niedziela, 3 września 2017

Dni z życia CreepyPast 28


Z punktu widzenia Toby'ego...
 Godzina wydawała się nieskończonością. Powieki ze zmęczenia same mi się zamykały, ale nie mogłem sobie pozwolić na drzemkę. Bardzo wolno zmieniłem pozycję na słowiański przysiad i kurczowo trzymałem się gałęzi, by nie stracić równowagi. Zerknąłem na Kyle i Lunę. Kyle spał jak zabity w bezruchu, a dziewczyna wierciła się co chwila, więc została przywiązana moją bluzą do kory. Uniosłem głowę i rozejrzałem się po słabo oświetlonym przez księżyc lesie. Miałem cichą nadzieję, że nie spotka nas żadna niespodzianka, ale oczywiście to był błąd. 
Przecież zawsze musi się coś dziać, kiedy myślę, że już nic nie może mnie zaskoczyć. 
 W pewnym momencie usłyszałem jakieś zdeformowane głosy i wrzaski. Jakby ktoś prowadził wojnę. A przynajmniej takie miałem wrażenie, gdyż byłem otępiały ze zmęczenia. Wytężyłem słuch, próbując namierzyć potencjalnych dresów, ale wszystko tak jakby odbijało się echem. Bardzo ostrożnie zszedłem niżej, na bardziej szeroką gałąź, bym mógł spokojnie na niej usiąść i się oprzeć. Hałas stawał się coraz głośniejszy, także mogłem mniej więcej wskazać palcem, z którego kierunku dobiega. Brzmiało znajomo. Gwałtownie podniosłem się do pionu i momentalnie zakręciło mi się w głowie. Obraz zawirował mi przed oczyma. Walczyłem z całych sił, by nie stracić równowagi, ale i tak potknąłem się o własne nogi i spadłem z głuchym hukiem na ziemię.
 - Ugh - jęknąłem, choć i tak nie poczułem bólu. Nie spadłem z zbyt wysoka, pomyślałem, ale szybko ta "pozytywna myśl" mnie opuściła, gdy poczułem mokro. Odpychając się ręką od gleby, doprowadzając się do pozycji siedzącej. Moje całe prawe ramię było zabarwione czerwoną cieczą. Spojrzałem wyżej. Ostrożnie odsłoniłem koszulkę i z obojętnością stwierdziłem, że mam złamane otwarte obojczyka. Tak, Toby, pocieszaj się dalej, że wysokość z jakiej spadłeś nie była tak tragicznie wysoka. 
 - Co się stało? - usłyszałem głos Luny, ale nie chciało mi się nawet na nią spojrzeć. Już po minucie była przy mnie.
 - To nic - szepnąłem. Chyba nie słyszała.
 - Jesteś we krwi! - stwierdziła z przerażeniem i wzrokiem zaczęła szukać po moim ciele źródła, z którego krew się wydostawała. Znalawszy go ściągnęła z siebie moją bluzę - która była przywiązana - i okryła nią ranę.
 - Co teraz z tym zrobimy?
Zamyśliłem się chwilę. Już miałem wypaplać "idziemy do szpitala", ale w porę się ogarnąłem. Kazałem jej to tylko zawiązać, by zatamować krwawienie. O świcie odwiedzimy Dr.Smiley. Zakląłem cicho pod nosem, gdyż to znaczyło, że będziemy musieli się wracać okrężną drogą. Poszukiwania zajmą nam o wiele dłużej, niż myślałem.
 - Idziemy tam teraz - zarządziła szatynka.
 - W nocy jest bardzo niebezpiecznie - próbowałem ją odwieść od tego pomysłu - Wyruszymy o samym świcie, okay?
Kłóciłem się z nią jeszcze chwilę, aż w końcu dała za wygraną. Tym razem to ona musiała pomagać mi w wdrapywaniu się na drzewo. Zaproponowała też, że to ona postoi na czatach, a w radzie niepokoju, obudzi mnie. Ochoczo przystałem na jej plan, gdyż cholernie potrzebowałem snu i tak też usnąłem jak małe dziecko.


