sobota, 10 czerwca 2017

Dni z życia CreepyPast 27


Z punktu widzenia Soul Taker...
 - Inaczej to sobie wyobrażałem... - ze zdziwieniem patrzyłem jak mój kompan taszczy za sobą worek z ledwo żywym człowiekiem. 
 - Mieliśmy go uprowadzić - warknął.
 - Ale...
 - Posłuchaj! - Jeff gwałtownie się zatrzymał i odwrócił twarzą do mnie - Widzisz, co ten psychol zrobił z moją twarzą? Jestem szkaradny! Chcę po prostu jak najszybciej wrócić do domu i to jakoś odkręcić. I nie miałem zamiaru pieprzyć się z nim dłużej niż to potrzebne.
Mój zboczony umysł zaświecił, ale na zewnątrz nie dawałem o tym znać.
 - Dostarczmy go do Zalgo jak najszybciej, okay?
 - Okay... - westchnąłem, a Jeff powrócił do targania worka.
Niepokoiłem się nieco, gdyż stawało się coraz ciemniej, a droga do domu wydawała się być bez końca. Cholernie przerażała mnie myśl, że spotkam dawnych "kolegów z pracy". Zdrajca, tak o mnie myśleli. W końcu zrzekając się Skrollverse absolutnie nie miałem prawa żyć. 
 - Daj. pomogę - złapałem za rogi worka i uniosłem go na wysokość bioder. W tej samej chwili z tkaniny wydobył się jęk. 
 - Dobić go? - spytał.
Zamyśliłem się, jakby ta decyzja była moim najważniejszym wyborem w życiu.
 - Szkoda czasu - wzruszyłem ramionami i pognaliłem chłopaka by ruszył przed siebie. Nie mam pojęcia, ile tak przebyliśmy drogi. W pewnym momencie Jeff niespodziewanie się zatrzymał i puścił worek, po czym odetchnął z ulgą. Z worka wydobył się kolejny jęk. Opuściłem go powoli i wyprostowałem palce.
 - Dobić go? - zapytał Jeff znowu - Jego odgłosy są irytujące.
 - Przyzwyczajaj się - spiorunowałem go wzrokiem - Prawdopodobnie będziesz z nim miał do czynienia codziennie.
Chłopak przewrócił oczami, przykucnął i wbił wzrok w czubki swoich butów. Ja zająłem się rozprostywaniem kości, które przyjemnie strzelały. Uwielbiam ten dźwięk! Wnet usłyszałem trzask gałęzi. Natychmiast odwróciłem się w stronę źródła dźwięku. Worek pusty, a metr od niego skradał się nasz więzień. Woho, nawet się nie spodziewałem, że Jeff aż tak bardzo obije mu mordę. Mark zdawszy sobie sprawę, że zwrócił na siebie naszą uwagę, rzucił się do uczieczki, lecz Jeff był o wiele szybszy i w porę złapał go za kostki, przez co uciekinier padł płasko na glebę. Nie tracąc czasu, przygniotłem go swoim ciężarem. Z jego ust wydobyła się wiązka przekleństw.
 - Mogłem go dobić - Jeff stanął przed nim i uniósł nogę, aby (jak przypuszczam) kopnąć chłopaka w głowę, by stracił przytomność, ale powstrzymałem go dając mu sygnał ruchem dłoni. Wyglądał na rozczarowanego, ale przebolał w ciszy to, że z kolejnego pobicia nici. Dźwignąłem naszą dwójkę z ziemi, trzymając Mark'owi nadgarstki za plecami, by miał ograniczone ruchy. Na szczęście nie w głowie mu było teraz stawianie się.  Nie żebym się bał, że rzeczywiście nam ucieknie. Po prostu ta wizja była upierdliwa.
 - Masz jakąś linę? Sznur? - posłałem spojrzenie Jeffowi. Chwilę się zastanawiał, po czym wyjął ze swoich butów sznurówkę.
 - Lepsze to niż nic.. - wybąkałem, przyjmując to od niego. Związałem ciasno okularnikowi dłonie. O dziwo nie wykorzystał tego krótkiego momentu, w którym pozostawiłem go bez nadzoru, co mi było na rękę. Jeff złapał za worek i już przymierzał się do wrzucenia tam bruneta.
 - Nie, nie, nie - powstrzymałem go - Nie będę go taszczył. Będzie szedł.
 - A jak ucieknie? - uniósł jedną brew.
 - Cóż... - westchnąłem - Oby nie.
 - Po co wam jestem potrzebny? - wtrącił Mark, a mnie totalnie zatkało. Może gdyby Jeff nie rzuciłby się na niego z pięściami i nie taszczył w worku, moja odpowiedź: "Masz szansę za zostanie proxy samego Lorda Zalgo i współpracę z nami" brzmiałaby całkiem sensownie. Ale jak on ma nam teraz zaufać, po tym co odwaliliśmy? Nie najlepszy początek znajomości.
 - Dowiesz się wszystkiego w swoim czasie - odparłem, siląc się, by zabrzmiało to jakkolwiek miło.
 - Och, choćby mała podpowiedź.
 - Chcesz wrócić do worka?
Momentalnie ucichł i przewrócił teatralnie oczami. Złapałem go za nadgarstki i popchnąłem lekko przed siebie. Jeff trzymał się obok nas, nawet na minutę nie spuszczając oczu z okularnika. Mark szedł kulejąc, ale ta forma i tak była szybsza i wygodniejsza. Wzrok miał utkwiony bez przerwy przed sobą i lekko dygotał, nie wiedząc czy ze strachu czy z zimna.
 - Nic ci się już nie stanie - słowa wystrzeliły z moich ust zanim zdążyłem się zastanowić.
Przełknął ślinę.
 - Co ze mną zrobicie? - ponowił pytanie. Milczałem. Nieco zwolniłem uścisk na nadgarstkach wiedząc, że jesteśmy blisko celu. Mimo to nadałem szybsze tempo chodu, gdyż mrok sięgał nas nieubłaganie.
 - Daleko jeszcze? - zapytał Jeff markotnym głosem - Zaraz wyjdą Skrollversi.
 - Nie denerwuj mnie - warknąłem zestresowany. Jakbym o tym nie wiedział! Teraz niemal biegłem, popychając zakładnika w przypływie strachu.

Z punktu widzenia Jeff'a...
 Pomimo dosyć szybkiego tempa, noc i tak nas dopadła, a wraz z nią nasze najgorsze obawy, czyli prawa ręka samego Skroll'a. Security. Creepy Friend. I pomimo faktu, że CP nie specjalizuje się w night watch, skurczybyk ma cholernie dobry wzrok i upatrzył nas w już sporej odległości.
 - Kogo tu trafiłem? - usłyszałem roześmiany głos za sobą - Zdrajca, śmieć i niedoszły przydupas.
Krew się we mnie zagotowała. Ten śmieć nazwał mnie śmieciem.
 - Och, to ty - powiedział Soul takim głosem, jakby się kumplowali - Kopę lat.
 - Po tym co nam zrobiłeś, masz jeszcze czelność tak się odzywać? - ton CF był całkowicie spokojny.
Bezstresowa rozmowa.
Bardzo wolno sięgnąłem do kieszeni i zacisnąłem palce na rękojeści noża. Napiąłem mięśnie gotowy do ataku.
 - I co zamierzasz? - ST puścił Mark'a, żeby odwrócić się do swojego roznówcy - Ty jesteś sam, a nas jest trz... dwóch.
 - Zapomniałeś, że w ciemnościach to ja mam przewagę - twarz wykrzywiła się w okropnym uśmiechu. Zacząłem tęsknić za swoim - Zresztą... jeśli ktokolwiek się dowie, że was spotkałem i nie podjąłem walki, zabiją mnie - na kilka sekund uśmiech zniknął - Poza tym mam kogoś do odbicia - spojrzał na Mark'a i wyciągnął przed siebie ręce, jakby chciał nam powiedzieć: "Popatrzcie na moje pazury! Jaki jestem potężny! Jaki groźny!" Choć przyznaję, jego pazury były godne samego Skrolla.
Przeszły mnie dreszcze na myśl, że takie dziesięć centymetrów mogłoby z łatwością przebić moją skórę. Creepy Friend cofnął prawą nogę, równocześnie lekko się pochylając i przygotowując do ataku. Zacisnąłem szczęki gotowy do odepchnięcia ataku. Soul Taker pchnął zdezorientowanego Mark'a w tył i spojrzał na mnie, po czym znowu na Mark'a, dając mi do zrozumienia: "Zajmij się nim". Oczywiście to mi się nie podobało, ale zdaję się całkowicie na niego.
Creepy Friend z pełną prędkością ruszył wprost na nas.



CDN...






[notka: w świecie proxy istnieją pewne rangi. Security, jedna z nich, oznacza osobę zajmującą się kradzieżą dokumentów, zdobywaniem informacji o innych versach, itd. Night watch to osoby odbywające patrole nocne, a cechuje ich jeszcze lepszy wzrok.]




sobota, 6 maja 2017

Dni z życia CreepyPast 26


Z punktu widzenia Jeff'a...
Przebudziłem się z niemałym pulsującym bólem głowy. Czułem jak moje nadgarstki były uciskane przez jakieś sznury. Leżałem, a wszelkie próby podniesienia kończyły się zwiększeniem bólu głowy i mrowieniem w okolicach kości ogonowej. Jak długo leżałem?
 - O rety... - usłyszałem głos Bena odbijający się echem.
 - Patrz i podziwiaj! - po tych słowach ktoś mocnym szarpnięciem ściągnął mi przepaskę na oczach. Krótko po tym Dr.Smiley przeciął nożem krępujące mnie sznury.
 - Co się dzieje? - wyjąkałem obserwując niemalże puste pomieszczenie. Na przeciw mnie stał Ben, dokładnie mi się przyglądając. Po chwili elf uśmiechnął się i oznajmił:
 - Aleś ty piękny!
Ja zawsze jestem piękny...
 - Spójrz - czerwonooki podsunął mi pod nos okrągłe lusterko wielkości dłoni dorosłego. Niemal zmroziło mi krew w żyłach i odruchowo wstrzymałem oddech. Lecz po chwili wypuściłem powietrze z płuc i zacząłem zgrzytać zębami. Moja twarz była... okropna! Piękne włosy były ścięte na krótko i przefarbowane na ciemny brąz. Szeroki uśmiech został zaszyty, a ślady zostały zręcznie ukryte pod niewidocznym "makijażem" który oprócz policzków obejmował całą twarz aż po szyję. Moja skóra miała "normalny" biały kolor.
 - Co ty mi zrobiłeś?! - wydarłem się niemal piskliwie. Tętno skoczyło, a ja aż buzowałem z wściekłości. Chętnie rozszarpałbym tego gnoja na miejscu!, ale ze względu na zawroty głowy byłem bezużyteczny...
 - Wiem, trochę spieprzyłem z cieniowaniem włosów i masz przykrótką grzywkę, ale...
 - Dobrze wiesz, że nie chodzi mi o fryzurę! Tu chodzi o wszystko!
Jako tako przefarbowane włosy i nowa fryzura była do zniesienia. Ale twarz...? To co on z nią zrobił jest niewybaczalne.
 - Doceń to co dla ciebie zrobiłem - uśmiechnął się szyderczo - Teraz przynajmniej będziesz mało rozpoznawalny wśród cywili.
 - Nienawidzę cię - warknąłem przez zaciśnięte zęby. Trudno. Szybko wrócę do domu i to naprawię.
Postawiłem zaledwie kilka kroków w stronę drzwi, a już odezwał się ból głowy i musiałem oprzeć się o ścianę.
 - Lepiej się nie przemęczaj - powiedział za mną Dr.Smiley - Przez twoje szarpaniny musiałem cię potraktować większą ilością śro... - nim dokończył po prostu wybiegłem za korytarz trzaskając drzwiami. Już nie chcę wiedzieć czym on mnie nafaszerował, co mi ciął i co dotykał.
 - Jakiś ty piękny! - zawołał ktoś za moimi plecami. Odwróciwszy się ujrzałem Soul'a, który szedł do mnie spokojnym krokiem.
 - Zamknij się - syknąłem jeszcze bardziej zły. Teraz to już muszę, muszę zrobić komuś krzywdę!
 - Szykuj się na misję.
 - Znowu...? - tak! Me modły zostały wysłuchane! - Co tym razem? - morderstwo!
 - Uprowadzenie - na te słowa momentalnie się załamałem.
 - Żartujesz! Nigdy wcześniej nie mieliśmy uprowadzeń!
 - Ty nie miałeś - białowłosy uśmiechnął się szyderczo - Jestem proxy o wiele dłużej niż ty i mam w takich sprawach doświadczenie.
 - Więc idź beze mnie. Ja nie mam doświadczenia.
 - Właśnie dlatego idziemy razem żebyś się podszkolił... - westchnął ciężko - Nie marudź i chodź - złapał mnie mocno za ramię i pociągnął w stronę wyjścia. To chyba będzie najbardziej upierdliwe zadanie dotąd.

