sobota, 31 grudnia 2016

Żegnamy 2016



Z okazji zbliżającego się 2017 roku, chciałam życyc wam wszystkiego co najlepsze i jak najmniej zmartwień.
 Cóż, ja odchodzący rok będę dobrze wspominała. Poznałam wspaniałe osoby. Dowiedziałam kogo mogę określic mianem przyjaciela, a kogo mogę zamordowac bez najmniejszych wyrzutów sumienia. W naszej rodzinie pojawił się nowy osobnik - pies Nika. Ale oczywiście nie wszystko było takie cudowne. Niektórzy odeszli bezpowrotnie. Było dużo krzyku.
Postanowienia noworoczne? Szczerze uważam to za głupotę. Czy ludzie naprawdę muszą czekac na ten magiczny dzień, żeby zacząc wprowadzac pozytywne zmiany? Ale jeśli groziłaby mi kara śmierci, a moją jedyną deską ratunku byłoby wyjawienie postanowień, najpierw bym się ucieszyła, a potem dała w pysk swojej pesymistycznej osobowości i wymieniła:
 - więcej wiary w siebie
 - życ tak aby po twojej śmierci twoja paczka miałaby umrzec z nudów
 - byc największym śmieszkiem jakiegokolwiek moi przyjaciele widzieli
 - kupic sobie skarbonkę, którą trzeba rozbic żeby dostac się do kasy xD (serio, chyba jestem jakoś spokrewniona z Yato xD)

To był dobry rok.

 Jeszcze raz, wszystkiego najlepszego, Koszmareczki.



środa, 28 grudnia 2016

Dni z życia CreepyPast 12



Z punktu widzenia Ben'a...
 I w końcu nadszedł ten miesiąc. Grudzień. Już wcześniej wszędzie się roiło od świątecznych ozdób, reklam... chyba najbardziej znienawidzony czas. Dokładnie 06.12 wszyscy dopiero pojęli, że Święta nadchodzą. Brzydzę się nimi, więc nie byłem zbytnio zachwycony, kiedy wujaszek wysłał mnie do sklepu po jakieś zabawki dla Sally i Lazari. Niechętnie, ale wykonałem polecenie i pod koniec dnia byłem już w domu z dwoma misiami.
 - Hoho, przyszedł elfi asystent Świętego - wypowiedział ktoś.
Czułem się upokorzony, więc cisnąłem zabawkami na kanapę i miałem ruszyć przed siebie, ale coś znalazło się pod nogami i upadłem na podłogę.
 - Co do... - zauważyłem że w moje nogi "wplątany" był Vincent. Odrzuciłem go w miarę sił na bok i podniosłem się błyskawicznie. Ten mały szczyl poleciał prosto na krawędź stojącego obok krzesła i uderzył o to głową.
 - Łeeeeee - zaczął popłakiwać cicho, jakby zaraz miał wylać z siebie wodospad łez, ale dopóki Jeffa z nim nie było, czekał żeby mnie wkopać.
 - Shhh - dźwigałem go na ręce i zatkałem usta. Rozejrzałem się po pomieszczeniu, ale wszyscy byli zbyt zajęci sobą, żeby zauważyć jego łzy. Wszyscy oprócz bacznie obserwującego nas L.Jack'a.
 - I coś ty zrobił? - podszedł do nas - Masz przechlapane.
 - Tylko mnie nie podkabluj - oglądałem niewielkie rozcięcie na jego czole.
Udałem się z nim do swojego pokoju i postawiłem na środku pomieszczenia. Byliśmy sam na sam. Gdy tylko moja dłoń odsunęła się od jego ust, wybuchł donośnym płaczem. Zabawne było to, jak próbował stac na własnych nogach, ale co chwila tracił równowagę.
 - Uciszże wreszcie - warknąłem groźnie i uderzyłem pięścią w ścianę. Ale tylko bardziej się wystraszył i rozpłakał głośniej. Lecz po jeszcze takich paru razach zrozumiał, że tak tylko pogrąża się bardziej i już po godzinie tkwił w kompletnej ciszy. Tylko godzina! Zmęczony wytarłem mu twarz mokrą od łez jednym prześcieradłem i odniosłem go do pokoju Jeffa.
 - Przyniosłem zgubę - wprost wepchałem mu go w ramiona.
 - O! - jego uśmiech momentalnie się poszerzył - Gdzie był?
 - Długa historia.
 - Ma tutaj jakieś zadrapanie i napuchnięte oczy...
 - Jejku - westchnąłem - Pewnie droczył się z jakimś kocurem i się oberwało. Był w ogródku.
Całej sytuacji przyglądał się Zak.
 - Nie przypominam sobie żebym z nim...
 - Matko! - przerwałem mu - Może szczyl sam wyszedł! Skorzystał z okazji kiedy drzwi były otwarte i uciekł!
 - Nienawidzisz go, prawda? - odezwał się Zak i roześmiał.
 - Brawo, bystrzaku! - warknąłem podirytowany, po czym szybko się zamknąłem, przypominając sobie o przestrodze wujaszka - Po prostu zapomnijmy o tej sprawie - dodałem szybko i prędko opuściłem pomieszczenie.

