niedziela, 8 października 2017

Dni z życia CreepyPast 30


Witojcie w ostatniej części drugiej serii krapowatych fanfikszion! Nadal zamierzam po tym kontunować tą jakże urzekającą historię. Przecież jest jeszcze tyle nieruszanych postaci, którym chcę zniszczyć reputację/stworzyć lukrowe życie/niepotrzebne skreślić. To już bez przedłużania, rozpoczynajmy tę karuzelę śmiechu.
________________________________________________________________

Z punktu widzenia Clockwork...
 W moim pokoju panował kompletny chaos. Ledwo mogłam się swobodnie w nim poruszać przez porozrzucane ubrania i otwarte szafki. 
 - Nie chcę cię do niczego namawiać, ale to szaleństwo - skomentowała Ann przypatrując się mnie odpoczywając na łóżku - Szaleństwo - podkreśliła - Nawet nie wiesz, od czego zacząć.
Zatrzymałam się na środku pomieszczenia i zmierzyłam ją bezradnym spojrzeniem.
 - Trudno. Ale nie zamierzam tutaj zostać i błąkać się bez celu w tym lesie jak dotychczas.
 - To teraz będziesz błąkać się bez celu po świecie - rzuciła mi ironiczny uśmieszek. Próbowałam nie dać po sobie poznać, że mnie zabolało.
 - Będę szukać Toby'ego. - rzuciłam stanowczo. 
To oczywiste, że szanse na to, że go znajdę są równe zeru, ale było mi źle z świadomością, że już nigdy go nie zobaczę. Może w podróży uda mi się odgonić te myśli. Będę tak bardzo tym zajęta, że zapomnę o tęsknocie i uczuciu, jakie do niego żywię. Już nie chodziło mi o poszukiwania, lecz to właśnie powtarzałam innym. Zresztą, mało kto by zrozumiał, gdyby się dowiedział prawdy.
 - Nawet nie wiesz od czego zacząć - powiedziała kobieta i wstała i zmierzyła mnie wzrokiem. Złożyła ręce na piersi.
 - Zacznę od dużych miejscowości - rzuciłam i powróciłam do porzuconego zajęcia. Torba. Niewielka, wytrzymała torba, schowana w czeluściach tego pokoju.
Po długim milczeniu Ann znowu się odezwała:
 - Trzech. - nie miałam pojęcia, o co jej chodziło.
 - Co? - na chwilę wychyliłam się zza szafki.
 - Jeff, Toby, teraz ty odchodzisz. Następny będzie Liu, chyba że Soul Taker go wyprzedzi. Kolejna Jane. Wtedy staniemy się znacznie słabsi, a ważniak może zarządzić ewakuację, bo przecież będziemy zbyt słabi, by w razie czego obronić się przed Skrollverse. Każdy pójdzie w swoją stronę i nasza historia się skończy.
 Zastanowiłam się nad jej słowami i przyznałam dziewczynie rację. Śmierć Jeff'a i odejście Toby'ego być może zapoczątkuje koniec naszej historii. Choć widziałam to trochę w innej kolejności. Najpierw Jane się usunie, bo jedyny cel jej życia, zabicie Jeffa, stracił sens. Potem Liu, bez brata u boku. Następna Nina, bez ukochanego. Za nią Jack. W końcu chłopak pójdzie za nią na koniec świata. Wtedy dopiero to miejsce będzie słabe i żałosne.  Każdy po kolei je opuści.
 - Czyli nie mam już powodów, by tu zostawać - prychnęłam - Wolę uciekać póki czas.
Ann westchnęła.
 - Nic już ciebie nie zatrzyma...
Nareszcie znalazłam. Niewielka, wytrzymała torba na ramię leżąca za szafą. Ucieszona spakowałam do niej wcześniej przygotowane rzeczy. Wepchnęłam tam ciepłe ubrania, ukradzioną kartę kredytową, suchy prowiant w postaci dwóch bułek, ukradzione dwadzieścia dolców, nasze wspólne zdjęcie, które zrobiłam ukradkiem gdy wszyscy wspólnie jedli śniadanie (to należało do rzadkości), ciepły koc, kolejna ukradziona karta kredytowa oraz wcześniej zakupiony bilet do Porto, lecz niechcący wyleciał mi na podłogę. Ann z szybkością antylopy podniosła go z ziemi.
 - Porto? - zdziwiła się - To strasznie daleko! Poza tym Toby nie zapuścił się aż w takich rejonach. Nie miałby odwagi wylecieć poza Amerykę!
 - Już się zamknij - zrobiłam ponurą minę - Toby chyba nawet nie myślał dokąd się wybiera i kupił bilet do pierwszego lepszego miasta, które mu przyszło na myśl, więc zrobiłam to samo. 
 - Jednak Portugalia nie należy do tych krajów, gdzie turyści się pchają aby tylko ją odwiedzić. To jest taka... nieoczywista decyzja.
 - O to chodziło - wyrwałam jej z ręki świstek papieru i schowałam do kieszonki. Zarzuciłam torbę na ramię i z żalem spojrzałam na koleżankę. Zmuszałam się do uśmiechu, ale było trudno. 
 - Uważaj na siebie - szepnęła i odwróciła wzrok. Posłałam jej ostatnie smutne spojrzenie i wyszłam. Skradając się przemknęłam po schodach i przez salon. Już miałam otwierać drzwi, gdy nagle usłyszałam czyjeś głosy:
 - Gdzie się wybierasz o trzeciej w nocy?
Gwałtownie się odwróciłam i ujrzałam przerażające spojrzenie Kaspera i jego kpiący uśmieszek.
 - Na spacer - odparłam wymijająco. 
 - Z tak wypchaną torbą? - podszedł do mnie - Opuszczasz nas. - stwierdził.
Przez moment sparaliżował mnie strach. Czy ten czubek zamierza komukolwiek zdradzić moje plany? Albo spróbuje mnie powstrzymać?
 - Spoko, ja też się stąd zwijam w diabły - uśmiechnął się szeroko - Wybrałaś świetną godzinę. - zaśmiał się cicho.
Ulżyło mi i to bardzo. Odetchnęłam.
 - A więc... - znowu przemówił głosami potępionych w piekle - Dokąd uciekasz?
 - Porto - odparłam krótko. Nie chciałam go ze sobą.
Kasper zmarszczył brwi.
 - To gdzieś w Rosji?
Parsknęłam śmiechem, a chłopak patrzył na mnie zdziwiony. Nie wyprowadziłam go z błędu. 
 - Muszę już iść - powiedziałam przestając się śmiać. Otworzyłam drzwi - Narazie - pożegnałam się nie obdarzając go nawet spojrzeniem i pośpiesznym krokiem wyszłam, kierując się w stronę miasta.

Z punktu widzenia Zak'a...
 Z podziwem obserwowałem swoje dzieło. Zapach siarki roznosił się już po całej okolicy, a płomienie zdążyły już zająć się większością budynku. Z wymalowanym uśmiechem na twarzy patrzyłem, jak na moich oczach płonie kościół. 
 - Wspaniale - za moimi plecami pojawił się Kasper - Szybko się uczysz.
 - Palenie budynków nie jest trudne - przewróciłem oczami i powróciłem do obserwowania kościoła.
 - Dlaczego akurat ten budynek? - zapytał w nutką podziwu w głosie (głosach?). 
 - Wiem, że ich nie lubisz.
Kasper roześmiał się głośno.
 - I słusznie! Na co one komu - złapał mnie za ramię i odciągnął do tyłu - Chodź. Niedługo ktoś się zorientuje i wezwie straż, czy też policję. Zajmijmy się innymi kościołami.
 Ale było już za późno. Ktoś już wezwał odpowiednie służby, bo zaraz po jego kwestii z daleka usłyszałem wycie syren. Spojrzałem na pudełko zapałek, które trzymałem w dłoni. Dwie zapałki nie wystarczyły. Moje macki zza pleców zaczęły się niespokojnie wić, a Kasper na ten widok odsunął się na bezpieczną odległość. Straciłem już nadzieję na to, że będę w stanie je kontrolować. To tak, jakby miały własną duszę.
 - Ja tu jeszcze zostanę - odparłem - Popatrzę.
Czarnowłosy spojrzał na mnie krzywo. Wzruszyłem ramionami i wykorzystałem swoją umiejętność, aby przemienić się w psa.
 - Jak chcesz - odwrócił się napięcie - Spotkamy się tutaj rano - po tych słowach czym prędzej rzucił się do ucieczki. 
 Zawarczałem niespokojnie, kiedy okazało się, że straż jest już na miejscu i podeptałem w mało widocznie miejsce, by nie zwracać na siebie uwagi. Gdybym nie był w formie psa, pewnie śmiałbym się, ale mogłem tylko merdać ogonem.
 - Co tu robisz? - kiedy sytuacja z ogniem była w miarę opanowana, zbliżył się do mnie jeden ze strażaków - Gdzie twój pan? Zgubiłeś się?
Zawarczałem i zjeżyłem włosy. Spiąłem mięśnie. "Nie podchodź" próbowałem mu przekazać. 
 - Frank! Frank! - zawołał tamten - Chodź tutaj!
Cofnąłem się, a mężczyzna wyciągnął do mnie dłoń. Jakim idiotą trzeba być, żeby wykonywać takie ruchy do warczącego psa? W każdej chwili mógłbym mu odgryźć palce. Ja i tysiące innych, agresywnych czy bezpańskich psów. 
 - Mam cię... - nagle poczułem uścisk na szyi. Ktoś niepostrzeżenie zakradł się od tyłu i zarzucił mi na szyję jakiś drut z metalowym prętem. Gwałtownie odwróciłem się do osoby stojącej za mną. Próbowałem się na niego rzucić, ale był zbyt silny i z niemałym trudem trzymał pręt. A im bardziej usiłowałem się wyswobodzić z uścisku, tym drut bardziej się zaciskał. To bolało. 
 - Bezpański - powiedział ktoś - Jak się rzuca! W schronisku pewnie go uśpią.
Nagle pożałowałem, że wybrałem akurat psa na przemianę. Mogłem się zamienić w szczura, albo gołębia. Teraz żebym mógł to zrobić, musiałbym z powrotem przemienić się w istotę ludzką, ale przy nich nie mogłem. W tamtym momencie byłem tylko bezpańskim, agresywnym kundlem.
 - Już przestań - syknął ten, który mnie trzymał i gwałtownie pociągnął za sobą w stronę jakiegoś wozu. Niedobrze. Wyrywałem się, na ile mi to pozwoliła moja siła, ale tamten facet był nieugięty i wpakował mnie do ciasnej klatki z wozie, którą zamknął na klucz. Gdy upewnił się, że na pewno jestem dobrze zamknięty, kopnął klatkę w głąb furgonetki i zatrzasnął drzwi. Otoczyła mnie ciemność.



