poniedziałek, 26 września 2016

Dni z życia CreepyPast 8


Z punktu widzenia Alice...
 - Znowu przegrałaś... - parsknął Jason - Ile razy mam powtarzac, że TY w ogóle nie jesteś w stanie wyrządzić mi krzywdy?
 - Więcej wiary we mnie - prychnęła Nina - Kiedyś...
 - Najpierw poćwicz zanim znowu mnie wyzwiesz - przerwał jej czerwonowłosy i podniósł marynarkę z ziemi. Otrzepał ją z piachu i włożył na siebie.
 - Ale...
Lalkarz skarcił ją tylko wzrokiem po czym odszedł bez słowa. Rozczarowana Nina westchnęła, a ja zeskoczyłam z niskiej gałęzi, na której dotychczas siedziałam.
 - Nina znowu dostała od wielonożnego Jasona? - zaśmiałam się.
 - Kiedyś będzie leżał i kwiczał u moich stóp - zacisnęła zęby.
 Od jakiegoś czasu Nina ma dziwny zwyczaj. Wyzywa wszystkich do bójki, a co pięciu pokonanych pozwala sobie kupic jakąś specjalną pineskę. Nawet nie próbuję zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi.
Czarnowłosa spiorunowała mnie wzrokiem, po czym po prostu odeszła. Ja udałam się w stronę przeciwną. Rozmyślając, nim się spostrzegłam, znalazłam się na "niebezpiecznej sferze". Cholernie oddaliłam się od domu, a do tego słońce zaczęło zachodzić. Zawróciłam drogę i czym prędzej ruszyłam w stronę domu. Ale za późno. Słońce było już bardzo nisko na horyzoncie, a drzewa rzucały długie cienie. Przez to wszystko nie można było dostrzec nawet promyka słońca, mimo że nie było jeszcze zmroku. Coś poruszyło się wśród drzew. Stanęłam w miejscu jak wyryta. Skrollversi bardzo szybko się poruszają. Pewnie już wyczuli moją obecność. Choćby nie wiem co, nie mogę uciec do domu i zdradzić kryjówkę. Usłyszałam dźwięk zdzieranej kory z drzewa. Powoli odwróciłam się do źródła hałasu. Kilka metrów dalej, w ciemnościach, stał Domino. Serce zabiło mi jak szalone. Zginę zginę zginę.
Obserwował mnie od góry do dołu, jakby chciał zapamiętać mój wygląd. Prawą ręką "drapał" drzewo obok niego, palce miał zakrwawione i pełne drzazg. W końcu przestał to robić i postawił kilka kroków ku mnie. Sięgnęłam po noże i przygotowałam do ataku. Domino nadal szedł pewnym krokiem, jakbym była tylko małą, bezbronną dziewczynką. Gdy znalazł się już bardzo blisko mnie, rzuciłam się na niego z ostrzami.  Chłopak złapał ostrza w dłonie i ścisnął je mocno... Na ziemie kapała krew niemiłosiernie, a on nic sobie z tego nie robił. Patrzył na mnie pustym wzrokiem i sztucznym uśmiechem. W każdej chwili mógł ze mną skończyć, a jednak bawił się mną. Wymierzyłam mu kopniaka w czuły punkt. Jęknął cicho i postawił krok do przodu, zmuszając mnie bym się cofnęła. Czerwona ciecz ciekła mu po nadgarstkach, po całych rękach i wydawało mi się że dodatkowo ściska je mocniej.
 -Skończ - powiedział w końcu, a jego słowa kompletnie mnie zamurowały.
 - Przestań - powtórzył i spojrzał mi prosto w oczy - Nie chcę walczyc.
 - To jakiś podstęp? - syknęłam i znowu wymierzyłam mu cios.
Ponownie jęknął, po czym wyrwał moje ostrza i odrzucił gdzieś daleko. Krwawiącymi dłoniami pchnął mnie i przyparł do drzewa, odcinając drogę ucieczki. Zresztą i tak nie mogłam.
 - Jaki znowu podstęp? - uśmiechnął się szczerze, zadowolony ze swojej sytuacji - Chcę tylko pogadać.
 - Ciekawe o czym... - warknęłam groźnie i wbiłam wzrok w ziemię, aby nie wyczuł strachu bijącego ode mnie.
 - Przestań zgrywac taką groźną - uniósł mój podbródek palcem barwiąc go na czerwono - Gdybym chciał cię zabic już dawno bawiłbym się twoim mięsem - zaśmiał się tajemniczo.
 - Czego chcesz?
 - Chcę poprosić cię, abyś ubłagała Slendera na ponowne przyjęcie mnie - powiedział bez zbędnych przedłużeń.
 - Co takiego?! - wyszczekałam i spojrzałam mu w oczy. Nie wyczułam żadnego postępu.
 - To co słyszysz. Chcę znowu byc proxy Slender's i członkiem Slenderverse.
...Patrzyłam bez słowa na Domino.
 - Skroll był ze mnie bardzo niezadowolony przez ostatnią misję i...
 - I co? - przerwałam - Myślisz, że tak po prostu cię przyjmiemy w nasze szeregi z powrotem? Pewnie to jakaś pułapka, a nawet jeśli mówisz szczerze, to jesteś bardzo naiwny.
 Jego dłonie, które kurczowo trzymał na moich ramionach, zaczęły drżeć.
 - Haa haa haa - nerwowo się zaśmiał - Czyli jednak nie jesteś taka tępa.
 - To ty jesteś tępy.
 - Skoro mnie przejrzałaś, czas umrzeć, tak? - jedną ręką przycisnął mnie mocniej a drugą opuścił - Ale najpierw się tobą zabawię - uśmiechnął się szyderczo.
 Serce niemal podskoczyło mi do gardła, gdy wypowiedział te słowa. W panice ugryzłam go jak najmocniej w łokieć i wyjęłam małą żyletkę z kieszeni. Mało, ale zawsze coś. Zamachnęłam się, ale ledwo dotknęłam ostrzem jego ubrań, chłopak odskoczył na kilka metrów. Odbił się od ziemi i z już po sekundzie stał naprzeciwko mnie. Na twarzy gościł szeroki uśmiech. Wziął zamach nim zdążyła zareagować i uderzył w brzuch. Drugą ręką przytrzymał za plecy, bo siła uderzenia była tak duża, że mogłabym odlecieć. Z moich ust wypłynęła fala krwi i wygięłam się na pół. Nie minęła chwila, a zaczął mnie okładac pięściami po głowie, do utraty świadomości.