Z punktu widzenia Jeff'a...
 Brutalnie złapałem Mark'a za łokieć i dźwignąłem go z ziemi. Starałem się nawet nie myśleć o tym, że za moimi plecami dzieje się epicka walka. Teraz najważniejsze było schowanie tego palanta. Że akurat wszyscy w tym samym czasie obrali go sobie na proxy! W ciemnościach obdarzyłem go niechętnym spojrzeniem i nie puszczając go, zacząłem marsz przed siebie, jak najdalej od podwładnych Skrolla.
 - Co się właśnie odwaliło? - zaczął brunet. 
Upewniwszy się, że jesteśmy wystarczająco daleko od tego wszystkiego, przystanąłem i oparłem się o drzewo. Nawet nie zdałem sobie sprawy, że właśnie wtedy go puściłem, ale na moje szczęście nie podjął się próby ucieczki. Złapałem kilka głębokich oddechów i starałem się poukładać myśli, by podać mu jakąś sensowną odpowiedź. Nie szło mi to najlepiej, więc żeby nie marnować czasu, wypaliłem:
 - Można powiedzieć, że jesteś ścigany przez trzy organizacje. Tamten gostek, z którym teraz walczy mój kolega należy do jednej z nich. My też należymy do jednej z nich. Jesteś na naszym celowniku.
 Odczekałem chwilę, by całkowicie dotarł do niego sens tych słów.
 - Jakie organizacje? Kim wy jesteście? Dlaczego akurat ja? - potok pytań pewnie wylewałby się z niego nadal, ale gestem dłoni kazałem mu przestać. No, może też dzięki groźnemu spojrzeniu się zląkł.
 - Wszystkiego dowiesz się w swoim czasie - wyciągnąłem przed siebie dłoń by ponownie złapać go za łokieć i wznowić bieg - teraz...
 - Chwila, zaraz! - Mark odskoczył gwałtownie do tyłu - Ja się nigdy o nic nie prosiłem! Dlaczego nie mogę sam wybrać?! Dlaczego w ogóle upatrzyliście sobie mnie?! To są jakieś pieprzone zawody?! 
 - Nie buntuj się - warknąłem zły i nadal próbowałem go pochwycić. 
Mark obdarzył mnie spojrzeniem pełnym pogardy, po czym zacisnął szczęki i... z całą prędkością ruszył przed siebie, wymijając mnie z odległości, w której nie byłbym w stanie go złapać. Gnojek! Więzień na wolności! Natychmiast ruszyłem zań w pogoń, a ponieważ jedynym oświetleniem było słabe światło księżyca, skupiłem maksymalnie na nim wzrok i po prostu bezmyślnie za nim biegłem, bojąc się go stracić z oczu. Najwyraźniej miał to na uwadze, ponieważ o ile szybkością nie grzeszył, to był cholernie zwinny i pewnie miał wyśmienity wzrok - specjalnie wybierał drogę z różnymi przeszkodami typu slalom pomiędzy głazami, przeskakiwanie nad wywróconymi drzwiami, ostre zakręty. Można się pokłócić, że typek zna na pamięć ten las. 
 Zacisnąłem szczęki zrozpaczony i próbowałem dotrzymać mu kroku. W głowie przewijały mi się czarne scenariusze. Nie zniosę gniewu Zalgo, jeżeli dowie się, że dałem mu uciec. Cholera! Jednak im szybciej próbowałem biec, tym bardziej oczy zachodziły mi mgłą. Nie chodziło już o zmęczenie. To był jakiś dziwny stan, który mógłbym porównać do narkozy. Mark powoli zaczynał znikać z mojego pola widzenia, a ja zorientowałem się, że truchtam, gdyż nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Uciekinier najwyraźniej też zwolnił i wolnym biegiem co chwila odwracał się, by na mnie spojrzeć, coraz bardziej się oddalając, aż w końcu przepadł w ciemności. Wyciągnąłem przed siebie dłoń, jakbym próbował go złapać. Nie wiem ile czasu minęło, dopóki całkowicie straciłem zdolność widzenia, ale właśnie wtedy też upadłem, nie mogąc zapanować nad uczuciem mrowienie na całym ciele. Starając się z całych sił zachować świadomość tego, co się wokół mnie dzieje, do moich uszu docierały stłumione przez dźwięk tupotu butów szept.
 - Jeffrey Woods - usłyszałem wyraźnie, jakby ktoś nachylił się nad moim uchem. Potem rozległ się ten kpiący śmiech, którego właściciela wszędzie bym rozpoznał.
Skroll we własnej osobie.
 - Te śro... usyp..ąc.. prz..at..a...ecz, nie..rawdaż? Te..z bę.. gł... Mar... nić... ci..no. Gło..a. inku... yjesz. - z jego wypowiedzi zrozumiałem tylko jedno: nafaszerował mnie czymś. To przez niego teraz tutaj leżę. A za chwilę skończę przykryty ziemią. Chociaż ta wersja wydarzeń wydaje się "najmilsza" - w końcu po co Skroll miałby zaprzątać sobie głowę wykopaniem dla mnie grobu - od razu rozszarpie mnie na strzępy, a moje resztki rzuci na pożarcie psom.
I znowu jego śmiech, przepełniony złośliwością. Ogarnął mnie paniczny strach. Umrę tutaj, nie wykonawszy ostatniej misji.
Umrę tutaj, z zaszytym uśmiechem, który rzekomo miał być wieczny.
Umrę tutaj, z ręki swojego wroga.
Umrę tutaj, bez możliwości walki.
Poczułem coś zimnego na szyi. Ostrze? Nieważne.
 - To co ty tam zawsze mówisz? - nacisk wzmocnił mnie, a ja poczułem w tamtym miejscy piekący ból. Skroll chwilę się nad tym zastanawiał.
Chwilę wystarczająco długą, by życie przeleciało mi przed oczami. Zacisnąłem szczęki.
Przepraszam, Zalgo. Przepraszam, Vincent. Przepraszam, braciszku.
 - Idź spać - szepnął, a mnie ogarnął rozszarpujący ból. Otworzyłem szeroko usta, by krzyczeć, ale wtedy zacząłem się dławić własną krwią. Niezdolny już do niczego, po prostu poddałem się i pozwoliłem wykrwawić.
 Moja historia dobiegła końca.

czwartek, 31 sierpnia 2017

Pisząc inaczej: 3 znienawidzone książki #8


Pewnie każdy na swojej liście znajdzie choćby jedną książkę, w trakcie której musiał pomyśleć sobie: "Ty naprawdę to zrobiłeś/zrobiłaś?", a zażenowanie osiągnęło tak wysoki poziom, że musieliście przejść się po pokoju. A mimo to po krótkim spacerze nadal powracacie do czytania, ponieważ jest tam coś godnego uwagi. "Jak potoczą się losy drugoplanowej postaci? Kto w końcu kogo zabił?". Bla, bla, bla, powodów może być wiele. A w tym poście chciałabym przedstawić trzy książki, które określam mianem gniota. Znacie zasady, kolejność jak zwykle losowa.


1. Kroniki białego królika
W pakiecie:
1. Alicja w krainie zombie
2. Alicja i lustro zombie
3. Alicja królowa zombie



"Żałuję, że nie mogę się cofnąć w czasie i postąpić inaczej w wielu sprawach.
Powiedziałabym swojej siostrze: nie.
Nigdy nie błagałabym matki, by porozmawiała z ojcem.
Zasznurowałabym usta i przełknęła te nienawistne słowa.
Albo chociaż uściskałabym siostrę, mamę i tatę po raz ostatni.
Powiedziałabym, że ich kocham.
Żałuję... tak, żałuję"
Jej ojciec miał rację. Potwory istnieją… By pomścić śmierć rodziny, Alicja musi się nauczyć, jak walczyć z zombi. Nie spocznie, dopóki nie odeśle każdego żywego trupa z powrotem do grobu. Na zawsze.
Opis z I tomu.

