piątek, 4 maja 2018

Trzeba mnie wyjaśnić



 A co tu tak pusto? Co się dzieje?

Chcę się wam do czegoś przyznać.
Ten blog został założony przez dzieciaka zapatrzonego w creepypasty.
Serio, wtedy chyba nawet nie zaliczyłam dojrzewania.
Nie potrafiłam dostrzegać wad, a teraz jak jednak mam tą piętnastkę, zaczęłam orientować się, że te pasty wcale dobre takie nie są. Naprawdę nie wiem co mi wtedy siedziało w głowie, byłam na mocnych dragach jeffo-sekty. Sami zauważyliście, że fabuła mocno odbiegła od makaronów. Ale mimo wszystko nie żałuję, że założyłam tego bloga. Trochę się podszkolołam w pisaniu (przynajmniej w to wierzę) i z pewnością jeszcze powrócę do blogowania. A ten blog zostawię sobie na pamiątkę.
Spodziewajcie Się, że "Perypetie V" będzie przedostatnim postem, a ostatnim mała zapowiedź nowego bloga z nową historią. Tak myślę.

Do zobaczenia, Koszmarki. I przepraszam .

czwartek, 1 marca 2018

Perypetie IV


Vincent wpadł jak burza do szpitala, oddychając głęboko ze zmęczenia. Otarł pot z czoła wierzchem dłoni i wolno, bo z wyczerpania, ruszył w stronę sali, gdzie powinien byc Charlie. Jego łóżko było puste, a prześcieradło złożone w elegancką kostkę. Również tabliczka z danymi o pacjencie zniknęła, lecz po jakimś czasie chłopak zauważył, że leży na kafelkach pod łóżkiem, jakby ktoś chciał ją ukryć w pośpiechu.
 - Przepraszam - zaczepił jedną z pielęgniarek - Tu powinien ktoś byc?
 Pielęgniarka podążyła za jego wzrokiem i położyła dłoń na biodrze.
 - Rzeczywiście, był tutaj jakiś chłopiec przed paroma godzinami, ale niestety nie pamiętam wszystkich. Mamy wiele innych pacjentów...
 Vincent już jej nie słuchał. Obrócił się na pięcie i wyszedł w pośpiechu na zewnątrz. To nie był przypadek, że brat i rudzielec zniknęli w tym samym czasie i miał teorię, kto za tym stoi. Wszystko poukładał sobie w głowie i zaczął zastanawiać się, jakie mogły byc motywy Mark'a. Zemsta? Zwykła chęć mordu? Zrozumiałby, gdyby zabrał tylko Charliego, który jakby nie patrzeć, został przez nich uprowadzony, ale po co był mu i Martin? W czarnowłosym zagotowało się z wściekłości. Zacisnął pięści w kieszeni i ruszył pośpiesznie do Toby'ego.

 - Martin i Charlie zniknęli - powiedział na start, wchodząc do jego pokoju motelowego.
 Toby zeskoczył z łóżka i przemówił drżącym głosem:
 - Cholera, wiem. Wiem! Byłem w szpitalu.
 - I nic nie zrobiłeś do tej pory?!
 - Oczywiście, że próbowałem go szukac! Byłem nawet w domku, gdzie spotkaliście się po raz pierwszy, ale najwyraźniej zabrali wszystkie rzeczy i się ulotnili.
 - Toby! - Vin wziął głęboki wdech, tracąc powoli cierpliwość. Oboje byli zdenerwowani, przez co rozmowa się toczyła bez ładu i składu. - Nie obchodzi mnie ten rudzielec! Wiadome było, że Mark prędzej czy później go nam odbije, ale porwali też Martina. To na nim powinniśmy się skupic.
Szatyn przeczesał nerwowo włosy dłonią i wypuścił powietrze z płuc. Zamyślił się na moment.
 - Pozwólmy zainterweniować policji.
 - C.. co? To do ciebie niepodobne. - nastolatek uniósł brew dziwiąc się. Skrzyżował ręce na piersi oczekując wyjaśnień.
 - To, co słyszysz - westchnął - Dopuścimy, aby wasza spanikowana matka wezwała policję i odnalazła was. Oczywiście ciebie odnajdą jako pierwszego, bo się im podłożysz i powiesz, że nie pamiętasz co się stało. Nie wiem, jeszcze coś wymyślisz.
 Vincent nadal wydawał się nieprzekonany do jego pomysłu. Przygryzał dolną wargę, analizując wszystkie za i z przeciw.
 - Vin - Toby położył swoje dłonie na jego ramionach i popatrzył mu prosto w oczy - Nie mamy zielonego pojęcia jak ich wytropić. Nie znamy jego motywów. A policja jest dobra w te klocki. Może trochę utrudni nam nasze porachunki, ale odnajdą Martina. Czy nie tego właśnie chcesz?
 Bardzo tego chciał. Pomimo tego, że znali się zbyt krótko, by się zaprzyjaźnic, łączyła ich inna, silniejsza więź. Vincent po raz pierwszy poczuł, że ma rodzinę. Prawdziwego, rodzonego brata i przez ułamki sekund myślał nawet, że to koniec jego podróży po świecie, bo znalazł dom. A Martin po raz pierwszy poczuł, że znalazł kogoś, kto doskonale go zrozumie. Nareszcie oboje mogli miec siebie nawzajem, po tylu latach rozłąki.
 - Dobrze - chłopiec spuścił wzrok - Zaufam ci.
Ticci wyszczerzył usta w szerokim uśmiechu, a jego oczy nagle ożyły, zadowolony z decyzji czarnowłosego. Wypuścił go z uścisku.
 - Vin... nawet nie wiesz, jak się cieszę.