Cdn

niedziela, 23 kwietnia 2017

Dni z życia CreepyPast 25




Z punktu widzenia Toby'ego...
 Dzień nieubłaganie zbliżał się ku końcowi, a niebo oblało się krwistą czerwienią. W mojej głowie rodziły się pytania. Czy zdążymy opuścić las przed zmrokiem? Czy poradziłbym sobie w walce z jednym z Skrollverse? Czy oni sobie poradzą? Próbowałem się uspokoić i skupić swoją uwagę na czymś innym. Ale w lesie nie było nic interesującego prócz powiększającej się ilości mijanych drzew.
 - Toby - odezwała się Luna - Odpocznijmy.
Zatrzymałem się gwałtownie i odwróciłem napięcie w stronę rodzeństwa. Kyle, pięć metrów w tyle dyszał ciężko opierając się o drzewo, a Luna zdołająca dotrzymać mi kroku postanowiła sobie usiąść na ziemi po turecku.
 - Jak ty możesz tak biegać? - wysapała zadzierając kark ku górze i obserwując niebo.
 - Przyzwyczajenie - wzruszyłem ramionami. 
No tak, nie wziąłem pod uwagi tego, że mają słabszą kondycję, pomyślałem i zacząłem się bardziej niepokoić. Trzeba pogodzić się z myślą, że czeka mnie nieunikniona bitwa z tymi potworami. Oparłem się o drzewo nieco rozczarowany.
 - W co ja się wpakowałam? - Luna ukryła twarz w dłoniach - Zaledwie tydzień temu wszystko było normalnie... Ja, Kyle, Kenny, Vincent i Rose...  - dziewczyna zaniosła się głośnym szlochem, a po jej policzkach popłynął strumień łez. Spojrzałem zakłopotany na Kyle, który tylko odwrócił się plecami, jakby nie widząc płaczącej siostry.
 - No już... shh... znajdziemy ich... - kucnąłem przed nią - Już w porządku... - mówiłem głosem najmilszym jak się da.
 - Nie mam nawet pewności, że żyją! - wywrzeszczała i zacisnęła szczęki starając się opanować.
 - Masz - niespodziewanie podszedł do nas Kyle i wyciągnął w moją stronę dłoń ze... zdjęciem? Wziąłem do niego skrawek papieru. Tak, zdjęcie. Fotografia przedstawiała piątkę osób - w tym Kyle i Lunę. Pozostałą trójkę stanowiła mała dziewczynka z misiem w dłoni, przypominającą kopię Luny. Chłopak stojący obok Kyle, który dzierżył łyżeczkę. Na jego widok aż mnie zemdliło. Nie był on brzydki, po prostu to była ta sama osoba, która wtedy wybijała nam okna. I która zdecydowała się pomagać Skroll'owi. Poczułem się okropnie, mimo że prawie nie przyczyniłem się do jego śmierci.
 - Jak on się nazywa? - wskazałem na niego palcem.
 - To Kenny - odparł Kyle.
Wróciłem do oglądania zdjęcia. Po lewej stronie stał wysoki chłopak i zdecydowanie wyróżniał się od pozostałych. Podczas gdy wszyscy mieli brązowe włosy i oczy, jego włosy były smolisto czarne, a oczy niebieskie, choć z urody byli podobni. Wszyscy byli też luźno ubrani, a on jakby zaraz miał przystąpić do matury. Wszyscy na fotografii uśmiechali się do kamery stojąc za zieloną tapetą. 
 - To Rose - Luna pokazała na małą dziewczynkę - A to Vincent - pokazała najwyższego chłopaka - Tęsknie za nimi - otarła twarz mokrą od łez.
Myśli w mojej głowie błąkały się jak wściekłe psy. Jeśli nie powiem im o Kennym rozczarują się, a tak to stracą do mnie zaufanie. Chyba się z tym prześpię.
 - Musimy już ruszać - rzuciłem, a po chwili dodałem - Trzeba znaleźć schronienie na noc.
I tak już nie mamy szans by wyjść przed zmrokiem, więc przynajmniej odpoczniemy.
 - Nie jest jakoś szczególnie zimno - powiedział Kyle - Możemy spać pod gołym niebem, na gałęziach drzew...
 - Pogięło cię?! - warknęła dziewczyna - Żebyśmy pospadali?!
Szatyn wzruszył ramionami obojętnie.
 - Czasami w taki sposób ucinałem sobie drzemki. Ty, jak myślisz? - zwrócił się do mnie.
 - W sumie to się może udać - o ile Skrollversi nie chodzą z zadartym w górę nosem. Chociaż jeśli znajdziemy odpowiednie drzewo gęste gałęzie mogą nas ukryć. Przynajmniej w małym stopniu.
 - A jeśli spadniemy? - Luna skrzyżowała ręce na piersi i westchnęła ciężko.
 - Możemy się przywiązać - oznajmił chłopak.
 - Czym?!
 - Nie musicie.. - wszedłem im w słowo - Będę was obserwować i pilnować.
Oboje spojrzeli na mnie jak na idiotę do potęgi.
 - Poszukajmy dobrego drzewa - wyprzedziłem jakiekolwiek pytania i zacząłem rozglądać się po okolicy. Te za niskie, te spróchniałe, tamte za wąskie gałęzie... o, tam! Idealne! Pokazałem dwójce upatrzone drzewko i ruszyliśmy w jego stronę. Pomogłem Lunie w spinaczce. Gdy oni usadzali się wygodnie na szerokiej gałęzi ja wspiąłem się wyżej i ukryłem wśród liści. Co chwilę coś zachaczało o moją bluzę, więc oddałem ją dzieciakom. Przynajmniej zapunktowałem "szlachetnym czynem". Tak mi się zdaje. Z wysoka obserwowałem las. Zapowiada się ciekawa noc.

           Z punktu widzenia Soul Taker...
 - Rozchmurz się - uśmiechnąłem się do Jeff'a szyderczo. Jeszcze nie pogodził się z tym, że na 33,3% w nasze szeregi zawita nowy.
 - Po prostu się przymknij - czarnowłosy z całej siły kopnął niewinną ścianę budynku opuszczonego szpitalu, do którego mieliśmy wejść.
 - Ha, haa... - zaśmiałem się cicho polrawiając kaptur na głowie. Ochrona przed słońcem i tak dalej. Żwawo pchnąłem drzwi wejściowe i wparowaliśmy do środka. Mimo że budynek był opuszczony od siedmiu lat był zadbany. Można powiedzieć, że to miejsce zostało obrane jako miejsce zamieszkania Dr.Smiley. Z opowieści innych wynika, że Slender niejdeniokrotnie próbował zaciągnąć go do swego "domu", ale odmawiał, twierdząc, że tu ma lepsze warunki.
 - Jesteśmy! - wydarł się Jeff i z hukiem otworzył pierwsze drzwi na korytarzu po lewej - Nie ma go tu - z takim samym podejściem otworzył kolejne.
 - Ale ty głupi jesteś - westchnąłem i ruszyłem w górę po schodach. Na drugim piętrze udałem się do sali zabiegowej. Bingo!
 - To ja - odezwałem się i wkroczyłem do środka patrząc na pocięte ciało na stole operacyjnym. Sam Dr.Smiley grzebał przy narzędziach odwrócony plecami.
 - Wooah! - stojący za mną Jeff wydał z siebie jęk pełen zachwytu - Dawno nie czułem zapachu krwi - jego oczy błysnęły.
 - Przerwaliście mi w najlepszym momencie... - westchnął Doktor i zdjął zakrwawione rękawice, które wylądowały w kącie.
 - Daj nam ten środek i znikamy - odparłem.
Czerwonooki zaprowadził nas do innego pomieszczenia, jakim był gabinet lekarski. W przeciwieństwie do reszty budynku to wyglądało jak chlew. Wszędzie rozsypane jakieś proszki, płyny, opakowania po trutkach na myszy i nieprzyjemny zapach chemikalii. Lekarz zaczął grzebać w szufladzie, a po chwili wyjął z niej małą fiolkę z podżółkłym środkiem w sobie.
 - To tyle? - zapytałem odbierając miksturę.
 - A czego się spodziewałeś? Wiesz jak trudno o wszystkie składniki i ile precyzji potrzeba żeby to cholerstwo stworzyć?!
 - Nie jestem w stanie sobie wyobrazić... - odkręciłem i powąchałem specyfik, po który nas wysłał Zalgo - Jak to działa? - do moich nozdrzy dostał się zapach porównywalny do potu zmieszanego z wodą utlenioną z metaliczną wonią. Aż mnie wzbierało na wymioty. Szybko to zakręciłem.
 - Podobnie do pigułki gwałtu i LSD - odpowiedział z zadziornym uśmiechem na twarzy. Po chwili jego kąciki ust opadły i spojrzał na Jeff'a, który był zajęty obserwowaniem widoku za oknem. Kątem oka widziałem jak sięga za sobą strzykawkę z jakimś środkiem. Nie wiem co planuje, ale nie powstrzymam go. W krótkiej chwili pokonał dzielącą ich odległość i wstrzyknął zawartość strzykawki w jego udo, po czym pchnął tak by upadł na ziemię.
 - Co robisz? - spytałem bardziej zaciekawiony niż zszokowany jego działaniem.
 - Uczynię go pięknym! - odpowiedział z entuzjazmem i złapał leżącego pod ramię. Otworzył sobie drzwi i ciągnął go njeprzytomnego przez korytarz.
 - Nie stanie mu się krzywda - zapewnił - Możesz odebrać go wieczorem.
 - Jasne! - przystałem na ten układ. Z uśmjechem na twarzy opuściłem szpital pędząc do Lorda Zalgo przynieść lek.






     Zapraszam na drugiego bloga

wtorek, 18 kwietnia 2017

Pisząc inaczej: 8 ulubionych openingów/endingów z anime #5

 *kolejność losowa*

1. Wolf's Rain (end.)

2. Zankyou no Terror (op)

3. One Piece (op. We are!)
Tak... spośród kilkunastu openingów tego tasiemca mnie urzekł ten...

4. Shinsekai Yori (end.)

5. Yamada-kun i 7 wiedźm (op.)

6. Deadman Wonderland (op.)

7. Hunter X Hunter (end.)

8. Angel Beats! (op)

9. Yuri!! on ice (op)

Znacie któreś z wymienionych, słuchacie?

niedziela, 16 kwietnia 2017

Dni z życia CreepyPast 24


Z punktu widzenia Toby'ego...
 Gdy byłem już pewien, że pozostali proxy są wystarczająco daleko zatrzymałem się i postawiłem na ziemię Kyle i Lunę.
 - Dlaczego to zrobiłeś? - zapytała dziewczyna powstrzymując łzy.
 - Bo nie kłamałem mówiąc, że was obronię - odparłem szczerze. Mam już ich wszystkich gdzieś. Mam serdecznie dosyć podporządkywaniu się tej istocie.
 - To chyba są twoi przyjaciele...
Byli, pomyślałem.
Jeśli wszyscy chcą mnie zdeformować pod swoje ego, to wypisuję się. Koniec bycia "czyimś". Chcę być tylko wolny.
 - Już w porządku - oparłem dłonie o kolana. Może i nie czuję bólu w nogach od długiego biegu, ale jestem wyczerpany. Ile oni ważą? Nieważne. Wyjąłem spod bluzy wydrążoną książkę, w której miałem zbierać informacje na temat Zaka i podarłem ją na setki kawałków. Obserwowałem jak wiatr niesie je ze sobą, inne zahaczały o gałęzie.
 - A ty... - Luna odwróciła się napięcie w stronę Kyle - Chciałeś żebym zginęła! - wykrzyczała bardziej rozpaczliwie niż ze złością i rzuciła się w przód popychając brata na ziemię.
 - Nie marnuj sił - powiedziałem szorstko i wyprostowałem się - Musimy uciekać.
Mi samemu nie podobało się zachowanie szatyna, ale cóż...
Luna popatrzyła na mnie ze zrozumieniem.
 - Zatem ruszajmy - po tych słowach wybiłem na czele naszej małej grupki. Desperacko próbowałem wytyczyć nam trasę, ale gdzie..? W końcu zdecydowałem się na niebezpieczny krok i biegiem ruszyłem w stronę terenów Skrollverse. Istnieje mały promyk szansy, że Masky, Hoodie i Alice ruszą w pościg właśnie tam, szczególnie że zaczyna zachodzić słońce. A przy jeszcze mniejszym szczęściu ujdziemy stamtąd bez żadnych niespodzianek.