       cdn...

piątek, 22 września 2017

Dni z życia CreepyPast 29



Dwa tygodnie później.
Z punktu widzenia Toby'ego...
 Bum, bum. Wielkie krople deszczu bezlitośnie dudniły w szybę, przez którą wyglądałem. Obserwując zmoknięty krajobraz wzbudziła się dla mnie litość dla osób, które przebywają na zewnątrz i ulga, że nie znajduję się wśród nich, tylko w suchym, przytulnym pociągu. Jak przez mgłę pamiętałem wydarzenia z ostatnich kilku dni. Istota, którą kiedyś byłem w stanie nazwać swoim "panem" próbowała wniknąć do mojej podświadomości i wymazać kilka wspomnień. Chciał ze mną zrobić "czystą kartę". Tak mi się wydaje. Nie pamiętam już kilku twarzy z przeszłości, ale jest jedna fraza, której nigdy nie byłbym w stanie zapomnieć.
- To... to Slenderman był sprawcą tamtego wypadku. Miałeś zginąć, ale sprawy się skomplikowały. Zamiast tego zginęła twoja siostra, która rzekomo miała być na twoim miejscu. A ty... ty byłeś na wyciągnięcie ręki.
Ach, tak, nadal dokładnie pamiętałem jej ciało przeszyte szkłem. Tak bardzo chciałem, żeby zakończyła cierpienia. Zacisnąłem szczęki i przycisnąłem czoło do okna.
 - Wszystko w porządku? - zapytała mnie Luna, która siedziała naprzeciwko mnie. Na jej kolanach siedział Vincent, który ściskając pluszowego królika pogrążony był w błogim śnie. 
Nie odpowiedziałem.
 - Przestań się tym zamartwiać - posłała mi współczujące spojrzenie - Obiecaliśmy sobie, że nigdy do tego nie wrócimy.
 Luna upadła na kolana bezwładnie i zaniosła się szlochem. Kyle też nie próbował powstrzymać cieknących po policzkach łez. Doskonale wiedziałem, przez co przechodzą. Ich rodzeństwo... cała szczęśliwa rodzinka poszła w diabły, a poszukiwania zdały się na nic. Gniewnym spojrzeniem przeszyłem sprawcę tego koszmaru. Jak zwykle niewzruszony. I doskonale zdawał sobie sprawę, że poznałem prawdę - tą wielką tajemnicę, która wszyscy przede mną chowali. Nie ma mowy, żebym dłużej jemu służył. Nie po tym, jak Masky wyjawił mi prawdę. Nie po tym, jak zżyłem się z tamtą dwójką. Już dość.
 - Tak... nigdy więcej - westchnąłem przeciągle i rozglądnąłem się po naszym przedziale. Obok mnie Kyle rozwalił nogi na siedzeniu Vina i spał jak kamień na ramieniu jakiejś blondynki, która wetknęła sobie w uszy słuchawki. Po tamtym zdarzeniu marzyłem tylko o tym, aby uciec z nimi jak najdalej. W końcu nie mieli nic do stracenia. No, może Luna miała jakieś "ale". W końcu musiała opuścić Mike - i chociaż z całej siły się tego wypierała, to słabo wychodziło jej udawanie, że nic do niego nie czuje. Kto wie, może kiedyś ich drogi się skrzyżują i powstanie całkiem spoko love story. 
 - Powinniśmy się go pozbyć! Oddać do sierocińca! 
 - Boże, Jane! Jeff by tego nie chciał. Vincent zostaje z nami.!
 - Nie rozumiesz, że z nami nie ma żadnej przyszłości?! Ja chcę tylko jego dobra.. Tutaj narazimy go na śmiertelne niebezpieczeństwo.
W ciszy przysłuchiwałem się kłótni Liu i Jane, a w mojej głowie zrodził się szalony pomysł. 
 - Jutro rano go zabieram. Do lepszego miejsca - z tymi słowami Jane zatrzasnęła za sobą drzwi.
 - Cholera. Ona naprawdę to zrobi - Liu posłał mi błagalne spojrzenie. Odwróciłem wzrok i powróciłem do czyszczenia ostrza swojego toporka. Będzie lśnił na błysk.
 - Jeff nigdy by na to nie pozwolił - chodził nerwowo w tę i z powrotem. Nagle zatrzymał się i ponownie na mnie spojrzał - Może zabierzesz go ze sobą? - wziął go na ręce. Vincent wyglądał jak wielka parówka - Proszę.
 - Co takiego? - podniosłem na niego wzrok.
 - Ja chyba nie dam rady zachować go przy sobie. Wierzę, że sobie poradzisz.
 - Ale...
 - Błagam - niespodziewanie wcisnął mi go w ramiona - Próbuję tylko uszanować wolę zmarłego. Sądzę, że spodobałby mu się ten plan. 
 - A ja sądzę, że Jeff dałby popalić Jane.
 - Przecież nie mogę go mieć na oku dwadzieścia cztery na dobę. Jeśli nie zabierze go jutro, to kiedy indziej. 
Westchnąłem przeciągle i spojrzałem na swój worek, w którym spakowane były najpotrzebniejsze rzeczy, takie jak sfałszowany dowód osobisty, pieniądze (oczywiście skradzione), śpiwór, brązowa bluza i dresy moro. Myślę, że pomieszczę tam jeszcze pluszowego królika i ubrania dla młodego. 
 - Niech będzie. Uszanujmy wolę zmarłego.
Liu uśmiechnął się od ucha do ucha. Pewnie będę tego żałować. Jeszcze raz przejrzałem spakowane rzeczy i dorzuciłem tego nieszczęsnego pluszaka i jego ubrania. Zerknąłem na leżące na łóżku dwa toporki, które krzyżowały się, a na nich leżała moja maska i gogle. Nie potrzebuję ich. Przerzuciłem ekwipunek na plecy i złapałem małego za dłoń, zupełnie jak nadopiekuńczy rodzic, który boi się zgubić swoje dziecko w sklepie. 
 - Nie potrzebujesz... no wiesz, broni?
 - W kieszeni mam scyzoryk i zapalniczkę. Wystarczy na start - odparłem zgodnie z prawdą.
 - Obyś miał rację - uśmiechnął się słabo - Trzymaj się. I wyćwicz Vina na wojownika.
Uśmiechnąłem się i zmiotłem spojrzeniem pokój ostatni raz.
 Odkleiłem swoje czoło od szyby i bez pytania sięgnąłem po torbę Kyle. Oni również mieli niewiele, ale i tak ich wyposażenie prezentowało się lepiej od mojego. Zacząłem przebierać jego rzeczy, aż w końcu trafiłem na książkę, którą chłopak podwędził z pokoju Mike, a która równocześnie należała do Natana. Nosiła tytuł: "Dżuma". Nigdy nie przepadałem za lekturami, ale musiałem odciągnąć myśli od... od tego wszystkiego. Zapiąłem jego torbę, by ukryć ślady swojej działalności i zatopiłem się w lekturze.
 - Wstawaj. Jesteśmy już na miejscu. No juuuuż... - czułem jak ktoś szarpie mnie za ramię. Otworzyłem oczy i ziewnąłem zaspany. Spojrzałem tępo na wychodzących z wagonu ludzi, następnie pokierowałem wzrok na okno. Przynajmniej przestało padać... Niechętnie ruszyłem się z miejsca i przepychając się przez ludzi z ogromnymi walizkami ruszyłem do wyjścia. Musiałem wyglądać jak manekin, który uciekł ze sklepu, ponieważ od długiego bezruchu moje ciało było zesztywniałe, a moje palce u stóp upierdliwie mrowiły. Na zewnątrz osunąłem się na bok, by zrobić przejście innym i cierpliwie czekałem na resztę.
 - Phoenix - Luna przystanęła obok mnie i zaczęła uważnie rozglądać się po peronie.
 - Co was podkusiło, żeby wybrać się akurat tutaj? - zapytałem od niechcenia. Akurat wtedy dołączył do nas Kyle z Vincentem.
 - Kiedyś byliśmy tutaj na wakacjach z ciotką.
 - To było cztery lata temu - rzucił szatyn.
 - Następnym razem ja wybieram trasę - syknąłem.
 - Spokojnie - zaśmiała się dziewczyna - Mamy MNÓSTWO czasu na podróżowanie.
 - O ile wcześniej nie skończą nam się pieniądze. - przewróciłem oczami i sięgnąłem do worka, w celu przeliczeniu pieniędzy. Mój budżet wystarczy mi zaledwie na dwa tygodnie wyżywienia siebie i Vina, jeżeli nam się poszczęści to załapiemy jakiś najtańszy motel.
Chociaż nie. Motele są słabe, a tutaj, w Phoenix panują upały, a deszcze są naprawdę rzadkością. Może nawet uda mi się namówić ich, abyśmy zadomowili się tutaj na dłużej, na chwilę obecną mam po dziurki w nosie pociągów, autobusów i innych środków transportu.
 - Nie bądź takim pesymistą - parsknęła - Możemy przecież załapać się do pracy w pierwszym lepszym McDonaldzie.
Wiedziałem! Urodziłem się, mordowałem ludzi z zimną krwią, przebyłem dziesiątki tysięcy kilometrów tutaj tylko po to, aby zostać pracownikiem McDonald's i żywić się resztkami z frytkownicy.
 - Najpierw może zacznijmy od ogarnięcia się - Kyle zdjął swoją szarą koszulę, którą następnie wpakował niechlujnie do torby. Teraz był w samych dresach i postrzępionych trampkach - Każdemu przyda się kąpiel. I obiad.
 Gdy wspomniał o obiedzie jak na zawołanie zaczęło mi burczeć w brzuchu. W końcu od kilku dni żywiliśmy się mrożonkami, daniami na szybko, ewentualnie kilka razy udało nam się podwędzić warzywa z ogródka jakiś wieśniaków.
 - Więc prowadźcie mnie - uśmiechnąłem się kpiąco - W końcu już tutaj byliście. Znacie okolice.
Rodzeństwo wymieniło spojrzenia i uśmiechnęło się z zakłopotaniem. Kyle otworzył usta, aby coś powiedzieć, ale siostra mu przerwała:
 - Jasne, znamy to miasto na wylot.
Parsknąłem śmiechem. Ile czasu musieli spędzić tu na wakacjach, żeby dokładnie poznać tak wielkie miasto?



