołtarza zobaczy czy to się powiodło, a może by tylko zobaczyć martwe ciało...

"Czy się powiodło?"
"To nigdy nie zawodziło! Powinno działać!" matka Kreisa histerycznie krzyczy.
"Czyżby nam czegoś brakowało...?"
"Być może..."


Tak jak są one mylone w efekcie ogromnej siły, wybucha od pozycji wysyłając Kreisa na bok sali. Nagle ciemna mgła przykryła ołtarz. Crack, crack, crack, crack. Dźwięki strzelania rozchodziły się po całym pomieszczeniu. Później z mgły wyszła znajoma postać. To Kreis.

"On wciąż żyje! Nie jest martwy! Rytuał nie powiódł się!" wrzeszczeli magowie zakłopotani.

Kreis spojrzał na nich zimnymi oczami, a mgła natychmiast przerodziła się w ostrą strzałę zdolną do przebicia wszystkich na wylot, tak też się stało z jednym z nich.

Ciało maga prędko zmieniło kolor na czarny i zgniło, aż w końcu zaczęło się topić i pozostał tylko szkielet. Ludzie zaczęli panikować i uciekać w popłochu, jednak z mgły tworzą się kolejne strzały, które przeszywały mężczyzn.

"NIEEE! NIE CHCĘ UMRZEĆ!" mimo tych wrzasków masakra nadal trwa.
Matka Kreisa uświadomiła sobie, że chłopak idzie w jej stronę: "N-nie podchodź d-do mnie!!" była tak osłabiona ze strachu, że wierzgała się na podłodze. Kreis klęknął obok niej i podniósł nóż z podłogi. Widząc przerażenie w jej oczach zaczął się śmiać: "Wykonajmy twój ostatni rytuał!"

_________________________________________________________________________________


Cały pokój był wypełniony zapachem krwi. Na ciele matki chłopaka są różne zacięcia, które wykonał on sam. Jej kończyny były przybite do ziemi, a ona sama była unieruchomiona.
"Ahg... proszę... przestań..." błagała słabo o litość.
"Ha! Czy ty sobie ze mnie żartujesz? Będziesz teraz cierpieć za to, co przeszedłem!" Kreis podniósł zakrwawiony nóż i wbijał go niezliczoną ilość razy w jej ciało, śmiejąc się przy tym.
"Boli? Bardzo boli? Hahahahaha!" spojrzał prędko na dłonie kobiety bez przerywania poprzedniej czynności: "Oh, tylko nie to... zapomniałbym o najważniejszym." zauważył linę leżącą na ziemi i uśmiechnął się pod nosem. Wziął ją i zaczął ją obkręcać wokół szyi kobiety, dociągając każdy z końców, zmuszając tym samym do kaszlu. Za każdym razem kiedy wydawałoby się, że zaraz straci przytomność, po prostu luzował uścisk.
"Nie możesz zginąć tak wcześnie" powiedział spokojnie: "Jeszcze nie teraz" jego matka otworzyła oczy szerzej ze strachu.
"N-nie...!" nie pozwolił jej dokończyć zdania, ponieważ położył rękę na jednej z jej ran na brzuchu i "bawił się" jej organami wewnętrznymi. Złapał za jeden z nich, a na jego twarzy zagościł szeroki uśmiech.
"Hehe, znalazłem to" Kreis czuł pompowanie w swojej dłoni. Jego twarz stała się bardziej poważna i chłodna. "I pomyśleć, że krew takiej szumowiny jest taka... ciepła... co za ironia" po tych słowach wyrwał narząd z ciała matki,  krew wszędzie trysnęła, więc w taki sposób została zabita przez własnego syna.

Mgła opadła, a na ziemi walały się kości magów, którzy brali udział w rytuale. Kreis patrzył na zwłoki matki, które miały szeroko otwarte oczy pełne zgrozy. Bez słowa wyszedł z pomieszczenia.

______________________________________________________________________________________


Stojąc w swoim pokoju przed lustrem przyglądał się swojemu odbiciu. Dotknął ostrożnie swojej klatki piersiowej, która wcześniej miała śmiertelne cięcie, teraz jest gładka i czysta, jak nigdy nic.

"Moja lewa źrenica... jest złota..." zauważył "Czy to robota tego, koga nazywali "mistrz"...?" Nagle parę słów pojawiło się w jego umyśle: "Siła... moc... klątwa.... masakra..." uśmiechnął się "Jego potęga jest teraz moja!"