Plan był dziecinnie prosty - Vincent miał siedzieć w ukryciu tak długo, aż nie odnajdzie go wiadomy członek z niebieskim mundurem, aby mógł im wmówić, że razem z bratem wymknęli się z domu, a dzięki wysokiemu napiwkowi przekonali Pana Żula, by ten kupił im alkohol, więc to pewnie przez niego nie pamięta co dokładnie się wydarzyło. Dla lepszego efektu chłopak ochlapał się paroma kropelkami najtańszego jabola i przepłukał sobie nim usta. Długo musiał czekac samotnie pod krzakami za garażami na przyjście kogokolwiek. Pomimo, że był przemarznięty do szpiku kości, zaczął powoli przysypiać z wyczerpania. Usilnie walczył z coraz to cięższymi powiekami, aż poczuł czyiś ciepły, ale śmierdzący oddech na policzku. Otworzył szerzej oczy i ujrzał podłużny pysk i ostre kły oraz obserwujące go czarne ślepia tuż przy jego twarzy. Przesunął się powoli do tyłu, by zobaczyć cały stwór w pełnej okazałości, który okazał się byc psem poszukiwawczym. Owczarek niemiecki, zdał sobie sprawę. Później jak przez mgłę w jego polu widzenia pojawiła się kobieca sylwetka policjantki. Najpierw pochwaliła szybko pupila i zaczęła oglądac Vincenta. Uśmiechnął się niewidocznie i wyciągnął przed siebie dłoń. W tamtym momencie pochłonął go całkowity spokój i nim cokolwiek się stało, wpadł w objęcia snu.
 Obudził się przykryty grubym kocem w wozie policyjnym na tylnych siedzeniach. Zerknął dyskretnie na kierowcę. To była ta sama kobieta, która go znalazła. Jej rude włosy upięte w kucyk "podskakiwały", gdy auto wpadło na choćby najmniejszą dziurę. Przy kolejnym takim większym potknięciu Vincent jęknął, gdyż głowa bolała go niemiłosiernie. Zaczynał żałować, że jako schronienia nie wybrał innego miejsca, suchszego, bo nabawił się jakiegoś choróbska.
 - Już nie śpisz? - zwróciła się do niego kobieta.
 Vincent ziewnął przeciągle i rozejrzał się.
 - Gdzie...? Gdzie jest mój brat bliźniak? - zapytał, chociaż nie oczekiwał, że zdołali go jeszcze odnależc.
Rudowłosa pokręciła głową.
 - Znajdziemy go. Nie martw się.
Minęło kilka minut ciszy, kiedy ciekawska policjantka zaczęła go wypytywać co się z nimi działo. Chłopak opowiedział jej wszystko tak, jak wcześniej to sobie wymyślił. Uciekli z domu, wypili trochę i urwał mu się film. Uwierzyła.
 O to samo wypytywali go na komendzie, a później jeszcze zestresowana matka. Każdemu odpowiadał ze spokojem. Każdego pytał się, co z Martinem. Każdy spławiał go słowami: "Niedługo się znajdzie".
 W domu przez ponad dwie bite godziny wysłuchiwał żaleń matki, że Martin nigdy nie robił takich rzeczy, że to Vincent sprowadza go na złą drogę, ale jest w stanie mu wybaczyć, bo ciężko musiało wychowywać się bez obojgu rodziców. Cierpliwie przytakiwał w odpowiednich momentach, ale gdy tylko zamknął się sam w pokoju, odetchnął z ulgą, że może od niej odpocząć. Kobieta specjalnie wzięła trzy dni wolnego od pracy, ponieważ z tego wszystkiego nie mogła się skupic na niczym innym, niż na swoim zaginionym dziecku. Chciała też miec na oku Vincenta. Nie dało się ukryć, że przez ten wybryk chłopak wyraźnie nadszarpnął jej zaufanie. Pomimo faktu, iż była jego biologiczną matką i rozumiał przez jakie cierpienia teraz przechodzi, nie odczuwał dla niej najmniejszej wdzięczności jak do osoby. Mógł byc wdzięczny za to, że dała mu dach nad głową, mimo że byli dla siebie obcy, ale nie za to, że jest jego rodzicielką. Naprawdę miał specyficzne podejście do życia. Nie był typem osoby, na której zrobiłoby wrażenie na wiadomość o tym, że jest dzieckiem gwałtu, albo że mógłby w ogóle nie istnieć, bo mama rozważała aborcję. Nie zrobiłoby mu się przykro. Luna traktowała to jak jego najgorszą wadę, Toby był obojętny, a Kyle był dumny z ich trójki, że mieli okazję wychowac tak twardą osobę.
 Właściwie w ciągu tych trzech dni nie działo się nic specjalnego. Matka co wieczór wydzwaniała na komendę policji, aby zdobyć nowe informacje, lecz oni utknęli w martwym punkcie. Vincent był zdruzgotany tym, że nie może zobaczyć się z Tobym - nawet nie wiedział, co się z nim dzieje! - więc aby się czymś zając, przeglądał podręczniki szkolne Martina. Nie miał ciekawszych zajęc niż nauka i oglądanie TV. Kiedy nareszcie kobieta musiała isc do pracy, brała nawet pod uwagę opcję, aby zamykac chłopaka pod kluczem, ale ostatecznie postanowiła, że jednak mu zaufa i pełna obaw powróciła do swoich obowiązków. Chłopak okropnie nienawidził naciągania czyjegoś zaufania - ktokolwiek by to nie był), ale ciekawość nad nim zwyciężyła i po upewnieniu się, że jego rodzicielka już na 100% wyszła do pracy, wyszedł na zewnątrz zaraz po niej. Ruszył żwawym krokiem do motelu, ku jego zdziwieniu okazało się, że już od czterech dni nie wynajmuje żadnego pokoju. Mógł go szukac po innych motelach, ale instynkt podpowiadał mu, że Toby nie znajduje się w żadnym z nich. Zgodnie ze swoimi przeczuciami podążył w głąb lasu, w stronę jego starego domu, gdzie sam miał okazję byc po raz pierwszy. Miał słabą orientację w terenie, więc trafił tam po dłuższym czasie. Bez skrępowania wtargnął do środka, przeszedł przez zapyziały salon, następnie wspiął się po schodach na korytarz i stanął w miejscu. Przed nim ukazała się czyjaś sylwetka, odwrócona do niego plecami. Nie był to Toby ani Kreis. Spokojnie czekał w miejscu, aż mężczyzna się odwróci. Zacisnął dłoń na rękojeści jego sztyletu, który wcześniej schował w kieszeni fioletowej bluzy Martina (pozwalał sobie na noszenie jego rzeczy).
 - Czego tutaj chcesz? - warknęła nieprzyjemnie postac zachrypłym głosem. Nastolatek zorientował się, że napiął mięśnie gotów walczyc, więc zrobił to samo.
 - Szukam kogoś - odsyczał równie nieprzyjemnie, ale nie aż tak groźnie. Mężczyzna słysząc jego "dziecięcy" głos zaśmiał się, myśląc, że to kolejny bachor szukający atrakcji i mocnych wrażeń w takich miejscach.
 - Spadaj - odparł - Tu nie ma nikogo, kogo byś znał.
 - Zostanę tutaj ile będę chciał. To nie twój dom, prawda?
 - Oczywiście, że mój - odparł podirytowany - Czy tego chcesz czy nie, mieszkam tutaj. - nagle się wyprostował i odwrócił do niego twarzą. Na początku Vincent myślał, że ma zwidy, ale po dokładniejszym przyjrzeniu się, zorientował się - mężczyzna zamiast oczu miał dwie czarne dziury, z których wypływała jakaś maź. Chłopakowi od razu zapaliła się lampka w głowie. W końcu Toby zawsze męczył go historiami, jacy to nie byli jego współ-lokatorzy.
 - Ty jesteś Jack, prawda? - uśmiechnął się zadowolony, a mężczyzna rozchylił lekko wargi ze zdziwienia - Kopę lat, stary.
 Jack cofnął się o kilka kroków.
 - Kim ty jesteś? - zapytał.
 - Nie poznajesz mnie, ale pewnie pamiętasz, jak dekadę temu twój przyjaciel Jeff sprowadził tutaj jakiegoś bachora, prawda? - znowu wyszerzył się do niego, tak jakby był jego starym kumplem.
 - Victor? - uniósł brew pytająco.
 - ...Vincent. - poprawił i zluzował ścisk  na sztylecie.
 Jack rozluźnił się i wydawało mu się, że nawet nieco rozpromieniał na twarzy. Vin poczuł, jak opuszcza go chęc walki i mordu na jego własnej osobie, z czego był zadowolony.
 - Tak, pamiętam.
 - No, to teraz możemy rozmawiać.





cdn...

czwartek, 11 stycznia 2018

Perypetie III


 Toby przebudził się dopiero po kilku godzinach, zdrętwiały od siedzenia w tej samej pozycji. Wyprostował się tak, że niemal strzeliły mu wszystkie kości i przetarł oczy. Postanowił już nie prosić lekarzy o pozwolenie na odwiedziny chłopaków, więc bez skrępowania wparował do sali. Nie było tam wielu pacjentów. Charlie spał spokojnie, a Vincent tępo patrzył w ścianę, leczy gdy zauważył mężczyznę, ożywił się. Szatyn podszedł do niego z ponurą miną i usiadł na taborecie.
 - Wszystko dobrze z twoją ręką? - zapytał zerkając na bandaże.
 - Wyliżę się - odparł - Co z tamtą kobietą? - zmienił temat.
 - Domaga się testów DNA.
Vincent skrzywił się.
 - Nie mam nic przeciwko - burknął - Ale jeżeli ona myśli, że odejdę do niej, to odstrzelę sobie łeb.
 - I być może tak będzie - Toby skrzyżował ręce na piersi - Zagroziła mi, że jeśli okaże się, że jednak jesteś jej synem, to ma zamiar walczyć o ciebie w sądach. I może wpakować mnie za kratki.
 - Toby - Vincent wyprostował się i napiął mięśnie karku - Nawet jeśli, to stąd zwiewam.
Mężczyzna westchnął i wskazał szybkim ruchem głowy na Charliego.
 - Tylko nie mów, że się nim przejmujesz - nastolatek przewrócił oczami.
Mężczyzna spuścił wzrok.
 - To nie takie proste. Totalnie zawiodłem jego brata, któremu przysiągłem, że będę go chronił. Zwyczajnie go olałem. Ale teraz Charlie prowadza się z Mark'iem. Ze Skrollverse. Oni nigdy nie uznają go za jednego ze swoich.
 Vincent zagryzł wargę ze wściekłości. Miał ochotę wykrzyczeć mu, że przecież rudzielec prowadza się z nimi już od paru ładnych lat, a jest nawet nietknięty. No i nie mogą od tak go sobie zabrać w podróż. Nie wiedzieli na ile mogą mu ufać. Już nie śmiał wspomnieć o tym, że i tak przyprowadzili go ze sobą w formie zakładnika, żeby chronić własne dupsko przed tą niską, demoniczną kreaturą.
Z zamyśleń wyrwał ich znajomy, kobiecy głos. Zgodnie zwrócili głowy w kierunku wejścia, spostrzegając rzekomą matkę chłopca.
 - Dave, co ci się stało? - zapytała z troską i swoimi biodrami zepchnęła Toby'ego z taboretu. Dokładnie obejrzała jego ramię, po czym zmierzyła wzrokiem mężczyznę, jakby to on był źródłem wszelkich nieszczęść.
 - Ja bym nigdy nie pozwoliła, aby mojemu dziecku coś się stało - syknęła w jego stronę i znów odwróciła się do czarnowłosego - Potrzebujesz czegoś? - położyła dłoń na jego czole, ale on natychmiast ją strącił, a jego twarz nabrała obrzydzenia.
 - Chyba zapomniałaś, że masz jeszcze jedno dziecko - warknął Toby.
 - Przecież nigdy nie zostawiłabym swoich synów bez opieki - obroniła się, a Toby i Vincent spojrzeli na nią pytająco. W głowie nastolatka wytworzył się obraz Martina po środku ogromnego domu z własnym lokajem i uroczą pokojówką, która w rzeczywistości pod strojem jest uzbrojona po zęby. Za to Toby wyobraził sobie Martina z opiekunką do dzieci.
Kobieta rozsiadła się na taborecie.
 - Dave, wiem, że mnie nie pamiętasz - zaczęła łagodnie - ale możemy zacząć wszystko od nowa. Normalnie.
 Oczywiście nie miał na to najmniejszej ochoty, ale postanowił udawać, że pasuje mu taki układ. W głowie już zaczął snuć wizje ucieczki od tej baby. Przytaknął jej, po czym dla zdobycia jej zaufania, lub uśpienia jej czujności, zapytał:
 - Mój bliźniak Martin. Jaki on jest?
Kiedy kobieta zaczęła się wypowiadać na temat, jaki to Martin jest i nie jest, Vin posłał do szatyna znaczące spojrzenie. Toby zrozumiał co kombinuje i osunął się w cień, siadając przy łóżku Charliego. Gdy kobieta była pochłonięta opowiadaniem historii, Vincent zatracił się w własnych myślach, bezmyślnie przytakując i zastanawiając się, jak mógłby uśpić jej czujność. Chłopak zdawszy sobie sprawę, że niechciany gość umilkł, rzucił kolejnym pytaniem:
 - A jaki był mój ojciec?
Z pierwszych kilku zdań zrozumiał, że jego ojciec był alkoholikiem, o czym wiedział z opowieści swojego nowego opiekuna. Dowiedział się również, że mimo tego był bardzo szanowanym człowiekiem wśród współpracowników (był kelnerem), a nawet był pupilkiem szefowej. Nikt z nich, ani nawet rodzina czy sąsiedzi nie mieli pojęcia o jego dwulicowości - z jednej strony szanowany pracownik uwielbiany przez wszystkich wokół, a w domu przemieniał się w tyrana nadużywającego alkoholu.
 - Mam nadzieję, że nigdy nie staniecie się takimi jak on - westchnęła i zakończyła swoją wypowiedź.
 - Dwulicowość to coś, czego najmniej można się po mnie spodziewać - uśmiechnął się, choć wiedział, że to kłamstwo, bo od samego początku ją oszukiwał.
 - Jak właściwie się nazywasz? - nagle zmienił temat i spojrzał wyczekująco na kobietę.
 - Sara. Sara Rooker.
 - Co za durne nazwisko.
 - Formalnie to też twoje nazwisko - zmarszczyła groźnie brwi. To był wzrok typu: nie pyskuj.
 Minęły ponad dwie godziny, nim któraś z pielęgniarek wygoniła Sarę i Toby'ego, pod pretekstem, że sieją zamieszanie. Przez ten czas Charlie nie ocknął się ani na chwilę, co przygnębiało mężczyznę. Jeżeli Mark ich tutaj znajdzie, będą potrzebowali go przytomnego.