Z punktu widzenia Liu...
 Jebut! Idealnie poustawiane książki na malutkiej półce właśnie legły na podłogę powodując wielki huk. Walenie w drzwi na chwilę ucichło, by na nowo się odrodzić i zatrząść jedyną ocalałą książką na półce. Czy Jane przynajmniej teraz nie da mi spokoju? Od niechcenia wstałem z łóżka i przekręciłem kluczyk w drzwiach. Gdy tylko strzyknęły, do pokoju jak burza wpadła Jane, niemal powalając mnie na dywan.
 - Gdzie jest Vincent? - zapytała piorunując mnie spojrzeniem. Brrr, aż mnie przeszły ciarki.
 - Jest z Tobym - uśmiechnąłem się wywyższając - Tak, jakby chciał mój brat.
 - Przecież Toby zaginął! O co w tym wszystkim chodzi?
 - Nie zaginął - złożyłem ręce na klatce piersiowej - On... po prostu sam odszedł. Z dala od Slendermana. I zabrał ze sobą Vina.
 Nareszcie to powiedziałem! Od dwóch tygodni tylko ja, Soul Taker i proxy znali prawdę. Dwa nieszczęsne tygodnie duszenia tego w sobie. Nie byłem zbytnio zachwycony, że to akurat Jane jest pierwszą osobą, której się z tego zwierzam, ale cóż...
 - Liu? - momentalnie zesztywniała - Co ty chcesz mi wcisnąć?
Przewróciłem oczami.
 - Ticci nigdy nie wróci, bo nawet nie zaginął, tylko sam odszedł, a Slender nawet nie próbował podważyć jego zdania. Oddałem w jego ręce Vincenta, bo z nim byłoby mu lepiej.
 - Z nim?! Proszę państwa! Morderca z dzieckiem podróżują po świecie! Jesteście szurnięci! - syknęła - Gdybyście naprawdę chcieli dobra chłopca, to oddalibyście go mi, a ja natomiast powierzyłabym go pod odpowiednie miejsce..
 - Nie.
 - Nie?
 - To byłoby wbrew woli zmarłego.
Zmierzyła mnie znowu swoim groźnym spojrzeniem. Otworzyła usta, aby się odezwać, ale wycofała się i wyszła z pokoju wściekła. Westchnąłem przeciągle i również wyszedłem z pokoju. Jednak od progu prawie wpadłem na Clockwork, która odskoczyła ode mnie jak poparzona. Spojrzała na moją osobę z twarzą mokrą od łez. Cholera. Musiała podsłuchać naszą rozmowę. 
 - To prawda? - powiedziała zanosząc się szlochem, choć nieustannie zaciskała wargi.
 - Hej, przecież poradzi sobie w świecie - nieudolnie usiłowałem się ją pocieszyć - Jest sprytny - skłamałem - Ma ze sobą dwóch towarzyszy z tego co wiem. Dobrzy ludzie. No już, nie płacz...
 Automatycznie, niczym robot, który ma to zakodowane, objąłem ją chowając w swoich ramionach. Dziewczyna również mnie uścisnęła, a ja pozwoliłem, by łzy ściekały na moją koszulkę. Obejmowałem ją tak długo, aż się nie uspokoiła, po czym odprowadziłem ją do pokoju Niny i bezokiego. Ni mam pojęcia gdzie Clockwork mieszka.
 - Zaopiekujecie się nią? - zapytałem na wejściu niczym rodzic, który przeprowadza rekrutację na idealną nianię. Zły pomysł. Nina sama była w rozsypce.
Chociaż... teraz doskonale siebie rozumieją, co nie?
 Następnie wybrałem się na grób Jeffa. Pochowaliśmy - czyli ja i Soul Taker - go w tym samym miejscu, w którym znaleźliśmy jego... niedojedzone ciało. Okropnie to brzmi, ale tak właśnie było. Na ramiona i plecy miał poszarpane, jakby jakieś bezpańskie psy chciały oderwać kawałki mięsa. Jednej nogi nawet nie miał. Straszne.
Mimo że chmury zwiastowały nadejście ulewy i tak usiadłem przed krzyżem zrobionym z dwóch kijów przymocowanych do siebie za pomocą lin. Pamiętam, że kilka lat temu właśnie takie rysował. Mały kawałek ziemi był odgrodzony przez potężne kamienie, formując prostokąt, a w nich leżała zeschnięta róża. 
 - Znałeś go? - usłyszałem za sobą jakiś głos. Wzdrygnąłem się i natychmiast odwróciłem w stronę rozmówcy. Nawet się nie zorientowałem kiedy mnie podszedł od tyłu.
 - To był mój brat - odparłem obojętnie i przyjrzałem się facetowi. Był może kilka lat młodszy ode mnie. Zza okularów obserwowały mnie czarne jak smoła oczy i tak samo czarne krótko ścięte włosy. Wzrostem nie grzeszył, bo sięgał mi najwyżej do podbródka, ale za to nadrabiał umięśnioną sylwetką. Ubrany był jak żołnierz - szare dresy, luźna koszulka moro i czarne glany. No, prawie. 
 - Och - na tą wieść uśmiechnął się sztucznie - Musisz być w Slenderverse.
Zdziwiłem się. Kim on jest i czego chce? Podświadomie czułem, że mam kłopoty - osoby wtajemniczone w sprawy verse zawsze są niebezpieczne.
 - A ty go znałeś? - syknąłem.
 - Twój brat mnie pobił, wepchnął w worek i taszczył przez pół lasu.
W głowie zaczęło mi coś świtać. Gdzieś mi się odbiło o uszy, że nasza trójca ma za cel zdobyć niejakiego człowieka na swojego przydupasa. Czyżby to był on? Do Slenderverse na pewno nie należy. Wiedziałbym. Jeśli należałby do Zalgo, to może się z nim dogadam. Skrollverse...cholera, miałbym przewalone.
Niespodziewanie chłopak zaśmiał się.
 - Z czego rżysz?
 - Z tego, że zaraz zginiesz.



cdn

--------------------------------------------------------------------------
sorry,
muszę poukładać kilka spraw związanych z fabułą tego opowiadania, więc od czasu do czasu możecie czytać bezsensowne filery, za które przepraszam jeszcze raz. Swoją drogą możecie się wypowiedzieć, co wam tutaj pasuje, czego wam tutaj brakuje, ja prawdopodobnie się dostosuję.
Pozdrawiam, Koszmarki.

niedziela, 3 września 2017

Dni z życia CreepyPast 28


Z punktu widzenia Toby'ego...
 Godzina wydawała się nieskończonością. Powieki ze zmęczenia same mi się zamykały, ale nie mogłem sobie pozwolić na drzemkę. Bardzo wolno zmieniłem pozycję na słowiański przysiad i kurczowo trzymałem się gałęzi, by nie stracić równowagi. Zerknąłem na Kyle i Lunę. Kyle spał jak zabity w bezruchu, a dziewczyna wierciła się co chwila, więc została przywiązana moją bluzą do kory. Uniosłem głowę i rozejrzałem się po słabo oświetlonym przez księżyc lesie. Miałem cichą nadzieję, że nie spotka nas żadna niespodzianka, ale oczywiście to był błąd. 
Przecież zawsze musi się coś dziać, kiedy myślę, że już nic nie może mnie zaskoczyć. 
 W pewnym momencie usłyszałem jakieś zdeformowane głosy i wrzaski. Jakby ktoś prowadził wojnę. A przynajmniej takie miałem wrażenie, gdyż byłem otępiały ze zmęczenia. Wytężyłem słuch, próbując namierzyć potencjalnych dresów, ale wszystko tak jakby odbijało się echem. Bardzo ostrożnie zszedłem niżej, na bardziej szeroką gałąź, bym mógł spokojnie na niej usiąść i się oprzeć. Hałas stawał się coraz głośniejszy, także mogłem mniej więcej wskazać palcem, z którego kierunku dobiega. Brzmiało znajomo. Gwałtownie podniosłem się do pionu i momentalnie zakręciło mi się w głowie. Obraz zawirował mi przed oczyma. Walczyłem z całych sił, by nie stracić równowagi, ale i tak potknąłem się o własne nogi i spadłem z głuchym hukiem na ziemię.
 - Ugh - jęknąłem, choć i tak nie poczułem bólu. Nie spadłem z zbyt wysoka, pomyślałem, ale szybko ta "pozytywna myśl" mnie opuściła, gdy poczułem mokro. Odpychając się ręką od gleby, doprowadzając się do pozycji siedzącej. Moje całe prawe ramię było zabarwione czerwoną cieczą. Spojrzałem wyżej. Ostrożnie odsłoniłem koszulkę i z obojętnością stwierdziłem, że mam złamane otwarte obojczyka. Tak, Toby, pocieszaj się dalej, że wysokość z jakiej spadłeś nie była tak tragicznie wysoka. 
 - Co się stało? - usłyszałem głos Luny, ale nie chciało mi się nawet na nią spojrzeć. Już po minucie była przy mnie.
 - To nic - szepnąłem. Chyba nie słyszała.
 - Jesteś we krwi! - stwierdziła z przerażeniem i wzrokiem zaczęła szukać po moim ciele źródła, z którego krew się wydostawała. Znalawszy go ściągnęła z siebie moją bluzę - która była przywiązana - i okryła nią ranę.
 - Co teraz z tym zrobimy?
Zamyśliłem się chwilę. Już miałem wypaplać "idziemy do szpitala", ale w porę się ogarnąłem. Kazałem jej to tylko zawiązać, by zatamować krwawienie. O świcie odwiedzimy Dr.Smiley. Zakląłem cicho pod nosem, gdyż to znaczyło, że będziemy musieli się wracać okrężną drogą. Poszukiwania zajmą nam o wiele dłużej, niż myślałem.
 - Idziemy tam teraz - zarządziła szatynka.
 - W nocy jest bardzo niebezpiecznie - próbowałem ją odwieść od tego pomysłu - Wyruszymy o samym świcie, okay?
Kłóciłem się z nią jeszcze chwilę, aż w końcu dała za wygraną. Tym razem to ona musiała pomagać mi w wdrapywaniu się na drzewo. Zaproponowała też, że to ona postoi na czatach, a w radzie niepokoju, obudzi mnie. Ochoczo przystałem na jej plan, gdyż cholernie potrzebowałem snu i tak też usnąłem jak małe dziecko.