Nie da się ukryć, że temat żywych trupów mnie fascynuje, a Alicja było moją pierwszą pozycją o tematyce zombie. Największe rozczarowanie, jakie mogło mnie spotkać.
Co jest z tą książką nie tak? Otóż mamy Alicję - idealnie wykreowaną postać, idealny wygląd, patologia w rodzinie to podstawa. No i dzieje się tragedia, w wyniku giną jej rodzice. Nasza Mery-Sójka przeprowadza się do babci, zmienia szkołę. Zaprzyjaźnia się z Kat (tak ona się nazywała?), która w powieści odgrywa rolę przygłupiej przyjaciółki, która zawsze stoi za nią murem. Poznaje niejakiego Cole, który odgrywa rolę bed-boja. Jest jakaś tam grupka tępych lal, które uprzykrzają Alicji życie i próbują jej odbić niedoszłego kochanka. Potem Alicja dowiaduje się o istnieniu zombie, jakiś gościu postanawia ją wytrenować i momentalnie z szarej myszki robi się wymiatacz siejący strach i zagładę w zombiakach. Czy ten schemat nie wydaje się wam jakby znajomy?
Po tej książce spodziewałam się... sama nie wiem czego. Spodziewałam się akcji, niekoniecznie latających na prawo i lewo flaków, ale to i tak byłoby lepsze od latających genita... ekhem. Zamiast akcji dostajemy jakiś ciapowaty romans z potworami w tle. Ile razy to ja się już naczytałam, że Alicja pragnie, by Cole był przy niej blisko, że cieszy się z ich pierwszego razu, do cholery jasnej. Jedyny powód, dla którego przeczytałam aż trzy tomy, był Gavin. No i może Rivier. Oni jako jedynie traktowali naszą gwiazdeczkę jak szmatę. Dobra, to trochę za dużo. Trzymali ją na dystans, to dobre określenie. 
Drugim plusem jest to, w jaki sposób autorka wykreowała nasze żywe trupy. Tu nie mamy typowej apokalipsy, gdzie każdy cywil nieudolnie walczy o ostatni batonik, by przetrwać. Wszystko jest na porządku dziennym, bo zombiaki to chodzące duchy, a aby się do nich zbliżyć, trzeba odłączyć duszę od ciała. Intrygujące. Uważam, że "Kroniki białego królika" miało w sobie potencjał i mogłoby być nawet do zniesienia, gdyby nie wątek miłosny. Naciągane 5/10


2. Za wszelką cenę

Szesnastoletnia Dora marzy o karierze w telewizji. Robiąc młodzieżowy program dla miejscowej stacji, poznaje media od kulis. I szybko przekonuje się, że władza, jaką dają jej mikrofon i kamera, opiera się na kłamstwie, manipulacjach, braku przyzwoitości i ludzkiej krzywdzie: przypadkowo sfilmowany chłopak zostaje wzięty za sprawcę napadu...

To coś też naprawdę miało potencjał, lecz tak gdzieś od 50 strony ruszyła karuzela spier... Głównie przez mozolne tempo akcji, a gdy już zostają nam ostatnie strony, wszystko przyśpiesza, wielki chaos. Jest do bólu nudna i do przewidzenia. Ogólny przekaz i rozkmina, czy lepiej podążać za marzeniami, czy za przyjaciółmi jakby niczym się nie różni od innych młodzieżówek. A przez niektóre decyzje Doro miałam ochotę płakać. Albo przybić jej piątkę. W twarz. Siekierą. To samo tyczy się innych bohaterów, bo choć bardzo starałam się polubić tam kogokolwiek to najzwyczajniej nie dawali mi szansy. Nie, po prostu nie. 1,5/10


3. Scarlett

Scarlett ma szesnaście lat i właśnie przeprowadziła się do Sieny. Zostawiła za sobą wakacje, swoją najlepszą przyjaciółkę i kiełkującą miłość do Matteo… W nowej szkole poznaje Umberto, który od razu okazuje jej zainteresowanie, jednak Scarlett odkrywa, że jej koleżanka z ławki Caterina jest w nim skrycie zakochana. Co wybrać: miłość czy przyjaźń? Odpowiedź przychodzi sama podczas szkolnego koncertu, kiedy na scenę wchodzi chłopak o oczach jasnych jak lód i ich wzrok spotyka się w tłumie. Mikael, basista zespołu Dead Stones, pojawia się przy niej w najbardziej niespodziewanych momentach, by za chwilę zniknąć, a Scarlett nie potrafi oprzeć się jego magnetycznemu spojrzeniu.
Jednak Mikael jest zbyt piękny i zbyt niezwykły, by mógł być prawdziwy: tylko Umberto zdaje się znać jego sekret, lecz nie udaje mu się ostrzec Scarlett…
Niedługo potem w szkole ma miejsce niewyjaśnione morderstwo, a Scarlett pada ofiarą przerażającego ducha o płonących oczach.
Kim naprawdę jest Mikael? Jej aniołem stróżem czy prześladującym ją demonem?
Opis z lubimyczytac.pl