Dwa dni później.
Kiedy Vincent dostał wypis ze szpitala i kilkanaście tysięcy rachunku z racji tego, że nie był ubezpieczony, Charlie nadal kisił się w szpitalnym łóżku na obserwacji. Dopóki stąd nie wyjdzie są uziemieni, a jeśli są uziemieni, to niespecjalnie mogą się przemieszczać. Z tego powodu Toby i Vincent nie mieli możliwości przedostania się na drugi koniec miasta, aby wstąpić do taniego tam motelu. Postanowili więc wkraść się w łaski Rooker. Mieszkali blisko szpitala, czyli Vin-Dave mógł mieć na oku rudzielca, a Toby... jakoś sobie poradzi.
 - Tak się cieszę, że się na to zdecydowałeś - powiedziała jego kobieta witając go u progu jej mieszkania.
Nastolatek niepewnie wkroczył do środka i zamknął za sobą drzwi. Mieszkanie w sam raz na dwie osoby, choć korytarz był do bólu wąski.
 - Dziękuję za przyjęcie mnie - powiedział cicho Dave.
 - Żaden problem - uśmiechnęła się, a następnie zmrużyła oczy - Tak właściwie gdzie są twoje rzeczy?
Żadnej walizki. Żadnej torby. Tylko wydarty plecak, w którym niewiele mogło się zmieścić.
 - Zgubiłem gdzieś po drodze - zaśmiał się nerwowo, a Sara westchnęła.
 - Najwyżej Martin ci coś pożyczy. - po tych słowach zaprowadziła go wzdłuż korytarza, do pokoju brata - Proszę, czuj się jak u siebie. Na początek może wybierz sobie coś z jego szafki, a te ubrania wyrzuć do pralki. - po czym wyszła.
 Dave rozejrzał się po pokoju, który niespecjalnie różnił się od innych młodzieżowych pokoi. Ściany były oblepione plakatami, półki uginały się od książek, przepocone ubrania leżały rozwalone na krześle w kącie, a na biurku przed laptopem stało kilka brudnych od kawy kubków i puste puszki energetyków. W pomieszczeniu było bardzo duszno, więc chłopak podszedł do okna i otworzył je na oścież. W całym tym nieładzie brakowało tylko gospodarza pokoju. Chłopak kierując się instrukcjami kobiety, otworzył niepewnie szafę, aby wybrać sobie jakieś ubrania. Nienawidził myszkować i złapał pierwsze lepsze granatowe, szerokie jeansy i białą  koszulkę, na którą nałożył grubą, fioletową, rozpinaną bluzę z kapturem. Pasowało na nim idealnie.
 - Cześć - przywitał się Martin wparowując do pokoju.
Vincent speszony zamknął szafę i również się przywitał. Jego bliźniak wyglądał co najmniej jakby przebiegł maraton. Rozczochrane włosy niechlujnie zebrane w kitkę opadały mu na czerwoną twarz mokrą od potu. Usiadł na niepościelonym łóżku by złapać nieco oddechu, a Vincent stał skołowany nie wiedząc co ma robić.
 - Czuj się jak u siebie - wysapał - Vincent, ta?
 - Ta. - usiadł na krześle przy biurku - Pożyczyłem twoje ubrania.
 - Zauważyłem.
Na kilka minut nastąpiła niezręczna cisza przepełniona niezręcznością. Nie mieli pojęcia o czym mieli by ze sobą rozmawiać i jak w ogóle zacząć."Opowiedz mi coś o sobie" dla obydwu brzmiało zbyt ogólnie i banalnie, ale nie potrafili go sprecyzować. Tkwili tak do momentu, aż mama nie ogłosiła, że za kwadrans na stole będzie gotowy pieczony indyk i tuczone ziemniaki.
 - Ohyda - skomentował Martin, gdy kobieta sobie już poszła. - Dzisiaj znowu ucieknę. - pomyślał na głos.
 - Uciekniesz?
 - Do Marty - pośpieszył z tłumaczeniem - Nasza sąsiadka. Zawsze pozwala mi u siebie zostać i zjeść.
 - Indyk nie brzmi tak źle.
 - W wykonaniu mo... naszej mamy, nie, po prostu nie.
Vincent zaśmiał się cicho.
 - Ucieknijmy razem. - zaproponował nagle Martin i spoważniał. - Pokażę ci okolice.
 Vincent szybko w swojej głowie zrobił analizę za i przeciw. Nie wypadało podpaść mu matce już pierwszego dnia, ale zdecydowanie bardziej zależało na przychylności brata. Więc przystał na jego propozycję.
 - Pokażesz mi swoją szkołę? - zapytał niepewnie, obserwując jak otwiera okno - I dlaczego po prostu nie wyjdziemy?
 - Ano pokażę. - odparł - Bo nas usłyszy. Nie pękaj, przecież to pierwsze piętro. Robiłem to wiele razy.
 Chłopak znów przytaknął i podążył za swoim bliźniakiem. Kolejno przykucnęli na parapecie i puścili się w dół, następnie zgrabnie wylądowali na śmietniku, po którym sturlali się na worki pełne plastików, robiąc zbyt wiele hałasu niżby chcieli. Wprawiony Martin szybko dźwignął Dave z chodnika i pociągnął za sobą, biegnąc wzdłuż swojego bloku aż zniknęli za rogiem, przy okazji umykając przed zaciekawionymi spojrzeniami przechodniów. Chichocząc cicho z udanej akcji, Martin zaprowadził ich do jego szkoły. Była otwarta z racji tego, że mimo późnej pory niektórzy uczniowie mieli dodatkowe zajęcia. Wkroczyli do budynku jak gdyby nigdy nic i przeszli się po opustoszałych korytarzach. Vincent z obojętnością stwierdził, że ta mało różni się od wielu innych, w których się uczył. Wszystkie miały niemal identyczny wystrój - na ścianach porozwieszane były dyplomy, rysunki i prezentacje uczniów oraz zdjęcia byłych uczniów, którzy zakończyli w tej szkole edukację, zdjęcia nauczycieli, regulaminy, ogłoszenia i półki na puchary czy medale - standard jak w każdej innej. Martin wiedział dokładnie w której sali teraz odbywały się zajęcia, a które pozostały puste, toteż korzystając z tego wkradł się do pokoju nauczycielskiego i zwędził klucze od klasy biologii, gdzie się udali, ponieważ to pomieszczenie praktycznie należało do jego grypy i wychowawcy uczący tego właśnie przedmiotu. A także chemii.
 - I co sądzisz? - zapytał Martin.
 - Eh... nic specjalnego. - odpowiedział i rozejrzał się. Tablica z pierwiastkami kurząca się pod ścianą, ludzki szkielet podpierający ścianę i standardowo masa roślinek na parapecie nie były nowością.
 - A do jakiej szkoły ty chodziłeś? - parsknął podirytowany i przeszył go wzrokiem.
 - Do wielu. - uśmiechnął się zadziornie - Zmieniałem praktycznie co kilka miesięcy.
Martin gwizdnął z uznaniem i przechylił głowę.
 - Słyszałem, że dużo podróżujesz, ale żeby zmieniac szkoły jak rękawiczki? - w jego oku coś błysnęło. Teraz patrzył na brata z pewnym podziwem, bo sam zawsze marzył, aby się gdzieś wyrwac. Daleko stąd, daleko od wszystkich znajomych i rodziny, gdzie mógłby byc wolny. A Vincent zazdrościł mu. Za to, że ma zagrzane miejsce na świecie. Oboje pragnęli zamienic się miejscami. A może to czego chcieli było w ich zasięgu? Wystarczyło się podmienić, prawda? Pokombinować troszkę z włosami.
 Bracia rozmawiali o tym, co by było, gdyby się podmienili, a czas mijał im bardzo szybko. W pewnym momencie Vincent wyszedł z klasy w poszukiwaniu WC za potrzebą, ale wracając po kilku minutach, Martina nigdzie nie było.
 Ani w klasach. Ani na korytarzu. Ani w toaletach, czy w pokoju nauczycielskim. W biologicznej było tylko otwarte okno, ale przecież nie mógł skoczyć z czwartego piętra.
 Vincent przeraził się i wybiegł ze szkoły jak oszołom, ignorując zaczepki innych uczniów. Teraz musiał szybko zobaczyć się z Toby'm.





cdn

piątek, 29 grudnia 2017

Gra w króla - anime vs manga


 Nie ukrywam, że "Gra w Króla" jest jedną z moich ulubionych mang, dlatego kiedy dowiedziałam się, że jesienią tego roku powstało anime, byłam w niebo wzięta. Uśmiechałam się na myśl, że znowu zobaczę swoich ulubionych bohaterów, żywych i animowanych, a zamiast tego dostałam nieco więcej.