 Z punktu widzenia Jane...
 Chcąc iśc do swojego pokoju, zauważyłam na korytarzu wściekłego Bena wychodzącego z pokoju... tamtego kretyna.
 - Stało się coś? - zapytałam w trosce o kolegę.
 - Nic! - warknął i już miał złapac za klamkę od swojego pokoju, ale w ostatnim momencie złapał się za głowę i wykrzywił twarz z bólu. Impulsy Slendera.
 - Mi nie powiesz? - zagadnęłam - Chciałam byc tylko miła...
 - To bądź miła dla kogoś innego! - szybko otworzył drzwi - Dajcie mi spokój! - wkroczył do pokoju, trzaskając wrotami głośno.
 - On zawsze taki drażliwy? - usłyszałam za sobą głos/głosy Kaspera i aż podskoczyłam. Stał za mną, oparty o ścianę lewym ramieniem.
 - Tsa - machnęłam ręką - W grudniu już szczególnie.
 - Benek-elfik - zaśmiał się. Nie minęły dwie sekundy ciszy, a on zadał pytanie - Co sądzisz o Vincencie?
 - Vincent? - zdziwiłam się - Że ma zrujnowane życie.
 - Dlaczego? - tym razem on nie ukrywał zdumienia.
 - Jest wychowywany w gronie zabójców i innych niestworzonych "rzeczy". Czy to normalne życie? I co w ogóle będzie z jego nauką? Z przyjaciółmi?
 - Przecież my możemy go uczyc - uśmiechnął się - Każdy z nas jest specjalistą w jakiejś dziedzinie. Twierdzisz, że Vin nie będzie miał przyjaciół? My nimi będziemy.
 - Miałam na myśli rówieśników - westchnęłam - ...dlaczego chciałeś poznać moją opinię na jego temat?
 - Tak właściwie chciałem się dowiedzieć co ty na to, aby wychować go na drugiego Omena.
 - Szatan byłby dumny - parsknęłam śmiechem - Ty wszystkie dzieci wychowałbyś na satanistów. Moja opinia: to beznadziejny pomysł.
Pokręcił wymownie głową i westchnął. Następnie rzucając mi krótkie: "Zobaczymy za kilka lat" zniknął w otchłani swojego pokoju. Zobaczymy co?
 Reszta dnia nie była zbytnio kolorowa. W ogóle cały ten tydzień był przypałowy. Prawie zniszczyłam przyjaźń z Clocky i Tobym, okaleczyłam Helena, Kreis ma na mnie tymczasowego focha, ale wszystko po kolei.
ŚRODA
 Tego dnia ostro pokłóciłam się Clockwork. Chciałam ją tylko pocieszyć, gdyż ta (w drugim dniu okresu) lamentowała, że dla Tobyego tamten pocałunek był wart tyle co nic. I kłóciliśmy się... bodajże przed samym domem. W przypływie gniewu wykrzyczałam jej, że się go zwyczajnie b-o-i. Wpadła w większą histerię, a takie momenty są oczywiście idealne aby do akcji wkroczył ukochany do rozmów! Wracał skądś dość zdyszany, nie rozumiał nawet co się dzieje, a ja mu nagle wyjechałam, że to tchórz. Nim się otrząsnął, dziewczyna mnie zwyzywała, więc nie zostało mi nic innego jak dopuścić do "przypadkowego" pocałunku popchnięciem. Oboje po tym uciekli, ale razem z Jasonem udało mi się ich znaleźć i siłą zmusić do wyjaśnień. Po tak zakręconym dniu zostali parą, a mi grzechy zostały odpuszczone. I dobrze.
CZWARTEK/PIĄTEK
 W czwartym dniu tygodnia postanowili zawitać do nas Kreis, Mike i Nikki. W sumie  Nikki był w sprawach służbowych do Slendera, a że jego akurat nie było, obecność Alice i Masky musiała wystarczyć. Mike wpadał czasami do Bena grać, a Kreis zdaje się, że zakolegował się z Kagekao i Jeffem dupkiem, więc jego obecność nie była niczym obcym. Zwykle przychodził z dużą torbą na ramię, w której trzymał książki, gdy nie miał je gdzie zostawić. A, i jeszcze słodycze. A cała fizolofia polegała na tym, że idąc przez salon potknęłam się o jego torbę, a z ręki wypadło mi pudełko pinesek. Były mi potrzebne do rozwieszenia czegoś na zewnątrz... wprawdzie nikt na nie nie stanął, ale stopą rozgniotłam sok, który zalał książki w torbie. Kreis pierwsze co zrobił to natychmiast je wyciągnął, a ja chcąc mu ją dla niego wyprać, złapałam za nią i popędziłam do łazienki, a po drodze wypadło z niej szklane-coś, co spadło z hukiem o podłogę, a większy kawałek szkła poleciał aż do stopy Painter'a. Biedactwo. Jeszcze niedawno przyjął na swoją twarz petardę, teraz szkło. Ale chwilkę! To nie koniec jego cierpień! Helen tak się wystraszył, że aż podskoczył, potknął się o własne nogi i poleciał prosto na pinezki... jego wrzask rozniósł się po caaałym mieszkaniu, budząc wszystkich domowników (a działo się to w godzinach północnych).
SOBOTA
Co mogłoby pójśc nie tak? Tylko rozbiłam okno! Podczas to zabawy z Sally i Lazari na zewnątrz, Ann wykrzyczała mi wyglądając przez okno abym podała jej jakąś piłkę. Przedmiot znalazłam, ale nie chciało mi się podchodzić, więc rzuciłam... trafiając w szybę. A byłam przekonana, że okno było szeroko otwarte. Grr! Dodatkowo Jeff miał ze mnie niezłą polewkę i temat do żartów na ładne parę godzin. Tylko godzin. Pod koniec dnia skończyłby na dnie jeziora, gdyby nie spostrzegawczość L.Jack'a i zdolności pływackie Liu. Jednak nikt nie podjął decyzji o wykonaniu usta-usta. Za bardzo się brzydzili. I słusznie.
NIEDZIELA
