sobota, 10 czerwca 2017

Dni z życia CreepyPast 27


Z punktu widzenia Soul Taker...
 - Inaczej to sobie wyobrażałem... - ze zdziwieniem patrzyłem jak mój kompan taszczy za sobą worek z ledwo żywym człowiekiem. 
 - Mieliśmy go uprowadzić - warknął.
 - Ale...
 - Posłuchaj! - Jeff gwałtownie się zatrzymał i odwrócił twarzą do mnie - Widzisz, co ten psychol zrobił z moją twarzą? Jestem szkaradny! Chcę po prostu jak najszybciej wrócić do domu i to jakoś odkręcić. I nie miałem zamiaru pieprzyć się z nim dłużej niż to potrzebne.
Mój zboczony umysł zaświecił, ale na zewnątrz nie dawałem o tym znać.
 - Dostarczmy go do Zalgo jak najszybciej, okay?
 - Okay... - westchnąłem, a Jeff powrócił do targania worka.
Niepokoiłem się nieco, gdyż stawało się coraz ciemniej, a droga do domu wydawała się być bez końca. Cholernie przerażała mnie myśl, że spotkam dawnych "kolegów z pracy". Zdrajca, tak o mnie myśleli. W końcu zrzekając się Skrollverse absolutnie nie miałem prawa żyć. 
 - Daj. pomogę - złapałem za rogi worka i uniosłem go na wysokość bioder. W tej samej chwili z tkaniny wydobył się jęk. 
 - Dobić go? - spytał.
Zamyśliłem się, jakby ta decyzja była moim najważniejszym wyborem w życiu.
 - Szkoda czasu - wzruszyłem ramionami i pognaliłem chłopaka by ruszył przed siebie. Nie mam pojęcia, ile tak przebyliśmy drogi. W pewnym momencie Jeff niespodziewanie się zatrzymał i puścił worek, po czym odetchnął z ulgą. Z worka wydobył się kolejny jęk. Opuściłem go powoli i wyprostowałem palce.
 - Dobić go? - zapytał Jeff znowu - Jego odgłosy są irytujące.
 - Przyzwyczajaj się - spiorunowałem go wzrokiem - Prawdopodobnie będziesz z nim miał do czynienia codziennie.
Chłopak przewrócił oczami, przykucnął i wbił wzrok w czubki swoich butów. Ja zająłem się rozprostywaniem kości, które przyjemnie strzelały. Uwielbiam ten dźwięk! Wnet usłyszałem trzask gałęzi. Natychmiast odwróciłem się w stronę źródła dźwięku. Worek pusty, a metr od niego skradał się nasz więzień. Woho, nawet się nie spodziewałem, że Jeff aż tak bardzo obije mu mordę. Mark zdawszy sobie sprawę, że zwrócił na siebie naszą uwagę, rzucił się do uczieczki, lecz Jeff był o wiele szybszy i w porę złapał go za kostki, przez co uciekinier padł płasko na glebę. Nie tracąc czasu, przygniotłem go swoim ciężarem. Z jego ust wydobyła się wiązka przekleństw.
 - Mogłem go dobić - Jeff stanął przed nim i uniósł nogę, aby (jak przypuszczam) kopnąć chłopaka w głowę, by stracił przytomność, ale powstrzymałem go dając mu sygnał ruchem dłoni. Wyglądał na rozczarowanego, ale przebolał w ciszy to, że z kolejnego pobicia nici. Dźwignąłem naszą dwójkę z ziemi, trzymając Mark'owi nadgarstki za plecami, by miał ograniczone ruchy. Na szczęście nie w głowie mu było teraz stawianie się.  Nie żebym się bał, że rzeczywiście nam ucieknie. Po prostu ta wizja była upierdliwa.
 - Masz jakąś linę? Sznur? - posłałem spojrzenie Jeffowi. Chwilę się zastanawiał, po czym wyjął ze swoich butów sznurówkę.
 - Lepsze to niż nic.. - wybąkałem, przyjmując to od niego. Związałem ciasno okularnikowi dłonie. O dziwo nie wykorzystał tego krótkiego momentu, w którym pozostawiłem go bez nadzoru, co mi było na rękę. Jeff złapał za worek i już przymierzał się do wrzucenia tam bruneta.
 - Nie, nie, nie - powstrzymałem go - Nie będę go taszczył. Będzie szedł.
 - A jak ucieknie? - uniósł jedną brew.
 - Cóż... - westchnąłem - Oby nie.
 - Po co wam jestem potrzebny? - wtrącił Mark, a mnie totalnie zatkało. Może gdyby Jeff nie rzuciłby się na niego z pięściami i nie taszczył w worku, moja odpowiedź: "Masz szansę za zostanie proxy samego Lorda Zalgo i współpracę z nami" brzmiałaby całkiem sensownie. Ale jak on ma nam teraz zaufać, po tym co odwaliliśmy? Nie najlepszy początek znajomości.
 - Dowiesz się wszystkiego w swoim czasie - odparłem, siląc się, by zabrzmiało to jakkolwiek miło.
 - Och, choćby mała podpowiedź.
 - Chcesz wrócić do worka?
Momentalnie ucichł i przewrócił teatralnie oczami. Złapałem go za nadgarstki i popchnąłem lekko przed siebie. Jeff trzymał się obok nas, nawet na minutę nie spuszczając oczu z okularnika. Mark szedł kulejąc, ale ta forma i tak była szybsza i wygodniejsza. Wzrok miał utkwiony bez przerwy przed sobą i lekko dygotał, nie wiedząc czy ze strachu czy z zimna.
 - Nic ci się już nie stanie - słowa wystrzeliły z moich ust zanim zdążyłem się zastanowić.
Przełknął ślinę.
 - Co ze mną zrobicie? - ponowił pytanie. Milczałem. Nieco zwolniłem uścisk na nadgarstkach wiedząc, że jesteśmy blisko celu. Mimo to nadałem szybsze tempo chodu, gdyż mrok sięgał nas nieubłaganie.
 - Daleko jeszcze? - zapytał Jeff markotnym głosem - Zaraz wyjdą Skrollversi.
 - Nie denerwuj mnie - warknąłem zestresowany. Jakbym o tym nie wiedział! Teraz niemal biegłem, popychając zakładnika w przypływie strachu.