W klasie Noubakiego uczniowie zaczynają równocześnie e-maile od tajemniczego nadawcy, nazywającego się "Królem". Klasa 1B zostaje wciągnięta w specyficzną grę. Wiadomości zawierają rozkazy, które trzeba wykona w ciągu 24 godzin, w przeciwnym wypadku zostanie wymierzona kara. Pierwsze wyzwania wydają się byc zwykłym żartem, dopóki w dziwnych okolicznościach pojawiają się pierwsze ofiary.
skrócony opis

Manga:
 Mimo że fabuła jakoś nie powala na kolana, to sama rozgrywka w mandze została bardzo ciekawie poprowadzona. Przecież po historii typu "przetrwanie" możemy się spodziewać wyłącznie flaków na prawo i lewo? Nie do końca. Zamiast obserwowania uczniów, którzy desperacko próbują utrzymać się przy życiu, mamy miejsce na przyjaźń, zagadki i... romans. Ale nie lękajcie się, to ostatnie jest tam ograniczone do minimum. 

Chyba to kiedyś wspominałam, więc się powtórzę - uwielbiam, gdy przez strony przewala mi się dużo postaci, a oglądając zdjęcie klasowe była równocześnie zniesmaczona i zadowolona. Myślałam, że to raczej Noubaki i jego skromna paczka wynosząca aż trzy osoby będą tam triumfować, a reszta umrze gdzieś zapomniana. Mój kolejny błąd. Każda (większość) postac miała większy lub mniejszy wpływ na przebieg wydarzeń i mimo, że czytelnikowi zostaje jasno powiedziane: "Może umrzeć w każdej chwili" można się do nich przywiązać.
 Bardzo spodobał mi się styl, w jakim to zostało narysowane, a jeszcze bardziej polubiłam zdjęcie klasy. Na wstępie następnego tomu uczniowie są przekreśleni (prosty przekaz, zakreskowany nie żyje) oraz listę uczniów. Dla osób, które podobnie jak ja nie mają pamięci do imion jest to nieźle rozegrane. Mieli rozmach, skurczybyki.
 Emocje jak na drożdżach, czyli motyw śmierci. Czytając odniosłam też wrażenie, że bohaterowie którym nie dane było dostać swoich 5 minut, mogłyby w ogóle nie istnieć, a są tam tylko po to, aby stworzyć dramat na siłę (albo zapchać kadry krwią i łzami). Dla mnie niepotrzebnie, lecz jak ktoś ubóstwia kaleczone ciała, to nie oceniam.
 Jeszcze co do postaci, mogę przyczepic się do głównego bohatera. Przez całe, cholerne pięc tomów Noubaki ani razu nie pomyślał o sobie i ta zaleta jest jego wadą. Jezu, przecież ludzie umierali na jego oczach, a on nie miał w sobie ani krzty egoizmu. Pieprzony ideał. Jak ktoś tam wspomniał: "Człowiek zrobi wszystko, żeby przeżyc" i właśnie tego powiedzonka mi w nim brakowało.
historia 7,5/10
bohaterowie 8,5/10
kreska 7,5/10
za całość naciągane 8, nie umiem liczyć


Anime:

 W anime poznajemy właściwie dwie historie - "oryginalną", czyli wspomnienia Noubakiego, którą wcześniej znamy z mangi i jego perypetie w nowej klasie.
 W przeciwieństwie do mangi, tu oprócz krwi już nie można spodziewać się czegoś więcej. Każdy jest tam na tyle irytujący, że sama miałam ochotę ich wymordować, poczynając od głównego bohatera. Dokładnie, Noubaki w anime to hipokryta jakich mało i od pierwszych minut możemy o nim powiedzieć, że jest dupkiem. Może i w ciągu historii z nową klasą przewijają się gdzieś tam wspomnienia zza pierwszej gry, wątpię, czy osoba nieczytająca wcześniej mangi zmieniłaby do chłopaka nastawienie. Zresztą i ta część została totalnie sklepana, a Noubaki znowu wychodzi na debila.
 Od pierwszego odcinka hardo dostajemy w mordę tym, że nasz główny bohater jest martwy w środku, oschły i w ogóle taki emo. Ogólnie to ma wszystkich w dupie i nie ma nic przeciwko temu, żeby zostać pierwszą ofiarą Króla, dosłownie minutę później zmienia widzimisie i jednak chce wszystkich ocalić. Tylko robi to w taki sposób, że aż sam prosi się o wpierdziel.
  Część wspomnień też nie zachwyca. Oprócz tego, że zrobili z każdego debila, upokorzyli moją ulubioną postać w chwili śmierci (skandal!), a wszystko było bardziej dramatyzowane, nie znajduję żadnych minusów. Absolutnie.
 Powiedziałam, że bohater to nie dość że hipokryta to jeszcze jakiś zaginiony kuzyn Kanekiego z Tokyo Ghul, ale oprócz tego mamy bandę dresów i niestabilnie emocjonalnie dziewczynki. No czyli typy postaci, których nie trawię. Jakieś plusy? Gra w Króla zaczęła się w klasie dosyć gwałtownie i już z grubej rury mamy okazję ujrzeć pierwsze ofiary (wymarła co najmniej 1/3 klasy, mniej gęb do oglądania).
 Kreska, chociaż ładna, jest zbyt urocza na "przetrwanie", a kolory za żywe.

 + mówiąc już o kresce, największym rozczarowaniem okazały się kolory... niby nie powinnam miec o to pretensji, ale zawsze wyobrażałam sobie Daisuke z granatowymi włosami, a tu jebs, blondyn. podobnie miałam kiedy po raz pierwszy usłyszałam głos Shizuo z Drrr! xD
 historia 4/10
bohaterowie 2/10
kreska 6/10
opening 7/10 
całość 4,5


 Jeżeli będziecie się zabierać za "Grę w Króla" szczerze z serca polecam mangę, anime omijajcie szerokim łukiem, no chyba że jesteście fanami Tokyo Ghul.


Taka moja skromna opinia wyrażona w chaotycznej recenzji. Czytaliście/oglądaliście?

niedziela, 24 grudnia 2017

Wesołych 🎄


 W te święta życzę wam tylko spokoju, pieniążków, miłej atmosfery przy stole i abyście rozwijali się w swojej pasji. I zdrowia. U mnie chorowanie co roku na Wigilię i Nowy Rok to już tradycja...
Także jeszcze raz wszystkiego najlepszego. Trzymajcie się 🎄😉