Kreis powędrował do łazienki i wziął prysznic by zmyć z siebie całą krew, po czym ubiera swoje ulubione czarne spodnie i czarną bluzę z kapturem. Posiada białą poszewkę na kapturze z symbolem X, tak samo jest na rękawach i plecach. Co do spodni, po bokach rozciągają się białe pasy. Wtedy sobie coś przypomniał.  Z szafy wyciągnął jeszcze czerwony szalik z czarnymi krzyżami na końcu. "Prawie o  nim zapomniałem" owinął go wokół szyi, a szalik zakrywał pół twarzy, a był tak długi, że sięgał aż do tali.

Po tych przygotowaniach Kreis wylał benzynę po całym domu i zabrał z niego nóż kuchenny przed wyjściem, po czym rzucając zapaloną zapalniczkę, cały budynek stanął w płomieniach.
"Żegnaj"
Po tych słowach obrócił się i odszedł.

_______________________________________________________________________________________


W tym samym czasie Simon i Scott wychodzą z baru gotowi do powrotu do domu.
"Nie widziałem żadnych nowych dziewczyn w barze, Lucy!"
"A jak miałam was wyciągnąć? Poza tym zabraliśmy tamtemu trochę kasy."
"Hahaha! Został zbity jak pies!"
"Co robimy z nim jutro?" zachichotał Scott.
"Śmieci i mazanie po biurku jest już przestarzałe. Wymyślmy coś nowego!"
"Może zmuśmy go do walki z psami? Rozumiecie to? Pies kontra pies! Hahaha!"
"Fajny pomysł!"
"Hahaha!"

Byli bardzo podekscytowani dniem jutrzejszym, gdyż już dyskutowali jak zmusić Kreisa do walki.

Na dachu jednego z budynków Kreis przysłuchiwał się rozmowie w milczeniu, wyciągnął tłumik i szeroko się uśmiechnął, jakby wyśmiewał się z nich, bo za moment czeka ich śmierć.
"Nadszedł czas na polowanie!"
Skoczył z budynku lądując przed grupą i blokując drogę. Kaptur zasłania mu oczy, więc gang go nie rozpoznał.
"Hej! Jak śmiesz blokować moją drogę?! Jeste..." nim Simon dokończył zdanie, jego szyja była już rozcięta przez nóż, a krew rozlała się jak z fontanny. BUM. Jego ciało upadło na czerwoną kałużę i więcej nie poruszyło się ponownie.
Pozostałe osoby patrzyły na zwłoki oszołomieni.
"Hyaaaaaa!" głośny krzyk Lucy wyrwał resztę gangu z szoku.
"On... nie żyje?" mówi Scott "Simon... aaaauuugh! Moja ręka!" Scott patrzy na swoją posiekaną prawą rękę i próbował zatamować krwawienie, ale sekundę później napastnik wycelował nóż w jego gardło.
"Jacy hałaśliwi" Kreis wyjął nóż z jego ciała. W tak krótkim czasie pozbył się dwóch osób.

Widząc przed sobą dwóch martwych przyjaciół, Lucy od razu rzuca się do ucieczki. Oczywiście Kreis nie pozwoli jej żyć!

Kilka cięc nożem, krew tryskała z ich ciał doprowadzając do punktu krytycznego. Kreis spojrzał na Lucy, która siedziała przerażona tym co się dzieje, wpatrzona w mordercę przed nią.

"K-kim ty j-jesteś?" zapytała "
"hahahahahahaaaaahahahahaha!" odpowiedział jej histerycznym śmiechem i podszedł do niej. Umysł Lucy zalała fala strachu.
"Nie podchodź do mnie! Nie zbliżaj się!" patrzyła ze strachem na przykucającego obok niej zabójcę.
"Chcesz wiedzieć kim jestem?" uśmiechnął się tak samo jak wtedy, gdy zabił Simona, po czym uniósł kaptur ukazując swoją twarz Lucy.
"Ty! Jesteś Kr--" gdy Lucy chciała wypowiedzieć jego imię, ten natychmiast wbił w jej serce nóż, zabijając ją.
"Nie masz prawa wypowiadać mojego imienia, kretynko." Kreis założył kaptur ponownie i odszedł z miejsca zdarzenia, nim ktokolwiek by go przyłapał.


______________________________________________________________________________________


"Dzisiaj rano znaleziono kilka zwłok w tutejszej okolicy. Policja twierdzi, że ofiary zmarły z powodu utraty krwi. Z nagrań monitorów wynika, że sprawca miał czarny kaptur i czerwony szalik. Wszystkie ofiary były z tej samej klasy, a tropy wskazują, że to Kreis Claudio był prawdopodobnie sprawcą masakry. Według informacji, Kreis ma około 175 centymetrów wzrostu, brązowe włosy, czarną bluzę i czerwony szalik. Obecnie jest na liście jako poszukiwany przestępca, więc jeśli zauważyłeś kogoś, kto pasuje do podanego opisu, prosimy o natychmiastowe skontaktowanie się z policją. Dziękuję"







____________________________________________________________________________________________
To moja pierwsza przetłumaczona creepypasta, więc na pewno gdzieś tam będą niejasności, ale mam nadzieję że nie będzie to totalny chłam pozbawiony sensu... oczywiście niekiedy potrzebowałam pomocy, ale wytrwałam do końca. Mam nadzieję, że to nie moje ostatnie tłumaczenie. A wybrałam akurat to, bo bardzo lubię Kreisa. No dobra. Ja go wręcz uwielbiam. Tłumaczenie tego tekstu to była czysta przyjemnośc, nie licząc tych momentów, w których już chciałam coś wepchnąc na siłę xD.
Pozdrawiam .