Udało mi się wyskrobać trochę pieniędzy, więc poszłam przebrana do centrum handlowego. Musiałam kupic jakąś książkę do Kreisa za zniszczenie tamtych. Weszłam do księgarni i od razu uderzył mnie ten przyjemny zapach świeżych kartek i odgłosy przewracanych stron. Mhm... Od razu ruszyłam na dział "Kryminał". Spośród tylu książek nie mogłam wyszukać niczego, co on by jeszcze nie miał, albo najwidoczniej źle szukałam. W końcu wkurzona wkroczyłam na "Romans". Chłopcy rzadko to czytają, więc będę miała szerokie pole do popisu. Po kilku minutach namysłu chwyciłam za książkę, która spośród wszystkich różowiutkich wyróżniała się czernią z nutą granatu. Na okładce widniał kawałek krawatu. Szybko zapłaciłam, schowałam rzecz do małej torebki i wyszłam jeszcze kupic jakiś papier ozdobny, ale zrezygnowałam, bo po co? Chodziłam więc po centrum handlowym oglądając sukienki. Lecz nagle zmieniłam zdanie i kupiłam ten papier. By się komponował z książką, wybrałam ciemno-granatowy. A jeśli chodzi o samą książkę, to wybrałam dla niego "Pięćdziesiąt twarzy Greya". Na pewno mu się spodoba!
PONIEDZIAŁEK
Hey, hey! Nie myślcie, że zapomniałam o Helenie! Też byłam mu coś winna. Udało mi się wyżebrać trochę pieniędzy od wujaszka i od razu ruszyłam na centrum. Całą drogę kminiłam co mu kupic. Ostatecznie wybrałam dla niego jakiś wypasiony szkicownik. Miałam po tym szybko wracać, ale moją uwagę przykuł siedzący przy fontannie gitarzysta. Siedział pochylony nad instrumentem i grał jakieś bardziej znane piosenki jak "Hallelujah". Miałam ogromne wrażenie, że go skądś znam. Miał stare, czarne jeansy, nie taką świeżą białą bluzkę i niebieską czapkę z daszkiem, spod której wydostawały się blond włosy. Sylwetkę miał chudą, nawet za, a na oko miał 15, 16 lat. Zaciekawiona podeszłam bliżej, wtapiając się w tłum słuchaczy. Niektórzy wrzucili trochę pieniędzy do futerału, inni robili zdjęcia, pojedyncze osoby pogwizdywały. W końcu gdy muzyka ustała, mała część ludzi zaczęła bic brawo, za to chłopak ani na chwilę nie unosząc wzroku, zaczął grac ponownie. Chciałam posłuchac go dłużej, ale gdzieś w tłumie ludzi kątem oka dostrzegłam Nick'a. Nick'a Vanill'a. Ciarki mnie przeszył po całym ciele. Cholernie się wyróżniał swoim czarnym ubiorem, okularami przeciwsłonecznymi, mimo że w środku było gorąco on miał założony kaptur i chodził z czarną parasolką, co prawdzie złożoną, ale na zewnątrz nie padało i nie wyglądało jakby miało się zanosić. Robił takie zamieszanie, że nawet dotąd niewzruszony gitarzysta raczył zadrzeć głowę w górę by sprawdzić co się dzieje. Na jego widok aż się wzdrygnął i zaczął zbierac swoje rzeczy. Dopiero teraz zauważyłam, że to Mike. Niebieska bluza, dotychczas trzymana na kolanach i zasłonięta przez instrument teraz wylądowała na nim. Nie dbając o zebranie pieniędzy, po prostu wcisnął gitarę do futerału, zapiął, po czym przewiesił przez ramię, jakby to była torba, mając instrument na plecach. Zrobił to tak szybko, że nim zdążyłam  przepchać się przez ludzi on już zniknął. Wtedy ponownie wróciłam do szukania wzrokiem Nick'a. Był zajęty oglądaniem świątecznych wystaw. Upewniając się, że na pewno ogląda pluszowe elfy, a nie patrzy się w jakieś lusterko i mnie obserwuje, natychmiast rzuciłam się do wyjścia. W domu byłam w czasie kilkukrotnie krótszym niż zwykle. Pierwsze co to przebrałam się i zdałam raport Hoodie. Jakoś niezbyt był tym zaskoczony. Drugie - szkicownik Otisowi i jeszcze raz szczerze przeprosiłam. Nim zdążył jakkolwiek zareagować, czmychnęłam do swojego pokoju. Kolejny dzień udany.
WTOREK
 Kreis znowu do nas zawitał, więc wręczyłam mu już 24h czekającą na niego książkę. Radosny schował zapakowaną do swojej torby. I dobrze. Lepiej żeby poznał jej tytuł nie w naszej obecności. Potem razem z Ann upiekłyśmy babeczki z tofu. Połowa była przypalona, ale i tak wszystkie zniknęły po 10 minutach. Bardzo miło się słuchało próby innych wydostania tego czegoś ze swojego gardła. Wieczorem całą rodziną włączyliśmy jakiś film. Właściwie filmy. Do trzeciej w nocy obejrzeliśmy trzy części "Omen", a potem jeszcze wersję z 2006 roku. Oczywiście z tegoż "horroru" ktoś ciągle musiał miec polewkę. Przykładowo taka scena: matka budzi się w nocy, schodzi na dół do kuchni i widzi swojego syna jedzącego kanapki. Gdy tylko mały ją zobaczył, odniósł talerz i bez słowa sobie idzie. Ktoś wtedy krzyknął: "I ta mina wyrażająca <Dave, jak się babcia dowie, że jej schabowych nie zjadłeś, a po nocach kanapki urządzasz to dostaniesz taki wpierdziel!>".  Albo moment, w którym Dave wpada w szał, a jego ojciec NATYCHMIAST zawiózł go do kościoła. Większości wżyło się w pamięć tylko to, że jadąc do kościoła gościu rozwalił całe podwórko i połowę miasta. Wtedy to ktoś rzucił: "Dobra młody, koniec dnia dziecka, jedziemy do kościoła". Był horror, a wszyscy bardziej rechotali. Czyli nic nowego!