czwartek, 7 grudnia 2017

Perypetie II



  Vincent zmierzył wszystkich wzrokiem, oceniając ich reakcję. Niski mężczyzna patrzył na Toby'ego ze spokojem, podczas gdy on sam doznał jakiegoś paraliżu. Rudzielec zerkał na każdego z zaciekawieniem. Tak samo jak on nie wiedział co się dzieje. Cóż, przynajmniej nie tkwił w tym samotnie.
 - Cóż cię do nas sprowadziło? - Mark zaśmiał się kpiąco i wystąpił na przód - Och, czyżby to był TEN dzieciak? - utkwił spojrzenie w Vincencie.
 - To ten dzieciak - Toby schował chłopaka za swoimi plecami, gotów go bronić - Nie waż się go tknąć.
 Mark znów roześmiał się szyderczo i wskazał na rudzielca.
 - Czyżbyś zapomniał o nim?
Toby spojrzał na rudowłosego krytycznie, nie rozpoznając w nim nikogo znajomego. Był może kilka lat starszy od Vincenta. Milczał.
 - Hmm, niefajne. Obiecałeś mu się nim opiekować i co? Ja się nim zajmowałem. Naprawdę nie umiesz dotrzymać słowa, nawet zmarłemu.
 - Ale przecież wziąłem pod swoje skrzydła Vina - pomyślał Toby - Taka byłaby wola Jeff'a.
 - O czym ty mówisz?! - wrzasnął zdenerwowany szatyn. Kończyła mu się cierpliwość.
 - O Milanie, ty szujo! Miałeś chronić jego brata!
Toby'emu rozszerzyły się źrenice. Po tylu latach wciąż pamiętał o Milanie, a w głowie zachował obraz, gdy umierał. Poprosił o opiekę nad jego malutkim braciszkiem. Charlie. Kochał go na tyle mocno, że wskoczyłby za nim do ognia. W końcu zadawał się z demonem, aby zapewnić mu bezpieczeństwo! Co prawda, demon tylko go oszukał i wykorzystał, Charlie był bezpieczny, a chłopak skonał na darmo ze świadomością, że dzięki temu zrobi komuś ogromną przysługę. Tak też było, bo Colin został zgładzony, ale nie chodziło mu o niego, tylko o brata, wiadomo. A Toby przysiągł, że go obroni. Zawsze i wszędzie. Nie dotrzymał obietnicy.
 - Jezu - pomyślał - Co się tutaj wyprawiało przez te jedenaście lat?
 - Gdzie pozostali? - zapytał na głos - Właściciele tej chaty? Gdzie Mike, Natan? Gdzie Slender? Twój pan? Co się tutaj stało?
 Mark zagryzł wargę wyraźnie podirytowany. Westchnął i przesunął się ostrożnie do tyłu, wyciągając dyskretne dłoń w stronę rudzielca. Zrozumiał od razu. Ale zaczekał. Jeszcze nie teraz.
 - Właściciele tego domu mają się dobrze - odparł - Co do Slenderverse, wykurzyliśmy ich stąd, no i wiesz... połowa zabita - uśmiechnął się - Ale wiem też, że Zak postanowił zdradzić Zalgo i należy do nas.
 - To jest niemożliwe. Zak to przecież jego syn i nie mógłby...
Podczas ich rozmowy, Charlie bardzo powoli wyjął ze swojej kieszeni nóż i dyskretnie przyłożył rękojeść w dłoń okularnika. Mężczyzna ścisnął go ostrożnie.
 - Chyba zapomniałeś, że to również demon. Zdradziectwo leży w naszej naturze.
 - WASZEJ?
Ale Mark nie odpowiedział już na to. Poprawił okulary i ruszył na Toby'ego kierując w jego stronę nóż, celując w szyję. Oczyma wyobraźni już widział tryskającą krew z jego tętnicy.
Nim Toby zareagował, Vincent popchnął go w bok i przyjął atak na siebie. Ponieważ był niższy od niego i stał dalej, nóż zranił go w szczękę. Nawet nie jęknął. Bywało gorzej. Mark warknął wściekle i wycelował w jego klatkę - lecz chłopak miał wystarczająco czasu, by pochwycić jego nadgarstki. Mężczyzna na sekundę zastygł w bezruchu, po której niespodziewanie upuścił ostrze i skoczył na chłopaka, zatapiając zęby w jego lewym barku. Tym razem Vincent ryknął przeraźliwie z bólu i zatoczył się na ścianę. Miał wrażenie, że zęby przeciwnika wydłużają się, przemieniają w setki ostrych igieł, które mają zamiar odgryźć mu rękę z kością. Przez ogromną boleść przestał zastanawiać się nad tym co czyni i z całej siły uderzał zdrową ręką w jego plecy, by zadać mu jakieś obrażenia. Na Mark'u nie robiło to wrażania, ale zareagował i odczepił od jego barku, by ponownie wgryźć się w inną część ciała. Nim to uczynił, Toby staranował go swoim ciałem, przenosząc ich do innego pomieszczenia. Chłopak zajęczał żałośnie i przez łzy spojrzał na Charliego, który spokojnie podniósł z podłogi nóż.
 - Nigdy nie zabiłem człowieka - oznajmił - Jak postąpiłby Milan? - pomyślał na głos.
 Rudowłosy spojrzał na wijącego się z bólu chłopaka, rozważając co ma z nim zrobić. Z pomieszczenia obok dobiegały ich odgłosy epickiej walki ich opiekunów. Vin wyprostował się, zacisnął zęby i prawą dłonią złapał swój sztylet. Korzystając jeszcze z tego, że Charlie jest kompletnie zagubiony, podarł rękaw swojej bluzy, która i tak została poszarpana przez ugryzienia i mocno owinął go sobie wokół barku, tamując krwawienie. Przyjął pozycję bojową, gotowy walczyć do upadłego.
 No dalej, gnido, spróbuj mnie zranić.
Wykonał gwałtowny ruch, dając krok do przodu, by sprowokować rudzielca, aby zaatakował pierwszy. Tak też się stało. Charlie w panice zamachnął się ostrzem, nie celując w nic konkretnego. Co za kretyn, pomyślał. Odsłonił swoją klatkę piersiową. Źle wyszkolony. Dla Vincenta walki nie stanowiły najmniejszego problemu, a mimo swojego niezbyt masywnego ciała, mógł powalić dorosłych. W końcu był trenowany, by zabijać. Zabójca doskonały, taka była wola Jeff'a.
Mimo odsłonięcia słabego punktu, Vin nie wykorzystał okazji, by zadać chłopakowi śmiertelne cięcie w serce. Domyślał się, że Charlie dla Toby'ego musiał coś znaczyć. Nie wiedział jeszcze co, więc postanawiał go nie zabijać. Zatem zadał mu płytkie cięcie między żebra, po czym sprzedał mu kopnięcie w to same miejsce, wywalając tym samym na szafki. Nóż uderzył z brzdękiem na kafelki, a Vin kopnął go na drugi koniec pomieszczenia. Szarpnięciem podniósł rudzielca na nogi i przystawił mu nóż go gardła, trzymając mocno przy sobie. Bez wahania ruszył z zakładnikiem na korytarz, ukazując się Mark'owi i Toby'emu. W samą porę.
 - Zostaw go - warknął Vin - Inaczej poderżnę mu gardło. - zagroził.
 Mark odwrócił wzrok od Ticci'ego, którego unosił nad ziemią, okaleczonego i ociekającego krwią. Ale wciąż żywego. Rany nie były groźne. Bardziej groziło mu uduszenie. Zaś Mark był niemal nietknięty. Jego skóra nabrała bladego odcienia, a włosy też jakby posiwiały i się wydłużyły. Na przedramionach można było dostrzec wystające żyły, a jego oczy zmieniły barwę na mleczny. Wydawał się też nieco wyższy. W przeciwnym razie nie mógł by unieść Toby'ego.
 - Puść go - Vincentowi zadrżał głos, kiedy zobaczył okularnika w demonicznej formie - Bo go zabiję.
 Mark przechylił głowę niezadowolony, ale puścił mężczyznę, który upadł z hukiem na podłogę. Natychmiast łapczywie nabrał powietrza i złapał się za szyję. Wygląda na to, że się z tego wyliże.
Mark przybrał łagodniejszy wyraz twarzy i zaczął się kurczyć. Z sekundy na sekundy stawał się coraz bardziej normalny - skóra, oczy i kurczące się włosy nabierały naturalnego koloru. Na ponów stał się tym samym niskim okularnikiem, jakiego poznali.