Z punktu widzenia Jeff'a...
 Pomimo dosyć szybkiego tempa, noc i tak nas dopadła, a wraz z nią nasze najgorsze obawy, czyli prawa ręka samego Skroll'a. Security. Creepy Friend. I pomimo faktu, że CP nie specjalizuje się w night watch, skurczybyk ma cholernie dobry wzrok i upatrzył nas w już sporej odległości.
 - Kogo tu trafiłem? - usłyszałem roześmiany głos za sobą - Zdrajca, śmieć i niedoszły przydupas.
Krew się we mnie zagotowała. Ten śmieć nazwał mnie śmieciem.
 - Och, to ty - powiedział Soul takim głosem, jakby się kumplowali - Kopę lat.
 - Po tym co nam zrobiłeś, masz jeszcze czelność tak się odzywać? - ton CF był całkowicie spokojny.
Bezstresowa rozmowa.
Bardzo wolno sięgnąłem do kieszeni i zacisnąłem palce na rękojeści noża. Napiąłem mięśnie gotowy do ataku.
 - I co zamierzasz? - ST puścił Mark'a, żeby odwrócić się do swojego roznówcy - Ty jesteś sam, a nas jest trz... dwóch.
 - Zapomniałeś, że w ciemnościach to ja mam przewagę - twarz wykrzywiła się w okropnym uśmiechu. Zacząłem tęsknić za swoim - Zresztą... jeśli ktokolwiek się dowie, że was spotkałem i nie podjąłem walki, zabiją mnie - na kilka sekund uśmiech zniknął - Poza tym mam kogoś do odbicia - spojrzał na Mark'a i wyciągnął przed siebie ręce, jakby chciał nam powiedzieć: "Popatrzcie na moje pazury! Jaki jestem potężny! Jaki groźny!" Choć przyznaję, jego pazury były godne samego Skrolla.
Przeszły mnie dreszcze na myśl, że takie dziesięć centymetrów mogłoby z łatwością przebić moją skórę. Creepy Friend cofnął prawą nogę, równocześnie lekko się pochylając i przygotowując do ataku. Zacisnąłem szczęki gotowy do odepchnięcia ataku. Soul Taker pchnął zdezorientowanego Mark'a w tył i spojrzał na mnie, po czym znowu na Mark'a, dając mi do zrozumienia: "Zajmij się nim". Oczywiście to mi się nie podobało, ale zdaję się całkowicie na niego.
Creepy Friend z pełną prędkością ruszył wprost na nas.



CDN...






[notka: w świecie proxy istnieją pewne rangi. Security, jedna z nich, oznacza osobę zajmującą się kradzieżą dokumentów, zdobywaniem informacji o innych versach, itd. Night watch to osoby odbywające patrole nocne, a cechuje ich jeszcze lepszy wzrok.]