CDN...

sobota, 24 grudnia 2016

Radosnych (creepy) Świąt + info


 Także... w tym jakże cudnym dniu, życzę wam bogatego Mikołaja...
Mikołaja? Rodzice się namęczyli z prezentami, a teraz wszystkie pochwały zgarnie ten czerwony grubas?!
...szczęścia, uśmiechu na twarzy, zdrowia...
No, przydałoby się.
...kasy...
500+...
Agh, zamknij się, moja pesymistyczna osobowość!  Eh, no i przede wszystkim, abyście nie skończyli tak jak ja z gorączką.


Teraz ogłoszenia: na rocznicę planuję przetłumaczyć wam pewną creepypastę, ale sami widzicie, od kilku dni czuję się jak rozkładające zwłoki i nie mogę nawet ustać na własnych siłach. Przepraszam... być może pojawi się krótko przed Sylwkiem. Posty też rzadko się pojawiają, bo wena gdzieś wyparowała, a poza tym, zaczęłam tyle wątków, że nie wiem jak wybrnąć (moja_mądrość). Czy mogę wam coś zdradzić? Hmm... na pewno spodziewać się czegoś po Ticcim...
+jak też widzicie, niektóre postacie się "powtarzają", więc to wy zdecydujcie czyi punkt widzenia mam opisać w następnym poście. Macie szeroki wybór.

Jeszcze raz radosnych fiąt, koszmarki :)

wtorek, 20 grudnia 2016

Silent Hunter. Creepypasta po polsku



 Ten chłopak to Kreis Claudio, piętnastolatek. Ma krótkie, brązowe włosy i dość długą grzywkę na boku. Jest całkiem chudy i wysoki, a jego oczy, podobnie jak u większości Azjatów, są czarne.
 Obecnie jest uczniem liceum, lecz z powodu pewnych nieprzyjemnych incydentów, ale i fakt, że zbytnio nie dogaduje się z innymi uczniami sprawia, że nie jest lubiany w swojej klasie. Uwielbia on czytać, szczególnie książki i komiksy, które potrafią wywołać dreszcze, ale też i lubi historie romantyczne. Te właśnie rodzaje są wykorzystywane w wielu powieściach.

 "Hmm... ta książka wydaje się dobra..." skomentował Kreis po przeczytaniu kilku stron, zabierając książkę z półki, po czym wrócił na swoje miejsce.

 "Hey! Wybierzmy się dzisiaj po szkole do
 "Czy to nie jest przypadkiem nowo-otwarty sklep? Chodźmy tam!"
 "Świetnie. Koniecznie też musimy zajść do..."

 "Nuda. Przecież jakakolwiek intertrakcja z ludźmi jest po prostu nudna i irytująca" pomyślał Kreis.

 "Ale... słyszałam, że podobno ostatnio w tamtej szkole obok miała miejsce masakra... wszyscy uczniowie zostali zamordowani!" wykrzyczała Lucy, znajoma z klasy Kreisa.
 "Wiem o tym! Trąbili o tym wczoraj w wiadomościach... to straszne!" Kreis najwidoczniej zainteresowany tematem, odłożył książkę i skupił swoją uwagę na rozmowie.
 "Taak. Morderca nawet pozostawił na drzwiach namalowany krwią uśmiech..."
 "Woah. Czyli jesteśmy teraz w niebezpieczeństwie... Lucy, nie mam ochoty teraz nigdzie wychodzić."
 "Eh, ja też nie mam ochoty. Może po prostu dzisiaj wróćmy wcześniej do domu..."