Toby nie szukając dalszego konfliktu z jednym z Skrollverse, wstał i utykając podszedł do chłopaków. Dwójka, trzymając w niewoli Charliego, powoli się wycofywała, nie spuszczając z niego wzroku, lecz tamten obserwował ich w spokoju. Jednak miał w sobie coś z człowieczeństwa i nie chciał źle dla kolegi. Albo po prostu był potrzebny żywy dla Skroll'a, przed którym odczuwał respekt.
 Gdy trójka opuściła dom, biegiem rzucili się do ucieczki. Był to właściwie marsz, bo Vincent z każdym szarpnięciem czuł ból przedramienia, a Toby taszczył za sobą rudzielca, bojąc się, że zamierza mu uciec. Po jakimś czasie zatrzymali się przy jakimś drzewie, aby opracować plan dalszego działania.
 - Co z nim zrobimy? - zapytał szatyn i mocniej ścisnął niewolnika za kark. Charlie skulił się i milczał.
 - Ja mam wiedzieć? - Vin uniósł brew i syknął zdenerwowany łapiąc się za ranę - Boli mnie ręka.
 - Dwa kilometry stąd jest szpital - oznajmił - Smiley powinien tam jeszcze urzędować.
 - Cholera, Toby. Zabierz mnie do normalnego szpitala, a nie do kolejnego twojego znajomego, który zreperuje mnie zardzewiałymi narzędziami. Ci by też się przydała dobra opieka.
 Toby przewrócił oczami i ruszył w kierunku miasta. Nie uśmiechała mu się wizja chodzenia poszarpanym w miejscach publicznych, ale w końcu była noc - nie mogło być aż tak wielu ludzi.
 - Co robisz w Skrollverse? - zaczął pytać Charlie'go mężczyzna - Pamiętasz mnie i co się stało kilka lat temu?
 - Nie jestem jednym z nich - odparł drżąc - Ale mam korzyści z zadawania się z Mark'iem.
Jakie korzyści? Sypiacie razem? chciał powiedzieć czarnowłosy, ale zacisnął zęby.
 - A czy pamiętasz incydent z twoim bratem sprzed kilku lat?
 - Oczywiście!
 - Czy Slender wtedy nie zrobił ci prania mózgu? Skąd o tym wiesz? Tamtych przy tym nie było.
 - Mark potrafi grzebać w ludzkim umyśle, jeżeli tylko mu się na to pozwoli - parsknął - Serio? Tamta wymówka o wypadku samochodowym była tandetna.
Toby przemilczał jego uwagę.
 - O jakich korzyściach miałeś na myśli?
 - To... - zawahał się - Nie interesuj się.
 - Co z nimi zamierzasz? - westchnął przeciągle.
 - Nie twój interes.
Toby zagryzł wargę zły, ale dalej próbował coś z niego wyciągnąć:
 - Jak ich poznałeś?
 - Sami mnie znaleźli jako dziesięciolatka.
O boże. Nie dość że go molestuje czy tam gwałci, to jeszcze pedofil. 
 - Skrollversi? I tak po prostu współpracujecie? Przymknęli oko na twoje niedoświadczenie?
 Tsa, Mark z pewnością go już doświadczył.
 - Nie do końca. Skroll chciał mnie pożreć, ale Mark zapewnił mu, że się mną zajmie. Wyszkoli.
 - Jaki on mógł mieć w tym interes?
 - Szantaż.
 - Co?
 - Byli pewni, że wrócisz. I że to ty miałeś opiekować się mną.
Toby odetchnął głęboko, układając sobie wszystko w głowie. Wszystko już mu się rozjaśniło. A on zrujnował życie niewinnemu chłopakowi. Gdyby tylko umiał go ochronić...
 - Skoro spędziłeś z nimi trochę więcej czasu - zaczął znowu - To czy wiesz dlaczego akurat ten Mark był tak pożądany we wszystkich verse? W końcu to przez niego wszystko się rozpętało.
 - Jest pół-demonem, jakbyś nie zdążył zaobserwować. I potrafi przybrać ludzki wygląd, przez co wygląda niewinnie. No i to syn Zalgo. Zalgo i Slender się kolegowali, co nie? Oboje mogli mieć z tego korzyści, jednak jeden chciał dorównać drugiemu.
Ticci zamrugał oczami. Miasto już niedaleko.
 - A co się stało z moimi ludźmi? - nie żyją?
 - A bo ja wiem?
Na tym ich rozmowa się skończyła. Toby przywołał wspomnienia z tamtego zdarzenia - konfliktu z Colin'em. Zastanawiał się, czy jego pogrzebane ciało uległo rozkładowi i czy to samo stało się z jego głową, którą miał wywieźć i zakopać z dala od cywilizacji. Przez zamyślenie nieco zwolnił uścisk na szyi Charliego, a ten od razu się wyrwał i dołączył do Vincenta. Wymienili spojrzenia.
 - Jak się znalazłeś z Toby'm? - zapytał obojętnie rudowłosy.
 - Opiekuje się mną od śmierci Jeff'a - odpowiedział - A Jeff opiekował się mną po śmierci mojego ojca, rzekomo alkoholika.
 - Serio? Gdzie wyście byli przez taki szmat czasu?
 - Podróżowaliśmy - odparł, a w oczy drugiego chłopaka zalśniły się z podziwu. Uwielbiał podróżować, ale miał zakaz oddalania się od Mark'a, któremu bał się sprzeciwić. Westchnął cicho i złapał się za żebra. Dalszą drogę przebyli w ciszy.
Nareszcie po kwadransie marszu, dotarli do szpitala. W samą porę, bo Vincent zaczynał jęczeć z nieustającego bólu. Gdy oboje - Vincent i Charlie - zostali przyjęci na oddział, Toby'emu (podał się za prawnego opiekuna) wręczono odpowiednie papiery do wypełnienia (zeznał, że nie potrzebuje pomocy mimo licznych siniaków). Po wypełnieniu ich pierwszymi lepszymi fałszywymi informacjami, które wpadły mu do głowy, usiadł na pustym krześle w zapełnionej poczekalni. Znużony obserwował drzwi od sali, wypatrując, kiedy wyjdzie jakiś lekarz i będzie mógł tam wejść. Jednak to długo nie nastąpiło, a mężczyzna po wrażeniach z dzisiejszego dnia zapadł w głęboki sen.
 Obudził go głuchy huk spodowany przez młodą pielęgniarkę, która upuściła twardą teczkę na dokumenty. Kobieta szybko zebrała ją z ziemi i ruszyła przed siebie, znikając za ścianą. Toby otworzył zmęczone oczy i odczekał, aż te przyzwyczają się do jasnego światła, następnie rozejrzał się po pomieszczeniu. W kącie na krześle dostrzegł Vincenta. Przynajmniej tak mu się wydawało, bo wyglądał nieco dziwnie. Ignorując fakt, że coś mu w nim nie pasuje, wstał i chwiejnie, niczym pijak po sześciu jabolach, ruszył do nastolatka. Chłopak zdawszy sobie sprawę, że ten idzie w jego stronę, skrzywił się i odwrócił głowę do ściany.
 - Nic ci nie jest? - ziewnął Ticci i rzucił okiem na jego ramię, na którym zaciągnięty był rękaw grubej bluzy.
 - Proszę? - zapytał brunet marszcząc brwi.
 - Charlie. Właśnie, co z nim?
 - Kim pan jest?
 - Vincent, nie wydurniaj się... - warknął wściekle. Był zbyt zmęczony, aby grać w durne gierki.
 - Ale ja się tak nie nazywam - chłopak wstał zdenerwowany całą tą sytuacją, a Toby roztworzył oczy ze zdziwienia. Przyjrzał się jego twarzy i sylwetce i po prostu to nie mógł być ktoś po prostu przypominający Vincenta. Vin miał charakterystyczną bliznę nad brwią i pusty wzrok, gdy się wyłączał. To musi być on. Jednak z twarzy nastolatka wyczytał, że mówi też prawdę. Więc jak?
 - Toby... - ktoś złapał go za ramię od tyłu. Szatyn odwrócił się i ujrzał kolejnego Vincenta.
 - Vin? - zapytał i zmrużył oczy.
 - Wszystko okay? - zapytał zmartwiony.
 - Ty...
Nie dokończył, bo stracił z nim kontakt wzrokowy, gdyż zza jego pleców wyłonił się pierwszy Vincent. Obaj chłopcy mierzyli się wzrokiem.