Z punktu widzenia Zaka...
- Yo! - przywitałem się z Jeff'em wchodząc do jego pokoju - Czego mnie dziś nauczysz, senpai? - uśmiechnąłem się szyderczo i usiadłem po turecku przed jego łóżkiem gdzie bawił się nożem.
 - Nie nazywaj mnie tak - warknął i wbił nóż w ścianę. Raczej chciał, bo tylko farba pękła, a narzędzie zbrodni spadło z brzdękiem na panele pod łóżko. Był wkurzony, cholernie wkurzony. Mimowolnie moje trzy macki wyszły zza pleców i wiły się po ziemi niespokojnie.
 - Co ci się stało? - spytałem ostrożnie.
 - Zalgo chce sprowadzić nowego przydupasa.
 - Co w tym złego?
 - Ja nie chcę więcej znajomych... szczególnie takich rąbniętych.
 - Rąbniętych?
 - Miałem okazję z nim porozmawiać - westchnął i uderzył twarzą w poduszkę.
 - Może to tylko złe pierwsze wrażenie.. - wymyśliłem coś na szybko. Ja tam się cieszyłem, że poznam nowego człowieka. Rzadko kiedy mogę zobaczyć ludzi z powodu niekontrolowanych mocy... A nowy, cóż, czy będzie tego chciał, musi się przyzwyczaić i znosić moje towarzystwo.
 - Będziemy musieli go jeszcze odbić! - podniósł się gwałtownie - Slener i Skroll też na niego polują... szlag! - na nowo schował twarz w poduszcze i zaczął ją gryźć.
 - Może ma jakieś ultra umiejętności...
Jeff spojrzał na mnie z determinacją.
 - Sprawdzimy go.


Cdn...

Wesołych świąt i mokrego lanego!
Zapraszam też na drugiego bloga o tematyce TWD :3

niedziela, 9 kwietnia 2017

Dni z życia CreepyPast 23


Z punktu widzenia Jeff'a...
 Kiedy Zalgo opuścił pomieszczenie, myśli błąkały mi się po głowie niczym stado psów. Nie mogę, nie potrafię sobie nawet wyobrazić wykonywania jakiejkolwiek misji u boku tego... dziwadła. Ale cóż, moje słowo w tej sprawie się nie liczyło. Chyba najlepszym wyjściem z tej sytuacji byłoby zabicie go, skoro polują na niego dwie grupy.
 - Trzy - w mojej głowie rozległ się ten skrzeczący głos Slendermana. Zaraz, co?
...nawet on?
Nie wiem co ten cały Mark ma w sobie, że jest pożądany przez trzy demoniczne kreatury, ale trzeba się dowiedzieć.
Tak, wiem że to zabrzmiało dwuznacznie.
Nie, to nie sprawia, że choć troszeczkę go polubiłem. Dziwadło jakich mało.
 - Jeeeff - na moje kolana już próbował się dostać Vincent, ale po pięciu sekundach uniósł dłonie w moją stronę - Zlób hooop! - zażądał.
Podniosłem go gwałtownie wybijając w powietrze. Można by powiedzieć, że jest przyzwyczajony do agresywnych ruchów czy szarpnięć. W końcu nacodzień bawił się z Zak'iem, a raczej z jego mackami i też spędzał czas z Tobym, który miał te swoje niekontrolowane tiki.
Przyglądając się jemu zastanawiało mnie ile może mieć lat. Wiem, ojciec roku...
 Nagle po pokoju rozległo się pukanie, a już po chwili do środka wpadła Nina. Może tego po mnie nie widać, ale byłem cholernie z tego powodu smutny.
 - Co chciałaś? - zapytałem z obojętnym tonem głosu i usadziłem małego obok siebie.
 - Spędzić z tobą trochę czasu - zachichotała i usiadła na skraju mojego łóżka - Tak sobie ostatnio pomyślałam, może Zalgo nie potrzebuje nowych proxy? - jej uśmiech stał się szerszy niż zwykle - Wtedy moglibyśmy spędzać ze sobą duuużo więcej czasu - przysunęła się do mnie.
O nie nie nie. Odwołuję wszystko to co pomyślałem o tamtym okularniku. Wszyscy, tylko nie ona.
 - Nie potrzebuje - wydusiłem pośpiesznie - Ja i Soul Taker doskonale się wyrabiamy we dwoje z misjami.
 - Ale gdyby jednak... to ja zawsze do usług, mój książę.
 - Yhym - przytaknąłem. Może skoro już tutaj jest to ją wykorzystam?
 - Nina, jak myślisz, ile Vin może mieć?
Takie ośmieszenie. Trudno, kobieta powinna bardziej się znać na rzeczy.
 - Ugh... - pokierowała wzrok na dziecko po czym stwierdziła - Dwa... może mniej... no mniej więcej.
Podziękowałem i zapytałem znów:
 - Jak wyobrażasz sobie jego życie za dziesięć lat w tym miejscu?
Co za filozoficzne pytanie, niczym na rozmowie o pracę.
 - Hmm - zamyśliła się - Pewnie wyrośnie na narkomana, gwałciciela lub...
 - Dwunastolatek! - przypomniałem jej ile Vin miałby za dziesięć lat.
 - Nie skończył by dobrze w dorosłym życiu - ona swoje - Ale za kilka lat to byłby dzieciak talentów. Serio, wychowywany wśród tylu osobowości... gdyby każdy mógłby go czego nauczyć, to cud miód orzeszki. Do tego profesjonalny zabójca... - zaiskrzyły jej się oczy - Ukryty pod maską człowieczeństwa...
 - Skończ - powstrzymałem ją przed dalszym fantazjowaniem - Po prostu zamilcz.
 - Oj tam - spojrzała na małego - Może zabiorę go dzisiaj na... em, zakupy?
 - Po co? - zdziwiłem się.
 - Rety, ale ty nierozumny... przecież nie może się tutaj cały czas ukrywać. Zabiorę go na małą wycieczkę poznawczą, kupię zabawki, pokażę normalnych ludzi, a ty odpoczniesz. No co, skusisz się?
 - Zabieraj go - bez zastanowienia się zgodziłem.
 - Super! - wzięła Vina w swoje ramiona, niczym doświadczona matka - Nie wiem kiedy wrócę! - wybiegła z nim wreszcie zostawiając mnie samego. Nareszcie chwila spokoju.

Z punktu widzenia Masky'ego...
 Za ciągłymi namowami Alice zgodziłem się użyć zamienników zamiast użerać się z tamtymi dzieciakami.
 - Nareszcie bezpieczna - dziewczyna odetchnęła z ulgą, kiedy w końcu mogła oddalić się od miejsca przetrzymywania "energii życiowej" dla naszego Pana (nazywamy ją jaskinią). 
 - C-c-ciek-awii m-mnie co się dzie-dzieje z tamtymi - odezwał się Hoodie.
 - I tak kiedyś będziemy musieli ich złapać - westchnąłem ciężko.
 - Cicho siedź - warknęła Alice - Zamienniki wystarczą... - przełknęła głośno ślinę - ...na jakiś czas.
Po tych słowach zapanowała niczym niezmącona cisza. Trwała tak przez minutę, gdy wnet do moich uszu dotarł dziwny, niezindyfikowany hałas. Jakieś okrzyki godowe? Nie... To szelest liści i jakieś przekrzykiwania się. 
 - Czy ja słyszę naszego Toby'ego? - zauważyła Alice.
 Cholera, chyba rzeczywiście to były krzyki naszego kretyna i dwóch nieznanych osób. Pielgrzymki urządza?
 - S-sprawdzę... - powiedział Hoodie i żwawym krokiem udał się w stronę hałasów. Po niecałej minucie rozległ się pisk i strzał z pistoletu. Co tam się dzieje?! Natychmiast pobiegliśmy w tym samym kierunku co Brain. Niemal oczy mi na wierzch nie wyszły, gdy ukazał mi się widok Toby'ego, za którym chowają się dwa dzieciaki - właśnie nasz cel - i nieco zdezorientowanego Hoodie'go niewiedzący co robić (ani chyba gdzie strzelał).
 - Co tu się wyrabia?! - rzuciła Alice, po czym zauważyła bachory - Och, to oni... - jej oczy aż zaiskrzyły. Spojrzała na Toby'ego i zapytała z nadzieją w głosie - Ty... złapałeś ich dla nas, tak?
 Niepotrzebnie się łudziła. Dla mnie sprawa wygląda jasno - Toby ich chroni. Zdrajca!
 - Że co proszę? - szatynka, która była ukryta za jego plecami teraz odsunęła się - Okłamałeś nas? Od samego początku z nimi współpracujesz? - jej głos drżał.
 - Ja wcale... - chłopak próbował coś powiedzieć, ale dziewczyna znowu mu przerwała:
 - Kally, odsuń się! - złapała najwyraźniej swojego brata za ramię i przyciągnęła do siebie.
 - Pomagałeś im? - rzuciłem oschle do Ticci'ego - Wcale nie chciałeś nimi manipulować, żeby wpadli w nasze ręce. Ty nawet nie byłeś wtajemniczony w to wszystko!
Toby popatrzył na każdego po kolei, a na jego twarzy pojawiło się wielkie zakłopotanie. Zawiódł mnie i nawet nie chciałem pokazywać, że jest inaczej. 
 - To nie jest tak... - wydusił w końcu - Oni mieli mi tylko pomóc w zbliżeniu się do tajemnicy... nie wiedziałem, że oni są aż tak ważni.
 - Kłamca! - syknęła czarnowłosa - Zdrajca! Niewdzięcznik! 
I co ja miałem zrobić? Jeśli go tylko pogłaskam po główce, to tak jakbym sam zdradził Pana Slendermana. A jeżeli okaże się kablem... to przecież mój przyjaciel. Irytujący, zbyt ciekawski, ale przyjaciel. Chyba muszę go sprawdzić.
 - Ostatnia szansa - zagrzmiałem. Dobra Masky, przemyśl dokładnie swoje działanie. Albo raz na zawsze się go pozbywamy, ale to jakoś sprostujemy na jego korzyść - Udowodnij, że nie jesteś zdrajcą. Że nimi manipulowałeś, by trafili do nas.
 - Jak niby? - zdziwił się.
 - Zabij jednego z nich.
Toby przyglądał mi się osłupiały, a szatynka wzdrygnęła się niespokojnie i szarpnęła brata za rękaw.
 - Kally, uciekajmy!
Jednak chłopak stał tylko, pusto patrząc w przestrzeń. Twarz miał jak głaz, zresztą już od jakiegoś czasu.
 - Kally! Zaraz nas zabiją! - dziewczyna ponowiła próby "obudzenia" go.
Ticci wyjął zza pasa swoje dwa toporki i z obojętną miną zerknął na dwójkę.
 - Pośpiesz się - pogoniła go Alice krzyżując ręce na piersi.
Po policzkach szatynki zaczęły spływać łzy. Tak bardzo kocha swojego brata, że jest gotowa umrzeć w męczarniach. Jaka głupia. Jaka naiwna.
 - Kłamca... - wyjąkała i mocno zacisnęła powieki, sztywniejąc gdy Toby zbliżył się o dwa kroki.
Momentalnie poczułem ulgę, widząc, że Ticci jednak nie zależy na opinii "zdrajcy". Jeszcze wszystko możemy uratować!
 - Zabij ją!! - chłopak imieniem Kally nagle się ożywił i wskazał palcem na siostrę, która gotowa była umrzeć z nim - Zostaw mnie!
 - Ty...! - dziewczyna nie zdążyła dokończyć, bo jeden z toporków zawisł nad nimi w powietrzu. Taak! Tego właśnie chciałem!
Niespodziewanie jego ostrze zamiast zatopić się w ciele któregoś z nich, wylądował na ziemi, a sam Toby objął rodzeństwo szerokimi ramionami i przyciskając ich do siebie... pognał przed siebie.
Minęły może dwie sekundy, nim zorientowałem się, co właściwie uczynił.
 - Za nim! - rozkazała Alice i rzuciła się w pościg za trójką.




cdn...