środa, 7 grudnia 2016

Dni z życia CreepyPast 11


Z punktu widzenia Alice...
 Przystanek końcowy naszej misji - cmentarz.
Powód dla którego Toby nie mógł ruszyć z nami - martwa Lyra i jeszcze żywy Domino.
 Naszym jedynym zadaniem było sprawdzenie czy na tym terenie rzeczywiście grasują jakieś podejrzane typki i czegoś nie kombinują. Ja, Masky i Hoodie postanowiliśmy się nie oddalac od siebie za bardzo, szczególnie gdy panowała gęsta mgła. Było spokojnie. Tylko paru menelów urządziło sobie sielankę na jednym z grobów. Naturalnie się ich pozbyliśmy. Omijaliśmy alejki wolno, rozglądając się uważnie i starając się usłyszeć najcichsze dźwięki.
 - A kogoż moje oczy widzą! - po cmentarzu rozniosło się czyjeś echo. Za cholerę nikt z nas nie mógł zlokalizować gościa ani dostrzec wśród mgły. Dopiero po minucie podszedł na tyle blisko, abyśmy mogli go dostrzec. Tym kimś był wcześniej wspomniany Domino. Cóż, zawsze miał skłonności do oddalania się od swojego stada, chyba że Skroll też ma w tym jakiś interes wysyłając go tutaj.
 - Dwa, trzy... gdzie czwarty? - wy szerzył usta w uśmiechu - Zgubił się po drodze?
 - Toby'ego z nami nie ma - odezwał się Tim.
 - Jaka szkoda! Skroll specjalnie wysłał mnie tutaj kompletnie samego, żebym mu to powiedział... samego! Skazał mnie na pewną śmierć z waszej ręki, a ja nie mogę spełnic jego woli!
 Kombinuje coś.
 - Każdy wie, że prawda wyjdzie na jaw - Domino postawił nogę na jednym nagrobku. Stały na nim jeszcze zapalone znicze i nie brzydkie kwiaty, co wskazywało na to, że ktoś odwiedza ten grób często. Albo dopiero co zaczął istnieć? Nie... mimo panującej mgły można było odczytac wyryte imię i nazwisko zmarłego, a raczej zmarłej. Lyra Rogers tak właśnie głosił napis. Daty zasłaniały kwiaty.
 - Skroll nie byłby na tyle głupi - zabrałam głos - Nie wysłałby cię tutaj samego - równocześnie rozglądałam się po terenie, próbując dostrzec snajperów.
 - Czemu nie? - zaśmiał się - Nigdy nie dbał o nasze życia. Szczególnie o życia byłych przydupa...-
 W tym momencie rozległ się huk, a Domino odskoczył w bok jak poparzony. Sekundę później zorientowałam się w sytuacji. Masky strzelił z pistoletu, ale najwyraźniej nie trafił. Za to przeciwnik był piekielnie szybki i w oka mgnieniu znalazł się przed nami z zamiarem zatopienie noża w jednym z nas. Nim Tim zdążył strzelił ponownie, ostrze przecięło mu zewnętrzną stronę prawej dłoni. Chłopak zawył z bólu i w tym momencie poleciały następne strzały. Usłyszałam głośny syk. Błyskawicznie wyjęłam swój nóż i bez obmyślonego planu rzuciłam się na Domino. Jednak nim zdążyłam wyrządzić mu jakąkolwiek krzywdę, któryś z chłopaków objął mnie w tali i zaciągnął do tyłu.
 - Co ty wyprawiasz?! - usłyszałam warknięcie - Chcesz zginąć?!
W tym całym zamieszaniu nawet nie zauważyłam, że Domino trzyma wielki nóż wymierzony prosto w mój brzuch! Na twarzy bruneta pojawił się grymas zawodu, po czym wyciągnął z rękawów swoje asy, które wycelował prosto na mnie.
 - Padnij! - zawołał Brain i rzucił się prosto na celownik. Obronił mnie, przyjmując atak na plecy.
 - Hoodie! - moje wołanie zostało zgłuszone kolejną serią strzałów Masky'ego.
 - W-w-wszystko... wszystko o-ok... - wyjęczał drżącym głosem.
 - Cholera! - po tym z Masky'ego wylała się wiązka przekleństw - Spieprzył nam. - po tym podszedł do przyjaciela i bez zbędnych słów wyjął mu dwie karty wbite między łopatki. Królowa kier i król kier. Szczęśliwie to było tylko draśnięcie.
 - Nie m-ma szans żebyśmy go do-dogonili - zająknął się Hoodie.
 - Straciłem wszystkie naboje. - dorzucił Masky obserwując uciekający cień wśród gęstych drzew.
Ja milczałam, patrząc na plamy krwi, jakie za sobą zostawił.
 Staliśmy tak jeszcze chwilę w milczeniu, zgorszeni swoją porażką. Wiedzieliśmy już, że kiedy zdamy o tym raport, nasz pan może do nas stracić zaufanie. W końcu nasza trójka - dysponując pistoletem i kilkoma ostrzami - daliśmy uciec jednemu ze Skrollverse - który do zaoferowania miał tylko swoje karty jak żyletki i jedno większe ostrze -. Wolno podeszłam do miejsca pochówku Lyry i położyłam kwiaty na jej nagrobku, które wcześniej strącił Domino. Wazon, jeszcze niedawno cieszący oczy pięknymi na nim ozdobami, przeróżnymi aniołkami i złotymi wzorami teraz był rozbity w drobny mak. Tak samo skończyły dwie znicze, których szkło wyrzuciłam w jakieś mało widoczne miejsce. Nigdy jej nie znałam, a jej grobem "zajęłam się" jedynie z poczucia zobowiązania. W końcu była siostrą naszego Toby'ego. To było jednym z dwóch powodów dlaczego właśnie z nami nie przyszedł. Szału by dostał, albo i zawał na miejscu.