 - Ty wyglądasz jak ja - powiedzieli równocześnie.
Dosyć długo milczeli.
 - Przez przypadek wziąłem cię za niego - zwrócił się Toby do obcego, wskazując na Vina - Przepraszam.
 - Nie szkodzi - westchnął - Nie sądziłem nigdy, że gdzieś znajduje się mój klon. - wyciągnął rękę na powitanie - Martin.
 - Vincent - uścisnął ją i lekko się uśmiechnął.
 Dosłownie klon.
Blizna nad brwią. Lekki zarost na bródce. Obgryzione i niezadbane paznokcie. Błękitne oczy.
Jednak jedno się nie zgadzało. Mianowicie ich włosy. Włosy Martina były upięte w kucyk, a niektóre kosmyki, zbyt krótkie by złapać się w sidła gumki, opadały mu bezczelnie na twarz. Zaś włosy Vincenta były krótko ścięte, wyglądające jak burza (nigdy nie miały styczności z fryzjerem).
 Serio? Nie zauważył, że Martin ma TROSZECZKĘ inną fryzurę?
Chłopcy wpatrywali się w siebie, starając się dostrzec każdy, nawet najmniejszy szczegół z ich wyglądu, choć byli niemal lustrzanym odbiciem. Nie trwało to długo, gdyż niska, pulchna kobieta o podobnych rysach twarzy uścisnęła Martina za nadgarstek i brutalnie przyciągnęła go do siebie.
 - Gdzie ty się znowu szlajasz? - ryknęła z wściekłością, a w Vincencie obudziło się coś w rodzaju współczucia. Domyślił się, że kobieta to jego matka biorąc pod uwagę fizyczne podobieństwo. Wyglądała na nieufną i nadopiekuńczą rodzicielkę, która stara się kontrolować dosłownie każdy ruch swojego dziecka.
 - Przestań - wyjąkał cicho Martin i zaczerwienił się. Wyraźnie czuł respekt. Vincent postanowił mu nieco pomóc.
 - Ja go zagadałem - zaczął go usprawiedliwiać, ale zamilkł, gdy kobieta posłała mu groźne spojrzenie. Szybko jednak jej twarz zmieniła wyraz na pełen zdziwienia, widząc osobę Vincenta. Roztworzyła usta z niedowierzaniem i puściła Martina.
 - Ty żyjesz?
Nastolatek zmarszczył brwi. Widział tą kobietę pierwszy raz w życiu i dlaczego miałby nie żyć?
 - A nie powinienem?
Jej oczy zabłysnęły.
 - Dave, to naprawdę ty.
 - Dave?! - wtrącił się niespodziewanie Toby, lecz każdy go zignorował.
 - Nie mam pojęcia kim pani jest i nie nazywam się Dave.
 - Oczywiście, że się tak nazywasz - kobieta zbliżyła się o krok - Matka zawsze rozpozna swoje dzieci.
Vincent - Dave - spojrzał pytająco na Toby'ego, a on zaś spojrzał w górę, jakby chciał zapytać o to Jeff'a z zaświatów.
 - Paręnaście lat temu zamordowano mi męża i uprowadzono mojego syna - zacisnęła szczęki - Jestem prawie pewna, że to TY wtedy zostałeś porwany, a jednak teraz stoisz tu przede mną. To cud. Boży cud! - splotła palce swoich dłoni, jakby zaraz miała zacząć się modlić - Poznałeś już swojego brata, Martina.
 - Co do cholery... - Toby złapał się za głowę i ujął kosmyki swoich włosów w garść, jakby chciał je wyrwać. Ledwo nadążał za nieznajomą. No i zawsze był w przekonaniu, że w noc, gdy Jeff zabił tamtego alkoholika i przygarnął Vincenta, w tamtym domu był tylko jeden chłopiec. Gdzie wtedy był Martin? Tak mocno spał?
 W sumie to trójka była do siebie podobna. Szczególnie bracia.
 - A ja domagam się testów - wypalił mężczyzna - Nie możesz jeszcze mówić, że to rzeczywiście twój syn.
 - A pan kim jest? - warknęła kobieta mierząc go wzrokiem.
Lekarzom podał się za prawnego opiekuna i brata Vincenta, ale nieznajomej podał się za jego najlepszego przyjaciela.
 - Testy nie będą potrzebne - wysyczała - Czuję, że to mój syn.
 - I co niby zamierzasz z tym zrobić? - prychnął i zasłonił Vincenta własnym ciałem, jakby lada chwila na korytarzu miało dojść do bójki.
 - Chciałabym wiedzieć, co działo się z nim przez te lata i na kogo wyrósł. - wyprostowała się i napięła mięśnie karku.
 - Co ty tutaj robisz? - wtrąciła pielęgniarka kierując słowa do Vincenta - Miałeś wyjść tylko na pięć minut do toalety, natychmiast wracaj na salę.
 Pielęgniarka odprowadziła chłopca, a Toby i nieznajoma nadal prowadzili zażartą dyskusję na jego temat. W międzyczasie Martin, korzystając z rozkojarzenia matki, wymknął się niepostrzeżenie na zewnątrz.
 - Rozumiem, chcesz go poznać, ale nawet nie mamy pewności czy to na pewno twój syn - argumentował Toby - Poza tym Vincent nigdy się przed tobą nie otworzy. Spędziłem z nim zbyt wiele czasu.
 - Dave - syknęła złośliwie - Ile razy mam to tłumaczyć? To moje dziecko! Sam widziałeś, że Dave i Martin są bliźniakami. I co jest w tym złego, że chcę nadrobić z nim te wszystkie lata? Poza tym wyglądasz i zachowujesz się, jakbyś chciał go odizolować od społeczeństwa! Parszywy wyrzutek!
 Szatyna zalała fala wściekłości. Nie po poświęcał każdą chwilę z życia chłopakowi, żeby teraz obca baba wmawiała mu, że próbuje zrobić z niego dzikusa. Owszem, "szkolił" go, ale to inne rzeczy.
 - Skoro tak - ciągnęła dalej - to dobrze, zrobię te testy. Ale jeżeli okaże się, że jestem jego rodzicielką, odbiorę ci go i dopilnuję, żebyś miał sądowy zakaz zbliżania się do niego. - odetchnęła, a po chwili cicho rzuciła - Ćpun.
 Toby zaśmiał się pod nosem na te groźby. W końcu ich dwójka nie widziała wsiąść do pierwszego lepszego samoloty i wynieść się stąd w diabły. Niejednokrotnie podróżowali "na oślep", choć sąd wydawał się być upierdliwy w takiej ucieczce. Chyba, że zdążą.
 - Martin? - kobieta rozejrzała się dookoła za swoim synem, po którym nie było ani śladu.
 - I jak ty chcesz zaopiekować się obcym nastolatkiem, skoro nie potrafisz przypilnować bliższego ci dzieciaka? - wyśmiał ją.
 - Zamknij się. Może poszedł po wodę i zaraz wróci.
I rzeczywiście wrócił. Po godzinie, kiedy Toby zdążył już zasnąć na ponów w plastikowym siedzeniu, a kobieta zaczynała dosłownie odchodzić od zmysłów.
 - Gdzie ty się szlajasz?! - warknęła.
 - Co się stało z Vincentem? - zapytał spokojnie.
 - On nazywa się Dave - odparła tracąc cierpliwość - Niedługo uda nam się go poznać - uśmiechnęła się. - I być może zatrzymać przy sobie. - szepnęła tak, aby nikt jej nie usłyszał.
 Martin westchnął z rezygnacją. Właściwie to nic nie robił sobie z faktu, że tuż za ścianą leży jego zaginiony brat bliźniak, bo od dawna wiedział, że kiedyśtam, gdzieśtam jego rodzeństwo zostało uprowadzone za niemowlaka, a wiadomość, że żyje, nie była dla niego zaskoczeniem. Bardziej martwił się o swoją matkę, która zaczynała robić się przewrażliwiona na punkcie Vincenta - Dave, a wizja, że będzie zmuszany, aby go wielbić na siłę - szczególnie, gdy do nie polubi - nie widziała mu się.
 Chłopak usiadł po turecku na przeciwko Toby'ego i dokładnie go oglądał, zastanawiając się, przez co razem mogli przejść w czasie piętnastu lat. Ale na pewno przeżyli razem rzeczy, o których on mógł tylko śnić.
 A myśl, że życie jego brata było fascynujące i pełne przygód, podczas gdy on tkwił z nadopiekuńczą, przewrażliwioną matką przygnębiała go.