środa, 5 kwietnia 2017

Pisząc inaczej: Moje 3 ulubione filmy #4


 Choć filmów znam o wiele mniej niż książek, to wybór trzech spośród małej ich liczby był o wiele trudniejszy. Ehh...
*kolejność losowa*

1. Chata

Na "Chatę" wybrałam się spontanicznie, nie sprawdzając wcześniej nawet o czym to będzie, wcześniej zachęcona krótkim zwiastunem. Uczucia miałam mieszane, ale wszystko po kolei.
Główny bohater, Mack, miał spędzić idealne wakacje ze swoją rodziną - jednak podczas obozu gubi się jego najmłodsza córeczka. Policja odkrywa, że została porwana przez poszukiwanego od miesięcy mordercy, a strzępki jej ubrań i krew znajdują w pewnej zbitej deskami chacie. Zrozpaczony Mack postanawia sam wymierzyć sprawiedliwość i samotnie wybiera się na miejsce zbrodni, by zabić oprawcę swojej córeczki. Przez przypadek odkrywa, że chata jest "portalem" do zupełnie innej krainy. Co tam znajdzie...?
Początkowo myślałam, że w tej krainie będą wróżki, elfy, ewentualnie zwykli ludzie. Dlatego wielkie było moje zdziwienie (i rozczarowanie), gdy zamiast upragnionych magicznych istot dostałam... Boga. Boga, który jest Tatą i jego dwójkę dzieci - Jezus i Trójca Święta. 
Cóż, gdy to wyszło na wierzch słowa i mądrości Taty jakoś nie do końca do mnie trafiały. Traktowałam to jako zwykłą gadkę i byłam szczerze znudzona. Jednak dopiero później się przełamałam, przestałam patrzeć na te "istoty" jak na coś nierealnego i po prostu cieszyłam się samą historią. Jak zwykle, Milena się pomyliła, bo sądziła, że 90% ich wypowiedzi będą się opierać na czymś w stylu "Módl się o duszę swojej córeczki, chodź do kościoła...". A najważniejsze pytanie, jaki mi zadał film: "Czym jest sprawiedliwość?" Właśnie... kto powinien zostać osądzony? Człowiek, który ma 100 grzechów i szczerze tego żałuje, a może człowiek z 50 grzechami, która nic z tego nie robi?
"Chata" na długo pozostanie mi w pamięci i nie żałuję, że się na niego wybrałam, mimo negatywnego podejścia na początku. 9/10

2. Milczenie owiec

O tym horrorze nasłuchałam się wiele. Wchodzę na zapytaj.onet poprosić użytkowników o jakiś dobry, wstrzącający film, a połowa odpowiedzi to "Milczenie owiec". Youtube - "Top 10 najstraszniejszych horrorów!" i co ja tam znajduję na liście...? Myślicie, że "Milczenie owiec" które miejsce zajmuje na filmweb?
Wszyscy naokoło mówią, że to jest rewelacyjne, dlatego oglądając to liczyłam na coś mocnego, coś ekstra, coś co mrozi krew w żyłach. I to dostałam, ale troszeczkę mniej niż się spodziewałam. (kolejny zawód?)
Myślałam, że będzie więcej akcji, szalonych pościgów (wat?) i tego typu rzeczy. Dodatkowo film cierpi na małą ilość postaci - na szczęście taki jeden Haniball jest wart więcej niż dziesięciu Łukaszów. A jego metaliczny głos i spojrzenie z nutką obłąkania i taki spokój przy tym.. cud miód orzeszki. A tamten transwestyta (nie pamiętam imienia, przepraszam) też niczego sobie. Widać było ogromną różnicę między wszystkimi charakterami.
Koniec końców uważam, że czas przeznaczony na oglądanie zmarnowany nie był, ale nadal czegoś mi tam brakuje. 8,5/10

3. Omen 2006

Na moją listę ponownie wkracza film grozy, czyli inaczej historia o największym antychryście jaki stąpał po ziemi.
Czerwiec, dzień szósty, godzina szósta - na świat przychodzi chłopiec, któremu zmarła matka. W tym samym szpitalu umiera dziecko bogatego małżeństwa, które niewiele myśląc adoptuje tamtego i traktują go jak własne. I wszystko jest w porządku, do czasu gdy mały osiąga wiek sześciu lat - zaczynają się masowe samobójstwa, a na rodzinę spada masa nieszczęść. Dodatkowo syn. Dave, izoluje się od innych rówieśników, bardzo źle reaguje na krzyże, kościoły itd., nawet zwierzęta się go boją i wpadają przy nim w szał. Zaprzyjaźniony ksiądz rodziny twierdzi, że adoptowali oni samego syna Szatana. Ojcu przyjdzie decydować o losie dziecka, które wychował jak własne.
Do filmu nie zachęcił mnie wcześniej jakiś zwiastun, rewelacyjny opis, pozytywne oceny w internecie, opinia zasłyszana ok kolegi - od tak jakiś tytuł mi mignął przed oczami i włączyłam go na ślepo. Nie stawiałam też żadnych wymagań, więc może i dlatego się nie zawiodłam i uważam to za jedno... rewelacja.
Może i nie trzyma przez dłuższy czas w napięciu, ale w przeciwieństwie od innych horrorów, ten zamiast obrzydzenia od latających na prawo i lewo flaków wzbudzał niepokój i ogromną ciekawość. Interesuję się demonologią, więc to był strzał w dziesiątkę. 9/10
(szkoda tylko, że większość opinii w internecie nie jest tak przechylna)





A wy, oglądaliście któreś z wymienionych, podobały się?



niedziela, 2 kwietnia 2017

Dni z życia CreepyPast 22


Z punktu widzenia Jeffa...
 Po raz pierwszy Zalgo wysłał mnie kompletnie samotnego na misję. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że miałem surowy zakaz zabijania. Ech, mój pan jest bezlitosny. A moim zadaniem było obserwowanie jakiejś dziewoji i dokładne notowanie co w danej minucie robi. Zalgo uznał, że obecność aż dwóch osób jest zbędna, a ST ma "problem" ze słońcem. Czyli przede mną 24h pilnego notowania co robi jakaś plastikowa pani bez możliwości mordu. Czasami zastanawiam się jak Zalgo wykorzystuje te notatki.
Zadanie trudne nie było, jej posiadłość nie miała super zabezpieczeń, nawet jakby chciała być obserwowana, wszystkie okna były sporych rozmiarów, bez zasłon czy firanek. No łup idealny! Jej podwórko było oddzielone od reszty wysokim żywopłotem, więc o innych ludzi nie musiałem się martwić. Szkoda tylko, że po dwóch godzinach odpadała mi dłoń. Przynajmniej w końcu postanowiła usiąść przed telewizorem i pooglądać "Trudne sprawy", czyli na godzinę spokój. Albo raczej na pół godziny, bo w połowie odcinka gwałtownie się poderwała z kanapy i pokierowała do drzwi wejściowych. Zanotowałem. Docierając pod odpowiednie okno zobaczyłem jakiegoś chłopaka pukającego do drzwi. Dziewczyna najpierw wydarła się na niego jak ma czelność tutaj w ogóle przychodzić i że jest chory psychicznie. Zanotowałem. Chłopak jakby niewzruszony jej postawą powiedział coś, ale cicho, nie usłyszałem. Ta znowu się wydarła: "Jak w ogóle możesz mnie o coś prosić?! Jesteś zwykłą łajzą, menelem! I oddawaj moje rzeczy!". Zaczęła go szarpać, równocześnie obmacując okolice kieszeni. Chłopak najwyraźniej zrozumiał, że nie warto było przychodzić, bo po chwili odepchnął ją brutalnie i uciekł jak najprędzej. Oczywiście kiedy ona upadała na kafelki, on jeszcze zerwał z jej szyi srebny naszyjnik. Zanotowałem.
 - Bydlak! Złodziej! - klnęła - Krętacz!
Ledwo się powstrzymałem żeby nie wybuchnąć śmiechem.
Kolejne 21h minęło bez niespodzianek, a ja dosłownie padałem na ryj. Gdy tylko wybiła upragniona godzina 7:00, schowałem notes i długopis do kieszeni. Moje palce aż krzyczały "nareszcie!". Żwawym krokiem wyniosłem się z tego miejsca. Naciągnąłem kaptur na głowę, a usta zasłoniłem chustą, która dotychczas była w kieszeni. Przynajmniej o takiej wczesnej porze było bardzo mało ludzi, więc czułem się pewniej. Nagle w połowie drogi, będąc w pobliżu ławki pod sklepem idealnej dla Sebixów, dostrzegłem JEGO. Dobra, nie widziałem dokładnie twarzy chłopaka, ale sylwetka, wzrost, kolor włosów, ubiór i charakterystyczny symbol w postaci okularów się zgadzały do opisu gościa, z którym szarpała się tamta dziewoja. Dodatkowo obracał w dłoni srebny naszyjnik. Byłem teraz pewny, że to on. Wnet całe moje zmęczenie odeszło gdzieś na drugi plan, a ja wpadłem na genialny pomysł - Zalgo zabronił zabijać, ale o pobiciu nic nie wspominał. Pobawię się w dresa, który został nasłany przez tamtą laleczkę za kradzież. Ta... chociaż stop! Czy ten potwór, zwany nudą, do końca wyżarł mi mózg?
 - Heej - chcąc nie chcąc okularnik sam mnie zauważył i wskazał na mnie palcem - Ty wyglądasz jak zombi.
Te słowa kompletnie zbiły mnie z tropu. Spodziewałem się raczej czegoś w stylu "Masz może ognia?", czy "Chciałby pan porozmawiać o Bogu?", nawet głupie "Pożycz, kierowniku, dwójkę na chleb...", ale tego co on powiedział raczej się nie słyszy od przypadkowego gościa z ulicy.
 - Aż tak źle? - westchnąłem i dokładniej mu się przyjrzałem. On również bacznie mnie obserwował swoimi ciemnymi oczami, które widziały przez czerwone, kwadratowe okulary. Włosy też miał ciemno-brązowe, a koszulka w kratkę wyglądała jak po przejściu stada antylop. Wyglądał jakby nie spał kilka dni.
 - Gdyby tylko cię wysmarować krwią... - przyłożył kciuk i palec wskazujący do podbródka - No byłbyś doskonałym zombi.
Zaśmiałem się pod nosem. Gdyby tylko wiedział, ile dziennie osób widzi mnie skąpanego w morzu krwi... Szkoda, że nigdy nie będzie dane mu się o tym dowiedzieć.
 - Ciekawe jak ty wyglądałbyś wysmarowany krwią - odparłem tym tonem, którego używam do frazy "Idź spać", żeby choć troszeczkę się wystraszył.
 - Wyglądałbym bajecznie! - na jego twarzy zagościł szeroki uśmiech, ukazując szereg zębów. Co to za rozmowa z kimś, kto się mnie nie boi?
 - To ja już pójdę - pożegnałem się i znów ruszyłem swoją drogą.
Na miejscu oddałem zapisany notes ST i natychmiast zakopałem w swoim łóżku i równie szybko zasnąłem.
 ...oczywiście wszystko co dobre szybko się kończy, gdyż po jakimś czasie obudził mnie nikt inny jak jego wysokość Zalgo.
 - JEFF! - wrzeszczał szturchając mnie z całej siły. Niechętnie podniosłem się i siedząc na łóżku wpatrywałem w oczy tej ludzkiej postaci Zalgo. W dłoni trzymał notes, w którym sporządzałem notatki o tamtej babie. A wydawało mi się, że wszystko dobrze opisuję...
 - Mógłbyś mi dokładniej opisać tamtego chłopaka?
Zebrałem myśli.
 - Był mocno opalony, blond włosy ścięte "na panka", wyso...
 - Nie ten, kretynie! Ten co jej ukradł naszyjnik!
 Dokładnie opisałem mu jego wygląd, nawet dodałem, że z nim rozmawiałem i coś bredził o zombi. Potem zapytałem się, na co to było potrzebne. Na to Zalgo odparł z poważnym wyrazem twarzy:
 - Planuję uczynić z niego mojego nowego proxy.
 - Więc w czym problem?
 - Skroll ma takie same plany.
Że co? To ten koleś ma jakieś paranormalne moce, że kanibal i demon o niego walczą?
 - Jak się nazywa? - zapytałem.
 - Mark.
Bosko. Dobrze czułby się w Skrollverse.


cdn...