 Z punktu widzenia Helena...
 - Helen! Przestań w końcu patrzeć jak idiota i chodź do nas! - zawołał Puppet zanurzony do pasa w wodzie. Chyba był trochę podirytowany tym, że ZAWSZE wychodziłem z jeziorka najwcześniej, a potem tylko obserwowałem.
Jeb, jeb.
Uderzył pięściami w taflę wody, chlapiąc na Kagekao. Rozzłoszczony zaczął go podtapiać. W sumie fajnie to wyglądało. Położyłem się na ziemi i rozłożyłem ręce. Gwiazd na niebie było tyle co reklam na Polsacie. Nagle przed oczyma pojawiła się twarz Judge. Z mokrych włosów kapało mi na czoło.
 - Wracasz tam jeszcze? - spytałem.
 - Nie mam już ochoty - uniosła głowę i popatrzyła przed siebie - Idziemy już?
 - Ty idź, ja się jeszcze przejdę - podniosłem się do pozycji siedzącej.
 - Aaa - zawiesiła mi się na szyi i powiedziała słodkim głosem - Odprowadzisz mnie?
Przewróciłem oczami i się zaśmiałem.
 - Czyli znowu wskoczysz mi na barana?
 - Plosiem.
 - Jasne - odpowiedziałem. I tak bym się zgodził.
Judge pisnęła ze szczęścia i złożyła mi pocałunek na policzku. Szybko wskoczyła mi n barana, krzyżując ręce na mojej szyi. Leniwie ruszyłem z nią w stronę domu. Na miejscu miałem wilgotne plecy, ramiona i włosy. Judge podziękowała mi jeszcze raz i wparowała do środka. Wnet usłyszałem głośny huk gdzieś z oddali i czyjeś głośne śmiechy. Natychmiast się tam udałem.
 - Uważaj! - krzyknął ktoś, a coś szczypiącego dostało mi się do oczu i osiadło na twarz. W uszach słyszałem głuche piszczenie. Osunąłem się na ziemię.





CDN...