Z punktu widzenia Jeff'a...
 Brutalnie złapałem Mark'a za łokieć i dźwignąłem go z ziemi. Starałem się nawet nie myśleć o tym, że za moimi plecami dzieje się epicka walka. Teraz najważniejsze było schowanie tego palanta. Że akurat wszyscy w tym samym czasie obrali go sobie na proxy! W ciemnościach obdarzyłem go niechętnym spojrzeniem i nie puszczając go, zacząłem marsz przed siebie, jak najdalej od podwładnych Skrolla.
 - Co się właśnie odwaliło? - zaczął brunet. 
Upewniwszy się, że jesteśmy wystarczająco daleko od tego wszystkiego, przystanąłem i oparłem się o drzewo. Nawet nie zdałem sobie sprawy, że właśnie wtedy go puściłem, ale na moje szczęście nie podjął się próby ucieczki. Złapałem kilka głębokich oddechów i starałem się poukładać myśli, by podać mu jakąś sensowną odpowiedź. Nie szło mi to najlepiej, więc żeby nie marnować czasu, wypaliłem:
 - Można powiedzieć, że jesteś ścigany przez trzy organizacje. Tamten gostek, z którym teraz walczy mój kolega należy do jednej z nich. My też należymy do jednej z nich. Jesteś na naszym celowniku.
 Odczekałem chwilę, by całkowicie dotarł do niego sens tych słów.
 - Jakie organizacje? Kim wy jesteście? Dlaczego akurat ja? - potok pytań pewnie wylewałby się z niego nadal, ale gestem dłoni kazałem mu przestać. No, może też dzięki groźnemu spojrzeniu się zląkł.
 - Wszystkiego dowiesz się w swoim czasie - wyciągnąłem przed siebie dłoń by ponownie złapać go za łokieć i wznowić bieg - teraz...
 - Chwila, zaraz! - Mark odskoczył gwałtownie do tyłu - Ja się nigdy o nic nie prosiłem! Dlaczego nie mogę sam wybrać?! Dlaczego w ogóle upatrzyliście sobie mnie?! To są jakieś pieprzone zawody?! 
 - Nie buntuj się - warknąłem zły i nadal próbowałem go pochwycić. 
Mark obdarzył mnie spojrzeniem pełnym pogardy, po czym zacisnął szczęki i... z całą prędkością ruszył przed siebie, wymijając mnie z odległości, w której nie byłbym w stanie go złapać. Gnojek! Więzień na wolności! Natychmiast ruszyłem zań w pogoń, a ponieważ jedynym oświetleniem było słabe światło księżyca, skupiłem maksymalnie na nim wzrok i po prostu bezmyślnie za nim biegłem, bojąc się go stracić z oczu. Najwyraźniej miał to na uwadze, ponieważ o ile szybkością nie grzeszył, to był cholernie zwinny i pewnie miał wyśmienity wzrok - specjalnie wybierał drogę z różnymi przeszkodami typu slalom pomiędzy głazami, przeskakiwanie nad wywróconymi drzwiami, ostre zakręty. Można się pokłócić, że typek zna na pamięć ten las. 
 Zacisnąłem szczęki zrozpaczony i próbowałem dotrzymać mu kroku. W głowie przewijały mi się czarne scenariusze. Nie zniosę gniewu Zalgo, jeżeli dowie się, że dałem mu uciec. Cholera! Jednak im szybciej próbowałem biec, tym bardziej oczy zachodziły mi mgłą. Nie chodziło już o zmęczenie. To był jakiś dziwny stan, który mógłbym porównać do narkozy. Mark powoli zaczynał znikać z mojego pola widzenia, a ja zorientowałem się, że truchtam, gdyż nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Uciekinier najwyraźniej też zwolnił i wolnym biegiem co chwila odwracał się, by na mnie spojrzeć, coraz bardziej się oddalając, aż w końcu przepadł w ciemności. Wyciągnąłem przed siebie dłoń, jakbym próbował go złapać. Nie wiem ile czasu minęło, dopóki całkowicie straciłem zdolność widzenia, ale właśnie wtedy też upadłem, nie mogąc zapanować nad uczuciem mrowienie na całym ciele. Starając się z całych sił zachować świadomość tego, co się wokół mnie dzieje, do moich uszu docierały stłumione przez dźwięk tupotu butów szept.
 - Jeffrey Woods - usłyszałem wyraźnie, jakby ktoś nachylił się nad moim uchem. Potem rozległ się ten kpiący śmiech, którego właściciela wszędzie bym rozpoznał.
Skroll we własnej osobie.
 - Te śro... usyp..ąc.. prz..at..a...ecz, nie..rawdaż? Te..z bę.. gł... Mar... nić... ci..no. Gło..a. inku... yjesz. - z jego wypowiedzi zrozumiałem tylko jedno: nafaszerował mnie czymś. To przez niego teraz tutaj leżę. A za chwilę skończę przykryty ziemią. Chociaż ta wersja wydarzeń wydaje się "najmilsza" - w końcu po co Skroll miałby zaprzątać sobie głowę wykopaniem dla mnie grobu - od razu rozszarpie mnie na strzępy, a moje resztki rzuci na pożarcie psom.
I znowu jego śmiech, przepełniony złośliwością. Ogarnął mnie paniczny strach. Umrę tutaj, nie wykonawszy ostatniej misji.
Umrę tutaj, z zaszytym uśmiechem, który rzekomo miał być wieczny.
Umrę tutaj, z ręki swojego wroga.
Umrę tutaj, bez możliwości walki.
Poczułem coś zimnego na szyi. Ostrze? Nieważne.
 - To co ty tam zawsze mówisz? - nacisk wzmocnił mnie, a ja poczułem w tamtym miejscy piekący ból. Skroll chwilę się nad tym zastanawiał.
Chwilę wystarczająco długą, by życie przeleciało mi przed oczami. Zacisnąłem szczęki.
Przepraszam, Zalgo. Przepraszam, Vincent. Przepraszam, braciszku.
 - Idź spać - szepnął, a mnie ogarnął rozszarpujący ból. Otworzyłem szeroko usta, by krzyczeć, ale wtedy zacząłem się dławić własną krwią. Niezdolny już do niczego, po prostu poddałem się i pozwoliłem wykrwawić.
 Moja historia dobiegła końca.

czwartek, 31 sierpnia 2017

Pisząc inaczej: 3 znienawidzone książki #8


Pewnie każdy na swojej liście znajdzie choćby jedną książkę, w trakcie której musiał pomyśleć sobie: "Ty naprawdę to zrobiłeś/zrobiłaś?", a zażenowanie osiągnęło tak wysoki poziom, że musieliście przejść się po pokoju. A mimo to po krótkim spacerze nadal powracacie do czytania, ponieważ jest tam coś godnego uwagi. "Jak potoczą się losy drugoplanowej postaci? Kto w końcu kogo zabił?". Bla, bla, bla, powodów może być wiele. A w tym poście chciałabym przedstawić trzy książki, które określam mianem gniota. Znacie zasady, kolejność jak zwykle losowa.


1. Kroniki białego królika
W pakiecie:
1. Alicja w krainie zombie
2. Alicja i lustro zombie
3. Alicja królowa zombie



"Żałuję, że nie mogę się cofnąć w czasie i postąpić inaczej w wielu sprawach.
Powiedziałabym swojej siostrze: nie.
Nigdy nie błagałabym matki, by porozmawiała z ojcem.
Zasznurowałabym usta i przełknęła te nienawistne słowa.
Albo chociaż uściskałabym siostrę, mamę i tatę po raz ostatni.
Powiedziałabym, że ich kocham.
Żałuję... tak, żałuję"
Jej ojciec miał rację. Potwory istnieją… By pomścić śmierć rodziny, Alicja musi się nauczyć, jak walczyć z zombi. Nie spocznie, dopóki nie odeśle każdego żywego trupa z powrotem do grobu. Na zawsze.
Opis z I tomu.