Dni z życia CreepyPast 21


Z punktu widzenia Toby'ego...
 Już o bladym świcie stałem na nogach. Musiałem wracać do "domu", żeby nie było wobec mnie podejrzeń, ale z drugiej strony miałem chronić tych upierdków... ale chyba nic się nie stanie, jeżeli zostawię ich pod opieką chłopaków na kilka godzin. Tylko tam pójdę, dam komuś znak, że żyję i szybko wrócę. Nic prostszego. Chyba.
Ruszyłem chwiejnie w stronę drzwi, ale zakręciło mi się w głowie i już po chwili wylądowałem na podłodze, w trakcie lotu zgarniając głośne JEBS czołem o klamkę. Stróżka krwi spłynęła mi po nosie kapiąc na moje ubrania. Otarłem twarz rękawami niechlujnie i z powrotem się pozbierałem. Później się będę tym przejmował. Tym razem bez żadnych wzlotów i upadków, zachowując się maksymalnie cicho opuściłem dom, kierując się do tego "mojego".
 - Co ci jest w czoło? - spytał któryś z domiwników, gdy byłem na miejscu.
Wyburkałem tylko jakieś "przewróciłem się" i pognałem do łazienki ocenić w jakim stanie jestem. Siniak wokół niezłego strupa, zaschnięta krew na czole i na twarzy od wycierania rękawem. Ale jest okay... Obmyłem się zimną wodą i udałem się do salonu. Tam Jason przechwalał się Puppetowi, jaką to ostatnio wspaniałą lalkę wyprodukował. Ten drugi sądził, że mogłaby być o niebo lepsza. A marionetka siedziała oparta o jego nogę, z nienaturalnie przechyloną na bok głową. Od razu rozpoznałem w nim tamtego chłopaka od Domino.
 - Są Masky i Hoodie? - przerwałem ich kłótnię wcinając się między zdania.
Obaj spojrzeli na mnie jak na człowieka ułomnego.
 - Nie było ich całą noc i nie będzie też przez kilka dni... - wytłumaczył Puppet.
 - TY tego nie wiesz? - spytał Jason.
No tak, jako proxy nie powinienem pytać o takie rzeczy. To było conajmniej dziwne.
 - Miałem inne zadania na głowie, mogłem nie wiedzieć co akurat robią - skłamałem i wzruszyłem ramionami. Lalkarze tylko przytaknęli i powrócili do swojej kłótni. Już miałem kierować się do wyjścia, gdy w mojej głowie rozbrzmiał ten upiorny głos Slendermana.
 - Przyjdź do mojego gabinetu. Natychmiast - rozkazał.
Chciałem czy nie, automatycznie ruszyłem w górę po schodach i wymijając drzwi pokoi, znalazłem się na końcu korytarza. Te drzwi miały identyczny kolor jak ściany i idealne się ukrywały. Z niechęcią je otworzyłem, przekroczywszy próg przybrałem obojętny wyraz twarzy. Gabinet Slendermana był o połowę mniejszy od wszystkich pokoi domowników. Ściany były zasłonięte półkami, na których stały rządy idealnie poukładanych książek - alfabetycznie, gatunkowo, rozmiarami... Chociaż mało kto wie, że tylko mały procent tych książek służą tak jak powinny - czyli do czytania. Niemalże wszystkie miały tak wydrążone strony, że służyły jako schowki do jakiś dokumentów. Zdobyte informacje dotyczące Skrollverse, nawet stare dokumenty proxy, zdjęcia - WSZYSTKO.
 - Toby - na samym środku przy biurku siedział nikt inny jak mój pan - Doskonale wiem, że coś planujesz. Zapomniałeś już o mojej zdolności odczuwania emocji? Początkowo to było zrozumiałe - odsunąłem cię w kąt, byłeś niepotrzebny, tak też się czułeś. Ale jako mój pomocnik musisz to jakoś przeboleć, a nie spiskować. Jeżeli dowiem się, że robisz coś niewłaściwego, będziesz gorzko żałował.
No taak, zupełnie zapomniałem o jego zdolnościach. Robiłem coś niewłaściwego pomagając tamtym dzieciakom, on to wyczuł... szlag.
 - Daj mi misję - nie trudziłem się już o zwroty grzecznościowe. Walić to, nienawidzę uczucia bycia pominiętym.
Slendedman milczał przez chwilę, po czym powiedział/przekazał:
 - Skoro tak bardzo chcesz... - jego ton nie był już taki spokojny. Ups - Weź to - położył na biurku książkę, której tytuł brzmiał "Co wiesz o potworach?", a na okładce była zakapturzona istota ze świecącymi ślepiami. Na pewno nie kazał by mi czytać. Możliwe, że była wydrążona - Twoim zadaniem będzie zapełnienie jej wszelkimi informacjami o synu Zalgo. Całą.
 - Zak.
 - Co takiego?
 - Nazwaliśmy syna Zalgo Zak. Bo był bezimienny.
Chyba to go wyprowadziło z równowagi.
 - Idźże już.
Nim opuściłem gabinet zabarałem ze sobą książkę-schowek. To mi przecież zajmie okrągły miesiąc... Zresztą, sam się o to prosiłem. Na szczęście nie była sporych rozmiarów, więc schowałem ją pod bluzę. Położenie jej w pokoju nie byłoby najlepszym pomysłem.
Mimo groźby Slendermana i tak po tym poszedłem w stronę domu gdzie nocowały tamte dzieciaczki. Skoro jestem kiepskim proxy, niech będę ochroniarzem idealnym.

Z punktu widzenia Bena...
 Wiele zmarnowanych bandaży na oko nim w końcu Red się nade mną zlitował i zdobył dla mnie szpitalną przepaskę. Co za refleks, że musiał minąć taki szmat czasu...
 - Wiem, że to już nie najświeższy temat, ale za co twój ojciec wydłubał ci oko? - spytał chłopak wręczając mi do łapek przepaskę. Byliśmy akurat sami w pokoju, bo Silver wybrał się gdzieś z Eyeless.
 - Za bycie dobrym - odpowiedziałem szczerze.
 - Dobrym? Specjalnie wstał z grobu po to?
 - Zawsze miałem być taki jak on chciał - zasłoniłem pusty oczodół i spojrzałem przez okno. Idealna pogoda, aby ktoś popełnił samobójstwo - żadnej żywej duszy w postaci ptactwa, czarne chmury zasłaniające niebo - Idealna.
 - Czyli rozumiem, że od teraz będziesz dupkiem żeby nie stracić drugiego oka?
 - Strzał w dziesiątkę.
Jakoś nigdy nie lubiłem bycia okrzykniętym jako "dupek", czy "wredota", ale albo to, albo już nigdy nie spojrzę na świat.
 - Ojciec roku - podsumował, po czym szybko zmienił temat - Może pogramy?
 - Nie... mam inne plany - po tych słowach wyszedłem z pokoju. Pora doprowadzić do szaleństwa kilka osób. Pewnym krokiem ruszyłem do miasta. Nie zwracałem uwagi na to, że moje ubrania nie do końca były czyste. W nocy zacznie się zabawa.


cdn...

poniedziałek, 20 marca 2017

Dni z życia CreepyPast 20



Z punktu widzenia Luny...
 Nienawidzę, nienawidzę, nienawidzę! Niecierpię siebie za taką bezradność. Jeszcze kilka chwil temu chcieliśmy siebie rozszarpać wzajemnie, a teraz współpracujemy! A jeszcze gorsze było to, że Kally najwyraźniej nie widział problemu i ufał temu całemu Tobyemu. Jeszcze ten dziwak podejrzanie się zachowywał, gdy zapadł zmrok. Wzdrygał się nawet na lekki podmuch wiatru i nerwowo rozglądał  na strony.
 - Chyba się zgubiłeś - rzuciłam oschle.
 - Skądże znowu! - zaprzeczył - Po prostu w ciągu nocy można natrafić na wielu nieprzyjemnych typów i...
 - Daruj sobie - przerwałam mu - Po prostu sobie nie radzisz.
Toby spojrzał na mnie chłodno, a oczyma wyobraźni już widziałam, jak ten dziwak rzuca się na mnie z toporkami i rąbie jak zwykłe drewno, ale zamiast tego powiedział sucho:
 - Prawie jesteśmy. Zadowolona?
Bez słowa ruszyłam za nim w dalszą podróż. Współpracujemy razem od jakiś trzydziestu minut, a już mi działa na nerwy. Ech, ale zrobię wszystko by odnaleźć moje rodzeństwo.
Niedługo po naszej małej kłótni, dotarliśmy do jakiegoś małego domku. Toby kazał zaczekać nam na zewnątrz po czym sam wparował do środka trzaskając drzwiami.
 - Upierdliwy gostek - poskarżyłam się. Mój brat wzruszył tylko ramionami.
 - Chce nam pomóc. Wydaje się w porządku.
Z automatu strzeliłam faceplama. Jaki on naiwny!
Po momencie drzwi otworzyły się, a w progu stanął Toby, ale sekundę później odsunął się na bok, dając sygnał byśmy weszli, jak też zrobiliśmy.
 - Wasze dotychczasowe schronienie - syknął - Macie nie sprawiać kłopotów, unikać gości i posłusznie wykonywać wszystkie polecenia.
 - Twoje polecenia? Chyba jesteś rąbnięty, jak myślisz, że będę dla ciebie sprzątać!
Wnet drzwi wejściowe trzasnęły, powodując huk. Wzdrygnęłam się. Podmuchu wiatru nie było, Toby i Kally mieli rączki przy sobie. Więc co? Uderzyła mnie fala gorąca ze zdenerwowania. Wtedy w pomieszczeniu rozbłysło światło, oślepiając mnie na kilka sekund. Gdy już się do tego przyzwyczaiłam, rozejrzałam się. W kącie pomieszczenia stał oparty o ścianę chłopak emo. Miał czarne włosy, szare oczy, ubiór też nie grzeszył kolorami... Cały czarny.
 - Będziecie wykonywać MOJE polecenia - spiorunował nas wzrokiem - Moje i pozostałych domowników tego domu, w którym macie... - zatrzymał się, jakby bał się słowa "mieszkać". Bo chyba to miał na myśli.
Prychnęłam.
 - Jestem Nikki.
 - Luna i Kally - wyprzedził nas Toby i pośpiesznie wepchnął w głąb tego zasranego domu. Był dość... skromny.
 - Wasz pokój - wepchnął nas do jakiegoś pomieszczenia, który najwyraźniej był już przez kogoś zamieszkany - Ja będę w pokoju naprzeciw - spojrzał na nas jakby zatroskany - Muszę być blisko żeby was chronić - po tych słowach zatrzasnął drzwi. Żeby go szlag. Niech przynajmniej nie udaje, że się martwi.
Rozejrzałam się po pokoju. Na niebieskich ścianach wisiały zniszczone przez czas plakaty muzyków. Pomiędzy biurkiem, a szafą stała sobie gitara. Na komodzie obok łóżka były porozrzucane kostki do gry i... pluszaki? Serio? Na samym środku pomieszczenia były dwa materace, pewnie dla nas... W całym pomieszczeniu było gorąco, a okno były pajęczyny! Jeszcze tak okropnie śmierdziało potem (i innymi wydzielinami) zmieszanym z jakimś męskim perfumem. Kilka brudnych ubrań w kącie... A najsmutniejsze było to, że najbardziej zadbanym miejscem było chyba biurko z nie tanim komputerem, a na konsoli, która leżała tuż obok, nie jawił się nawet pyłek kurzu.
Niewiele myśląc podbiegłam do okna i otworzyłam je szeroko, wpuszczając świeże powietrze i pierwsze od lat w tym miejscu.
Nagle poczułam czyiś ciepły oddech na karku. Pomyślałam, że to brat, więc zignorowałam. Potem jak czyjeś dłonie oplotują moje.
 - Zamknij - rozległ się obcy głos tuż nad moim uchem, a dłonie uniosły moje ręcę, kierując nimi tak bym zamknęła okno.
 - Co do...?! - wyrwałam się i odwróciłam, lecz zamiast zobaczyć mojego brata, ujrzałam kogoś zupełnie obcego. Stanęłam jak wyryta, a przez głowę przeszła mi myśl: "Jaki on cudny!".
Nieco wyższy ode mnie chłopak miał ciut długie blond włosy z grzywką na boku i lodowate oczy. Cere miał bladą, a niebieska bluza zwisała na jego szczupłej sylwetce.
 - Cześć - cofnął się wyciągając ręcę w geście obronnym - Od teraz współdzielicie ze mną pokój.
To jego pokój? Trudno uwierzyć, że taki anioł był takim bałaganiarzem.
 - Na to wygląda - usiłowałam brzmieć obojętnie - Nazywam się Luna.
 - Mike - posłał mi ciepły uśmiech i opuścił ręce.
Przysięgam, gdybyśmy się spotkali w dogodniejszych okolicznościach, to z miejsca bym go brała.
 - Kally... - odezwał się wcześniej zapomniany mój brat.
Mike przeszył nas swoim spojrzeniem, po czym oznajmił, abyśmy się rozgościli, nie grzebali w rzeczach i tak dalej i wyszedł. Miałam nadzieję, że wróci góra dwadzieścia minut, ale po dwóch godzinach zasnęłam wyczerpana dzisiejszym dniem na materacu.