Oto kolejna pozycja, gdzie postać to Mery-Sójka, no i gdzieżby zapomnieć o Gary-Sójkach, jak zwykle idealnych! Cała fabuła też nie porywa - bohaterka odkrywa nowy, niebezpieczny świat, romans w tle, który trochę za bardzo wychodzi na pierwszy plan, dwie przygłupie przyjaciółki, jeszcze głupsza jej sprawczyni, która koniecznie zaleca się do JEJ facetów, do bólu irytujący rodzice, a pod tą warstwą znajdujemy morderstwo, demony i książki.
Po pierwsze: Wątek miłosny. Scarlett jest IDEALNA i nie ma mowy, żeby któryś chłopak nie zwrócił na niej uwagi. Każdy musi padać jej u stóp!
Po drugie: Mikael. Uwaga, spoilery. Jak sam on twierdzi, jest pól-człowiekiem i pół-demonem, więc dlaczego jego zadaniem jest chronienie ludzkości? I dlaczego jest tak zabójczo przystojny? Demony przecież reprezentują zło! Szpetność! Bardziej logicznie by było, gdyby w jego żyłach płynęła krew anioła, ale nie. Demony, demony, robimy dramaty na siłę!
Po trzecie: Zapłon głównej bohaterki. Taka sytuacja:
On: Jestem w połowie demonem,  w połowie człowiekiem...
Ona: Och...
Kilka stron później.
On: Mój ojciec był demonem.
Ona: *myśli* Tego się nie spodziewałam. *wyczuj ten dramat*
Ludzie, serio? Kiedy on mówi jej, że to pół-demon, pół-człowiek, to czego się spodziewacie? Że jego ojciec będzie pieprzonym elfem leśnym, a matka niedźwiedzicą?
Po czwarte: Hormony głównej bohaterki. Czytając pierwsze strony miałam wrażenie, że autorka chciała zrobić z Scarlett kogoś wyjątkowego, gdyż po pierwszym spotkaniu z Michałem, czy jak go zwali, dziewczyna próbuje sobie wmówić, że nie może o nim myśleć, ma swoje obowiązki, z drugiej strony on ma takie piękne oczy. A później? Później nawet się nie starała i z tego zrobiło się majaczenie zakochanej nastolatki. 
Po piąte: Wolne tempo akcji. Książka ma około 320 stron. PODOBNO wątkiem głównym jest ten świat pełen demonów, a tymczasem przez 250 stron mamy przyjemność obserwować kłótnie w rodzinie Scarlett, rozkminy nad jej chłoptasiem, potajemne wyprawy na koncerty, biblioteka, zabójstwo bibliotekarza i inne nieistotne dla fabuły sprawy. 
Po szóste: To coś jest jest do przewidzenia. Może to ja mam jakieś zdolności telepatyczne, ale przewidziałam kto jest mordercą, że ojciec tamtego to demon, że tamten uratuje życie tamtemu, że tamci się pokłócą o to, że tamta zerwie z tym.
Po siódme: Niepotrzebni bohaterowie. Jestem więcej niż pewna, że Marco, brat Scarle-tt został stworzony tylko po to, żeby na siłę stwarzać dramaty. Bo on kompletnie niczego nie wnosi, to jedynie zapychacz. Znaczy, gościu jest spoko, lubię go, ale to tylko narzędzie do dram (on ma duże szanse na zostanie youtuberem, nieprawdaż?).
Plusy:
Po pierwsze: Postać Alivio. Choć pojawiał się krótko, od razu zaimponował mi bardziej niż wszyscy tamci razem wzięci. I on był jedynym powodem, dla którego wciąż to czytałam. Kiedy wszyscy są ideałami, z nim można się utożsamić. My oboje mamy makabryczne poczucie humoru. Oboje nie przebieramy w miłych słówkach dla kogoś, kogo i tak nie lubimy. Oboje jesteśmy brzydcy.
Po drugie: Postać Vincenta. Polubiłam go tylko i wyłącznie dlatego, że był wredny dla głównej bohaterki. W końcu wrogowie moich wrogów to moi przyjaciele!
*szuka plusów* Skończyły się...
Mimo wszystko, gdyby tak przymrużyć oko na wątek miłosny, wątek z przyjaźnią, pominąć te momenty z Marco i przeboleć zapłon (i głupotę) Scarlett, książkę nawet da się polubić. Jedyny powód, dla którego mogłabym go komuś polecić to Alivio. Pewnie spodoba się też fanom zmieżhó. Ale dla mnie naciągane 4,5/10




Czytaliście któreś z tych pozycji? Macie jakieś znienawidzone pozycje?

piątek, 21 lipca 2017

Pisząc inaczej: Czego słucham..? #7


Nigdy nie byłam przywiązana do konkretnego typu muzyki. I właściwie dalej nie jestem, choć istnieje kilka zespołów i wykonawców, którzy trafili w moje gusta i mogę ich słuchać na okrągło. Poniżej umieszczam właśnie kilka takich oraz małą próbkę ich twórczości.

*kolejność jak zwykle losowa*

1. Starset
Dobra, kłamałam. Bardziej od innych gatunków jestem przywiązana do rocka.

2. Linkin Park
Choć LN już nigdy nie będzie takie same, z powodu utraty wokalisty, jedno jest pewne - Chester jest niezastąpiony i u mnie jak i u innych fanów będzie miał specjalne miejsce w serduszku.

3. Dzyogas
Konkretny gość, co dużo pisać.

4. Luxior
Może i mam poczucie humoru level debil, ale to seryjnie mnie śmieszy. Trochę. Można się uśmiechnąć. Za to właśnie lubię remixy, no i za rymy, bo why not.

Jak już na tym jesteśmy, przedstawię kilka katowanych przeze mnie remix'ów losowych twórców:

5. Bonecage
Kiedy TWD wejdzie za mocno



To byłoby na tyle w tym poście. Pewnie kilku pominęłam, ale od czego jest opcja edytuj?
A tak seryjnie pewnie będzie jeszcze taki drugi post. A czego Koszmarki słuchają?

niedziela, 25 czerwca 2017

Pisząc inaczej: 5 (i więcej) ulubionych postaci z rodem TWD #6


*kolejność jak zwykle losowa*


1. Nick (gra)
Nicolas... z początku arogancji i impulsywny, ale później staje się trochę mniej arogancki, impulsywny bez zmian. Cóż, nie jest zbytnio lubiany wśród graczy, ale w moim zgniłym serduszku zawsze będzie na niego miejsce.

2. Glenn (serial)
Jeśli są tutaj jacyś fani serialu, przyznajcie szczerze, kto na niego nie poleciał? Nie wierzę w to, że gdzieś na świecie żyje jego zagorzały antyfan.

3. Daryl Dixon
Przystojny? Przystojny. Odważny? Odważny. Samodzielny? Samodzielny. Szczery? Szczery. Pomocny? Pomocny. Wierny? Wierny. Hotel? Trivago.