sobota, 6 maja 2017

Dni z życia CreepyPast 26


Z punktu widzenia Jeff'a...
Przebudziłem się z niemałym pulsującym bólem głowy. Czułem jak moje nadgarstki były uciskane przez jakieś sznury. Leżałem, a wszelkie próby podniesienia kończyły się zwiększeniem bólu głowy i mrowieniem w okolicach kości ogonowej. Jak długo leżałem?
 - O rety... - usłyszałem głos Bena odbijający się echem.
 - Patrz i podziwiaj! - po tych słowach ktoś mocnym szarpnięciem ściągnął mi przepaskę na oczach. Krótko po tym Dr.Smiley przeciął nożem krępujące mnie sznury.
 - Co się dzieje? - wyjąkałem obserwując niemalże puste pomieszczenie. Na przeciw mnie stał Ben, dokładnie mi się przyglądając. Po chwili elf uśmiechnął się i oznajmił:
 - Aleś ty piękny!
Ja zawsze jestem piękny...
 - Spójrz - czerwonooki podsunął mi pod nos okrągłe lusterko wielkości dłoni dorosłego. Niemal zmroziło mi krew w żyłach i odruchowo wstrzymałem oddech. Lecz po chwili wypuściłem powietrze z płuc i zacząłem zgrzytać zębami. Moja twarz była... okropna! Piękne włosy były ścięte na krótko i przefarbowane na ciemny brąz. Szeroki uśmiech został zaszyty, a ślady zostały zręcznie ukryte pod niewidocznym "makijażem" który oprócz policzków obejmował całą twarz aż po szyję. Moja skóra miała "normalny" biały kolor.
 - Co ty mi zrobiłeś?! - wydarłem się niemal piskliwie. Tętno skoczyło, a ja aż buzowałem z wściekłości. Chętnie rozszarpałbym tego gnoja na miejscu!, ale ze względu na zawroty głowy byłem bezużyteczny...
 - Wiem, trochę spieprzyłem z cieniowaniem włosów i masz przykrótką grzywkę, ale...
 - Dobrze wiesz, że nie chodzi mi o fryzurę! Tu chodzi o wszystko!
Jako tako przefarbowane włosy i nowa fryzura była do zniesienia. Ale twarz...? To co on z nią zrobił jest niewybaczalne.
 - Doceń to co dla ciebie zrobiłem - uśmiechnął się szyderczo - Teraz przynajmniej będziesz mało rozpoznawalny wśród cywili.
 - Nienawidzę cię - warknąłem przez zaciśnięte zęby. Trudno. Szybko wrócę do domu i to naprawię.
Postawiłem zaledwie kilka kroków w stronę drzwi, a już odezwał się ból głowy i musiałem oprzeć się o ścianę.
 - Lepiej się nie przemęczaj - powiedział za mną Dr.Smiley - Przez twoje szarpaniny musiałem cię potraktować większą ilością śro... - nim dokończył po prostu wybiegłem za korytarz trzaskając drzwiami. Już nie chcę wiedzieć czym on mnie nafaszerował, co mi ciął i co dotykał.
 - Jakiś ty piękny! - zawołał ktoś za moimi plecami. Odwróciwszy się ujrzałem Soul'a, który szedł do mnie spokojnym krokiem.
 - Zamknij się - syknąłem jeszcze bardziej zły. Teraz to już muszę, muszę zrobić komuś krzywdę!
 - Szykuj się na misję.
 - Znowu...? - tak! Me modły zostały wysłuchane! - Co tym razem? - morderstwo!
 - Uprowadzenie - na te słowa momentalnie się załamałem.
 - Żartujesz! Nigdy wcześniej nie mieliśmy uprowadzeń!
 - Ty nie miałeś - białowłosy uśmiechnął się szyderczo - Jestem proxy o wiele dłużej niż ty i mam w takich sprawach doświadczenie.
 - Więc idź beze mnie. Ja nie mam doświadczenia.
 - Właśnie dlatego idziemy razem żebyś się podszkolił... - westchnął ciężko - Nie marudź i chodź - złapał mnie mocno za ramię i pociągnął w stronę wyjścia. To chyba będzie najbardziej upierdliwe zadanie dotąd.

Cdn

niedziela, 23 kwietnia 2017

Dni z życia CreepyPast 25




Z punktu widzenia Toby'ego...
 Dzień nieubłaganie zbliżał się ku końcowi, a niebo oblało się krwistą czerwienią. W mojej głowie rodziły się pytania. Czy zdążymy opuścić las przed zmrokiem? Czy poradziłbym sobie w walce z jednym z Skrollverse? Czy oni sobie poradzą? Próbowałem się uspokoić i skupić swoją uwagę na czymś innym. Ale w lesie nie było nic interesującego prócz powiększającej się ilości mijanych drzew.
 - Toby - odezwała się Luna - Odpocznijmy.
Zatrzymałem się gwałtownie i odwróciłem napięcie w stronę rodzeństwa. Kyle, pięć metrów w tyle dyszał ciężko opierając się o drzewo, a Luna zdołająca dotrzymać mi kroku postanowiła sobie usiąść na ziemi po turecku.
 - Jak ty możesz tak biegać? - wysapała zadzierając kark ku górze i obserwując niebo.
 - Przyzwyczajenie - wzruszyłem ramionami. 
No tak, nie wziąłem pod uwagi tego, że mają słabszą kondycję, pomyślałem i zacząłem się bardziej niepokoić. Trzeba pogodzić się z myślą, że czeka mnie nieunikniona bitwa z tymi potworami. Oparłem się o drzewo nieco rozczarowany.
 - W co ja się wpakowałam? - Luna ukryła twarz w dłoniach - Zaledwie tydzień temu wszystko było normalnie... Ja, Kyle, Kenny, Vincent i Rose...  - dziewczyna zaniosła się głośnym szlochem, a po jej policzkach popłynął strumień łez. Spojrzałem zakłopotany na Kyle, który tylko odwrócił się plecami, jakby nie widząc płaczącej siostry.
 - No już... shh... znajdziemy ich... - kucnąłem przed nią - Już w porządku... - mówiłem głosem najmilszym jak się da.
 - Nie mam nawet pewności, że żyją! - wywrzeszczała i zacisnęła szczęki starając się opanować.
 - Masz - niespodziewanie podszedł do nas Kyle i wyciągnął w moją stronę dłoń ze... zdjęciem? Wziąłem do niego skrawek papieru. Tak, zdjęcie. Fotografia przedstawiała piątkę osób - w tym Kyle i Lunę. Pozostałą trójkę stanowiła mała dziewczynka z misiem w dłoni, przypominającą kopię Luny. Chłopak stojący obok Kyle, który dzierżył łyżeczkę. Na jego widok aż mnie zemdliło. Nie był on brzydki, po prostu to była ta sama osoba, która wtedy wybijała nam okna. I która zdecydowała się pomagać Skroll'owi. Poczułem się okropnie, mimo że prawie nie przyczyniłem się do jego śmierci.
 - Jak on się nazywa? - wskazałem na niego palcem.
 - To Kenny - odparł Kyle.
Wróciłem do oglądania zdjęcia. Po lewej stronie stał wysoki chłopak i zdecydowanie wyróżniał się od pozostałych. Podczas gdy wszyscy mieli brązowe włosy i oczy, jego włosy były smolisto czarne, a oczy niebieskie, choć z urody byli podobni. Wszyscy byli też luźno ubrani, a on jakby zaraz miał przystąpić do matury. Wszyscy na fotografii uśmiechali się do kamery stojąc za zieloną tapetą. 
 - To Rose - Luna pokazała na małą dziewczynkę - A to Vincent - pokazała najwyższego chłopaka - Tęsknie za nimi - otarła twarz mokrą od łez.
Myśli w mojej głowie błąkały się jak wściekłe psy. Jeśli nie powiem im o Kennym rozczarują się, a tak to stracą do mnie zaufanie. Chyba się z tym prześpię.
 - Musimy już ruszać - rzuciłem, a po chwili dodałem - Trzeba znaleźć schronienie na noc.
I tak już nie mamy szans by wyjść przed zmrokiem, więc przynajmniej odpoczniemy.
 - Nie jest jakoś szczególnie zimno - powiedział Kyle - Możemy spać pod gołym niebem, na gałęziach drzew...
 - Pogięło cię?! - warknęła dziewczyna - Żebyśmy pospadali?!
Szatyn wzruszył ramionami obojętnie.
 - Czasami w taki sposób ucinałem sobie drzemki. Ty, jak myślisz? - zwrócił się do mnie.
 - W sumie to się może udać - o ile Skrollversi nie chodzą z zadartym w górę nosem. Chociaż jeśli znajdziemy odpowiednie drzewo gęste gałęzie mogą nas ukryć. Przynajmniej w małym stopniu.
 - A jeśli spadniemy? - Luna skrzyżowała ręce na piersi i westchnęła ciężko.
 - Możemy się przywiązać - oznajmił chłopak.
 - Czym?!
 - Nie musicie.. - wszedłem im w słowo - Będę was obserwować i pilnować.
Oboje spojrzeli na mnie jak na idiotę do potęgi.
 - Poszukajmy dobrego drzewa - wyprzedziłem jakiekolwiek pytania i zacząłem rozglądać się po okolicy. Te za niskie, te spróchniałe, tamte za wąskie gałęzie... o, tam! Idealne! Pokazałem dwójce upatrzone drzewko i ruszyliśmy w jego stronę. Pomogłem Lunie w spinaczce. Gdy oni usadzali się wygodnie na szerokiej gałęzi ja wspiąłem się wyżej i ukryłem wśród liści. Co chwilę coś zachaczało o moją bluzę, więc oddałem ją dzieciakom. Przynajmniej zapunktowałem "szlachetnym czynem". Tak mi się zdaje. Z wysoka obserwowałem las. Zapowiada się ciekawa noc.