Z punktu widzenia Hoodiego...
 - Znaleźliście ich? - gdy tylko Alice spostrzegła nasze -moją i Maskyego- sylwetki wśród drzew podbiegła do nas. Jej oczy były podkrążone. Pewnie tak jak my nie spała całą  noc.
 - Zniknął po nich ślad - westchnął Masky zawiedziony i zdjął maskę w twarzy, na której malowała się wściekłość. Zaś twarz Alice wyrażała przerażenie i wielki zawód.
 - Wiecie, że wasza "mała nieuwaga" może mnie kosztować życiem?! - warknęła. Oj nie, zdecydowanie nie chciałbym być na jej miejscu.
 - Jeśli w ciągu tygodnia się nie znajdą to osobiście was rozszarpię - zagroziła świdrując nas gniewnym wzrokiem.
 - Dlaczego nie użyjemy zamienników? - zaproponowałem.
Czarnowłosa spojrzała na mnie z dziwnym błyskiem w oczach, jakby coś sobie uświadomiła.
 - Właśnie! Dlaczego wcześniej...
 - Nie możemy - syknął rozgoryczony Tim - Slenderman surowo nam tego zakazuje.
Alice pokierowała na niego spojrzenie, w którym na nowo zaczynała się zbierać wściekłość.
 - Teraz mnie to nie obchodzi. Jestem cholernie zdesperowana żeby przeżyć - odwróciła się napięcie o 180 stopni - Dlaczego ja muszę pilnować tych bachorów? - w jej głosie wyczułem nutkę żalu - Żeby przynajmniej to był Rogers. On nawet nie czuje bólu. Nie zorientowałby się, że uchodzi z niego życie.
Byłem zaskoczony, a równocześnie przerażony. Alice może i miała "charakterek", lecz nigdy nie życzyłaby śmierci któremuś z nas. Ale to są właśnie skutki nadchodzącemu końcowi.
 - Znajdziemy ich! - zapewnił Masky - Zbierzemy kilka osób, poza tym oni są śmiertelnie przerażeni i bezradni - założył maskę z powrotem.
Przytakiwałem tylko. Nadal karciłem się w myślach za to, że daliśmy im uciec, a życie niektórych z nas jest zagrożone. Otóż kluczem do nieśmiertelności naszego Pana polegał na wysysaniu energii życiowej z młodych osób (bo one posiadają tego najwięcej). Są sprowadzane w specjalne miejsce, gdzie Slenderman może się nimi karmić na odległość. Oczywiście wiąże się z to bardzo długą i bolesną śmiercią. Gdy kryjówka nie jest zapełniona dziećmi, energię życiową pobiera się od proxy, którzy znajdują się w pobliżu i mają rzekomo pilnować tego miejsca. Akurat wypadło na Alice. Jeśli w ciągu tygodnia nie wyłapiemy uciekinierów... to każdy proxy zacznie kolejno padać jak mucha.



cdn...

niedziela, 26 lutego 2017

Dni z życia CreepyPast 18


Z punktu widzenia Tobyego...
 - Puszczaj mnie, ty śmieciu! - wrzasnął szatyn, usiłując wyrwać się z uścisku lalkarza. Nie wyszło mu to na dobre, gdyż już po dwóch sekundach Puppet sprzedał mu siarczystego liścia, tym samym chłopak upadł. 
 - Więc...? - westchnął lalkarz wyraźnie tracąc cierpliwość. Pewnie by pokazać im swoją wyższość zaczął unosić się z dwadzieścia centymetrów nad ziemią. 
 - K-Kally... - odpowiedział niepewnie chłopak łapiąc się za policzek.
 - Nic mu nie mów! - warknęła dziewczyna, za co mój kolega skarcił ją wzrokiem.
 - Źle na tym skończycie - warknął podirytowany - Proponuję współpracować. 
Dziewczyna zastanawiała się przez chwilę, jakby odpowiedź na pytanie było kwestią życia i śmierci, po czym przedstawiła się:
 - Luna. A to mój brat.
 - I nie można było tak od razu? - lalkarz uśmiechnął się i opadł na ziemię - Czego tutaj szukacie? I dlaczego się na nas rzuciliście?
 - Chcemy po prostu znaleźć naszego brata - dziewczyna spokojniej odpowiedziała, więc powoli ją puściłem, aby wstała z ziemi - A zaatakowaliśmy dlatego, bo myśleliśmy, że współpracujecie z tamtą dziwną istotą.
 - Dziwną istotą? - wtrąciłem - Można jaśniej?
 - A co tu dużo mówić... - zaczął Kally - Przypomina mężczyznę, jest bardzo wysokie, nosi jakiś garnitur i to coś jakby nie miało twarzy...
Slenderman, przyszło mi na myśl. Ale co mogliby mieć ze sobą wspólnego? Po minie Puppeteera odczytałem, że połapał się o kogo chodzi, mimo że starał się to ukryć przed nimi. 
 - Okay, okay - przytaknąłem - To teraz powiedzcie o co wam chodzi z tą "współpracą z tym czymś".
 - Kiedy to nas łapało było z tym jeszcze dwie osoby - odpowiedział szatyn - jeden miał maskę, drugi kaptur, więc nie widzieliśmy ich twa...
 - Kally! - warknęła jego siostra - Nie mów im tak dużo! Zresztą, teraz wy! Nie znamy waszych imion!
 - Toby.
 - Puppeteer. Zadowoleni?
 - Dlaczego tamto miało was łapać? - sprowadziłem temat na bezpieczniejsze tory.
 - Skąd mamy wiedzieć, półgłówku?! A właściwie i tak wam już niczego nie powiemy! - dziewczyna aż prosiła się o wpierdziel. I to porządny.
 - Bo może byłbym w stanie pomóc.
Na tą wiadomość wszystkich z automatu zamurowało. W końcu nie codziennie komuś kto chciał cię najpierw zabić ofiaruje się pomoc. Ale oni najwyraźniej mają jakiś związek z moim panem i być może z ukrywaną przez innych tajemnicą. A ja zrobię wszystko aby poznać ukrywaną prawdę. 
 - Pomóc?! - wykrzyknął brunet - Im?! 
 - Uspokój się trochę... - westchnąłem - Wiem co robię.
 - Najwyraźniej nie - odwrócił się na pięcie - Ja wracam do domu, a ty się tu z nimi targuj. W razie czego powiem, że nic ci nie grozi. Pasuje?
 - Pasuje. - ledwo to wypowiedziałem, a on już żwawym krokiem oddalił się.
 - To na czym mogłaby polegać ta twoja pomoc? - zapytała Luna - I skąd mamy mieć pewność, że czegoś nie knujesz? Może po prostu chcesz nas zwabić w sidła tej istoty?
 - To dlatego... - szukałem jakiejś przekonującej wymówki - miałem już styczność z tą istotą.
Oboje nagle jakby wytężyli wszystkie swoje zmysły by nie przegapić ani jednego mojego słowa.
 - Wiem, że nazywa się Slenderman, a tamci dwaj to jego pomocnicy - zrobiłem krótką pauzę - Chcieli mnie zabić z jakiegoś powodu i tak długo się ze mną użerali, że ostatecznie zawarliśmy pewien pakt. Oni mi dają bezpieczeństwo, a ja zbieram dla nich informacje. 
 - Czyli dla niego współpracujesz.
 - Raczej przymusowo, ale nie ma nade mną pełnej kontroli. Za to ja wiem o nich o wiele więcej i mógłbym wam pomóc odnaleźć waszego brata i ukrywać się przed nimi. 
 - Ale pewnie nie za darmo...
 - Możemy rozliczyć się później - uśmiechnąłem się głupio - Zapewniam, że ceny za moje usługi nie są drogie.
 - Daj nam chwilę - Luna i Kally odwrócili się tyłem do mnie i zaczęli między sobą szeptać. Po kilku minutach w końcu podjęli decyzję.
 - Niech ci będzie - oznajmił chłopak - Przyjmujemy twoją pomoc.
 - Świetnie - kąciki moich ust uniosły się - Zacznijmy od tego jak tu się znaleźliście, ile tu jesteście, jak uciekliście... - tak wiele pytań.
Rodzeństwo chcąc nie chcąc opowiedziało mi swoją historię. Pewnego dnia, który zapowiadał się tak jak inne zwyczajne dni, domostwo zauważyło zniknięcie jednej z sióstr. Myśleli, że po prostu się bawi w chowanego i wtedy pojawili się oni, ci "współpracownicy tej istoty". I mimo, że mieli przewagę liczebną, po prostu nie dali im rady. Tamta dwójka natychmiast się z nimi poradziła, związała i zaciągnęli właśnie tutaj, ale gdy chwilowo ich zostawili, załatwić jakieś sprawy, uciekli im. )Akurat w tym momencie historii miałem ochotę opierdzielić Maskyego i Hoodiego za takie kretyństwo. ) Właśnie wtedy uciekli, ale cóż, jak to bywa, rozdzielili się. A tkwią w tym miejscu niespełna dwanaście godzin. 
Szczerze mówiąc, przy nich czułem się jak pasterz pilnujący swoich owieczek. Bezbronnych i zagubionych owieczek. Ale teraz trzeba dla nich znaleźć jakieś schronienie. I gdzie takich usadzić?

Z punktu widzenia Nicka...
 Zapowiadała się kolejna ekscytująca noc, czyli jak zawsze polowania jak na kanibala przystało i szwędanie się w celu spotkania jakiejś zagubionej duszy. Skroll po kolejnej porażce chodzi tak ekstremalnie wnerwiony, że teraz każdy chce jak najszybciej opuścić fabrykę nim zacznie się na kimś wyżywać. Dzisiejszej nocy to Chess nie miał wiele szczęście i został brutalnie pobity. Może bym się roześmiał, gdyby nie to, że panicznie bałem się zwracać na siebie jego uwagę. Uciekłem zaraz gdy zapadł zmrok, wraz z resztą. Na swej codziennej drodze do miasta spotkałem dość... ciekawego osobnika. Chłopak, na oko osiemnastka, choć jego wiek umysłowy zatrzymał się na gimbazie. Biegał między drzewami w kółko, wykrzykując coś niezrozumiałego dla mnie i wymachiwał... kij? Patyk? Pręt? Uj wie co ten cudak trzymał. Lekko rozbawiony tą sytuacją zaczaiłem się za drzewem, czekając. Gdy zatrzymał się by trochę odsapnąć, ruszyłem na niego z prędkością światła, ugadzając go między łopatki swoimi ostrymi pazurami. Chłopak jęknął z bólu i upadł na kolana. Ale niemal natychmiast odwrócił się i uderzył mnie tamtym kijem w żebra, czego się nie spodziewałem, bo zazwyczaj większość mojego jedzenia jest bardzo oszołomiona po takim ciosie. Przynajmniej nie był na tyle silny aby mi zrobić krzywdę.
 - Z-z-zzz - jęczał coś - zombi!
 - Co? - roześmiałem się. Najwyraźniej był pod wpływem narkotyków.
 - Ratunku! - wykrzyknął i ponownie uderzył mnie kijem w biodro. Gdy chciałem się na niego rzucić, wbił mi je w brzuch. Wielkie dzięki, że końcówka jego broni nie była nawet zaostrzona, ale i tak bolało jak diabli. W przeciwnym razie przebiłby mnie na wylot. A i tak miałem ochotę zwymiotować na niego resztki wczorajszego "jedzenia".
 - I-idź sobie! - okazało się, że był na tyle silny, aby "rzucić" mną za siebie. Obiłem się o ziemię plecami z głuchym hukiem i jęknąłem cicho. Nim zdążyłem wstać, chłopak już uciekał ile sił w nogach. Zaklnąłem i podniosłem się na równe nogi, goniąc za nim. Był zadziwiająco szybki. I nie wiadomo czy miałem się cieszyć, że moja ofiara stanowi dla mnie w końcu jakieś wyzwanie, czy złościć, bo muszę się trochę pomęczyć o mięso, w którym pewnie płynie zakażona krew. Swoją drogą ciekawe, czy będę naćpany.
Dogoniłem osobnika w krótkim czasie, przygwożdżając go swoim ciałem do drzewa. Szarpał się i wyrywał, bił i szczypał, ale na nic, bo on w porównaniu do mnie był chudziną. Nie spiesząc się w ogóle, zanurzyłem zęby w jego lewym ramieniu. A raczej chciałem. Chciałem wgryźć się aż do kości, ale ledwie z jego rany uleciała krew, a musiałem przerwać, gdy spostrzegłem palrizator w jego dłoni. Odskoczyłem na metr, patrząc na przerażonego do szpiku kości chłopaka. Zastanawiało mnie, dlaczego od początku mnie tym nie wykończył.
 - Nie zbliżaj się! - wrzasnął - Usmażę cię!
Poklepałem się po kieszeniach i, cholera, nie mam przy sobie żadnej broni. Co robić, co robić?
W pewnym momencie po jego policzkach zaczęły spływać łzy. Zaciskał zęby z całej siły, starając się powstrzymać płacz. Bez skutku. Płakał trzęsąc się, a ja stałem na przeciwko niego nie mając pojęcia co zrobić.
*buuurczy*
Nieznośny głód dawał o sobie znać. Postawiłem krok w jego stronę. Zrobił krok w bok, stając obok drzewa.
 - Nick! - usłyszałem znajomy głos jednego z nas. Spojrzałem w lewo, szukając wzrokiem zarys ludzkiej sylwetki w tych ciemnościach, jednocześnie pilnując tamtego świra. Dostrzegłem postać kilka metrów od nas. Nie widział chłopaka, bo był zasłonięty przez drzewo.
 - Co tam robisz? Choodź, razem coś złapiemy - znowu ten głos.
Właściwie mógłbym go przywołać i byśmy we dwójkę rozprawili z tym gostkiem, ale czy było warto? Z moich własnych doświadczeń wiem, że ćpuny smakują okropnie, poza tym ten miał palarizator, jeden zły ruch, a już smażylibyśmy się. Po krótkim namyśle stwierdziłem, że nie opłacało by się. Możecie mnie nazwać tchórzem, ale trudno.
 - Już idę! - powoli ruszyłem w kierunku postaci, nie spuszczając wzroku z nadal zdenerwowanego chłopaka. Najwyżej kiedyś się nim zajmę.