4. Mark (gra) spoilery
Pojawił się tak samo szybko i niespodziewanie jak zginął... a szkoda. Oczywiście mocno wierzę w to, że przysłużył się do wykarmienia... znaczy... zarażenia tamtych gnojków St.John... i był smaczny...

5. Clementine (gra)
W sumie to czemu nie... jest urocza, prawda?


Inne gnojki:
7. Arvo (gra)
8. Luke (g)
9. Lee (pragnę zauważyć, że to jedyny czarny...) (g)
10. Kenny (g)
11. Carol (serial)
12. Maggie (s)


Mała wycieczka po jpg, gdyż mój folder pęka w szwach:












Mam nadzieję, że podobała wam się ta szalona jazda.

sobota, 10 czerwca 2017

Dni z życia CreepyPast 27


Z punktu widzenia Soul Taker...
 - Inaczej to sobie wyobrażałem... - ze zdziwieniem patrzyłem jak mój kompan taszczy za sobą worek z ledwo żywym człowiekiem. 
 - Mieliśmy go uprowadzić - warknął.
 - Ale...
 - Posłuchaj! - Jeff gwałtownie się zatrzymał i odwrócił twarzą do mnie - Widzisz, co ten psychol zrobił z moją twarzą? Jestem szkaradny! Chcę po prostu jak najszybciej wrócić do domu i to jakoś odkręcić. I nie miałem zamiaru pieprzyć się z nim dłużej niż to potrzebne.
Mój zboczony umysł zaświecił, ale na zewnątrz nie dawałem o tym znać.
 - Dostarczmy go do Zalgo jak najszybciej, okay?
 - Okay... - westchnąłem, a Jeff powrócił do targania worka.
Niepokoiłem się nieco, gdyż stawało się coraz ciemniej, a droga do domu wydawała się być bez końca. Cholernie przerażała mnie myśl, że spotkam dawnych "kolegów z pracy". Zdrajca, tak o mnie myśleli. W końcu zrzekając się Skrollverse absolutnie nie miałem prawa żyć. 
 - Daj. pomogę - złapałem za rogi worka i uniosłem go na wysokość bioder. W tej samej chwili z tkaniny wydobył się jęk. 
 - Dobić go? - spytał.
Zamyśliłem się, jakby ta decyzja była moim najważniejszym wyborem w życiu.
 - Szkoda czasu - wzruszyłem ramionami i pognaliłem chłopaka by ruszył przed siebie. Nie mam pojęcia, ile tak przebyliśmy drogi. W pewnym momencie Jeff niespodziewanie się zatrzymał i puścił worek, po czym odetchnął z ulgą. Z worka wydobył się kolejny jęk. Opuściłem go powoli i wyprostowałem palce.
 - Dobić go? - zapytał Jeff znowu - Jego odgłosy są irytujące.
 - Przyzwyczajaj się - spiorunowałem go wzrokiem - Prawdopodobnie będziesz z nim miał do czynienia codziennie.
Chłopak przewrócił oczami, przykucnął i wbił wzrok w czubki swoich butów. Ja zająłem się rozprostywaniem kości, które przyjemnie strzelały. Uwielbiam ten dźwięk! Wnet usłyszałem trzask gałęzi. Natychmiast odwróciłem się w stronę źródła dźwięku. Worek pusty, a metr od niego skradał się nasz więzień. Woho, nawet się nie spodziewałem, że Jeff aż tak bardzo obije mu mordę. Mark zdawszy sobie sprawę, że zwrócił na siebie naszą uwagę, rzucił się do uczieczki, lecz Jeff był o wiele szybszy i w porę złapał go za kostki, przez co uciekinier padł płasko na glebę. Nie tracąc czasu, przygniotłem go swoim ciężarem. Z jego ust wydobyła się wiązka przekleństw.
 - Mogłem go dobić - Jeff stanął przed nim i uniósł nogę, aby (jak przypuszczam) kopnąć chłopaka w głowę, by stracił przytomność, ale powstrzymałem go dając mu sygnał ruchem dłoni. Wyglądał na rozczarowanego, ale przebolał w ciszy to, że z kolejnego pobicia nici. Dźwignąłem naszą dwójkę z ziemi, trzymając Mark'owi nadgarstki za plecami, by miał ograniczone ruchy. Na szczęście nie w głowie mu było teraz stawianie się.  Nie żebym się bał, że rzeczywiście nam ucieknie. Po prostu ta wizja była upierdliwa.
 - Masz jakąś linę? Sznur? - posłałem spojrzenie Jeffowi. Chwilę się zastanawiał, po czym wyjął ze swoich butów sznurówkę.
 - Lepsze to niż nic.. - wybąkałem, przyjmując to od niego. Związałem ciasno okularnikowi dłonie. O dziwo nie wykorzystał tego krótkiego momentu, w którym pozostawiłem go bez nadzoru, co mi było na rękę. Jeff złapał za worek i już przymierzał się do wrzucenia tam bruneta.
 - Nie, nie, nie - powstrzymałem go - Nie będę go taszczył. Będzie szedł.
 - A jak ucieknie? - uniósł jedną brew.
 - Cóż... - westchnąłem - Oby nie.
 - Po co wam jestem potrzebny? - wtrącił Mark, a mnie totalnie zatkało. Może gdyby Jeff nie rzuciłby się na niego z pięściami i nie taszczył w worku, moja odpowiedź: "Masz szansę za zostanie proxy samego Lorda Zalgo i współpracę z nami" brzmiałaby całkiem sensownie. Ale jak on ma nam teraz zaufać, po tym co odwaliliśmy? Nie najlepszy początek znajomości.
 - Dowiesz się wszystkiego w swoim czasie - odparłem, siląc się, by zabrzmiało to jakkolwiek miło.
 - Och, choćby mała podpowiedź.
 - Chcesz wrócić do worka?
Momentalnie ucichł i przewrócił teatralnie oczami. Złapałem go za nadgarstki i popchnąłem lekko przed siebie. Jeff trzymał się obok nas, nawet na minutę nie spuszczając oczu z okularnika. Mark szedł kulejąc, ale ta forma i tak była szybsza i wygodniejsza. Wzrok miał utkwiony bez przerwy przed sobą i lekko dygotał, nie wiedząc czy ze strachu czy z zimna.
 - Nic ci się już nie stanie - słowa wystrzeliły z moich ust zanim zdążyłem się zastanowić.
Przełknął ślinę.
 - Co ze mną zrobicie? - ponowił pytanie. Milczałem. Nieco zwolniłem uścisk na nadgarstkach wiedząc, że jesteśmy blisko celu. Mimo to nadałem szybsze tempo chodu, gdyż mrok sięgał nas nieubłaganie.
 - Daleko jeszcze? - zapytał Jeff markotnym głosem - Zaraz wyjdą Skrollversi.
 - Nie denerwuj mnie - warknąłem zestresowany. Jakbym o tym nie wiedział! Teraz niemal biegłem, popychając zakładnika w przypływie strachu.