           Z punktu widzenia Soul Taker...
 - Rozchmurz się - uśmiechnąłem się do Jeff'a szyderczo. Jeszcze nie pogodził się z tym, że na 33,3% w nasze szeregi zawita nowy.
 - Po prostu się przymknij - czarnowłosy z całej siły kopnął niewinną ścianę budynku opuszczonego szpitalu, do którego mieliśmy wejść.
 - Ha, haa... - zaśmiałem się cicho polrawiając kaptur na głowie. Ochrona przed słońcem i tak dalej. Żwawo pchnąłem drzwi wejściowe i wparowaliśmy do środka. Mimo że budynek był opuszczony od siedmiu lat był zadbany. Można powiedzieć, że to miejsce zostało obrane jako miejsce zamieszkania Dr.Smiley. Z opowieści innych wynika, że Slender niejdeniokrotnie próbował zaciągnąć go do swego "domu", ale odmawiał, twierdząc, że tu ma lepsze warunki.
 - Jesteśmy! - wydarł się Jeff i z hukiem otworzył pierwsze drzwi na korytarzu po lewej - Nie ma go tu - z takim samym podejściem otworzył kolejne.
 - Ale ty głupi jesteś - westchnąłem i ruszyłem w górę po schodach. Na drugim piętrze udałem się do sali zabiegowej. Bingo!
 - To ja - odezwałem się i wkroczyłem do środka patrząc na pocięte ciało na stole operacyjnym. Sam Dr.Smiley grzebał przy narzędziach odwrócony plecami.
 - Wooah! - stojący za mną Jeff wydał z siebie jęk pełen zachwytu - Dawno nie czułem zapachu krwi - jego oczy błysnęły.
 - Przerwaliście mi w najlepszym momencie... - westchnął Doktor i zdjął zakrwawione rękawice, które wylądowały w kącie.
 - Daj nam ten środek i znikamy - odparłem.
Czerwonooki zaprowadził nas do innego pomieszczenia, jakim był gabinet lekarski. W przeciwieństwie do reszty budynku to wyglądało jak chlew. Wszędzie rozsypane jakieś proszki, płyny, opakowania po trutkach na myszy i nieprzyjemny zapach chemikalii. Lekarz zaczął grzebać w szufladzie, a po chwili wyjął z niej małą fiolkę z podżółkłym środkiem w sobie.
 - To tyle? - zapytałem odbierając miksturę.
 - A czego się spodziewałeś? Wiesz jak trudno o wszystkie składniki i ile precyzji potrzeba żeby to cholerstwo stworzyć?!
 - Nie jestem w stanie sobie wyobrazić... - odkręciłem i powąchałem specyfik, po który nas wysłał Zalgo - Jak to działa? - do moich nozdrzy dostał się zapach porównywalny do potu zmieszanego z wodą utlenioną z metaliczną wonią. Aż mnie wzbierało na wymioty. Szybko to zakręciłem.
 - Podobnie do pigułki gwałtu i LSD - odpowiedział z zadziornym uśmiechem na twarzy. Po chwili jego kąciki ust opadły i spojrzał na Jeff'a, który był zajęty obserwowaniem widoku za oknem. Kątem oka widziałem jak sięga za sobą strzykawkę z jakimś środkiem. Nie wiem co planuje, ale nie powstrzymam go. W krótkiej chwili pokonał dzielącą ich odległość i wstrzyknął zawartość strzykawki w jego udo, po czym pchnął tak by upadł na ziemię.
 - Co robisz? - spytałem bardziej zaciekawiony niż zszokowany jego działaniem.
 - Uczynię go pięknym! - odpowiedział z entuzjazmem i złapał leżącego pod ramię. Otworzył sobie drzwi i ciągnął go njeprzytomnego przez korytarz.
 - Nie stanie mu się krzywda - zapewnił - Możesz odebrać go wieczorem.
 - Jasne! - przystałem na ten układ. Z uśmjechem na twarzy opuściłem szpital pędząc do Lorda Zalgo przynieść lek.