 Przepraszam za taką długą przerwę. Kompletnie nie miałam czasu, bo nauczycielom się śmieszkowac zachciało i kartkówki urządzajo. A w dni wolne byłamzajęta ważną czynnością jaką jest spanie. Tak, to bardzo fajne. Nie mam teraz czasu ani na pisanie... ani na czytanie creepypast... ani anime...
Ale ostatnio kupiłam jaałojca, więc nie jest źle (͡° ͜ʖ ͡°)
Wasza cierpliwośc zostanie wynagrodzona. Szykuję coś wielkiego. Trzymajcie się.

wtorek, 13 września 2016

Dni z życia CreepyPast 7



Z punktu widzenia Kaspera...
 Czytałem właśnie jakąś książkę leżąc brzuchem na łóżku. W trakcie usłyszałem mlaskanie. Jack pożerał -chyba- czwartą nerkę w tym dniu. Westchnąłem swoimi wieloma głosami. Nagle do pokoju wpadła Nina.
 - I jak poszedł ci wielki plan, dzięki któremu Jeff będzie twój? - spytałem pogardliwie i oderwałem wzrok od liter.
 - Daj spokój - prychnęła i opadła na łóżku - Teraz mam kogoś innego. Echh, żałuję, że wcześniej go wyzwałam... pewnie mnie znienawidził! W sumie nie dziwiłabym się...-
 W moich uszach jej monolog szybko zmienił się zwykłe "bla, bla, bla". Zrozumiałem jedynie, że mamy kogoś nowego pod dachem. Schowałem książkę pod łóżko i poszedłem zobaczyć tamtego leszcz... znaczy nowego członka rodziny. Przeniosłem się do pokoju "pupilów", jak ja ich nazywam. Dosłownie oaza spokoju. Wszyscy siedzieli na swoich łóżkach i byli czymś zajęci, a nowy leżał na podłodze z rozłożonymi rękami i bawił się w Jezusa.
 - Cześć, Kasper - przywitał mnie Rogers ziewając.
Nowy podniósł się z ziemi i przyjrzał uważnie. Nagle cały on zaczął się "wykręcać" aż przybrał mój wygląd. Zdziwiłem się bardzo i cofnąłem o krok.
 - Jak ty...? - spytałem. Mimo że miał mój wygląd, białe włosy i czerwone oczy zostały.
 - Tajemnica - odpowiedział.
 Tylko mnie zirytował tym jednym słowem.
 - Masz się za mnie nie podszywać, jasne? - warknąłem.
 - Pewnie - wrócił do pierwszego wyglądu - Zapytałbym cię o twój... głos, ale u was to chyba normalne, tak? - zwrócił się bardziej do współlokatorów niż do mnie.
 - Dla ciebie mówienie wieloma głosami jest normalne? - zdziwiłem się. Nie wiem skąd jest, ale musiał przebywać wśród prawdziwie cudacznych osób.
 - Nie wiem co jest normalne - zaśmiał się - Jeszcze się tego uczę.
 - Co się tam dzieje? - usłyszałem głos Zero za sobą. Cholera. Nie zamknąłem drzwi. Dziewczyna wparowała do środka i stanęła obok mnie. Dokładnie szlifowała czerwonookiego od góry do dołu. Za to on zwrócony był nieco niżej niż powinienem, ale nie zauważyła tego.
 - Panda - parsknął - Wyglądasz jak panda.
Twarz Zero wykrzywiła się w grymasie. To zły znak.
 - Jak mnie nazwałeś?! - ryknęła rozwścieczona i sięgnęła u pasa swoich spodni, gdzie miała nóż.
 - Panda - odpowiedział nieświadomy zagrożenia w jakim się znajduje.
 - Z-Zero, o-o-on nie chciał! - jąkał się Jeff, coraz bardziej przypierając do ściany. Dopiero teraz zauważyłem, że wszyscy się odsunęli. Ale było już na późno. "Panda" rzuciła ostrym narzędziem w stronę chłopaka. Biedny jego los. Lecz nie zanurzył się w jego ciele, nie przeciął skóry, nie polała się krew. Ale Zero też nie chybiła. Wymierzyła prosto w klatkę. Więc dlaczego? Zamiast tego wszystkiego za jego pleców wystawała macka, która ochroniła go przed atakiem. Nagle ona zniknęła, a nóż upadł na ziemię z brzdękiem. Mackowaty - bo tak go nazwałem - podniósł ją z podłogi i podał oszołomionej dziewczynie.
 - A więc Zero, tak? Trzeba było tak od razu - zaśmiał się nerwowo - A ty... - zwrócił się do mnie - Krzysztof?
 - Kasper - poprawiłem.
 - Co to miało byc? - wypytała Zero odbierając od niego ostrze - Kopiujesz umiejętności, czy coś?
 - Nie? - odpowiedział pytająco - Mam te macki od początku. A tak w ogóle, jestem Zak.
Parsknąłem cicho i wyszedłem z pomieszczenia. Poznałem gościa i tylko tego chciałem. Wolnym krokiem ruszyłem na dół, do miasta, szukac kolejnych dusz do składania ofiar.