 Z punktu widzenia Nathan'a...
 - Aaaaaaaa! - Mike darł się wniebogłosy i osunął na białe kafelki, kiedy tylko solidnie przywaliłem mu rozgrzanym czajnikiem.
 - Ty gnido! - kulił się na podłodze, łapiąc za obolałe miejsce.
Ben w progach tylko przyglądał się z miną "żałuję że tutaj jestem".
 - Znowu się bijecie? - Nikki pchnął elfa na bok by wejść do kuchni. Nadal siebie nienawidzili - Daj mi to! - wskazał ręką na czajnik.
 - Ależ proszę - wyciągnąłem przedmiot w jego stronę i nachyliłem o 90 stopni, by resztka wody poleciała prosto na Mike. Niestety zdążyła już ostygnąć. Blondyn tylko zakasał, a Ben cofnął się gwałtownie do tyłu.
 - Kiedyś cię zamorduję! - wrzeszczał zbierając się z ziemi, cały mokry. Otrzepywał się jak pies, więc zasłoniłem się ręką. Wtedy Nikki wyrwał mi czajnik z dłoni i wlał znowu wody, po czym postawił na gazie.
 - I tak z tym frajerem codziennie! - stękał Mike.
 - Może ja i nie mam prawej ręki, ale lewa też niczego sobie! - rozzłościł mnie, po czym dostał cios wymierzony prosto w twarz. Poślizgnął się i upadł z hukiem, próbując się łapac czegokolwiek. A że kuchnia była mała, zwalił połowę rzeczy ze stołu i pobił jedyny wazon z parapetu.
 - Za to ty jesteś niepełnosprawny umysłowo - warknąłem.
 - Właśnie dlatego byłem przeciwko wam - wtrącił Ben. Chodziło mu oczywiście o propozycję Slendera abyśmy żyli z nimi pod jednym dachem. Bądź co bądź z Nikkim mieli małe sprzeczki, ale najwyraźniej to odeszło w niepamięć. Ale i tak się nie zgodziliśmy. A Ben był chyba najbardziej przeciw.
 - Idioty - rzucił brunet wychodząc z pomieszczenia z kubkiem i jego gorącą zawartością.
 - Idziemy, Ben - wstał z ziemi i nawet nie zorientował się, że dostał krwotoku z nosa - Później posprzątam.
Wyszli z pomieszczenia, a ja udałem się do swojego pokoju, jak zwykle pogrążając w ciemnościach i ciężkiej muzyce.


CDN...



  Jak wiecie powoli dopadają nas święta. Super, pięknie kolorowo. Spostrzegawczy nawet zauważyli malenkie zmiany w blogu. A z tym idzie, że niedługo rocznica bloga (to brzmi tak sztucznie).
I postaram się coś przygotowac w miarę fajnego na rocznico-święta :)

Dni z życia CreepyPast 30

Witojcie w ostatniej części drugiej serii krapowatych fanfikszion! Nadal zamierzam po tym kontunować tą jakże urzekającą historię. Przecież...