     Zapraszam na drugiego bloga

wtorek, 18 kwietnia 2017

Pisząc inaczej: 8 ulubionych openingów/endingów z anime #5

 *kolejność losowa*

1. Wolf's Rain (end.)

2. Zankyou no Terror (op)

3. One Piece (op. We are!)
Tak... spośród kilkunastu openingów tego tasiemca mnie urzekł ten...

4. Shinsekai Yori (end.)

5. Yamada-kun i 7 wiedźm (op.)

6. Deadman Wonderland (op.)

7. Hunter X Hunter (end.)

8. Angel Beats! (op)

9. Yuri!! on ice (op)

Znacie któreś z wymienionych, słuchacie?

niedziela, 16 kwietnia 2017

Dni z życia CreepyPast 24


Z punktu widzenia Toby'ego...
 Gdy byłem już pewien, że pozostali proxy są wystarczająco daleko zatrzymałem się i postawiłem na ziemię Kyle i Lunę.
 - Dlaczego to zrobiłeś? - zapytała dziewczyna powstrzymując łzy.
 - Bo nie kłamałem mówiąc, że was obronię - odparłem szczerze. Mam już ich wszystkich gdzieś. Mam serdecznie dosyć podporządkywaniu się tej istocie.
 - To chyba są twoi przyjaciele...
Byli, pomyślałem.
Jeśli wszyscy chcą mnie zdeformować pod swoje ego, to wypisuję się. Koniec bycia "czyimś". Chcę być tylko wolny.
 - Już w porządku - oparłem dłonie o kolana. Może i nie czuję bólu w nogach od długiego biegu, ale jestem wyczerpany. Ile oni ważą? Nieważne. Wyjąłem spod bluzy wydrążoną książkę, w której miałem zbierać informacje na temat Zaka i podarłem ją na setki kawałków. Obserwowałem jak wiatr niesie je ze sobą, inne zahaczały o gałęzie.
 - A ty... - Luna odwróciła się napięcie w stronę Kyle - Chciałeś żebym zginęła! - wykrzyczała bardziej rozpaczliwie niż ze złością i rzuciła się w przód popychając brata na ziemię.
 - Nie marnuj sił - powiedziałem szorstko i wyprostowałem się - Musimy uciekać.
Mi samemu nie podobało się zachowanie szatyna, ale cóż...
Luna popatrzyła na mnie ze zrozumieniem.
 - Zatem ruszajmy - po tych słowach wybiłem na czele naszej małej grupki. Desperacko próbowałem wytyczyć nam trasę, ale gdzie..? W końcu zdecydowałem się na niebezpieczny krok i biegiem ruszyłem w stronę terenów Skrollverse. Istnieje mały promyk szansy, że Masky, Hoodie i Alice ruszą w pościg właśnie tam, szczególnie że zaczyna zachodzić słońce. A przy jeszcze mniejszym szczęściu ujdziemy stamtąd bez żadnych niespodzianek.


Z punktu widzenia Zaka...
- Yo! - przywitałem się z Jeff'em wchodząc do jego pokoju - Czego mnie dziś nauczysz, senpai? - uśmiechnąłem się szyderczo i usiadłem po turecku przed jego łóżkiem gdzie bawił się nożem.
 - Nie nazywaj mnie tak - warknął i wbił nóż w ścianę. Raczej chciał, bo tylko farba pękła, a narzędzie zbrodni spadło z brzdękiem na panele pod łóżko. Był wkurzony, cholernie wkurzony. Mimowolnie moje trzy macki wyszły zza pleców i wiły się po ziemi niespokojnie.
 - Co ci się stało? - spytałem ostrożnie.
 - Zalgo chce sprowadzić nowego przydupasa.
 - Co w tym złego?
 - Ja nie chcę więcej znajomych... szczególnie takich rąbniętych.
 - Rąbniętych?
 - Miałem okazję z nim porozmawiać - westchnął i uderzył twarzą w poduszkę.
 - Może to tylko złe pierwsze wrażenie.. - wymyśliłem coś na szybko. Ja tam się cieszyłem, że poznam nowego człowieka. Rzadko kiedy mogę zobaczyć ludzi z powodu niekontrolowanych mocy... A nowy, cóż, czy będzie tego chciał, musi się przyzwyczaić i znosić moje towarzystwo.
 - Będziemy musieli go jeszcze odbić! - podniósł się gwałtownie - Slener i Skroll też na niego polują... szlag! - na nowo schował twarz w poduszcze i zaczął ją gryźć.
 - Może ma jakieś ultra umiejętności...
Jeff spojrzał na mnie z determinacją.
 - Sprawdzimy go.