Nie da się ukryć, że temat żywych trupów mnie fascynuje, a Alicja było moją pierwszą pozycją o tematyce zombie. Największe rozczarowanie, jakie mogło mnie spotkać.
Co jest z tą książką nie tak? Otóż mamy Alicję - idealnie wykreowaną postać, idealny wygląd, patologia w rodzinie to podstawa. No i dzieje się tragedia, w wyniku giną jej rodzice. Nasza Mery-Sójka przeprowadza się do babci, zmienia szkołę. Zaprzyjaźnia się z Kat (tak ona się nazywała?), która w powieści odgrywa rolę przygłupiej przyjaciółki, która zawsze stoi za nią murem. Poznaje niejakiego Cole, który odgrywa rolę bed-boja. Jest jakaś tam grupka tępych lal, które uprzykrzają Alicji życie i próbują jej odbić niedoszłego kochanka. Potem Alicja dowiaduje się o istnieniu zombie, jakiś gościu postanawia ją wytrenować i momentalnie z szarej myszki robi się wymiatacz siejący strach i zagładę w zombiakach. Czy ten schemat nie wydaje się wam jakby znajomy?
Po tej książce spodziewałam się... sama nie wiem czego. Spodziewałam się akcji, niekoniecznie latających na prawo i lewo flaków, ale to i tak byłoby lepsze od latających genita... ekhem. Zamiast akcji dostajemy jakiś ciapowaty romans z potworami w tle. Ile razy to ja się już naczytałam, że Alicja pragnie, by Cole był przy niej blisko, że cieszy się z ich pierwszego razu, do cholery jasnej. Jedyny powód, dla którego przeczytałam aż trzy tomy, był Gavin. No i może Rivier. Oni jako jedynie traktowali naszą gwiazdeczkę jak szmatę. Dobra, to trochę za dużo. Trzymali ją na dystans, to dobre określenie. 
Drugim plusem jest to, w jaki sposób autorka wykreowała nasze żywe trupy. Tu nie mamy typowej apokalipsy, gdzie każdy cywil nieudolnie walczy o ostatni batonik, by przetrwać. Wszystko jest na porządku dziennym, bo zombiaki to chodzące duchy, a aby się do nich zbliżyć, trzeba odłączyć duszę od ciała. Intrygujące. Uważam, że "Kroniki białego królika" miało w sobie potencjał i mogłoby być nawet do zniesienia, gdyby nie wątek miłosny. Naciągane 5/10


2. Za wszelką cenę

Szesnastoletnia Dora marzy o karierze w telewizji. Robiąc młodzieżowy program dla miejscowej stacji, poznaje media od kulis. I szybko przekonuje się, że władza, jaką dają jej mikrofon i kamera, opiera się na kłamstwie, manipulacjach, braku przyzwoitości i ludzkiej krzywdzie: przypadkowo sfilmowany chłopak zostaje wzięty za sprawcę napadu...

To coś też naprawdę miało potencjał, lecz tak gdzieś od 50 strony ruszyła karuzela spier... Głównie przez mozolne tempo akcji, a gdy już zostają nam ostatnie strony, wszystko przyśpiesza, wielki chaos. Jest do bólu nudna i do przewidzenia. Ogólny przekaz i rozkmina, czy lepiej podążać za marzeniami, czy za przyjaciółmi jakby niczym się nie różni od innych młodzieżówek. A przez niektóre decyzje Doro miałam ochotę płakać. Albo przybić jej piątkę. W twarz. Siekierą. To samo tyczy się innych bohaterów, bo choć bardzo starałam się polubić tam kogokolwiek to najzwyczajniej nie dawali mi szansy. Nie, po prostu nie. 1,5/10


3. Scarlett

Scarlett ma szesnaście lat i właśnie przeprowadziła się do Sieny. Zostawiła za sobą wakacje, swoją najlepszą przyjaciółkę i kiełkującą miłość do Matteo… W nowej szkole poznaje Umberto, który od razu okazuje jej zainteresowanie, jednak Scarlett odkrywa, że jej koleżanka z ławki Caterina jest w nim skrycie zakochana. Co wybrać: miłość czy przyjaźń? Odpowiedź przychodzi sama podczas szkolnego koncertu, kiedy na scenę wchodzi chłopak o oczach jasnych jak lód i ich wzrok spotyka się w tłumie. Mikael, basista zespołu Dead Stones, pojawia się przy niej w najbardziej niespodziewanych momentach, by za chwilę zniknąć, a Scarlett nie potrafi oprzeć się jego magnetycznemu spojrzeniu.
Jednak Mikael jest zbyt piękny i zbyt niezwykły, by mógł być prawdziwy: tylko Umberto zdaje się znać jego sekret, lecz nie udaje mu się ostrzec Scarlett…
Niedługo potem w szkole ma miejsce niewyjaśnione morderstwo, a Scarlett pada ofiarą przerażającego ducha o płonących oczach.
Kim naprawdę jest Mikael? Jej aniołem stróżem czy prześladującym ją demonem?
Opis z lubimyczytac.pl

Oto kolejna pozycja, gdzie postać to Mery-Sójka, no i gdzieżby zapomnieć o Gary-Sójkach, jak zwykle idealnych! Cała fabuła też nie porywa - bohaterka odkrywa nowy, niebezpieczny świat, romans w tle, który trochę za bardzo wychodzi na pierwszy plan, dwie przygłupie przyjaciółki, jeszcze głupsza jej sprawczyni, która koniecznie zaleca się do JEJ facetów, do bólu irytujący rodzice, a pod tą warstwą znajdujemy morderstwo, demony i książki.
Po pierwsze: Wątek miłosny. Scarlett jest IDEALNA i nie ma mowy, żeby któryś chłopak nie zwrócił na niej uwagi. Każdy musi padać jej u stóp!
Po drugie: Mikael. Uwaga, spoilery. Jak sam on twierdzi, jest pól-człowiekiem i pół-demonem, więc dlaczego jego zadaniem jest chronienie ludzkości? I dlaczego jest tak zabójczo przystojny? Demony przecież reprezentują zło! Szpetność! Bardziej logicznie by było, gdyby w jego żyłach płynęła krew anioła, ale nie. Demony, demony, robimy dramaty na siłę!
Po trzecie: Zapłon głównej bohaterki. Taka sytuacja:
On: Jestem w połowie demonem,  w połowie człowiekiem...
Ona: Och...
Kilka stron później.
On: Mój ojciec był demonem.
Ona: *myśli* Tego się nie spodziewałam. *wyczuj ten dramat*
Ludzie, serio? Kiedy on mówi jej, że to pół-demon, pół-człowiek, to czego się spodziewacie? Że jego ojciec będzie pieprzonym elfem leśnym, a matka niedźwiedzicą?
Po czwarte: Hormony głównej bohaterki. Czytając pierwsze strony miałam wrażenie, że autorka chciała zrobić z Scarlett kogoś wyjątkowego, gdyż po pierwszym spotkaniu z Michałem, czy jak go zwali, dziewczyna próbuje sobie wmówić, że nie może o nim myśleć, ma swoje obowiązki, z drugiej strony on ma takie piękne oczy. A później? Później nawet się nie starała i z tego zrobiło się majaczenie zakochanej nastolatki. 
Po piąte: Wolne tempo akcji. Książka ma około 320 stron. PODOBNO wątkiem głównym jest ten świat pełen demonów, a tymczasem przez 250 stron mamy przyjemność obserwować kłótnie w rodzinie Scarlett, rozkminy nad jej chłoptasiem, potajemne wyprawy na koncerty, biblioteka, zabójstwo bibliotekarza i inne nieistotne dla fabuły sprawy. 
Po szóste: To coś jest jest do przewidzenia. Może to ja mam jakieś zdolności telepatyczne, ale przewidziałam kto jest mordercą, że ojciec tamtego to demon, że tamten uratuje życie tamtemu, że tamci się pokłócą o to, że tamta zerwie z tym.
Po siódme: Niepotrzebni bohaterowie. Jestem więcej niż pewna, że Marco, brat Scarle-tt został stworzony tylko po to, żeby na siłę stwarzać dramaty. Bo on kompletnie niczego nie wnosi, to jedynie zapychacz. Znaczy, gościu jest spoko, lubię go, ale to tylko narzędzie do dram (on ma duże szanse na zostanie youtuberem, nieprawdaż?).
Plusy:
Po pierwsze: Postać Alivio. Choć pojawiał się krótko, od razu zaimponował mi bardziej niż wszyscy tamci razem wzięci. I on był jedynym powodem, dla którego wciąż to czytałam. Kiedy wszyscy są ideałami, z nim można się utożsamić. My oboje mamy makabryczne poczucie humoru. Oboje nie przebieramy w miłych słówkach dla kogoś, kogo i tak nie lubimy. Oboje jesteśmy brzydcy.
Po drugie: Postać Vincenta. Polubiłam go tylko i wyłącznie dlatego, że był wredny dla głównej bohaterki. W końcu wrogowie moich wrogów to moi przyjaciele!
*szuka plusów* Skończyły się...
Mimo wszystko, gdyby tak przymrużyć oko na wątek miłosny, wątek z przyjaźnią, pominąć te momenty z Marco i przeboleć zapłon (i głupotę) Scarlett, książkę nawet da się polubić. Jedyny powód, dla którego mogłabym go komuś polecić to Alivio. Pewnie spodoba się też fanom zmieżhó. Ale dla mnie naciągane 4,5/10




Czytaliście któreś z tych pozycji? Macie jakieś znienawidzone pozycje?

piątek, 21 lipca 2017

Pisząc inaczej: Czego słucham..? #7


Nigdy nie byłam przywiązana do konkretnego typu muzyki. I właściwie dalej nie jestem, choć istnieje kilka zespołów i wykonawców, którzy trafili w moje gusta i mogę ich słuchać na okrągło. Poniżej umieszczam właśnie kilka takich oraz małą próbkę ich twórczości.

*kolejność jak zwykle losowa*

1. Starset
Dobra, kłamałam. Bardziej od innych gatunków jestem przywiązana do rocka.

2. Linkin Park
Choć LN już nigdy nie będzie takie same, z powodu utraty wokalisty, jedno jest pewne - Chester jest niezastąpiony i u mnie jak i u innych fanów będzie miał specjalne miejsce w serduszku.