 "Heh..." Kreis uśmiechnął się ironicznie. "Masakra? Jak uroczo. Niemożliwe, żebym stał się przecież ofiarą czegokolwiek podobnego..." chłopak bez dłuższego zastanawiania się, ponownie powrócił do książki.

Resztę tego jakże nudnego dnia w szkole Kreis spędził na czytaniu. W trakcie wędrówki do domu włożył swoje słuchawki do uszu, wsłuchując się w muzykę i obserwując nieruchome niebo.
 "Może jeszcze dzisiaj spotka mnie coś ciekawego..."  nagle muzyka w słuchawkach ustała, a telefon zaczął dzwonić. Spojrzał na wyświetlacz telefonu, który głosił "MAMA".
 "Hallo? Mamo?" zamiast prostej odpowiedzi, wtedy kobieta po drugiej stronie coś biadoliła.
 "Kreis..." pośród różnych dźwięków, słowa mamy Kreisa były słabe, ale można było usłyszeć.
 'Co się stało?" zmarszczył brwi i wyraźnie się zaniepokoił. W tle słychać było dźwięk syren karetek i wozów straży pożarnej. Ale te wszystkie rzeczy nie były przerażające jak kolejne słowa jego matki.
 "Twój o-ojciec... on... n-nie żyje..."

Te słowa zraniły jego serce niczym najostrzejszy nóż, a płacz mamy rozbrzmiewał w jego uszach nieubłaganie. Chciał coś powiedzieć, ale po prostu nie mógł z siebie nic wydusić. Po jakimś czasie w końcu odzyskał zmysły i zapytał:
 "Mamo, gdzie jesteś?"
 'W fabryce o-ojca..."
 "Zaraz tam będę!" Kreis zakończył rozmowę i czym prędzej pobiegł we wskazane miejsce "Cholera!"

 Nie tylko jego rodzina była zepsuta, nieszczęśliwa... Kreis już nie słyszał tego dźwięku. Dźwięku łamiącego się życia.

Bramy fabryki zostały otoczone przez zainteresowanych gapiów. Po niejakim wysiłku, chłopak w końcu przepchnął się przez tłum, a to co ujrzał, sparaliżowało go. Cała fabryka pochłonięta była w ogniu, z okien wylatywały kłęby czarnego, smolistego dymu, które barwiły niebo, a czasami można było usłyszeć wybuchy od zewnątrz budynku. Ta przerażająca scena była widoczna już z dala. Pomimo wszelakich starań i wysiłków strażaków, ogień nadal nie ustępował. Na parkingu zebrało się setki ludzi, personele medyczni, rodziny ofiar wypadku... w tle rozbrzmiewały rozpatrzone krzyki i jęki. Tylko słowo "piekło" najlepiej opisywało tą scenę.

 "Mamo?" Kreis powrócił do zmysłów i wzrokiem zaczął szukać swojej rodzicielki. Na wszelki wypadek sprawdził każdą karetkę, by sprawdzić czy jego rodzice tam są, lecz w końcu zauważa klęczącą postać we wzrokiem wbitym w ziemię.  "Mamo..." przystaje, a głos utkwił mu w gardle.
Właśnie wtedy w fabryce nastała kolejna eksplozja, a ludzie znowu zaczęli panikować.
Ale on jakby nie usłyszał wybuchu. Był wlepiony w postać swojej matki, której ubrania były pokryte popiołem. Obok niego leżało ciało ojca, spalone tak bardzo, że z trudem było go rozpoznać. W dłoniach umarły trzymał złoty wisiorek, zdradzający jego tożsamość. Był on prezentem ślubnym.
Jego matka tylko gapiła się na złoty naszyjnik w jego rękach. Kreis otworzył dłonie ojca i zabrał od niego wisiorek. Otworzył naszyjnik i obejrzał malutkie zdjęcie rodziców. Mimo, że było nieco spalone, nadal utrzymywało się w dobrej formie. Na zdjęciu para wspólnie uśmiechała się radośnie, jakby byli najszczęśliwszymi ludźmi na świecie, kompletnie nieświadomi, że ten brutalny incydent niedługo ich dosięgnie. "Oddawaj mi to!" jego matka wyrwała mu nagle naszyjnik męża z jego ręki i coś tam mruczy: "Nie martw się... mam go z powrotem, nie martw się..." Kreis jest nieco zaskoczony tym co ona zrobiła, a w nim nagle obudziło się poczucie troski, zmartwienia o swoją rodzicielkę.
 Wnet kobieta raptownie podniosła się. "Mamo?" spytał Kreis, ale ona nawet nie patrząc na syna, ruszyła w kierunku bramy fabryki. Chłopak patrzył tylko jak odległość między nimi wzrasta. Nawet kiedy personele medyczni podeszli do niej z pytaniami, czy wszystko w porządku, ona po prostu je zignorowała. Chciałby pójść za nią, ale jego nogi były jakby przybite do ziemi. Patrzył jak matka odchodzi, póki jej sylwetka nie zniknęła całkowicie z jego punktu widzenia.