Z punktu widzenia Mike...
 Uśmiechnąłem się szeroko na widok idącego w moją stronę Victora. Jednak z jakiegoś powodu, wyglądał na bardzo przygnębionego. Zaraz za nim deptała brązowowłosa dziewczyna. Ubrana była w lekką, różową sukienkę na ramiączkach do kolan, oraz kremową marynarkę z różnymi wzorami. Sięgała mojemu bratu zaledwie do ramienia. Swoje piwne oczy miała zwrócone na drzewa. Nazywała się Getra, jeśli dobrze pamiętam. Słyszałem o niej tylko z opowieści Victora, a dzisiaj odbędzie się nasze pierwsze spotkanie. Gdy chłopak zauważył, że się na niego patrzę, od razu wymusił uśmiech na twarzy.
 - Coś z nim nie tak - pomyślałem i ruszyłem w ich stronę.
 - Cześć! - pomachał mi ręką na powitanie.
 - No cześć - odpowiedziałem i zwróciłem wzrok na dziewczynę.
 - Mike, to jest Getra. Getra, to Mike - przedstawił nam sobie.
 - Cześć - powiedziałem już po raz drugi tego dnia i wyciągnąłem rękę na powitanie.
 - Hej... - powiedziała niepewnie i uściskała mi dłoń. Kiedy tylko ją puściłem, schowała się za plecami brata. Przy jej drobnej budowie, czułem się jak wyrośnięty byk, choć taki nie byłem. Ale jedno muszę przyznać - wyglądała uroczo z wstydliwymi rumieńcami na policzkach.
 - To idziemy już? - powiedział Victor.
 - Pewnie - poprawiłem słuchawki, które wisiały mi na szyi.
 Udaliśmy się do miasta. W prawdzie mieliśmy iść do kina, ale seans zaczynał się dopiero za półtora godziny. Więc w wolnym czasie... poszliśmy za Getrą do sklepu z odzieżą. Nie miała przy sobie wiele pieniędzy, ale grzechem by było tam nie wstąpić. Przymierzała mnóstwo sukienek, czym denerwowała innych klientów, bo przymierzalnie były tylko trzy, w tym jedna zablokowana przez nią. Ja z bratem siedzieliśmy przed sklepem, czasami zerkając przez szybę, ocenić sytuację. Wreszcie Victor wparował do sklepu i siłą wyciągnął z niego dziewczynę, wybawiając klientów. Pozostało nam tylko 15 minut czasu wolnego, więc straciliśmy go w salonie gier. Nawet Getra znalazła tam coś dla siebie - wyścigi..
 NARESZCIE udaliśmy się do kina i w spokoju mogłem przesiedzieć 110 minut nie patrząc na jakiekolwiek buty czy sukienki. Po filmie była godzina dopiero 18.30, ale w domu Getra i Victor musieli byc już u siebie nie później niż 20. Odprowadziłem ich pod dom dziecka, mimo że był spory kawałek. Nie przeszkadzało mi to, chciałem jak najdłużej czasu z nimi spędzić. Kiedy przyszedł czas rozstania, udałem się prosto do siebie. Próbowałem rozkminić dlaczego brat był przygnębiony na początku. Ostatecznie dałem sobie z tym spokój i przyśpieszyłem kroku. Akurat w kuchni Nathan usiłował sobie posmarować chleb masłem, ale ciągle mu "uciekał".
 - Pomóc ci? - wyrwałem mu nóż i dokończyłem robienie kanapek.
 - Dzięki, nie musiałeś.. - prychnął i zaczął brac po jednej i zanosić je do stołu, w czym też mu pomogłem.
 - Nauczyłeś się już pisać lewą ręką? - spytałem.
 - Taaak, na pewno nauczyłem się pisać w trzy tygodnie...
Spojrzałem na zwisający prawy rękaw u jego bluzy, który dyndał na wszystkie strony. Mimowolnie go złapałem i obwiązałem wokół niego.
 - Nie musiałeś...
 - Nie mogę po prostu na to patrzeć!
 Nathan odwrócił się jakby chciał mnie uderzyć, ale najwyraźniej zapomniał o braku prawej ręki, a lewa bolała go ogromnie, gdyż teraz na niej spadały wszystkie ciężary.
 - Kiedyś cię walnę - oznajmił i wziął się za jedzenie.
 - Pewnie - rozczochrałem mu włosy i ruszyłem w stronę pokoju, ale zatrzymał mnie jeszcze:
 - Czekaj... mógłbyś zdjąć cukier?
Wróciłem się i otworzyłem wysoko powieszone szafki, a że Nathan wysokością nie grzeszył, zawsze brał sobie taboret czy coś. Sięgnąłem cukier i postawiłem przed nim.
 - Dzięki.. - po tych słowach zniknąłem za drzwiami od swojego pokoju, gdzie przez resztkę tego dnia słuchałem muzyki.