3. Dzyogas
Konkretny gość, co dużo pisać.

4. Luxior
Może i mam poczucie humoru level debil, ale to seryjnie mnie śmieszy. Trochę. Można się uśmiechnąć. Za to właśnie lubię remixy, no i za rymy, bo why not.

Jak już na tym jesteśmy, przedstawię kilka katowanych przeze mnie remix'ów losowych twórców:

5. Bonecage
Kiedy TWD wejdzie za mocno



To byłoby na tyle w tym poście. Pewnie kilku pominęłam, ale od czego jest opcja edytuj?
A tak seryjnie pewnie będzie jeszcze taki drugi post. A czego Koszmarki słuchają?

niedziela, 25 czerwca 2017

Pisząc inaczej: 5 (i więcej) ulubionych postaci z rodem TWD #6


*kolejność jak zwykle losowa*


1. Nick (gra)
Nicolas... z początku arogancji i impulsywny, ale później staje się trochę mniej arogancki, impulsywny bez zmian. Cóż, nie jest zbytnio lubiany wśród graczy, ale w moim zgniłym serduszku zawsze będzie na niego miejsce.

2. Glenn (serial)
Jeśli są tutaj jacyś fani serialu, przyznajcie szczerze, kto na niego nie poleciał? Nie wierzę w to, że gdzieś na świecie żyje jego zagorzały antyfan.

3. Daryl Dixon
Przystojny? Przystojny. Odważny? Odważny. Samodzielny? Samodzielny. Szczery? Szczery. Pomocny? Pomocny. Wierny? Wierny. Hotel? Trivago.

4. Mark (gra) spoilery
Pojawił się tak samo szybko i niespodziewanie jak zginął... a szkoda. Oczywiście mocno wierzę w to, że przysłużył się do wykarmienia... znaczy... zarażenia tamtych gnojków St.John... i był smaczny...

5. Clementine (gra)
W sumie to czemu nie... jest urocza, prawda?


Inne gnojki:
7. Arvo (gra)
8. Luke (g)
9. Lee (pragnę zauważyć, że to jedyny czarny...) (g)
10. Kenny (g)
11. Carol (serial)
12. Maggie (s)


Mała wycieczka po jpg, gdyż mój folder pęka w szwach:












Mam nadzieję, że podobała wam się ta szalona jazda.

sobota, 10 czerwca 2017

Dni z życia CreepyPast 27


Z punktu widzenia Soul Taker...
 - Inaczej to sobie wyobrażałem... - ze zdziwieniem patrzyłem jak mój kompan taszczy za sobą worek z ledwo żywym człowiekiem. 
 - Mieliśmy go uprowadzić - warknął.
 - Ale...
 - Posłuchaj! - Jeff gwałtownie się zatrzymał i odwrócił twarzą do mnie - Widzisz, co ten psychol zrobił z moją twarzą? Jestem szkaradny! Chcę po prostu jak najszybciej wrócić do domu i to jakoś odkręcić. I nie miałem zamiaru pieprzyć się z nim dłużej niż to potrzebne.
Mój zboczony umysł zaświecił, ale na zewnątrz nie dawałem o tym znać.
 - Dostarczmy go do Zalgo jak najszybciej, okay?
 - Okay... - westchnąłem, a Jeff powrócił do targania worka.
Niepokoiłem się nieco, gdyż stawało się coraz ciemniej, a droga do domu wydawała się być bez końca. Cholernie przerażała mnie myśl, że spotkam dawnych "kolegów z pracy". Zdrajca, tak o mnie myśleli. W końcu zrzekając się Skrollverse absolutnie nie miałem prawa żyć. 
 - Daj. pomogę - złapałem za rogi worka i uniosłem go na wysokość bioder. W tej samej chwili z tkaniny wydobył się jęk. 
 - Dobić go? - spytał.
Zamyśliłem się, jakby ta decyzja była moim najważniejszym wyborem w życiu.
 - Szkoda czasu - wzruszyłem ramionami i pognaliłem chłopaka by ruszył przed siebie. Nie mam pojęcia, ile tak przebyliśmy drogi. W pewnym momencie Jeff niespodziewanie się zatrzymał i puścił worek, po czym odetchnął z ulgą. Z worka wydobył się kolejny jęk. Opuściłem go powoli i wyprostowałem palce.
 - Dobić go? - zapytał Jeff znowu - Jego odgłosy są irytujące.
 - Przyzwyczajaj się - spiorunowałem go wzrokiem - Prawdopodobnie będziesz z nim miał do czynienia codziennie.
Chłopak przewrócił oczami, przykucnął i wbił wzrok w czubki swoich butów. Ja zająłem się rozprostywaniem kości, które przyjemnie strzelały. Uwielbiam ten dźwięk! Wnet usłyszałem trzask gałęzi. Natychmiast odwróciłem się w stronę źródła dźwięku. Worek pusty, a metr od niego skradał się nasz więzień. Woho, nawet się nie spodziewałem, że Jeff aż tak bardzo obije mu mordę. Mark zdawszy sobie sprawę, że zwrócił na siebie naszą uwagę, rzucił się do uczieczki, lecz Jeff był o wiele szybszy i w porę złapał go za kostki, przez co uciekinier padł płasko na glebę. Nie tracąc czasu, przygniotłem go swoim ciężarem. Z jego ust wydobyła się wiązka przekleństw.
 - Mogłem go dobić - Jeff stanął przed nim i uniósł nogę, aby (jak przypuszczam) kopnąć chłopaka w głowę, by stracił przytomność, ale powstrzymałem go dając mu sygnał ruchem dłoni. Wyglądał na rozczarowanego, ale przebolał w ciszy to, że z kolejnego pobicia nici. Dźwignąłem naszą dwójkę z ziemi, trzymając Mark'owi nadgarstki za plecami, by miał ograniczone ruchy. Na szczęście nie w głowie mu było teraz stawianie się.  Nie żebym się bał, że rzeczywiście nam ucieknie. Po prostu ta wizja była upierdliwa.
 - Masz jakąś linę? Sznur? - posłałem spojrzenie Jeffowi. Chwilę się zastanawiał, po czym wyjął ze swoich butów sznurówkę.
 - Lepsze to niż nic.. - wybąkałem, przyjmując to od niego. Związałem ciasno okularnikowi dłonie. O dziwo nie wykorzystał tego krótkiego momentu, w którym pozostawiłem go bez nadzoru, co mi było na rękę. Jeff złapał za worek i już przymierzał się do wrzucenia tam bruneta.
 - Nie, nie, nie - powstrzymałem go - Nie będę go taszczył. Będzie szedł.
 - A jak ucieknie? - uniósł jedną brew.
 - Cóż... - westchnąłem - Oby nie.
 - Po co wam jestem potrzebny? - wtrącił Mark, a mnie totalnie zatkało. Może gdyby Jeff nie rzuciłby się na niego z pięściami i nie taszczył w worku, moja odpowiedź: "Masz szansę za zostanie proxy samego Lorda Zalgo i współpracę z nami" brzmiałaby całkiem sensownie. Ale jak on ma nam teraz zaufać, po tym co odwaliliśmy? Nie najlepszy początek znajomości.
 - Dowiesz się wszystkiego w swoim czasie - odparłem, siląc się, by zabrzmiało to jakkolwiek miło.
 - Och, choćby mała podpowiedź.
 - Chcesz wrócić do worka?
Momentalnie ucichł i przewrócił teatralnie oczami. Złapałem go za nadgarstki i popchnąłem lekko przed siebie. Jeff trzymał się obok nas, nawet na minutę nie spuszczając oczu z okularnika. Mark szedł kulejąc, ale ta forma i tak była szybsza i wygodniejsza. Wzrok miał utkwiony bez przerwy przed sobą i lekko dygotał, nie wiedząc czy ze strachu czy z zimna.
 - Nic ci się już nie stanie - słowa wystrzeliły z moich ust zanim zdążyłem się zastanowić.
Przełknął ślinę.
 - Co ze mną zrobicie? - ponowił pytanie. Milczałem. Nieco zwolniłem uścisk na nadgarstkach wiedząc, że jesteśmy blisko celu. Mimo to nadałem szybsze tempo chodu, gdyż mrok sięgał nas nieubłaganie.
 - Daleko jeszcze? - zapytał Jeff markotnym głosem - Zaraz wyjdą Skrollversi.
 - Nie denerwuj mnie - warknąłem zestresowany. Jakbym o tym nie wiedział! Teraz niemal biegłem, popychając zakładnika w przypływie strachu.

Z punktu widzenia Jeff'a...
 Pomimo dosyć szybkiego tempa, noc i tak nas dopadła, a wraz z nią nasze najgorsze obawy, czyli prawa ręka samego Skroll'a. Security. Creepy Friend. I pomimo faktu, że CP nie specjalizuje się w night watch, skurczybyk ma cholernie dobry wzrok i upatrzył nas w już sporej odległości.
 - Kogo tu trafiłem? - usłyszałem roześmiany głos za sobą - Zdrajca, śmieć i niedoszły przydupas.
Krew się we mnie zagotowała. Ten śmieć nazwał mnie śmieciem.
 - Och, to ty - powiedział Soul takim głosem, jakby się kumplowali - Kopę lat.
 - Po tym co nam zrobiłeś, masz jeszcze czelność tak się odzywać? - ton CF był całkowicie spokojny.
Bezstresowa rozmowa.
Bardzo wolno sięgnąłem do kieszeni i zacisnąłem palce na rękojeści noża. Napiąłem mięśnie gotowy do ataku.
 - I co zamierzasz? - ST puścił Mark'a, żeby odwrócić się do swojego roznówcy - Ty jesteś sam, a nas jest trz... dwóch.
 - Zapomniałeś, że w ciemnościach to ja mam przewagę - twarz wykrzywiła się w okropnym uśmiechu. Zacząłem tęsknić za swoim - Zresztą... jeśli ktokolwiek się dowie, że was spotkałem i nie podjąłem walki, zabiją mnie - na kilka sekund uśmiech zniknął - Poza tym mam kogoś do odbicia - spojrzał na Mark'a i wyciągnął przed siebie ręce, jakby chciał nam powiedzieć: "Popatrzcie na moje pazury! Jaki jestem potężny! Jaki groźny!" Choć przyznaję, jego pazury były godne samego Skrolla.
Przeszły mnie dreszcze na myśl, że takie dziesięć centymetrów mogłoby z łatwością przebić moją skórę. Creepy Friend cofnął prawą nogę, równocześnie lekko się pochylając i przygotowując do ataku. Zacisnąłem szczęki gotowy do odepchnięcia ataku. Soul Taker pchnął zdezorientowanego Mark'a w tył i spojrzał na mnie, po czym znowu na Mark'a, dając mi do zrozumienia: "Zajmij się nim". Oczywiście to mi się nie podobało, ale zdaję się całkowicie na niego.
Creepy Friend z pełną prędkością ruszył wprost na nas.