Zaraz po pogrzebie ojca, Kreis nadal żył w swoim własnym świecie, ale wszystko zmieniło się tego dnia.

Gdy jego matka straciła ukochanego zwykle wychodziła nie mówiąc dokąd i wracała rankiem. Poza faktem, że matka Kreisa stała się bardzo małomówna, nic nie zmieniło się w jego życiu. Jednak kilka dni później depresja pochłonęła ją już całkiem, a ona stała się niepoczytalna. W przeciwieństwie do swojej spokojnej osobowości, ta druga teraz rzucała w swojego syna przeróżne rzeczy, ostre rzeczy i to nie był jedyny sposób przemocy nad nim. Na jego ciele widoczne były siniaki, czy zadrapania, ale ona wciąż nie przestawała. Chciał najlepiej wtedy uciec, ale ostatecznie Kreis decyduje się jednak znosić ból. Patrząc na swoją matkę, zaczął jej nie poznawać i tracić nadzieję na lepszą przyszłość, a rozpacz zmyła jego poczucie bólu.

Mimo to, chłopak nadal chodzi na zajęcia do szkoły.

Pewnego dnia Kreis wrócił do domu po zakończeniu lekcji, ale po otworzeniu frontowych drzwi zdziwił się tym co zobaczył. Miejsce przypominało jak jedno z tych miejsc rytualnych, które zwykle można zobaczyć w filmach, a ściany pokryte były jakąś czarną tkaniną. Poza tym były porozwieszane dziwne rysunki i niezrozumiałe znaki.
"Witaj z powrotem!"  piętnastolatek spostrzegł, że jego matka miała na sobie czarną szatę, gdy wyszła mu na powitanie. Od razu pomyślał, że coś przed nim ukrywa i od razu włączył mu się alarm. Wnet jakby na potwierdzenie jego obaw, za kobietą stanęli jacyś mężczyźni, również w czarnych szatach.
"Kim jesteście?" zapytał i spojrzał na tajemnicze postacie przed sobą. "Co to ma znaczyć?" matka chłopaka położyła mu dłoń na ramieniu: "Powinieneś byc zadowolony, jesteś jednym z niewielu wybranych kandydatów!" Kreis aż się wzdrygnął: "K-kandydatów?"
"Kandydatów w rytuale, głupcze! Twoja dusza i ciała należą wyłącznie dla niego!" kobieta uśmiecha się do niego, ale jej uśmiech wywiera na chłopaku bardzo złe wrażenie.
Dni stawały się coraz cięższe. Tamci mężczyźni w czarnych szatach nacinali jego skórę aby wydobyć krew lub wbijali drewniane słupki w ciało. Takie rytuały były wykonywane raz na kilka dni, a kończyły się dopiero kiedy Kreis był już na granicy śmierci. Nikt nie był zdolny przerwać jego cierpienia, nawet myślał że po prostu umrze.
Dzień w dzień, w końcu adaptował ten ból.
Zawsze na koniec rytuału bandażują go i zostawiają na kilka dni by doszedł do siebie. To się stało rutyną. Wciąż chodził do szkoły, nawet jeśli był w krytycznym stanie, by nie mieć więcej nieobecności. Kreis otworzył swoją szafę i wyjął z niej czarną bluzę z długim rękawem. Położył ją w jakimś widocznym miejscu by jutro ubrać się w nią do szkoły.
Podobnie jak większości dni, chłopak czytał książkę przy biurku, ale tym razem ma niespodziewanych gości. Zwyczajnie kiedy osiągał punkt kumulinacyjny w czytanej historii ktoś wywrócił jego ławkę, robiąc ogromny hałasu. Głośny dźwięk przyciągnął uwagę niektórych ludzi, ale on jak gdyby nigdy nic nawet nie zwrócił na to uwagi.
"Hej! To prawda, że twój dom służy teraz do czarnych rytuałów?!" pyta Simon, jeden z paczki Lucy, który właśnie kopnął stół Kreisa. Nie wiadomo było skąd on się o tym dowiedział. "Ku**a! Czy on nie da mi po prostu spokoju?!" pomyślał Kreis, a Simon zabrał jego książkę i rzucił nią o podłogę.
"...." Kreis spojrzał na książkę nie reagując na kolegę z klasy, za to tamten kontynuował: "Oczywiście, że to prawda, zważywszy to że twój tata umarł, a matka oszalała! Hahahaha! Jakie żałosne!" Lecz właśnie tą obelgą rzuconą w jego stronę, przekroczył granicę. Kreis podniósł się gwałtownie i złapał Simona za kołnierz. "Ooo, wkurzyliśmy go! Boję się!" skomentował Scott, jakiś inny przydupas Lucy.
Dopiero wtedy Kreis sobie coś uświadomił; jeśli teraz go uderzy, zostanie tylko pobity, ale jeśli go puści... zostanie nazwany tchórzem.
Podczas gdy chciał zadecydować co jak ma postąpić, poczuł na sobie czyiś wzrok. Rozejrzał się i ujrzał siedzącą na krześle Lucy ze swoim uśmieszkiem. Zrozumiał, że to ona nasłała na niego Simona.
Kreis nagle puścił kołnierz chłopaka.
"Nie chcesz się bić? Uderz mnie! Co, boisz się?" Simon obrażał go po raz kolejny.
Tamten spojrzał na niego tylko, zaśmiał się i powiedział: "Heh, myślałem że jesteś po prostu ślepa, ale wygląda na to że i twój mózg jest uszkodzony." po czym spojrzał szyderczo na Lucy.