         cdn

czwartek, 16 lutego 2017

Dni z życia CreepyPast 17


Z punktu widzenia Puppeteera...
 - Co tu się działo? - to były moje pierwsze słowa zaraz po wejściu do domu. Niemal wszystkie okna były wybite.
 - Intruz - rzucił Jason i uśmiechnął się teatralnie - Już się nim zająłem.
 - Znając życie zgwałciłeś - pomyślałem i przewróciłem oczami.
Po całym dniu biegania za tym wystraszonym kundlem, który i tak zwiał gdzieś daleko, miałem ochotę tylko położyć się spać. Ale Jason zaczął nalegać, abym koniecznie zobaczył jego nowe dzieło. Niechętnie się zgodziłem, a już po kilku minutach przyniósł z piwnicy swoją najświeższą lalkę. I nie byłoby w niej nic nadzwyczajnego, gdyby nie obrzydliwa, różowa, wychodząca na wierzch blizna na szyi. Wspomniał coś, że tak miało być. Nagle do domu wkroczyła Alice, jak zwykle z kamienną miną. Najpierw spojrzała na mnie, a potem rozejrzała się po pomieszczeniu.
 - Złapałeś Smile? - zapytała w końcu.
 - Uciekł gdzieś - wzruszyłem ramionami.
 - Dupku! - dziewczyna trzepnęła mnie po ramieniu - Właśnie dlatego miałeś go złapać!
 - To tylko kundel, zresztą wróci jak zgłodnieje.
Moja odpowiedź najwyraźniej nie spodobała się czarnowłosej, bo wykrzywiła twarz w grymasie. Aż zacząłem się jej bac. Przeszła się do Tobyego, który dopiero co zszedł na dół i wytargała go za włosy w moją stronę.
 - Ejjj, za co? - pytał zdezorientowany.
 - Ty narzekałeś na to, że nie dostajesz zadań, więc teraz twoim zadaniem jest pomóc temu delikwentowi złapac naszego psa. - puściła go i zwróciła się do mnie - Trudno było poprosic kogoś o pomoc?
 Poprosic...
Z wielkim jękiem razem z Tobym wyszliśmy do lasu i zacząłem prowadzić do miejsca, w którym ostatnio widziałem tego kundla. Przez całą drogę milczeliśmy. Ja zamiast wypatrywać zwierzę podziwiałem chmury na niebie. Jedna wyglądała jak zając.
 - Widzę go!
O, krokodyl...
 - Puppeteer, chodź!
Krzesło elektryczne...
Gdy oderwałem w końcu wzrok od nieba zadałem sobie pytanie: "Gdzie jest Toby?". Zacząłem rozglądać się nerwowo na boki. Nie no! Nie dość, że dostałem ochrzan za zgubienie psa, to jeszcze dostanę ochrzan za to, że go nie znalazłem i zgubiłem Ticci! Z moich ust polała się wiązka przekleństw. Nabrałem powietrza do płuc i na cały głos zacząłem go wołac, oczekując nie wiadomo czego. Po jakimś czasie dostałem odpowiedź. Podążyłem szybko za jego głosem. Toby kucał nad jakimś rowem.
 - Znalazłeś psa? - zapytałem stając za nim.
 - Yup - odpowiedział - Ale chyba mnie nie poznaje.
 - Chyba? Gdzie on jest?
 - Najwyraźniej znalazł sobie nowego właściciela, pff... - wstał i zaczął prowadzić mnie wzdłuż rowu - Zobaczysz sam.
 Po przejściu niewielkiego dystansu moim oczom ukazał się Smile w objęciach jakiejś postaci. Chyba polubił to miejsce. Gdy tylko nas zauważył zaczął warczeć groźnie, a nowy "właściciel" najwidoczniej spał z kapturem naciągniętym na głowę. Płaszcz miał cały wygnieciony i brudny. Brakowało tylko chodzących po nim karaluchów.
 - Smile - zacząłem gwizdać przyjaźnie, ale pies i tak był wrogo nastawiony. Co za utrapienie.
 - No to po piesku - westchnąłem.
 - Ale co my z nim zrobimy?
 - Z tym gościem? Zostawimy, a co mielibyśmy?
 - W pewnym sensie to ukradł nam psa...
 - Wi... - nagle świat zawirował mi przed oczami, a raczej ja wynąłem kilka salt w powietrzu, a w okolicach brzucha rozległ się wielki ból. Upadłem na ziemię jak kłoda, analizując co się stało.
 - Nic ci nie jest?! - zapytał Toby i chciał mi pomóc wstać, ale sam skończył na ziemi kiedy ktoś przywalił mu grubym kijem w głowę i w plecy.
 - Kim jesteście? - rozległ się dziewczyński głos. Nad nami z nożem (i kijem) w dłoni sterczała hojnie przez naturę obdarzona dziewczyna o kasztanowych włosach i oczach o tej samej barwie. Włosy miała spięte w wysoką kitkę i nie powiem, była piękna, ale zagroziła nam jakimś patykiem, więc marny jej los. Bardzo powoli sunąłem ręką w jej stronę, a gdy była wystarczająco blisko chwyciłem za ten kij, który dość nisko trzymała i szarpnąłem na tyle mocno by go wyrwac. Jednym sprawnym ruchem podciąłem jej nogi by upadła, a sam wstałem na równe nogi. Obraz stał się niewyraźny, ale nie mogłem się zapominać. Wbiłem kawałek drewna w ziemię, tuż centymetry od jej pięknej twarzyczki. Niech wie kogo zaatakowała. Za późno zauważyłem, że ma w dłoni jeszcze nóż, ale Toby zdążył ją "przetrzymać".
 - Kim jesteś? - zadałem pytanie.
 Wnet za sobą usłyszałem trzask gałęzi i szelest. Toby krzyknął "Uważaj!". Odwróciłem się na pięcie i zobaczyłem biegnącego w moją stronę chłopaka z jakimś tępym scyzorykiem. Złapanie go i wykręcenie mu nadgarstków to była bułka z masłem. Też miał brązowe włosy i oczy. I ten okropny płaszcz na sobie. I byli uderzająco do siebie podobni. Tylko kim są i z jakiego powodu zaatakowali?

Z punktu widzenia Alice...
 Robiło się już ciemno, a chłopaków z psem nadal nie było. Ile może zając złapanie zwykłego sierściucha?! Ubrałam się w grubą pomarańczową bluzę i sama wyruszyłam na poszukiwania tych imbecyli. Mam nadzieję, że nie zapuścili się zbyt daleko.
 - Alice - w pewnym momencie usłyszałam czyiś głos. Zaczęłam się rozglądać nerwowo, ale nigdzie nie widziałam żywej duszy. A przynajmniej przez pierwsze kilka sekund nie mogłam nikogo znależc.
 - Looker! - niemal zawału nie dostałam, kiedy zobaczyłam chłopaka przyczajonego za pobliskim drzewem. W białej masce i stojąc w cieniu, który idealnie padał na jego sylwetkę przypominał zjawę. Szatyn zaśmiał się cicho widząc moją reakcję.
 - Co taka piękna niewiasta jak ty robi w takim niebezpiecznym miejscu jak to? - wyszedł z "ukrycia" i oparł się o swoją pałkę, która wydawała się byc bardziej zakrwawiona niż od naszego ostatniego spotkania.
 - Szukam moich dwóch kolegów... i psa.
 - Nie żyją.
Oczy niemal mi wyszły na orbit, a serce podskoczyło do gardła. W jednej chwili zalała mnie fala dziwnego, nieprzyjemnego uczucia, jakim to jest poczucie winy. Potem pojawiła się iskra nadziei - może tylko ich z kimś pomylił?
 - Widziałeś jakiś dwóch gości martwych?
 - Nie widziałem, ale za to widziałem dwóch gości biegnących prosto pod tereny alfa.
Strzeliłam sobie faceplama w myślach. Looker "terenami alfa" nazywał miejscówki całej dzikiej zgrai Skrolla. Każdy wie jakich miejsc najlepiej unikac, więc dlaczego trafiły się te dwa wyjątki?
 - Hey, może jeszcze są w jednym kawałku - zaśmiał się chłopak - Jeszcze świta.
Przewróciłam oczami znużona. Jakoś nie było mi do śmiechu, szczególnie, że to JA wydałam im taki rozkaz. Dlaczego nie przemyślałam tego? Znowu strzeliłam faceplama w myślach. Tak czy siak trzeba ich znaleźć nim zapadnie zmrok. Żegnaj bezpieczny świecie, witaj cała drużyno Skrollverse...



cdn...