Cdn...

Wesołych świąt i mokrego lanego!
Zapraszam też na drugiego bloga o tematyce TWD :3

niedziela, 9 kwietnia 2017

Dni z życia CreepyPast 23


Z punktu widzenia Jeff'a...
 Kiedy Zalgo opuścił pomieszczenie, myśli błąkały mi się po głowie niczym stado psów. Nie mogę, nie potrafię sobie nawet wyobrazić wykonywania jakiejkolwiek misji u boku tego... dziwadła. Ale cóż, moje słowo w tej sprawie się nie liczyło. Chyba najlepszym wyjściem z tej sytuacji byłoby zabicie go, skoro polują na niego dwie grupy.
 - Trzy - w mojej głowie rozległ się ten skrzeczący głos Slendermana. Zaraz, co?
...nawet on?
Nie wiem co ten cały Mark ma w sobie, że jest pożądany przez trzy demoniczne kreatury, ale trzeba się dowiedzieć.
Tak, wiem że to zabrzmiało dwuznacznie.
Nie, to nie sprawia, że choć troszeczkę go polubiłem. Dziwadło jakich mało.
 - Jeeeff - na moje kolana już próbował się dostać Vincent, ale po pięciu sekundach uniósł dłonie w moją stronę - Zlób hooop! - zażądał.
Podniosłem go gwałtownie wybijając w powietrze. Można by powiedzieć, że jest przyzwyczajony do agresywnych ruchów czy szarpnięć. W końcu nacodzień bawił się z Zak'iem, a raczej z jego mackami i też spędzał czas z Tobym, który miał te swoje niekontrolowane tiki.
Przyglądając się jemu zastanawiało mnie ile może mieć lat. Wiem, ojciec roku...
 Nagle po pokoju rozległo się pukanie, a już po chwili do środka wpadła Nina. Może tego po mnie nie widać, ale byłem cholernie z tego powodu smutny.
 - Co chciałaś? - zapytałem z obojętnym tonem głosu i usadziłem małego obok siebie.
 - Spędzić z tobą trochę czasu - zachichotała i usiadła na skraju mojego łóżka - Tak sobie ostatnio pomyślałam, może Zalgo nie potrzebuje nowych proxy? - jej uśmiech stał się szerszy niż zwykle - Wtedy moglibyśmy spędzać ze sobą duuużo więcej czasu - przysunęła się do mnie.
O nie nie nie. Odwołuję wszystko to co pomyślałem o tamtym okularniku. Wszyscy, tylko nie ona.
 - Nie potrzebuje - wydusiłem pośpiesznie - Ja i Soul Taker doskonale się wyrabiamy we dwoje z misjami.
 - Ale gdyby jednak... to ja zawsze do usług, mój książę.
 - Yhym - przytaknąłem. Może skoro już tutaj jest to ją wykorzystam?
 - Nina, jak myślisz, ile Vin może mieć?
Takie ośmieszenie. Trudno, kobieta powinna bardziej się znać na rzeczy.
 - Ugh... - pokierowała wzrok na dziecko po czym stwierdziła - Dwa... może mniej... no mniej więcej.
Podziękowałem i zapytałem znów:
 - Jak wyobrażasz sobie jego życie za dziesięć lat w tym miejscu?
Co za filozoficzne pytanie, niczym na rozmowie o pracę.
 - Hmm - zamyśliła się - Pewnie wyrośnie na narkomana, gwałciciela lub...
 - Dwunastolatek! - przypomniałem jej ile Vin miałby za dziesięć lat.
 - Nie skończył by dobrze w dorosłym życiu - ona swoje - Ale za kilka lat to byłby dzieciak talentów. Serio, wychowywany wśród tylu osobowości... gdyby każdy mógłby go czego nauczyć, to cud miód orzeszki. Do tego profesjonalny zabójca... - zaiskrzyły jej się oczy - Ukryty pod maską człowieczeństwa...
 - Skończ - powstrzymałem ją przed dalszym fantazjowaniem - Po prostu zamilcz.
 - Oj tam - spojrzała na małego - Może zabiorę go dzisiaj na... em, zakupy?
 - Po co? - zdziwiłem się.
 - Rety, ale ty nierozumny... przecież nie może się tutaj cały czas ukrywać. Zabiorę go na małą wycieczkę poznawczą, kupię zabawki, pokażę normalnych ludzi, a ty odpoczniesz. No co, skusisz się?
 - Zabieraj go - bez zastanowienia się zgodziłem.
 - Super! - wzięła Vina w swoje ramiona, niczym doświadczona matka - Nie wiem kiedy wrócę! - wybiegła z nim wreszcie zostawiając mnie samego. Nareszcie chwila spokoju.