Dziewczyna wydawała się być wściekła, że została właśnie wyśmiana przez kogoś, kim szczerze gardzi. I na pewno nie zamierzała tego tolerować.
"Jeb*ny sukinsyn!" Simon uniósł pięści gotowy zaatakować.
"Nauczyciel idzie!" wykrzyknął któryś z uczniów, aby ostrzec wszystkich.
"Phi! I tak się kiedyś policzymy!" warknął Simon zanim on i reszta przydupasów wrócili na miejsca.
Kreis stawia ławkę z powrotem na swoje miejsce, podniósł książkę z ziemi i wrócił do czytania, jakby tamto zdarzenie było tylko złudzeniem.
"Zapłacisz za to, gnido!" warknęła Lucy piorunując go wzrokiem.

__________________________________________________________________________
Kolejny dzień.
Kreis oglądał swoją ławkę w klasie, która była pokryta wyzwiskami i jakimiś rysunkami z markera. "To pewnie ich robota..." pomyślał sobie "Jakie niedojrzałe." To samo dzieje się przez kilka kolejnych dni, więc czyszczenie biurka staje się codziennością.

"Hehehe..." chłopak niekiedy słyszy za sobą chichoty innych.

Tydzień później, gdy nastolatek miał zamiar opuścić szkołę, został zatrzymany przez gang.
"Czego chcecie?" popatrzył się na grupę i już wiedział, że jest tragicznie źle.
"Niewiele" odpowiedziała Lucy, a za nią stanęło siedem osób, w tym Simon i Scott "Tylko coś z tobą omówić!"

Następnie gang przeniósł Kreisa do opuszczonej alei na ulicach, pokonując go.

"Do diabła! Dlaczego on nawet nie krzyczy?!" Simon rozpoczął serię uderzeń w brzuch "W ogóle jest człowiekiem?!"
"On nie jest częścią tej czarnej religii? Ciekawe czy może używać czarnej magii..." kopnął go Scott.
"Zobaczymy!"

Kreis leżał na ziemi obejmując głowę ramionami. Tamte wcześniejsze uderzenia w porównaniu do tamtych zabiegów nie były aż tak bolesne, ale i tak zmusiły go do lekkiego kaszlu.

"Zwędziłem kredę z sali lekcyjnej żeby narysować rytualny krąg! Sprawdźmy czy przywołamy coś z jego krwi!" zawołał Scott i wyjął paczkę kred.
"Haha, niezły pomysł. I co tak stoisz? Ruszże się!"
"Eh, dobra, dobra!" Simon wyjął z kieszeni jeszcze nóż i bez wahania rozciął rękawy swojej ofiary.
"Skończone." Scott wydaje się byc bardzo zadowolony z tego co narysował.

Kreis spojrzał na rytualny krąg i wiedział, że to co się wydarzy jest nieuniknione. Chwilę później czuje ból na ramieniu i zauważył, że Simmon już się zabrał do rzeczy. Obserwował tylko jak jego krew kapała na narysowany kredą krąg. Nic się nie działo.

"He? I nic! Co za głupota!" Simon splunął na ziemię zły "Chodźmy, zaczynam się nudzić..."
"Hmm, słyszałem, że do baru przyjdą jakieś nowe dziewczyny."
"Poważka? Musimy to sprawdzić...!"

Po czym gang odchodzi. Żałośnie wyglądający Kreis podnosi się z ziemi i ociera twarz z krwi. "Ach..." rana otworzyła się ponownie.

_____________________________________________________________________-___________


Potem chłopak wrócił prosto do swojego domu; otwierając drzwi ujrzał przed sobą swoją matkę.

"Jesteś spóźniony" mówi z poważną twarzą "Idź się przygotować do rytuału!" Kreis czuje zniechęcenie, ale nie mówi słowa sprzeciwu; Jego matka nigdy nie dbała o jego rany, za to zawsze miała na uwadze to czy rytuał będzie idealny czy też nie.

Po przebraniu czystych ubrań, Kreis już leżał na ołtarzu z matką stojącą obok niego.

"Jest tutaj z nami o 5 więcej magów, więc to się nie może nie udać! Po prostu nie może! Hehehehe!" kobieta spojrzała na syna, który coś mruczał: "To jest ostatni raz, gdy to robimy, prawda?" Na to odpowiedziała: "Tak, dziecko, tak..." Inaczej niż innymi razami, teraz jego matka uspakajała go łagodnie. "Zniosę to do końca..." myślał sobie.

Ale nie miał racji. Był w kompletnym błędzie.