Dni z życia CreepyPast 16


Z punktu widzenia Toby'ego...
 Po tamtym incydencie wszyscy złożyli się w jakoś zmowę milczenia. Nie ma co się dziwić, skoro teraz Slender jest na mnie wściekły. Szukałem miejsca gdzie mógłby być przetrzymywany Domino, ale nic. Albo gdzieś skutecznie schowali, albo uciekł, albo go zabili, albo wywieźli z kraju! 
 Był słoneczny, lecz chłodny poranek. Śnieg już dawno stopniał, zostawiając za sobą tylko błoto. Większość domowników szwędała się gdzieś po mieście, albo i w lesie. Spałem jak dziecko, dopóki ze snu nie wyrwały mnie jakieś hałasy. Jakby dźwięk tłuczonego szkła. Wstałem chwiejnie z łóżka i aż cały się zatrząsłem. W pomieszczeniu było niewyobrażalnie zimno... zastanawiałem się krótką chwile co mogłoby byc źródłem dźwięku, gdy nagle BUMM! Szyba od okna rozbiła się na drobny mak, a do pokoju wleciał ogromny kamień i aż trafił w drzwi.
 - Co do?!... - wyjrzałem na zewnątrz, w nadziei, że jeszcze zobaczę sprawcę tego zamieszania, ale szczupła sylwetka nieprzypominająca mi nikogo zniknęła gdzieś poza pole mojego widzenia. Moim pierwszym odruchem było bezmyślne wyskoczenie przez okno. Poślizgnąłem się wpadając w błoto. Zakląłem pod nosem, ale prędko się pozbierałem i ruszyłem za uciekającą postacią, która jeszcze przystanęła i rzuciła kamieniem w kolejne nieszczęsne okno... cóż, przynajmniej to dało mi trochę czasu. Nie zauważył mnie, więc nie było mu śpieszno. Od sprawcy dzielił mnie zaledwie metr, wnet dosłownie zapadł się pod ziemię. Może nie dosłownie, ale ktoś powalił go na ziemię, przyciskając twarz do gruntu. Tym ktoś okazał się Jason. Najwyraźniej obszedł dom z drugiej strony. 
 - Co ty do cholery wyprawiasz?! - jego ręce miały czarny odcień, a oczy błyskały na zielono. Oj, marnie tamten skończy - Kim jesteś?!
 Przyjrzałem się dokładniej chłopakowi i chryste, to przecież ta sama osoba, którą niedawno widziałem jak walczyła z Hoodiem. Szatyn próbował się wyrwac, ale był za słaby. 
 - Jest od Skrollverse - gdy chłopak długo nie odpowiadał, pośpieszyłem z tłumaczeniem.
 - Czyli go zabić, ta? - pazury lalkarza zaczęły powoli wbijać się w policzki powalonego na ziemię, a tamten wykrzywił twarz w bólu. 
 - Zabic od razu - nie zauważyłem, gdy za mną pojawiła się Clockwork. Pomimo że byłem cały w błocie i tak mnie przytuliła i stanęła obok - Chętnie poznałabym jego motywy działania. 
 - Więc? - zniecierpliwiony Jason przygniótł go do ziemi bardziej - Wytłumaczysz się? - widać było, że tylo czekał na jakiś jego błąd, żeby móc przerwać jego żywot.
 - To nie moja wina! - powiedział jakby przestraszony - Musiałem to zrobić, żeby pan Mark nie był na mnie zły! - to ostanie wykrzyczał.
 - To nie wytłumaczenie!
 - Spokojnie, daj mu dojść do słowa - westchnęła Clockwork, lekko podirytowana - A najlepiej to zejdź z niego.
Czerwonowłosy niechętnie wstał i szybkim ruchem dźwignął chłopaka z ziemi, trzymając go za nadgarstki żeby nie zwiał.
 - Więc...?
 - Pan Mark przysiągł mi, że jeśli będę mu pomagał zapewni bezpieczeństwo mojemu rodzeństwu. Ale zawaliłem ostatnią misję i dałem tak po prostu porwać jednego z członków jego głównych proxy, więc bałem się tam wrócić... wiem, jak bardzo was nienawidzi, więc podążyłem za śladami jakiegoś chłopaka, który najwyraźniej wliczał się do jego listy osób, które chce zabic. Myślałem, że przynajmniej przyniosę mu głowę jednego z waszych i przymknie oko na ostatnie niepowodzenie... ja...
 - Jaki naiwny - przerwała dziewczyna - Skroll nigdy by ci nie odpuścił zawalenia misji, a już na pewno nigdy nie mógłby w stanie zapewnic komuś bezpieczeństwa.
 - Co nie zmienia faktu, że jesteś jednym z nich i trzeba cię zabic - oczy Jasona na nowo błysnęły zieloną barwą, a na twarzy chłopaka pojawił się ogromny strach - I tak już wiesz gdzie mieszkamy, więc stanowisz problem - uniósł czarną jak smoła rękę i w mgnieniu oka poderżnął mu gardło pazurami, nie dając mu czasu na nic. Ciało brązowowłosego osunęło się na ziemię bezwładnie, a z cięcia wylała się fala krwi. 
 - Rety - przewróciłem oczami - Nawet się nie przedstawił.
 - Czy to ważne jak miał na imię? - chłopak złapał martwe ciało za włosy i uniósł na wyskośc bioder - Od teraz będzie stanowił część mojej wspaniałej kolekcji lalek - uśmiechnął się szeroko i zwrócił do tyłu, ciągając za sobą zwłoki, z których nadal wypływała krew, zostawiając za sobą czerwoną ścieżkę. Naprawdę dziwaczny poranek.

Z punktu widzenia Mike...
 Jak każdego czwartku byłem umówiony z bratem w parku. Jednak tym razem Victor się spóźniał. Mocno. Nawet nie raczył mnie w żaden sposób poinformować o opóźnieniu. A ja przez ponad godzinę czasu stałem na mrozie wypatrując go. Gdy już miałem sobie iśc wreszcie się pojawił. A raczej biegł. Zatrzymał się przy mnie cały zasapany.
 - Stary, co tak długo? - zapytałem na wstępnie nie dając mu chwili wytchnienia.
 - Przepraszam - wysapał - Muszę ci coś ważnego powiedzieć - wyprostował się i przybrał kamienną minę.
 - O co chodzi? - zaniepokoiłem się jego wyrazem twarzy i wyparowały ze mnie resztki dobrego humoru.
 - Za tydzień nie będziemy się już tutaj widzieli - uciekł wzrokiem gdzieś w bok - Ani za dwa tygodnie. 
 - Czyli... - co? - ...zabierają cię, tak?
Mówiąc "zabierają cię" miałem na myśli "adoptują cię". 
 - Tak i to gdzieś daleko - nadal unikał mojego spojrzenia - Może poznam czeluści piekła... - dodał szeptem.
Z jednej strony mogłem się cieszyć - mój brat znalazł jakąś tam rodzinę i w końcu może się wyrwac z tego miejsca, na które tak mi ciągle narzeka. Z drugiej będziemy oddaleni od siebie o kilkaset kilometrów. Bez możliwości jakiejkolwiek komunikacji... 
 - Cieszysz się? - zapytałem wprost. Szczerze nie chciałem mu po mnie poznac, że mi przykro. Wolałem żeby Victor zapamiętał mnie jako raczej osoba radosna. Wolałbym aby każdy tak o mnie myślał!
 - Wydają się w porządku - wzruszył ramionami i na mnie spojrzał - Tylko my... - podrapał się nerwowo po karku - ...raczej się już nie spotkamy. - spojrzał w niebo zakłopotany - Wybacz, muszę już iśc, wymknąłem się niepostrzeżenie i muszę wracać zanim ktoś zauważy.
Westchnąłem teatralnie i zanim się odwrócił, złapałem go za nadgarstek i przyciągnąłem do siebie, tak by wpadł w moje objęcia (rety, to pewnie pedalsko wygląda).
 - Chyba nie zapomnisz o mnie z dnia na dzień? - zapytałem głupio.
 - Zwariowałeś?! - oburzył się i spojrzał na mnie jak osobę, która przed chwilą złożyła mu propozycję napadu na burdel - Jesteś niezastąpionym bratem.
Uśmiechnąłem się pod nosem.
 - Żegnaj.
Po tych słowach każdy z nas poszedł w swoją stronę.




CDN...

 rety, przepraszam za tak małą aktywnośc, ale choroba, nadrabianie lekcji i tak dalej... do następnego :3



poniedziałek, 6 lutego 2017

Pisząc inaczej: Top 3 - ulubione książki #3


  *kolejność losowa*


3. "Dotknąć prawdy"
 Nowojorska prawiczka, Danielle Parkman, samotnie wychowuje szesnastoletniego syna, który jest rozchwiany emocjonalnie. Jednak w oczach kobiety syn, Max, zawsze był ideałem. Z biegiem czasu jego stan pogarsza się - staje się bardziej agresywny, sięga po narkotyki... Jednak kobieta nie chce zaakceptować diagnozy lekarzy ze szpitala psychiatrycznego. Nie wierzy, że Max może być niebezpieczny. Do czasu, gdy znajduje go kulącego się w morzu krwi, obok zamordowanego pacjenta. Lecz ta uparcie wierzy, że syn jest niewinny. Zrobi wszystko by to udowodnić i uchronić syna przed systemem, który najchętniej spisałby go na straty...
~skrócony opis z tyłu książki

Na początku myślałam, że to kolejny ten typ książki, w której aby zrozumieć cokolwiek, nie może nam się wymknąć ani jedno zdanie. Ależ nie! Pisana językiem prostym, nie posiada wielce głębokich przemyśleń bohaterki "kto jest mordercą...". I nie, nie trzeba być też światowej sławy psychologiem by zrozumieć w jak nędznym stanie znajduje się Max. Od tej książki aż na kilometr bije zgrozą, poczuciem niesprawiedliwości, odrzuceniem... czyta się ją szybko i przyjemnie. Co do bohaterów, początkowo myślałam, że wszystko będzie się kręcić wokół matki i jej syna, ale błąd. Niemal każda postać, z którą Danielle miała do czynienia przez choćby krótki moment, później okazuje się wielce ważny, wprowadzając kobietę na kolejny trop, a ślady łączą się w jedną logiczną całość. Szczególnie podobała mi się rola Tonyego - z pozoru nikt więcej jak kochanek Danielli i, boże, zaczęłam żywić urazę, że to się przemieni w jakiś romans, ale nic z tych rzeczy. I bardzo dobrze.
Co do głównej bohaterki, wydaje się być szurnięta. I nie dlatego, że gdy wszystkie ślady wskazują na to, że zabójcą jest jej syn, a ona uparcie wierzy, że to kłamstwa - głównie dlatego, że jako kochająca matka tylko się pogrąża kilka razy włamując do szpitala lub cudzych domów. W więzieniu raczej nie pomoże Maksowi, ta?
Jedynie mam uraz do tego, że Max dostał tak mało pola do popisu. Szkoda, polubiłam chłopaka.


2. "Zerowa Maria i puste pudełko"

3 Marca.
 Do pewnej klasy tuż przed końcem roku trafia nowa uczennica.
- Nazywam się Aya Otonashi - wszyscy zamierają, w oczekiwaniu na to, co Aya jeszcze ma do powiedzenia, ona jednak zwraca się nieoczekiwanie do jednego z uczniów:
- Kazuki Hoshino - mówi delikatnie się uśmiechając - Jestem tu, żeby cię złamać.
 Jej słowa brzmią jak wypowiedzenie wojny. Czego można się spodziewać po kimś takim?
~(nie)skrócony opis.

 Kazuki Hoshino to chłopak, który najbardziej w świecie ceni sobie codzienne życie. I wszystko jest ok, do momentu kiedy spotyka O - istotę rozdającą pudełka, które służą do spełniania ludzkich życzeń. Właśnie w tym samym momencie pojawiła się Aya, która oznajmia mu, że go "złamie". Można się domyślać, że od tamtego momentu jego codzienne, rytunowe życie zostaje zakłócone. W końcu jest posiadaczem, którego trzeba zniszczyć (posiadacz - osoba posiadająca takowe pudełko).
Dobra. To co tutaj napisałam jest zbyt ogólne - "ZMIPP" ma siedem tomów, a każdy przedstawia inną, kompletnie odimienną historię i inne pudełko, spełniające inne życzenie (choć mi najbardziej podobała się "Gra dla znudzonych"). Tym razem jest to ten typ, którego aby dobrze zrozumieć trzeba uważniej czytać, na szczęście z pomocą przychodzą nam obrazki mówiące kto kim jest. Świetna logika, zakończenia z Płanetą, dobrze wpleciony humor, wspaniale wykreowane postacie (Koudai to mój książkowy kraaasz) [patrz zdj po lewej]... yup, to wszystko podbiło moje serce. I bosko prezentuje się na półce ♡.











1. "Powiedz wilkom, że jestem w domu"

Czternastoletnia June Elbus musi odnaleźć się w świecie bez najlepszego przyjaciela. Nikt nie rozumiał jej tak dobrze jak zmarły na AIDS wujek Finn. Na jego pogrzebie June zauważa tajemniczego mężczyznę, który kilka dni później proponuje jej spotkanie. Okazuje się, że dziewczyna nie była jedyną bliską osobą Finnowi.
(opis z tyłu książki)


Początkowo nie byłam do niej zbytnio przekonana i z góry założyłam, że czytanie jej będzie stratą czasu. Cholerny błąd. Ona jest... po prostu nie do opisania. Opowieść o skomplikowanej rywalizacji między siostrami, zmaganiami z nieuleczalną chorobą i głębokiej przyjaźni na długo zapada w pamięć i jedno jest pewne - na niej po prostu nie da się nie płakać. Po prostu nie da.
Akcja dzieje się w 1987r, więc nie możemy spodziewać się nie wiadomo jak rozwiniętej medycyny. 
June zawsze była "inna" od rówieśniczek. Zafascynowana epoką średniowiecza, nosiła długie spódnice, zamiast spędzać czas z ludźmi wolała im się przyglądać. A po stracie wujka puff. Właśnie wtedy zostaje kompletnie sama w nierozumiejącym jej świecie. Dodatkowo odnosi wrażenie, że nikt - ani mama, ani siostra - nie tęskni za nim tak bardzo. I pojawia się Toby - wspomniany tajemniczy mężczyzna, który był... "specjalnym przyjacielem", którego tak wszyscy nienawidzą. Za co? No oczywiście za to, że on zaraził Finna HIV... Każdy próbuje delikatnie jej przekazać, że to zwykły morderca, ale June nie może od tak o nim zapomnieć. Odnosi wrażenie, że doskonale ją rozumie po stracie kogoś bliskiego. 
Postacie świetne wykreowane. Każda z nich ma inną historię. To nie tylko June. Jej matka, która z Finnem dzieliła pasje, siostra Getra chorobliwie zazdrosna o ich więź powoli popadająca z tego powodu w obłęd, Toby, który został sam jak palec... każdy z nich stanowi odrębną historię, kompletnie inny punkt widzenia, każdy ma swoje pięc minut. 

Dni z życia CreepyPast 27

Z punktu widzenia Soul Taker...  - Inaczej to sobie wyobrażałem... - ze zdziwieniem patrzyłem jak mój kompan taszczy za sobą worek z led...