Z punktu widzenia Masky'ego...
 Za ciągłymi namowami Alice zgodziłem się użyć zamienników zamiast użerać się z tamtymi dzieciakami.
 - Nareszcie bezpieczna - dziewczyna odetchnęła z ulgą, kiedy w końcu mogła oddalić się od miejsca przetrzymywania "energii życiowej" dla naszego Pana (nazywamy ją jaskinią). 
 - C-c-ciek-awii m-mnie co się dzie-dzieje z tamtymi - odezwał się Hoodie.
 - I tak kiedyś będziemy musieli ich złapać - westchnąłem ciężko.
 - Cicho siedź - warknęła Alice - Zamienniki wystarczą... - przełknęła głośno ślinę - ...na jakiś czas.
Po tych słowach zapanowała niczym niezmącona cisza. Trwała tak przez minutę, gdy wnet do moich uszu dotarł dziwny, niezindyfikowany hałas. Jakieś okrzyki godowe? Nie... To szelest liści i jakieś przekrzykiwania się. 
 - Czy ja słyszę naszego Toby'ego? - zauważyła Alice.
 Cholera, chyba rzeczywiście to były krzyki naszego kretyna i dwóch nieznanych osób. Pielgrzymki urządza?
 - S-sprawdzę... - powiedział Hoodie i żwawym krokiem udał się w stronę hałasów. Po niecałej minucie rozległ się pisk i strzał z pistoletu. Co tam się dzieje?! Natychmiast pobiegliśmy w tym samym kierunku co Brain. Niemal oczy mi na wierzch nie wyszły, gdy ukazał mi się widok Toby'ego, za którym chowają się dwa dzieciaki - właśnie nasz cel - i nieco zdezorientowanego Hoodie'go niewiedzący co robić (ani chyba gdzie strzelał).
 - Co tu się wyrabia?! - rzuciła Alice, po czym zauważyła bachory - Och, to oni... - jej oczy aż zaiskrzyły. Spojrzała na Toby'ego i zapytała z nadzieją w głosie - Ty... złapałeś ich dla nas, tak?
 Niepotrzebnie się łudziła. Dla mnie sprawa wygląda jasno - Toby ich chroni. Zdrajca!
 - Że co proszę? - szatynka, która była ukryta za jego plecami teraz odsunęła się - Okłamałeś nas? Od samego początku z nimi współpracujesz? - jej głos drżał.
 - Ja wcale... - chłopak próbował coś powiedzieć, ale dziewczyna znowu mu przerwała:
 - Kally, odsuń się! - złapała najwyraźniej swojego brata za ramię i przyciągnęła do siebie.
 - Pomagałeś im? - rzuciłem oschle do Ticci'ego - Wcale nie chciałeś nimi manipulować, żeby wpadli w nasze ręce. Ty nawet nie byłeś wtajemniczony w to wszystko!
Toby popatrzył na każdego po kolei, a na jego twarzy pojawiło się wielkie zakłopotanie. Zawiódł mnie i nawet nie chciałem pokazywać, że jest inaczej. 
 - To nie jest tak... - wydusił w końcu - Oni mieli mi tylko pomóc w zbliżeniu się do tajemnicy... nie wiedziałem, że oni są aż tak ważni.
 - Kłamca! - syknęła czarnowłosa - Zdrajca! Niewdzięcznik! 
I co ja miałem zrobić? Jeśli go tylko pogłaskam po główce, to tak jakbym sam zdradził Pana Slendermana. A jeżeli okaże się kablem... to przecież mój przyjaciel. Irytujący, zbyt ciekawski, ale przyjaciel. Chyba muszę go sprawdzić.
 - Ostatnia szansa - zagrzmiałem. Dobra Masky, przemyśl dokładnie swoje działanie. Albo raz na zawsze się go pozbywamy, ale to jakoś sprostujemy na jego korzyść - Udowodnij, że nie jesteś zdrajcą. Że nimi manipulowałeś, by trafili do nas.
 - Jak niby? - zdziwił się.
 - Zabij jednego z nich.
Toby przyglądał mi się osłupiały, a szatynka wzdrygnęła się niespokojnie i szarpnęła brata za rękaw.
 - Kally, uciekajmy!
Jednak chłopak stał tylko, pusto patrząc w przestrzeń. Twarz miał jak głaz, zresztą już od jakiegoś czasu.
 - Kally! Zaraz nas zabiją! - dziewczyna ponowiła próby "obudzenia" go.
Ticci wyjął zza pasa swoje dwa toporki i z obojętną miną zerknął na dwójkę.
 - Pośpiesz się - pogoniła go Alice krzyżując ręce na piersi.
Po policzkach szatynki zaczęły spływać łzy. Tak bardzo kocha swojego brata, że jest gotowa umrzeć w męczarniach. Jaka głupia. Jaka naiwna.
 - Kłamca... - wyjąkała i mocno zacisnęła powieki, sztywniejąc gdy Toby zbliżył się o dwa kroki.
Momentalnie poczułem ulgę, widząc, że Ticci jednak nie zależy na opinii "zdrajcy". Jeszcze wszystko możemy uratować!
 - Zabij ją!! - chłopak imieniem Kally nagle się ożywił i wskazał palcem na siostrę, która gotowa była umrzeć z nim - Zostaw mnie!
 - Ty...! - dziewczyna nie zdążyła dokończyć, bo jeden z toporków zawisł nad nimi w powietrzu. Taak! Tego właśnie chciałem!
Niespodziewanie jego ostrze zamiast zatopić się w ciele któregoś z nich, wylądował na ziemi, a sam Toby objął rodzeństwo szerokimi ramionami i przyciskając ich do siebie... pognał przed siebie.
Minęły może dwie sekundy, nim zorientowałem się, co właściwie uczynił.
 - Za nim! - rozkazała Alice i rzuciła się w pościg za trójką.




cdn...