CDN...






[notka: w świecie proxy istnieją pewne rangi. Security, jedna z nich, oznacza osobę zajmującą się kradzieżą dokumentów, zdobywaniem informacji o innych versach, itd. Night watch to osoby odbywające patrole nocne, a cechuje ich jeszcze lepszy wzrok.]




sobota, 6 maja 2017

Dni z życia CreepyPast 26


Z punktu widzenia Jeff'a...
Przebudziłem się z niemałym pulsującym bólem głowy. Czułem jak moje nadgarstki były uciskane przez jakieś sznury. Leżałem, a wszelkie próby podniesienia kończyły się zwiększeniem bólu głowy i mrowieniem w okolicach kości ogonowej. Jak długo leżałem?
 - O rety... - usłyszałem głos Bena odbijający się echem.
 - Patrz i podziwiaj! - po tych słowach ktoś mocnym szarpnięciem ściągnął mi przepaskę na oczach. Krótko po tym Dr.Smiley przeciął nożem krępujące mnie sznury.
 - Co się dzieje? - wyjąkałem obserwując niemalże puste pomieszczenie. Na przeciw mnie stał Ben, dokładnie mi się przyglądając. Po chwili elf uśmiechnął się i oznajmił:
 - Aleś ty piękny!
Ja zawsze jestem piękny...
 - Spójrz - czerwonooki podsunął mi pod nos okrągłe lusterko wielkości dłoni dorosłego. Niemal zmroziło mi krew w żyłach i odruchowo wstrzymałem oddech. Lecz po chwili wypuściłem powietrze z płuc i zacząłem zgrzytać zębami. Moja twarz była... okropna! Piękne włosy były ścięte na krótko i przefarbowane na ciemny brąz. Szeroki uśmiech został zaszyty, a ślady zostały zręcznie ukryte pod niewidocznym "makijażem" który oprócz policzków obejmował całą twarz aż po szyję. Moja skóra miała "normalny" biały kolor.
 - Co ty mi zrobiłeś?! - wydarłem się niemal piskliwie. Tętno skoczyło, a ja aż buzowałem z wściekłości. Chętnie rozszarpałbym tego gnoja na miejscu!, ale ze względu na zawroty głowy byłem bezużyteczny...
 - Wiem, trochę spieprzyłem z cieniowaniem włosów i masz przykrótką grzywkę, ale...
 - Dobrze wiesz, że nie chodzi mi o fryzurę! Tu chodzi o wszystko!
Jako tako przefarbowane włosy i nowa fryzura była do zniesienia. Ale twarz...? To co on z nią zrobił jest niewybaczalne.
 - Doceń to co dla ciebie zrobiłem - uśmiechnął się szyderczo - Teraz przynajmniej będziesz mało rozpoznawalny wśród cywili.
 - Nienawidzę cię - warknąłem przez zaciśnięte zęby. Trudno. Szybko wrócę do domu i to naprawię.
Postawiłem zaledwie kilka kroków w stronę drzwi, a już odezwał się ból głowy i musiałem oprzeć się o ścianę.
 - Lepiej się nie przemęczaj - powiedział za mną Dr.Smiley - Przez twoje szarpaniny musiałem cię potraktować większą ilością śro... - nim dokończył po prostu wybiegłem za korytarz trzaskając drzwiami. Już nie chcę wiedzieć czym on mnie nafaszerował, co mi ciął i co dotykał.
 - Jakiś ty piękny! - zawołał ktoś za moimi plecami. Odwróciwszy się ujrzałem Soul'a, który szedł do mnie spokojnym krokiem.
 - Zamknij się - syknąłem jeszcze bardziej zły. Teraz to już muszę, muszę zrobić komuś krzywdę!
 - Szykuj się na misję.
 - Znowu...? - tak! Me modły zostały wysłuchane! - Co tym razem? - morderstwo!
 - Uprowadzenie - na te słowa momentalnie się załamałem.
 - Żartujesz! Nigdy wcześniej nie mieliśmy uprowadzeń!
 - Ty nie miałeś - białowłosy uśmiechnął się szyderczo - Jestem proxy o wiele dłużej niż ty i mam w takich sprawach doświadczenie.
 - Więc idź beze mnie. Ja nie mam doświadczenia.
 - Właśnie dlatego idziemy razem żebyś się podszkolił... - westchnął ciężko - Nie marudź i chodź - złapał mnie mocno za ramię i pociągnął w stronę wyjścia. To chyba będzie najbardziej upierdliwe zadanie dotąd.

Cdn

niedziela, 23 kwietnia 2017

Dni z życia CreepyPast 25




Z punktu widzenia Toby'ego...
 Dzień nieubłaganie zbliżał się ku końcowi, a niebo oblało się krwistą czerwienią. W mojej głowie rodziły się pytania. Czy zdążymy opuścić las przed zmrokiem? Czy poradziłbym sobie w walce z jednym z Skrollverse? Czy oni sobie poradzą? Próbowałem się uspokoić i skupić swoją uwagę na czymś innym. Ale w lesie nie było nic interesującego prócz powiększającej się ilości mijanych drzew.
 - Toby - odezwała się Luna - Odpocznijmy.
Zatrzymałem się gwałtownie i odwróciłem napięcie w stronę rodzeństwa. Kyle, pięć metrów w tyle dyszał ciężko opierając się o drzewo, a Luna zdołająca dotrzymać mi kroku postanowiła sobie usiąść na ziemi po turecku.
 - Jak ty możesz tak biegać? - wysapała zadzierając kark ku górze i obserwując niebo.
 - Przyzwyczajenie - wzruszyłem ramionami. 
No tak, nie wziąłem pod uwagi tego, że mają słabszą kondycję, pomyślałem i zacząłem się bardziej niepokoić. Trzeba pogodzić się z myślą, że czeka mnie nieunikniona bitwa z tymi potworami. Oparłem się o drzewo nieco rozczarowany.
 - W co ja się wpakowałam? - Luna ukryła twarz w dłoniach - Zaledwie tydzień temu wszystko było normalnie... Ja, Kyle, Kenny, Vincent i Rose...  - dziewczyna zaniosła się głośnym szlochem, a po jej policzkach popłynął strumień łez. Spojrzałem zakłopotany na Kyle, który tylko odwrócił się plecami, jakby nie widząc płaczącej siostry.
 - No już... shh... znajdziemy ich... - kucnąłem przed nią - Już w porządku... - mówiłem głosem najmilszym jak się da.
 - Nie mam nawet pewności, że żyją! - wywrzeszczała i zacisnęła szczęki starając się opanować.
 - Masz - niespodziewanie podszedł do nas Kyle i wyciągnął w moją stronę dłoń ze... zdjęciem? Wziąłem do niego skrawek papieru. Tak, zdjęcie. Fotografia przedstawiała piątkę osób - w tym Kyle i Lunę. Pozostałą trójkę stanowiła mała dziewczynka z misiem w dłoni, przypominającą kopię Luny. Chłopak stojący obok Kyle, który dzierżył łyżeczkę. Na jego widok aż mnie zemdliło. Nie był on brzydki, po prostu to była ta sama osoba, która wtedy wybijała nam okna. I która zdecydowała się pomagać Skroll'owi. Poczułem się okropnie, mimo że prawie nie przyczyniłem się do jego śmierci.
 - Jak on się nazywa? - wskazałem na niego palcem.
 - To Kenny - odparł Kyle.
Wróciłem do oglądania zdjęcia. Po lewej stronie stał wysoki chłopak i zdecydowanie wyróżniał się od pozostałych. Podczas gdy wszyscy mieli brązowe włosy i oczy, jego włosy były smolisto czarne, a oczy niebieskie, choć z urody byli podobni. Wszyscy byli też luźno ubrani, a on jakby zaraz miał przystąpić do matury. Wszyscy na fotografii uśmiechali się do kamery stojąc za zieloną tapetą. 
 - To Rose - Luna pokazała na małą dziewczynkę - A to Vincent - pokazała najwyższego chłopaka - Tęsknie za nimi - otarła twarz mokrą od łez.
Myśli w mojej głowie błąkały się jak wściekłe psy. Jeśli nie powiem im o Kennym rozczarują się, a tak to stracą do mnie zaufanie. Chyba się z tym prześpię.
 - Musimy już ruszać - rzuciłem, a po chwili dodałem - Trzeba znaleźć schronienie na noc.
I tak już nie mamy szans by wyjść przed zmrokiem, więc przynajmniej odpoczniemy.
 - Nie jest jakoś szczególnie zimno - powiedział Kyle - Możemy spać pod gołym niebem, na gałęziach drzew...
 - Pogięło cię?! - warknęła dziewczyna - Żebyśmy pospadali?!
Szatyn wzruszył ramionami obojętnie.
 - Czasami w taki sposób ucinałem sobie drzemki. Ty, jak myślisz? - zwrócił się do mnie.
 - W sumie to się może udać - o ile Skrollversi nie chodzą z zadartym w górę nosem. Chociaż jeśli znajdziemy odpowiednie drzewo gęste gałęzie mogą nas ukryć. Przynajmniej w małym stopniu.
 - A jeśli spadniemy? - Luna skrzyżowała ręce na piersi i westchnęła ciężko.
 - Możemy się przywiązać - oznajmił chłopak.
 - Czym?!
 - Nie musicie.. - wszedłem im w słowo - Będę was obserwować i pilnować.
Oboje spojrzeli na mnie jak na idiotę do potęgi.
 - Poszukajmy dobrego drzewa - wyprzedziłem jakiekolwiek pytania i zacząłem rozglądać się po okolicy. Te za niskie, te spróchniałe, tamte za wąskie gałęzie... o, tam! Idealne! Pokazałem dwójce upatrzone drzewko i ruszyliśmy w jego stronę. Pomogłem Lunie w spinaczce. Gdy oni usadzali się wygodnie na szerokiej gałęzi ja wspiąłem się wyżej i ukryłem wśród liści. Co chwilę coś zachaczało o moją bluzę, więc oddałem ją dzieciakom. Przynajmniej zapunktowałem "szlachetnym czynem". Tak mi się zdaje. Z wysoka obserwowałem las. Zapowiada się ciekawa noc.

