czwartek, 1 września 2016

Rozdział I


 W klasie Ib zabrzmiało jak w ulu. Powodem tego zamieszania był nowy uczeń, który niedawno się przeprowadził i musiał zmienić szkołę.
 - Nazywam się Max Bein - przemówił obojętnym głosem nowy uczeń - Miło mi was poznać.
 Niektóre dziewczyny zachichotały, inne wymieniali się spojrzeniami. Jego głos był dość niski, zresztą jak on sam. Czarne jak smoła włosy były potargane na wszystkie strony, a piwne oczy błyszczały w blasku słońca. Szkolny, biały mundurek miał pognieciony, a nisko pod żebrami można było dostrzec plamę od czegoś tłustego. Mimo to był bardzo ładny, czym tak wzbudzał zainteresowanie płci pięknej. Niektórzy chłopcy kłapali zębami nieprzyjaźnie, ale ten nie przejmował się z tym zbytnio. Nauczyciel wskazał Maxowi wolne miejsce do siedzenia pod oknem, obok innego ucznia, zwany Brain. Był klasową szarą myszą i przymusem z części przedmiotów. Max ruszył w jego stronę pewnym krokiem, nie obarczając nawet spojrzeniem  innych dziewczyn, które puszczały mu oczka i mile się do niego uśmiechały. Niebieskooki krótko spojrzał na swojego nowego kolegę z klasy, po czym szybko wrócił do kartkowania zeszytu.
 Lekcja minęła bardzo szybko dla Maxa. Gdy tylko znalazł się na szkolnym korytarzu, podbiegła do niego trzyosobowa grupka dziewczyn, prosząc czarnowłosego o wymianę numerów telefonów.
 - Ja nie mam telefonu - odpowiedział przedzierając się przez panujący hałas. Dziewczyny stały przez chwilę w osłupieniu, jakby nie pojmując znaczenia tych słów. Przecież każdy w szkole miał telefon! I tyle wystarczyło, aby Max przepchał się między nimi i znikł gdzieś w morzu uczniów, znikając im z oczu.
 Kiedy lekcje dobiegły końca, Brain, szara mysz, udał się za szkołę, gdzie stały ogromne śmietniki. Wyminął zielony samochód, którego jeszcze rano nie było, a przynajmniej nie widział. Było to miejsce niewidoczne przez okna budynków, oraz rzadko odwiedzali je dorośli, no chyba że sprzątaczka wynieść śmieci, ale bardzo rzadko. Była to kryjówka idealna dla dzieciaków, którzy schodzili tutaj na papierosy i tym podobne. Wprawdzie Brain nie palił, ale przychodził tam po swojego przyjaciela. Zawsze chodzili razem do domów, byli niemal nierozłączni. Znali się od piaskownicy. W przeciwieństwie do Braina, Lukas był bardzo energiczny i żywiołowy. To kompletnie inne charaktery, ale najwidoczniej przeciwieństwa się przyciągają. Oprócz Braina Lukas nie przyjaźnił się z nikim innym. Miał tylko znajomych. Może dlatego chłopca zadziwił mocno widok swojego przyjaciela rozmawiającego z nowym uczniem. Nigdy wcześniej nie widział, aby on rozmawiał z kimś innym niż on sam i był przy tym taki radosny. Brain poczuł się zazdrosny, a nawet urażony. Byli tak pochłonięci rozmową, że nie zauważyli jego przybytu.
 - Lukas... - odezwał się Brain i stawił krok do przodu.
 - A, już jesteś - spojrzał w stronę przyjaciela po czym zwrócił się do Maxa - Sorry, muszę już iść - rzucił wypalonego papierosa na ziemię i zgniótł podeszwą buta - Do jutra!
 Lukas wyprzedził Braina, skręcił szybko za rogiem i tyle było go widać. Gdy niebieskooki też miał zamiar udac się w jego ślady, poczuł czyjąś dłoń na prawym ramieniu.
 - Chyba mamy sobie do pogadania - syknął przez zęby nowy, który jeszcze przed chwilą dawał wrażenie spokojnego.
 - O co chodzi? - spytał Brain, starając się aby w jego głosie nie było wyczuć strachu.
 Max pociągnął go za ramię do siebie po czym pchnął do ściany. Zbliżył się niebezpiecznie, blokując drogę ucieczki.
 - Twoja matka nazywała się June Elbuns, tak? - zapytał prosto z mostu, patrząc mu w oczy.
 Wyraz twarzy Braina natychmiast się zmienił.
 - Skąd wiesz? - zapytał oszołomiony - Nigdy nikomu o tym nie mówiłem!
 - Nasi rodzice się znali.
 - I co z tego?
 - Oni... walczyli razem z zombi.
 - Co ty bredzisz?! - jak dotąd spokojny chłopak nagle wybuchnął gniewem - Jakie zombi?!
 - Ucisz się! - położył mu dłoń na buzi - Daj mi skończyć! Twoja matka urodziła cię kilka dni przed tym, jak została ugryziona. Nie dało się powstrzymać infekcji i zmarła tuż po twoim nadejściu.
 Brain patrzył na Maxa nadal oszołomiony. Nigdy nie wiedział jaka była jego mama. I nie chciał wiedzieć. Powtarzano mu ciągle, że porzuciła go i ojca, i uciekła z kochankiem. Nigdy nie próbował wchodzić w to głębiej. A teraz dowiaduje się takich rzeczy, chociaż i tak nie do końca wierzył nowemu.
 Mógł byc przecież szalony.
- Ale nadal masz w sobie "to coś" z tych potworów. Mówię o zombi - ciągnął dalej - Dlatego...
 Brain zauważył w jego prawej dłoni strzykawkę z jakimś płynem. Pod wpływem impulsu pchnął chłopaka, ale był zbyt słaby, aby coś mu zrobić. I tak za późno.
 Ogromna igła przebiła mu się przez skórę w okolicach obojczyku, a zimna substancja rozeszła się po ciele. Brain poczuł mrowienie, a po paru sekundach zakręciło mu się w głowie.
 -...to dla bezpieczeństwa innych.
 Nim osunął się na ziemię, Max zdążył go złapać. Stracił przytomność. Czarnowłosy zaciągnął go dyskretnie do zielonej furgonetki, która stała za rogiem. W środku za kierownicą siedziała dorosła kobieta, wysoka blondynka, hojnie obdarzona przez naturę z zielonymi oczami. Obok niej siedział również ktoś dorosły. Miał czarne rozczochrane włosy i wygniecione ubrania.
 - To on? - spytała blond włosa patrząc na nieprzytomnego chłopaka w lusterku.
 - Tak - odparł Max - To nasz cel.
 - Brawo, braciszku - tamten chłopak rozczochrał mu bardziej włosy - Jednak jest z Ciebie pożytek.
 Max zmierzył go wzrokiem i westchnął.
 - Jedźmy już.
Silnik zaskrzeczał, a po chwili ruszyli z miejsca, wtapiając się w inne samochody w ruchu ulicznym.

1 komentarz:

  1. Woah....
    Niezły początek.
    Taka... Inna fabuła.
    Zaintrygowałaś mnie.

    OdpowiedzUsuń

Perypetie II

  Vincent zmierzył wszystkich wzrokiem, oceniając ich reakcję. Niski mężczyzna patrzył na Toby'ego ze spokojem, podczas gdy on sam doz...