Z punktu widzenia Jeff'a...
 Pomimo dosyć szybkiego tempa, noc i tak nas dopadła, a wraz z nią nasze najgorsze obawy, czyli prawa ręka samego Skroll'a. Security. Creepy Friend. I pomimo faktu, że CP nie specjalizuje się w night watch, skurczybyk ma cholernie dobry wzrok i upatrzył nas w już sporej odległości.
 - Kogo tu trafiłem? - usłyszałem roześmiany głos za sobą - Zdrajca, śmieć i niedoszły przydupas.
Krew się we mnie zagotowała. Ten śmieć nazwał mnie śmieciem.
 - Och, to ty - powiedział Soul takim głosem, jakby się kumplowali - Kopę lat.
 - Po tym co nam zrobiłeś, masz jeszcze czelność tak się odzywać? - ton CF był całkowicie spokojny.
Bezstresowa rozmowa.
Bardzo wolno sięgnąłem do kieszeni i zacisnąłem palce na rękojeści noża. Napiąłem mięśnie gotowy do ataku.
 - I co zamierzasz? - ST puścił Mark'a, żeby odwrócić się do swojego roznówcy - Ty jesteś sam, a nas jest trz... dwóch.
 - Zapomniałeś, że w ciemnościach to ja mam przewagę - twarz wykrzywiła się w okropnym uśmiechu. Zacząłem tęsknić za swoim - Zresztą... jeśli ktokolwiek się dowie, że was spotkałem i nie podjąłem walki, zabiją mnie - na kilka sekund uśmiech zniknął - Poza tym mam kogoś do odbicia - spojrzał na Mark'a i wyciągnął przed siebie ręce, jakby chciał nam powiedzieć: "Popatrzcie na moje pazury! Jaki jestem potężny! Jaki groźny!" Choć przyznaję, jego pazury były godne samego Skrolla.
Przeszły mnie dreszcze na myśl, że takie dziesięć centymetrów mogłoby z łatwością przebić moją skórę. Creepy Friend cofnął prawą nogę, równocześnie lekko się pochylając i przygotowując do ataku. Zacisnąłem szczęki gotowy do odepchnięcia ataku. Soul Taker pchnął zdezorientowanego Mark'a w tył i spojrzał na mnie, po czym znowu na Mark'a, dając mi do zrozumienia: "Zajmij się nim". Oczywiście to mi się nie podobało, ale zdaję się całkowicie na niego.
Creepy Friend z pełną prędkością ruszył wprost na nas.



CDN...






[notka: w świecie proxy istnieją pewne rangi. Security, jedna z nich, oznacza osobę zajmującą się kradzieżą dokumentów, zdobywaniem informacji o innych versach, itd. Night watch to osoby odbywające patrole nocne, a cechuje ich jeszcze lepszy wzrok.]




sobota, 6 maja 2017

Dni z życia CreepyPast 26


Z punktu widzenia Jeff'a...
Przebudziłem się z niemałym pulsującym bólem głowy. Czułem jak moje nadgarstki były uciskane przez jakieś sznury. Leżałem, a wszelkie próby podniesienia kończyły się zwiększeniem bólu głowy i mrowieniem w okolicach kości ogonowej. Jak długo leżałem?
 - O rety... - usłyszałem głos Bena odbijający się echem.
 - Patrz i podziwiaj! - po tych słowach ktoś mocnym szarpnięciem ściągnął mi przepaskę na oczach. Krótko po tym Dr.Smiley przeciął nożem krępujące mnie sznury.
 - Co się dzieje? - wyjąkałem obserwując niemalże puste pomieszczenie. Na przeciw mnie stał Ben, dokładnie mi się przyglądając. Po chwili elf uśmiechnął się i oznajmił:
 - Aleś ty piękny!
Ja zawsze jestem piękny...
 - Spójrz - czerwonooki podsunął mi pod nos okrągłe lusterko wielkości dłoni dorosłego. Niemal zmroziło mi krew w żyłach i odruchowo wstrzymałem oddech. Lecz po chwili wypuściłem powietrze z płuc i zacząłem zgrzytać zębami. Moja twarz była... okropna! Piękne włosy były ścięte na krótko i przefarbowane na ciemny brąz. Szeroki uśmiech został zaszyty, a ślady zostały zręcznie ukryte pod niewidocznym "makijażem" który oprócz policzków obejmował całą twarz aż po szyję. Moja skóra miała "normalny" biały kolor.
 - Co ty mi zrobiłeś?! - wydarłem się niemal piskliwie. Tętno skoczyło, a ja aż buzowałem z wściekłości. Chętnie rozszarpałbym tego gnoja na miejscu!, ale ze względu na zawroty głowy byłem bezużyteczny...
 - Wiem, trochę spieprzyłem z cieniowaniem włosów i masz przykrótką grzywkę, ale...
 - Dobrze wiesz, że nie chodzi mi o fryzurę! Tu chodzi o wszystko!
Jako tako przefarbowane włosy i nowa fryzura była do zniesienia. Ale twarz...? To co on z nią zrobił jest niewybaczalne.
 - Doceń to co dla ciebie zrobiłem - uśmiechnął się szyderczo - Teraz przynajmniej będziesz mało rozpoznawalny wśród cywili.
 - Nienawidzę cię - warknąłem przez zaciśnięte zęby. Trudno. Szybko wrócę do domu i to naprawię.
Postawiłem zaledwie kilka kroków w stronę drzwi, a już odezwał się ból głowy i musiałem oprzeć się o ścianę.
 - Lepiej się nie przemęczaj - powiedział za mną Dr.Smiley - Przez twoje szarpaniny musiałem cię potraktować większą ilością śro... - nim dokończył po prostu wybiegłem za korytarz trzaskając drzwiami. Już nie chcę wiedzieć czym on mnie nafaszerował, co mi ciął i co dotykał.
 - Jakiś ty piękny! - zawołał ktoś za moimi plecami. Odwróciwszy się ujrzałem Soul'a, który szedł do mnie spokojnym krokiem.
 - Zamknij się - syknąłem jeszcze bardziej zły. Teraz to już muszę, muszę zrobić komuś krzywdę!
 - Szykuj się na misję.
 - Znowu...? - tak! Me modły zostały wysłuchane! - Co tym razem? - morderstwo!
 - Uprowadzenie - na te słowa momentalnie się załamałem.
 - Żartujesz! Nigdy wcześniej nie mieliśmy uprowadzeń!
 - Ty nie miałeś - białowłosy uśmiechnął się szyderczo - Jestem proxy o wiele dłużej niż ty i mam w takich sprawach doświadczenie.
 - Więc idź beze mnie. Ja nie mam doświadczenia.
 - Właśnie dlatego idziemy razem żebyś się podszkolił... - westchnął ciężko - Nie marudź i chodź - złapał mnie mocno za ramię i pociągnął w stronę wyjścia. To chyba będzie najbardziej upierdliwe zadanie dotąd.