           Z punktu widzenia Soul Taker...
 - Rozchmurz się - uśmiechnąłem się do Jeff'a szyderczo. Jeszcze nie pogodził się z tym, że na 33,3% w nasze szeregi zawita nowy.
 - Po prostu się przymknij - czarnowłosy z całej siły kopnął niewinną ścianę budynku opuszczonego szpitalu, do którego mieliśmy wejść.
 - Ha, haa... - zaśmiałem się cicho polrawiając kaptur na głowie. Ochrona przed słońcem i tak dalej. Żwawo pchnąłem drzwi wejściowe i wparowaliśmy do środka. Mimo że budynek był opuszczony od siedmiu lat był zadbany. Można powiedzieć, że to miejsce zostało obrane jako miejsce zamieszkania Dr.Smiley. Z opowieści innych wynika, że Slender niejdeniokrotnie próbował zaciągnąć go do swego "domu", ale odmawiał, twierdząc, że tu ma lepsze warunki.
 - Jesteśmy! - wydarł się Jeff i z hukiem otworzył pierwsze drzwi na korytarzu po lewej - Nie ma go tu - z takim samym podejściem otworzył kolejne.
 - Ale ty głupi jesteś - westchnąłem i ruszyłem w górę po schodach. Na drugim piętrze udałem się do sali zabiegowej. Bingo!
 - To ja - odezwałem się i wkroczyłem do środka patrząc na pocięte ciało na stole operacyjnym. Sam Dr.Smiley grzebał przy narzędziach odwrócony plecami.
 - Wooah! - stojący za mną Jeff wydał z siebie jęk pełen zachwytu - Dawno nie czułem zapachu krwi - jego oczy błysnęły.
 - Przerwaliście mi w najlepszym momencie... - westchnął Doktor i zdjął zakrwawione rękawice, które wylądowały w kącie.
 - Daj nam ten środek i znikamy - odparłem.
Czerwonooki zaprowadził nas do innego pomieszczenia, jakim był gabinet lekarski. W przeciwieństwie do reszty budynku to wyglądało jak chlew. Wszędzie rozsypane jakieś proszki, płyny, opakowania po trutkach na myszy i nieprzyjemny zapach chemikalii. Lekarz zaczął grzebać w szufladzie, a po chwili wyjął z niej małą fiolkę z podżółkłym środkiem w sobie.
 - To tyle? - zapytałem odbierając miksturę.
 - A czego się spodziewałeś? Wiesz jak trudno o wszystkie składniki i ile precyzji potrzeba żeby to cholerstwo stworzyć?!
 - Nie jestem w stanie sobie wyobrazić... - odkręciłem i powąchałem specyfik, po który nas wysłał Zalgo - Jak to działa? - do moich nozdrzy dostał się zapach porównywalny do potu zmieszanego z wodą utlenioną z metaliczną wonią. Aż mnie wzbierało na wymioty. Szybko to zakręciłem.
 - Podobnie do pigułki gwałtu i LSD - odpowiedział z zadziornym uśmiechem na twarzy. Po chwili jego kąciki ust opadły i spojrzał na Jeff'a, który był zajęty obserwowaniem widoku za oknem. Kątem oka widziałem jak sięga za sobą strzykawkę z jakimś środkiem. Nie wiem co planuje, ale nie powstrzymam go. W krótkiej chwili pokonał dzielącą ich odległość i wstrzyknął zawartość strzykawki w jego udo, po czym pchnął tak by upadł na ziemię.
 - Co robisz? - spytałem bardziej zaciekawiony niż zszokowany jego działaniem.
 - Uczynię go pięknym! - odpowiedział z entuzjazmem i złapał leżącego pod ramię. Otworzył sobie drzwi i ciągnął go njeprzytomnego przez korytarz.
 - Nie stanie mu się krzywda - zapewnił - Możesz odebrać go wieczorem.
 - Jasne! - przystałem na ten układ. Z uśmjechem na twarzy opuściłem szpital pędząc do Lorda Zalgo przynieść lek.






     Zapraszam na drugiego bloga

wtorek, 18 kwietnia 2017

Pisząc inaczej: 8 ulubionych openingów/endingów z anime #5

 *kolejność losowa*

1. Wolf's Rain (end.)

2. Zankyou no Terror (op)

3. One Piece (op. We are!)
Tak... spośród kilkunastu openingów tego tasiemca mnie urzekł ten...

4. Shinsekai Yori (end.)

5. Yamada-kun i 7 wiedźm (op.)

6. Deadman Wonderland (op.)

7. Hunter X Hunter (end.)

8. Angel Beats! (op)

9. Yuri!! on ice (op)

Znacie któreś z wymienionych, słuchacie?

niedziela, 16 kwietnia 2017

Dni z życia CreepyPast 24


Z punktu widzenia Toby'ego...
 Gdy byłem już pewien, że pozostali proxy są wystarczająco daleko zatrzymałem się i postawiłem na ziemię Kyle i Lunę.
 - Dlaczego to zrobiłeś? - zapytała dziewczyna powstrzymując łzy.
 - Bo nie kłamałem mówiąc, że was obronię - odparłem szczerze. Mam już ich wszystkich gdzieś. Mam serdecznie dosyć podporządkywaniu się tej istocie.
 - To chyba są twoi przyjaciele...
Byli, pomyślałem.
Jeśli wszyscy chcą mnie zdeformować pod swoje ego, to wypisuję się. Koniec bycia "czyimś". Chcę być tylko wolny.
 - Już w porządku - oparłem dłonie o kolana. Może i nie czuję bólu w nogach od długiego biegu, ale jestem wyczerpany. Ile oni ważą? Nieważne. Wyjąłem spod bluzy wydrążoną książkę, w której miałem zbierać informacje na temat Zaka i podarłem ją na setki kawałków. Obserwowałem jak wiatr niesie je ze sobą, inne zahaczały o gałęzie.
 - A ty... - Luna odwróciła się napięcie w stronę Kyle - Chciałeś żebym zginęła! - wykrzyczała bardziej rozpaczliwie niż ze złością i rzuciła się w przód popychając brata na ziemię.
 - Nie marnuj sił - powiedziałem szorstko i wyprostowałem się - Musimy uciekać.
Mi samemu nie podobało się zachowanie szatyna, ale cóż...
Luna popatrzyła na mnie ze zrozumieniem.
 - Zatem ruszajmy - po tych słowach wybiłem na czele naszej małej grupki. Desperacko próbowałem wytyczyć nam trasę, ale gdzie..? W końcu zdecydowałem się na niebezpieczny krok i biegiem ruszyłem w stronę terenów Skrollverse. Istnieje mały promyk szansy, że Masky, Hoodie i Alice ruszą w pościg właśnie tam, szczególnie że zaczyna zachodzić słońce. A przy jeszcze mniejszym szczęściu ujdziemy stamtąd bez żadnych niespodzianek.


Z punktu widzenia Zaka...
- Yo! - przywitałem się z Jeff'em wchodząc do jego pokoju - Czego mnie dziś nauczysz, senpai? - uśmiechnąłem się szyderczo i usiadłem po turecku przed jego łóżkiem gdzie bawił się nożem.
 - Nie nazywaj mnie tak - warknął i wbił nóż w ścianę. Raczej chciał, bo tylko farba pękła, a narzędzie zbrodni spadło z brzdękiem na panele pod łóżko. Był wkurzony, cholernie wkurzony. Mimowolnie moje trzy macki wyszły zza pleców i wiły się po ziemi niespokojnie.
 - Co ci się stało? - spytałem ostrożnie.
 - Zalgo chce sprowadzić nowego przydupasa.
 - Co w tym złego?
 - Ja nie chcę więcej znajomych... szczególnie takich rąbniętych.
 - Rąbniętych?
 - Miałem okazję z nim porozmawiać - westchnął i uderzył twarzą w poduszkę.
 - Może to tylko złe pierwsze wrażenie.. - wymyśliłem coś na szybko. Ja tam się cieszyłem, że poznam nowego człowieka. Rzadko kiedy mogę zobaczyć ludzi z powodu niekontrolowanych mocy... A nowy, cóż, czy będzie tego chciał, musi się przyzwyczaić i znosić moje towarzystwo.
 - Będziemy musieli go jeszcze odbić! - podniósł się gwałtownie - Slener i Skroll też na niego polują... szlag! - na nowo schował twarz w poduszcze i zaczął ją gryźć.
 - Może ma jakieś ultra umiejętności...
Jeff spojrzał na mnie z determinacją.
 - Sprawdzimy go.


Cdn...

Wesołych świąt i mokrego lanego!
Zapraszam też na drugiego bloga o tematyce TWD :3

Dni z życia CreepyPast 30

Witojcie w ostatniej części drugiej serii krapowatych fanfikszion! Nadal zamierzam po tym kontunować tą jakże urzekającą historię. Przecież...