                                                              CDN...

czwartek, 1 września 2016

Rozdział I


 W klasie Ib zabrzmiało jak w ulu. Powodem tego zamieszania był nowy uczeń, który niedawno się przeprowadził i musiał zmienić szkołę.
 - Nazywam się Max Bein - przemówił obojętnym głosem nowy uczeń - Miło mi was poznać.
 Niektóre dziewczyny zachichotały, inne wymieniali się spojrzeniami. Jego głos był dość niski, zresztą jak on sam. Czarne jak smoła włosy były potargane na wszystkie strony, a piwne oczy błyszczały w blasku słońca. Szkolny, biały mundurek miał pognieciony, a nisko pod żebrami można było dostrzec plamę od czegoś tłustego. Mimo to był bardzo ładny, czym tak wzbudzał zainteresowanie płci pięknej. Niektórzy chłopcy kłapali zębami nieprzyjaźnie, ale ten nie przejmował się z tym zbytnio. Nauczyciel wskazał Maxowi wolne miejsce do siedzenia pod oknem, obok innego ucznia, zwany Brain. Był klasową szarą myszą i przymusem z części przedmiotów. Max ruszył w jego stronę pewnym krokiem, nie obarczając nawet spojrzeniem  innych dziewczyn, które puszczały mu oczka i mile się do niego uśmiechały. Niebieskooki krótko spojrzał na swojego nowego kolegę z klasy, po czym szybko wrócił do kartkowania zeszytu.
 Lekcja minęła bardzo szybko dla Maxa. Gdy tylko znalazł się na szkolnym korytarzu, podbiegła do niego trzyosobowa grupka dziewczyn, prosząc czarnowłosego o wymianę numerów telefonów.
 - Ja nie mam telefonu - odpowiedział przedzierając się przez panujący hałas. Dziewczyny stały przez chwilę w osłupieniu, jakby nie pojmując znaczenia tych słów. Przecież każdy w szkole miał telefon! I tyle wystarczyło, aby Max przepchał się między nimi i znikł gdzieś w morzu uczniów, znikając im z oczu.
 Kiedy lekcje dobiegły końca, Brain, szara mysz, udał się za szkołę, gdzie stały ogromne śmietniki. Wyminął zielony samochód, którego jeszcze rano nie było, a przynajmniej nie widział. Było to miejsce niewidoczne przez okna budynków, oraz rzadko odwiedzali je dorośli, no chyba że sprzątaczka wynieść śmieci, ale bardzo rzadko. Była to kryjówka idealna dla dzieciaków, którzy schodzili tutaj na papierosy i tym podobne. Wprawdzie Brain nie palił, ale przychodził tam po swojego przyjaciela. Zawsze chodzili razem do domów, byli niemal nierozłączni. Znali się od piaskownicy. W przeciwieństwie do Braina, Lukas był bardzo energiczny i żywiołowy. To kompletnie inne charaktery, ale najwidoczniej przeciwieństwa się przyciągają. Oprócz Braina Lukas nie przyjaźnił się z nikim innym. Miał tylko znajomych. Może dlatego chłopca zadziwił mocno widok swojego przyjaciela rozmawiającego z nowym uczniem. Nigdy wcześniej nie widział, aby on rozmawiał z kimś innym niż on sam i był przy tym taki radosny. Brain poczuł się zazdrosny, a nawet urażony. Byli tak pochłonięci rozmową, że nie zauważyli jego przybytu.
 - Lukas... - odezwał się Brain i stawił krok do przodu.