Cdn

niedziela, 23 kwietnia 2017

Dni z życia CreepyPast 25




Z punktu widzenia Toby'ego...
 Dzień nieubłaganie zbliżał się ku końcowi, a niebo oblało się krwistą czerwienią. W mojej głowie rodziły się pytania. Czy zdążymy opuścić las przed zmrokiem? Czy poradziłbym sobie w walce z jednym z Skrollverse? Czy oni sobie poradzą? Próbowałem się uspokoić i skupić swoją uwagę na czymś innym. Ale w lesie nie było nic interesującego prócz powiększającej się ilości mijanych drzew.
 - Toby - odezwała się Luna - Odpocznijmy.
Zatrzymałem się gwałtownie i odwróciłem napięcie w stronę rodzeństwa. Kyle, pięć metrów w tyle dyszał ciężko opierając się o drzewo, a Luna zdołająca dotrzymać mi kroku postanowiła sobie usiąść na ziemi po turecku.
 - Jak ty możesz tak biegać? - wysapała zadzierając kark ku górze i obserwując niebo.
 - Przyzwyczajenie - wzruszyłem ramionami. 
No tak, nie wziąłem pod uwagi tego, że mają słabszą kondycję, pomyślałem i zacząłem się bardziej niepokoić. Trzeba pogodzić się z myślą, że czeka mnie nieunikniona bitwa z tymi potworami. Oparłem się o drzewo nieco rozczarowany.
 - W co ja się wpakowałam? - Luna ukryła twarz w dłoniach - Zaledwie tydzień temu wszystko było normalnie... Ja, Kyle, Kenny, Vincent i Rose...  - dziewczyna zaniosła się głośnym szlochem, a po jej policzkach popłynął strumień łez. Spojrzałem zakłopotany na Kyle, który tylko odwrócił się plecami, jakby nie widząc płaczącej siostry.
 - No już... shh... znajdziemy ich... - kucnąłem przed nią - Już w porządku... - mówiłem głosem najmilszym jak się da.
 - Nie mam nawet pewności, że żyją! - wywrzeszczała i zacisnęła szczęki starając się opanować.
 - Masz - niespodziewanie podszedł do nas Kyle i wyciągnął w moją stronę dłoń ze... zdjęciem? Wziąłem do niego skrawek papieru. Tak, zdjęcie. Fotografia przedstawiała piątkę osób - w tym Kyle i Lunę. Pozostałą trójkę stanowiła mała dziewczynka z misiem w dłoni, przypominającą kopię Luny. Chłopak stojący obok Kyle, który dzierżył łyżeczkę. Na jego widok aż mnie zemdliło. Nie był on brzydki, po prostu to była ta sama osoba, która wtedy wybijała nam okna. I która zdecydowała się pomagać Skroll'owi. Poczułem się okropnie, mimo że prawie nie przyczyniłem się do jego śmierci.
 - Jak on się nazywa? - wskazałem na niego palcem.
 - To Kenny - odparł Kyle.
Wróciłem do oglądania zdjęcia. Po lewej stronie stał wysoki chłopak i zdecydowanie wyróżniał się od pozostałych. Podczas gdy wszyscy mieli brązowe włosy i oczy, jego włosy były smolisto czarne, a oczy niebieskie, choć z urody byli podobni. Wszyscy byli też luźno ubrani, a on jakby zaraz miał przystąpić do matury. Wszyscy na fotografii uśmiechali się do kamery stojąc za zieloną tapetą. 
 - To Rose - Luna pokazała na małą dziewczynkę - A to Vincent - pokazała najwyższego chłopaka - Tęsknie za nimi - otarła twarz mokrą od łez.
Myśli w mojej głowie błąkały się jak wściekłe psy. Jeśli nie powiem im o Kennym rozczarują się, a tak to stracą do mnie zaufanie. Chyba się z tym prześpię.
 - Musimy już ruszać - rzuciłem, a po chwili dodałem - Trzeba znaleźć schronienie na noc.
I tak już nie mamy szans by wyjść przed zmrokiem, więc przynajmniej odpoczniemy.
 - Nie jest jakoś szczególnie zimno - powiedział Kyle - Możemy spać pod gołym niebem, na gałęziach drzew...
 - Pogięło cię?! - warknęła dziewczyna - Żebyśmy pospadali?!
Szatyn wzruszył ramionami obojętnie.
 - Czasami w taki sposób ucinałem sobie drzemki. Ty, jak myślisz? - zwrócił się do mnie.
 - W sumie to się może udać - o ile Skrollversi nie chodzą z zadartym w górę nosem. Chociaż jeśli znajdziemy odpowiednie drzewo gęste gałęzie mogą nas ukryć. Przynajmniej w małym stopniu.
 - A jeśli spadniemy? - Luna skrzyżowała ręce na piersi i westchnęła ciężko.
 - Możemy się przywiązać - oznajmił chłopak.
 - Czym?!
 - Nie musicie.. - wszedłem im w słowo - Będę was obserwować i pilnować.
Oboje spojrzeli na mnie jak na idiotę do potęgi.
 - Poszukajmy dobrego drzewa - wyprzedziłem jakiekolwiek pytania i zacząłem rozglądać się po okolicy. Te za niskie, te spróchniałe, tamte za wąskie gałęzie... o, tam! Idealne! Pokazałem dwójce upatrzone drzewko i ruszyliśmy w jego stronę. Pomogłem Lunie w spinaczce. Gdy oni usadzali się wygodnie na szerokiej gałęzi ja wspiąłem się wyżej i ukryłem wśród liści. Co chwilę coś zachaczało o moją bluzę, więc oddałem ją dzieciakom. Przynajmniej zapunktowałem "szlachetnym czynem". Tak mi się zdaje. Z wysoka obserwowałem las. Zapowiada się ciekawa noc.