cdn...

poniedziałek, 20 listopada 2017

Perypetie I



11 lat później


 Blask księżyca słabo oświetlał otoczenie wokół. Nastolatek kierował snop światła wszędzie dookoła, jakby zza jakiegoś krzaka miał wyskoczyć najpotworniejszy stwór. Bał się tego, co zaraz ujrzy. Bał się spotkania z osobą, którą pamięta jak przez mgłę, a być może zmienił bieg jego życia - na lepsze. Mężczyzna za nim położył mu dłoń na ramieniu.
 - Nie masz się czego obawiać - uspakajał go - To miejsce już dawno pewnie zostało zapomniane przez innych.
 Mówiąc to sam nie wierzył w swoje słowa, a chciał, cholernie chciał, aby to była prawda. Również bał się, ale nie dawał po sobie niczego poznać. Nie chciał bardziej denerwować młodego, bo przecież miał być jego opiekunem. Przysiągł go obronić. 
 W końcu dotarli na miejsce. Vincent skierował światło latarki na nagrobek, który pomimo upływu lat nadal wyglądał całkiem nieźle. Tylko te dwa patyki udające krzyż były połamane i teraz przypominały jakąś dziwną literę K. Chłopak spojrzał na Toby'ego, jakby szukając potwierdzenia, czy na pewno dotarli na właściwe miejsce, a ten skinął mu głową na potwierdzenie. Mieli przed sobą grób Jeff'a. Do Toby'ego momentalnie wróciły wszystkie wspomnienia z ostatnich dni, kiedy jego kumpel został zabity, a Vincent mógł sobie tylko wyobrażać jak to wygląda. 
 - Czy chcesz... - mężczyzna zaczął niepewnie - porozmawiać z nim? Czy coś w tym stylu.
Brunet rzucił mu krótkie spojrzenie, po czym znowu pokierował wzrok na nagrobek.
 - Może gdybym nie był ateistą - przewrócił oczami - Chciałem po prostu poznać miejsce, w którym mnie trzymano.
 Wysłowił się o sobie jak o przedmiocie, kiedy był mały. Oczywiście Toby niejednokrotnie powtarzał mu, że były o niego same kłótnie. W rzeczywistości Vincent miał cichą nadzieję, że gdzieś tutaj spotka słynną Jane, o której się nasłuchał nie zbyt przyjemnych rzeczy. Clockwork, o której kiedy Toby opowiadał, to wydawał się myślami gdzieś daleko. Soul Takera, który właściwie niby znalazł się w ich szeregach przypadkowo dzięki łasce Slendera. Mark'a, o który trwał zażarty spór. A może nawet uda mu się stanąć twarzą w twarz ze Skroll'em. O ile nie wynieśli się stąd w diabły. 
 Toby przystąpił z nogi na nogę. Nadal mniej więcej wiedział gdzie się kierować, by zaprowadzić piętnastolatka do dawnego domu, ale miał spore obawy, czy na pewno chce tam iść. Istniała bardzo mała szansa na to, że ktoś ze znajomych wciąż tam jest. Nawet jeśli, to bałby się spojrzeć komukolwiek prosto w twarz po ponad dekadzie.
 - Myślisz, że Kyle bezpiecznie dotarł na miejsce? - nieoczekiwanie chłopak zmienił temat.
 No tak, Rosja, pomyślał Toby.
 - O ile bezpiecznie tam dotarł, nie wróci stamtąd normalny - ziewnął.
 - A ja wróciłem. - zaprotestował Vincent.
Odkąd pamiętał, ich czwórka nigdy nie mogła zagrzać miejsca. Ostatecznie każdy zaczął podróżować po całym świecie w swoją stronę, wcześniej ustalając datę i miasto, w którym spotkają się ponownie po paru miesiącach. Zazwyczaj było to stare, dobre Phoenix. Oczywiście Toby rzadko puszczał Vincenta w podróż samotnie - zwykle trzymał się blisko niego, lub oddawał go pod opiekę Luny (Kyle nie był najodpowiedzialniejszym człowiekiem). Tylko raz wysłał Vincenta do Kirow i przysiągł sobie, że nigdy więcej tego nie zrobi.  
 Jeszcze przez moment tkwili w ciszy, podczas której Vincent dokładnie zdołał się przyjrzeć nagrobkowi Jeffa i zapalił na nim tani znicz, który specjalnie trzymał w plecaku na tę okazję. Odwrócił się do szatyna.
 - Pokażesz mi dom?
 Nie był pewny, czy powierzając mu takie zadanie nie wymaga zbyt wiele, ale w końcu przylecieli tu z myślą właśnie o tym. Dla Vincenta będzie to niczym wycieczka, dla Tobyego podróż po wspomnieniach. Mężczyzna wybełkotał tylko "Jasne" i ruszył w kierunku mieszkania, z każdym krokiem zwalniając, jednak niebieskooki nie pośpieszał go. Po długich minutach w końcu dotarli.
 - Nie musisz ze mną wchodzić, jeżeli nie chcesz - chłopak wystąpił na przód, w kierunku drzwi - Pewnie trochę mi tam zleci.
 Toby kiwnął głową, po czym młody zniknął za drzwiami domu, przenosząc się do salonu. Był kompletnie inny niż odtwarzał go w pamięci, ale co on mógł wiedzieć - był dzieciakiem, kiedy ostatni raz tutaj był. Z zainteresowaniem obszedł całe pomieszczenie dookoła i muskał palcami ścian i mebli, starając się wyczuć czyjąś obecność. W końcu zawędrował po skrzypiących schodach na górę, gdzie był korytarz pełen drzwi. Zamiast sprawdzać je po kolei wszedł do jakiegoś przypadkowego. Zupełnie nic z niego nie kojarzył, ale ktokolwiek mieszkał tu dekadę temu, był to jakiś zapalony artysta z niespełnionymi ambicjami. Na ścianie był namalowany czerwony uśmiech, na podłodze walały się kartki z niedokończonymi szkicami, a wszystko było uwalone w farbach i innych obcych wydzielinach. Vincent podniósł z ziemi najbliższy notes, w którym były już bardziej dopracowane rysunki marionetek, kukiełek, lalek. Nie znalazł tam nic wartego jego uwagi, więc opuścił pomieszczenie. Jedno trzeba było przyznać - ktokolwiek podjął decyzję o opuszczeniu tego miejsca, zrobił to w wielkim pośpiechu, pozostawiając tam kompletny chaos. Kolejny pokój już bardziej przypadł mu do gustu. Zawieszone na ścianach półki prezentowały sporą biblioteczkę równo ustawionych książek, do których chłopak natychmiastowo się zbliżył i dmuchnął na nie, by zdmuchnąć kurz. Wyciągnął pierwszą z brzegu. Eragon: Najstarszy głosił tytuł. 
Cóż za świetny gust!, pomyślał i szybko przekartkował kilka stron. Jego zachwyty książką nie trwały długo, gdyż usłyszał skrzypnięcie drzwi za jego plecami. Vincent gwałtownie się odwrócił, a pierwsze co zobaczył, do uniesiona w górę deska. W ostatniej chwili zdążył uniknąć ataku i odskoczył w bok. Niewiele myśląc cisnął twardą książkę w napastnika i trafił go w szczękę. Oprawca jęknął i zachwiał się do tyłu, a brunet wykorzystał sekundy jego nieuwagi by ponownie zaatakować. Z premydetacją wymierzył mu kopniaka poniżej pasa i jeszcze raz rzucił w nim najbliższym przedmiotem pod ręką, czyli książką. Oprawca zawył i potknął się o własne nogi i runął na podłogę, a Vincent przycisnął butem jego klatkę piersiową. Nie był uzbrojony.
 - Czego chcesz?! - warknął i przyjrzał mu się. Usiłował rozpoznać w jego wyglądzie któregoś ze znajomych Toby'ego, ale żaden opis nie pasował do tego mężczyzny pod nim. Miał on jedno złote, a drugie brązowe oko, szatynowe włosy roztrzepane na wszystkie strony, szare dresy i czerwony szalik. Miał podkrążone oczy i wściekły wyraz twarzy. Ale nikt mu nie przychodził na myśl. Przez zamyślenie zapomniał na chwilę w jakiej sytuacji się znajduje i mężczyzna złapał go za kostkę, lecz w tym samym momencie ktoś, a raczej Toby kopnął leżącego w żebra.
 - Usłyszałem dziwne hałasy - powiedział i spojrzał na osobę pod nim. Rozszerzył oczy, jakby coś sobie przypomniał.
Oprawca również na chwilę zastygł w bezruchu i zmrużył oczy. Nie umknęło to uwadze nastolatkowi, który zapytał:
 - Znacie się?
 - Kreis? - odparł zdumiony Toby. Kreis nigdy nie był "jednym z nich". Znali się, kilka razy wymienili parę słów i nic poza tym. Dlatego pamięć o nim ulotniła się gdzieś, aż to tej chwili.
 - Cholera - warknął Kreis - Może każ swojemu dzieciakowi zejść ze mnie?
Vincent szybko postawił stopę na ziemi, a facet podniósł się, aby mógł patrzeć na nich z góry. 
 - Wróciłeś na stare śmieci? - powiedział niezbyt przyjaźnie - Przykro mi, każdy już odszedł w swoją stronę.
 - Spodziewałem się tego - Ticci przewrócił oczami.
 - Więc po to tutaj jesteś?
 - W celach naukowych.
 - Zdajesz sobie sprawę, że to od twojego zaginięcia wszyscy się rozpadli?
 - Wiem. Niczego nie żałuję.
 - Szkoda! Tworzyliście fajną rodzinę. Teraz Skrollverse tutaj urzęduje. Sporadycznie. Niedługo i ja będę musiał się stąd wynieść.
 - Więc dlaczego TY tutaj jesteś?
 - Chcę zabrać kilka waszych rzeczy - Kreis uśmiechnął się. - W każdym razie, radzę wam zwiewać. Nie jest tu bezpiecznie. 
 - Umiem się bronić - zaprotestował Vincent. 
 - W to nie wątpię - zaśmiał się - Ale za bardzo lekceważysz Marka. 
Vincent prychnął. Nie chciał już przysługiwać się ich rozmowie, więc wymknął się z mieszkania, po drodze zaglądając przelotnie do niektórych pokoi. Wyszedł na zewnątrz i zajrzał do swojego plecaka, który zawsze miał przy sobie i wyjął z niego sztylet, który schował do kieszeni. Czuł się teraz pewniej i na własną rękę postanowił zwiedzić kawałek lasu. Długo wędrował pogrążony w ciemnościach, aż trafił na kolejny dom. Nie był tak okazały jak jego pierwszy dom, więc uznał, że to byli ich "sąsiedzi". Mała grupka, w której był Mike - miłość jego starszej przyjaciółki. Równie dobrze mogłoby się okazać, że tam również urzędują Skrollovie - postanowił zaryzykować i zaglądnąć do środka.
 Czarnowłosy niepewnie uchylił drzwi i wszedł do całkowicie usianego ciemnością korytarza. Postanowił na razie zostawić latarkę w spokoju, by nie zwrócić uwagi potencjalnego przeciwnika, choć naprawdę wątpił w to, że ktoklwiek mógłby tutaj być. Po ciemku ruszał łapami, aż w końcu trafił na kolejne drzwi, przez które wszedł do kuchni, w której paliło się słabe światło z gołej żarówki. W powietrzu dało się wyczuć wyraźną woń zupek chińskich, na co odezwało się głośne burczenie Vina.
 - Ktoś tu mieszka - pomyślał - Nieprawdopodobne.
Chociaż w kuchni panował chaos, wyraźnie można było wyczuć czyjąś obecność sprzed kilku godzin. Chłopak nie zdążył niczego zrobić, kiedy zza progu wyłonił się szczupły rudzielec. Na widok Vincenta napiął wszystkie mięśnie i przyjął postawę bojową, na co młody wycelowal w jego stronę ostrzem.
 - Kim jesteś?! - syknął nieznajomy i zmierzył go wzrokiem.
 - Vincent - przedstawił się pokornie i powoli skierował broń do kieszeni spodni. Szybko rozpoznał, że rudzielec nie ma kdwagi zaatakować. A pomimo nieprzyjemnej sytuacji wolał zachować szacunek dla potencjalnego właściciela tego rzekomo opuszczonego domu, gdyż był zagorzałym wyznawcą satanizmu teistycznego i twardo trzymał się ich przykazań.
 - Przepraszam za wtargnięcie... - powiedział zamieszany. Uznał, że gdyby ktoś powiedział mu, że uznał jego dom za opuszczoną, czułby się urażony, więc nje pośpieszył od razu z wyjaśnieniami.
 - Co chciałeś zrobić? - warknął rudzielec. Zewsząd było słychać czyjeś ciężkie kroki.
 - Nic złego! Tylko zgubiłem się w lesie. To wszystko.
 Zza pleców nieznajomego wyłonił się drugi mężczyzna, a właściwie Vincent zauważył go po paru sekundach ze względu że był bardzo niski.
 - Charlie, kim on jest? - zapytał nieprzytomnie, jakby dopiero się obudził albo był skacowany. Z kieszeni wyjął futerał, z których wciągnął okulary. Przetarł je czarną koszulką i ułożył na nosie.
 - Vincent jestem - powtórzył - Trafiłem tu przez przypadek, więc mogę już sobie pój...-
 Przerwał mu głośny huk od strony korytarza, do którego z rozpędu wbiegł Toby. Niemal staranował Vincenta, wrzeszcząc, że miał go przecież nie zostawiać, przybierając podstawę nadopiekuńczej matki. Zdecydowanie był przeciwieństwem zasad satanizmu teistycznego.
 - Uspokój się! - czarnowłosy szybko doprowadził go do porządku dając plaskacza w policzek. Nie sprawiło mu to bólu, lecz chłopak zrobił to na tyle mocno, by odwrócił głowę szatyna na kilkanaście stopni, by zobaczył dwie obce osoby stojące na drugim końcu pomieszczenia. Toby zamarł na ich widok. Rudzielca kojarzył, ale po upływie dekady trudno mu było skojarzyć kto to. Za to niskiego okularnika rozpoznał. Jego smoliste włosy, morowy ubiór, umięśniona sylwetka kurdupla i lekki zarost rozpoznawał wszędzie. I nie wróżyło to nic dobrego.
Toby zamknął oczy i ponownie na nich spojrzał, mając nadzieję, że to iluzja, lecz dwójka wciąż tam stała i groźnie mierzyła go wzrokiem. W końcu udało mu się wydusić imię niższego z nich:
 - Mark?








CDN...


Ps. Którą narrację przyjemniej wam się czyta? :)

Trzeba mnie wyjaśnić

 A co tu tak pusto? Co się dzieje? Chcę się wam do czegoś przyznać. Ten blog został założony przez dzieciaka zapatrzonego w creepypasty...