 - A, już jesteś - spojrzał w stronę przyjaciela po czym zwrócił się do Maxa - Sorry, muszę już iść - rzucił wypalonego papierosa na ziemię i zgniótł podeszwą buta - Do jutra!
 Lukas wyprzedził Braina, skręcił szybko za rogiem i tyle było go widać. Gdy niebieskooki też miał zamiar udac się w jego ślady, poczuł czyjąś dłoń na prawym ramieniu.
 - Chyba mamy sobie do pogadania - syknął przez zęby nowy, który jeszcze przed chwilą dawał wrażenie spokojnego.
 - O co chodzi? - spytał Brain, starając się aby w jego głosie nie było wyczuć strachu.
 Max pociągnął go za ramię do siebie po czym pchnął do ściany. Zbliżył się niebezpiecznie, blokując drogę ucieczki.
 - Twoja matka nazywała się June Elbuns, tak? - zapytał prosto z mostu, patrząc mu w oczy.
 Wyraz twarzy Braina natychmiast się zmienił.
 - Skąd wiesz? - zapytał oszołomiony - Nigdy nikomu o tym nie mówiłem!
 - Nasi rodzice się znali.
 - I co z tego?
 - Oni... walczyli razem z zombi.
 - Co ty bredzisz?! - jak dotąd spokojny chłopak nagle wybuchnął gniewem - Jakie zombi?!
 - Ucisz się! - położył mu dłoń na buzi - Daj mi skończyć! Twoja matka urodziła cię kilka dni przed tym, jak została ugryziona. Nie dało się powstrzymać infekcji i zmarła tuż po twoim nadejściu.
 Brain patrzył na Maxa nadal oszołomiony. Nigdy nie wiedział jaka była jego mama. I nie chciał wiedzieć. Powtarzano mu ciągle, że porzuciła go i ojca, i uciekła z kochankiem. Nigdy nie próbował wchodzić w to głębiej. A teraz dowiaduje się takich rzeczy, chociaż i tak nie do końca wierzył nowemu.
 Mógł byc przecież szalony.
- Ale nadal masz w sobie "to coś" z tych potworów. Mówię o zombi - ciągnął dalej - Dlatego...
 Brain zauważył w jego prawej dłoni strzykawkę z jakimś płynem. Pod wpływem impulsu pchnął chłopaka, ale był zbyt słaby, aby coś mu zrobić. I tak za późno.
 Ogromna igła przebiła mu się przez skórę w okolicach obojczyku, a zimna substancja rozeszła się po ciele. Brain poczuł mrowienie, a po paru sekundach zakręciło mu się w głowie.
 -...to dla bezpieczeństwa innych.
 Nim osunął się na ziemię, Max zdążył go złapać. Stracił przytomność. Czarnowłosy zaciągnął go dyskretnie do zielonej furgonetki, która stała za rogiem. W środku za kierownicą siedziała dorosła kobieta, wysoka blondynka, hojnie obdarzona przez naturę z zielonymi oczami. Obok niej siedział również ktoś dorosły. Miał czarne rozczochrane włosy i wygniecione ubrania.
 - To on? - spytała blond włosa patrząc na nieprzytomnego chłopaka w lusterku.
 - Tak - odparł Max - To nasz cel.
 - Brawo, braciszku - tamten chłopak rozczochrał mu bardziej włosy - Jednak jest z Ciebie pożytek.
 Max zmierzył go wzrokiem i westchnął.
 - Jedźmy już.
Silnik zaskrzeczał, a po chwili ruszyli z miejsca, wtapiając się w inne samochody w ruchu ulicznym.

Dni z życia CreepyPast 27

Z punktu widzenia Soul Taker...  - Inaczej to sobie wyobrażałem... - ze zdziwieniem patrzyłem jak mój kompan taszczy za sobą worek z led...