środa, 5 kwietnia 2017

Pisząc inaczej: Moje 3 ulubione filmy #4


 Choć filmów znam o wiele mniej niż książek, to wybór trzech spośród małej ich liczby był o wiele trudniejszy. Ehh...
*kolejność losowa*

1. Chata

Na "Chatę" wybrałam się spontanicznie, nie sprawdzając wcześniej nawet o czym to będzie, wcześniej zachęcona krótkim zwiastunem. Uczucia miałam mieszane, ale wszystko po kolei.
Główny bohater, Mack, miał spędzić idealne wakacje ze swoją rodziną - jednak podczas obozu gubi się jego najmłodsza córeczka. Policja odkrywa, że została porwana przez poszukiwanego od miesięcy mordercy, a strzępki jej ubrań i krew znajdują w pewnej zbitej deskami chacie. Zrozpaczony Mack postanawia sam wymierzyć sprawiedliwość i samotnie wybiera się na miejsce zbrodni, by zabić oprawcę swojej córeczki. Przez przypadek odkrywa, że chata jest "portalem" do zupełnie innej krainy. Co tam znajdzie...?
Początkowo myślałam, że w tej krainie będą wróżki, elfy, ewentualnie zwykli ludzie. Dlatego wielkie było moje zdziwienie (i rozczarowanie), gdy zamiast upragnionych magicznych istot dostałam... Boga. Boga, który jest Tatą i jego dwójkę dzieci - Jezus i Trójca Święta. 
Cóż, gdy to wyszło na wierzch słowa i mądrości Taty jakoś nie do końca do mnie trafiały. Traktowałam to jako zwykłą gadkę i byłam szczerze znudzona. Jednak dopiero później się przełamałam, przestałam patrzeć na te "istoty" jak na coś nierealnego i po prostu cieszyłam się samą historią. Jak zwykle, Milena się pomyliła, bo sądziła, że 90% ich wypowiedzi będą się opierać na czymś w stylu "Módl się o duszę swojej córeczki, chodź do kościoła...". A najważniejsze pytanie, jaki mi zadał film: "Czym jest sprawiedliwość?" Właśnie... kto powinien zostać osądzony? Człowiek, który ma 100 grzechów i szczerze tego żałuje, a może człowiek z 50 grzechami, która nic z tego nie robi?
"Chata" na długo pozostanie mi w pamięci i nie żałuję, że się na niego wybrałam, mimo negatywnego podejścia na początku. 9/10

2. Milczenie owiec

O tym horrorze nasłuchałam się wiele. Wchodzę na zapytaj.onet poprosić użytkowników o jakiś dobry, wstrzącający film, a połowa odpowiedzi to "Milczenie owiec". Youtube - "Top 10 najstraszniejszych horrorów!" i co ja tam znajduję na liście...? Myślicie, że "Milczenie owiec" które miejsce zajmuje na filmweb?
Wszyscy naokoło mówią, że to jest rewelacyjne, dlatego oglądając to liczyłam na coś mocnego, coś ekstra, coś co mrozi krew w żyłach. I to dostałam, ale troszeczkę mniej niż się spodziewałam. (kolejny zawód?)
Myślałam, że będzie więcej akcji, szalonych pościgów (wat?) i tego typu rzeczy. Dodatkowo film cierpi na małą ilość postaci - na szczęście taki jeden Haniball jest wart więcej niż dziesięciu Łukaszów. A jego metaliczny głos i spojrzenie z nutką obłąkania i taki spokój przy tym.. cud miód orzeszki. A tamten transwestyta (nie pamiętam imienia, przepraszam) też niczego sobie. Widać było ogromną różnicę między wszystkimi charakterami.
Koniec końców uważam, że czas przeznaczony na oglądanie zmarnowany nie był, ale nadal czegoś mi tam brakuje. 8,5/10

3. Omen 2006

Na moją listę ponownie wkracza film grozy, czyli inaczej historia o największym antychryście jaki stąpał po ziemi.
Czerwiec, dzień szósty, godzina szósta - na świat przychodzi chłopiec, któremu zmarła matka. W tym samym szpitalu umiera dziecko bogatego małżeństwa, które niewiele myśląc adoptuje tamtego i traktują go jak własne. I wszystko jest w porządku, do czasu gdy mały osiąga wiek sześciu lat - zaczynają się masowe samobójstwa, a na rodzinę spada masa nieszczęść. Dodatkowo syn. Dave, izoluje się od innych rówieśników, bardzo źle reaguje na krzyże, kościoły itd., nawet zwierzęta się go boją i wpadają przy nim w szał. Zaprzyjaźniony ksiądz rodziny twierdzi, że adoptowali oni samego syna Szatana. Ojcu przyjdzie decydować o losie dziecka, które wychował jak własne.
Do filmu nie zachęcił mnie wcześniej jakiś zwiastun, rewelacyjny opis, pozytywne oceny w internecie, opinia zasłyszana ok kolegi - od tak jakiś tytuł mi mignął przed oczami i włączyłam go na ślepo. Nie stawiałam też żadnych wymagań, więc może i dlatego się nie zawiodłam i uważam to za jedno... rewelacja.
Może i nie trzyma przez dłuższy czas w napięciu, ale w przeciwieństwie od innych horrorów, ten zamiast obrzydzenia od latających na prawo i lewo flaków wzbudzał niepokój i ogromną ciekawość. Interesuję się demonologią, więc to był strzał w dziesiątkę. 9/10
(szkoda tylko, że większość opinii w internecie nie jest tak przechylna)





A wy, oglądaliście któreś z wymienionych, podobały się?



Dni z życia CreepyPast 27

Z punktu widzenia Soul Taker...  - Inaczej to sobie wyobrażałem... - ze zdziwieniem patrzyłem jak mój kompan taszczy za sobą worek z led...