           Z punktu widzenia Soul Taker...
 - Rozchmurz się - uśmiechnąłem się do Jeff'a szyderczo. Jeszcze nie pogodził się z tym, że na 33,3% w nasze szeregi zawita nowy.
 - Po prostu się przymknij - czarnowłosy z całej siły kopnął niewinną ścianę budynku opuszczonego szpitalu, do którego mieliśmy wejść.
 - Ha, haa... - zaśmiałem się cicho polrawiając kaptur na głowie. Ochrona przed słońcem i tak dalej. Żwawo pchnąłem drzwi wejściowe i wparowaliśmy do środka. Mimo że budynek był opuszczony od siedmiu lat był zadbany. Można powiedzieć, że to miejsce zostało obrane jako miejsce zamieszkania Dr.Smiley. Z opowieści innych wynika, że Slender niejdeniokrotnie próbował zaciągnąć go do swego "domu", ale odmawiał, twierdząc, że tu ma lepsze warunki.
 - Jesteśmy! - wydarł się Jeff i z hukiem otworzył pierwsze drzwi na korytarzu po lewej - Nie ma go tu - z takim samym podejściem otworzył kolejne.
 - Ale ty głupi jesteś - westchnąłem i ruszyłem w górę po schodach. Na drugim piętrze udałem się do sali zabiegowej. Bingo!
 - To ja - odezwałem się i wkroczyłem do środka patrząc na pocięte ciało na stole operacyjnym. Sam Dr.Smiley grzebał przy narzędziach odwrócony plecami.
 - Wooah! - stojący za mną Jeff wydał z siebie jęk pełen zachwytu - Dawno nie czułem zapachu krwi - jego oczy błysnęły.
 - Przerwaliście mi w najlepszym momencie... - westchnął Doktor i zdjął zakrwawione rękawice, które wylądowały w kącie.
 - Daj nam ten środek i znikamy - odparłem.
Czerwonooki zaprowadził nas do innego pomieszczenia, jakim był gabinet lekarski. W przeciwieństwie do reszty budynku to wyglądało jak chlew. Wszędzie rozsypane jakieś proszki, płyny, opakowania po trutkach na myszy i nieprzyjemny zapach chemikalii. Lekarz zaczął grzebać w szufladzie, a po chwili wyjął z niej małą fiolkę z podżółkłym środkiem w sobie.
 - To tyle? - zapytałem odbierając miksturę.
 - A czego się spodziewałeś? Wiesz jak trudno o wszystkie składniki i ile precyzji potrzeba żeby to cholerstwo stworzyć?!
 - Nie jestem w stanie sobie wyobrazić... - odkręciłem i powąchałem specyfik, po który nas wysłał Zalgo - Jak to działa? - do moich nozdrzy dostał się zapach porównywalny do potu zmieszanego z wodą utlenioną z metaliczną wonią. Aż mnie wzbierało na wymioty. Szybko to zakręciłem.
 - Podobnie do pigułki gwałtu i LSD - odpowiedział z zadziornym uśmiechem na twarzy. Po chwili jego kąciki ust opadły i spojrzał na Jeff'a, który był zajęty obserwowaniem widoku za oknem. Kątem oka widziałem jak sięga za sobą strzykawkę z jakimś środkiem. Nie wiem co planuje, ale nie powstrzymam go. W krótkiej chwili pokonał dzielącą ich odległość i wstrzyknął zawartość strzykawki w jego udo, po czym pchnął tak by upadł na ziemię.
 - Co robisz? - spytałem bardziej zaciekawiony niż zszokowany jego działaniem.
 - Uczynię go pięknym! - odpowiedział z entuzjazmem i złapał leżącego pod ramię. Otworzył sobie drzwi i ciągnął go njeprzytomnego przez korytarz.
 - Nie stanie mu się krzywda - zapewnił - Możesz odebrać go wieczorem.
 - Jasne! - przystałem na ten układ. Z uśmjechem na twarzy opuściłem szpital pędząc do Lorda Zalgo przynieść lek.






     Zapraszam na drugiego bloga

Dni z życia CreepyPast 28

Z punktu widzenia Toby'ego...  Godzina wydawała się nieskończonością. Powieki ze zmęczenia same mi się zamykały, ale nie mogłem sobi...