Kreis nagle zostaje przykuty do ołtarza przez ludzi w czarnych szatach. Starał się uwolnić, ale to wszystko było bezużyteczne. "Puszczajcie mnie!" nawet nie przypuszczał, że ostatni rytuał będzie inny niż tamte poprzednie. Że będzie kosztował jego życie!
Ignorując jego szarpaniny i błagania, matka Kreisa wzięła nóż i podeszła do syna. Patrzy na niego oczyma bez jakichkolwiek emocji.
"Rozpocznijmy" powiedziała. Wtedy magowie spokojnym głosem zaczęli mówić coś wspólnie, każdy po kolei. W końcu kobieta uniosła nóż i krzyknęła:

"Oh, mój drogi Panie! Tu przedstawiamy dla ciebie żywy hołd, aby pokazać ci moją lojalność! Proszę, wysłuchaj moich słów! Teraz usłuchaj i pokaż się!"

Szept magów był kontynuowany w tle.

Właśnie wtedy ogromna liczba cieni na podłodze wybiła do góry niczym strzały i jak drapieżne zwierzęta objęły ciało Kreisa. A cienie te były negatywnymi emocjami ludzi, które teraz pochłaniały jego serce i umysł...

"AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA! TO BOLI! BOLI!!!" krzyczał przewrażliwię Kreis, a jego ciało zalewa fala bólu. Pewnie nikt nigdy nie mógł sobie wyobrazić tego co przeżywa. Ze względu ja jego dużą wytrzymałość, starał się walczyć, lecz jego ciało stawało się tylko coraz bardziej czerwone.

"Szybko! Niech trochę pokrwawi! W przeciwnym razie jego ciało pęknie od ciśnienia!" jeden z magów upomniał jego matkę.

Przestraszona kobieta, że zaraz straci hołd, szybko robi nie głębokie nacięcie na szyi chłopaka. Stojąc w kałuży jego krwi, śmiała się szyderczo z jego już konającego "Nadszedł czas aby to on wziął twoje życie!" po tych słowach zatopiła ostry nóż w jego klatkę piersiową, przebijając serce. Kreis patrzył na żałośnie wyglądającą twarz kobiety: "Jak zabawnie!" myśli "Ona sądzi, że mogłaby mnie zabić!"
W pokoju nastało milczenie, jak gdyby rytuał ustał. Każdy podchodzi do ołtarza zobaczy czy to się powiodło, a może by tylko zobaczyć martwe ciało...

"Czy się powiodło?"
"To nigdy nie zawodziło! Powinno działać!" matka Kreisa histerycznie krzyczy.
"Czyżby nam czegoś brakowało...?"
"Być może..."


Tak jak są one mylone w efekcie ogromnej siły, wybucha od pozycji wysyłając Kreisa na bok sali. Nagle ciemna mgła przykryła ołtarz. Crack, crack, crack, crack. Dźwięki strzelania rozchodziły się po całym pomieszczeniu. Później z mgły wyszła znajoma postać. To Kreis.

"On wciąż żyje! Nie jest martwy! Rytuał nie powiódł się!" wrzeszczeli magowie zakłopotani.

Kreis spojrzał na nich zimnymi oczami, a mgła natychmiast przerodziła się w ostrą strzałę zdolną do przebicia wszystkich na wylot, tak też się stało z jednym z nich.

Ciało maga prędko zmieniło kolor na czarny i zgniło, aż w końcu zaczęło się topić i pozostał tylko szkielet. Ludzie zaczęli panikować i uciekać w popłochu, jednak z mgły tworzą się kolejne strzały, które przeszywały mężczyzn.

"NIEEE! NIE CHCĘ UMRZEĆ!" mimo tych wrzasków masakra nadal trwa.
Matka Kreisa uświadomiła sobie, że chłopak idzie w jej stronę: "N-nie podchodź d-do mnie!!" była tak osłabiona ze strachu, że wierzgała się na podłodze. Kreis klęknął obok niej i podniósł nóż z podłogi. Widząc przerażenie w jej oczach zaczął się śmiać: "Wykonajmy twój ostatni rytuał!"

_________________________________________________________________________________


Cały pokój był wypełniony zapachem krwi. Na ciele matki chłopaka są różne zacięcia, które wykonał on sam. Jej kończyny były przybite do ziemi, a ona sama była unieruchomiona.
"Ahg... proszę... przestań..." błagała słabo o litość.
"Ha! Czy ty sobie ze mnie żartujesz? Będziesz teraz cierpieć za to, co przeszedłem!" Kreis podniósł zakrwawiony nóż i wbijał go niezliczoną ilość razy w jej ciało, śmiejąc się przy tym.
"Boli? Bardzo boli? Hahahahaha!" spojrzał prędko na dłonie kobiety bez przerywania poprzedniej czynności: "Oh, tylko nie to... zapomniałbym o najważniejszym." zauważył linę leżącą na ziemi i uśmiechnął się pod nosem. Wziął ją i zaczął ją obkręcać wokół szyi kobiety, dociągając każdy z końców, zmuszając tym samym do kaszlu. Za każdym razem kiedy wydawałoby się, że zaraz straci przytomność, po prostu luzował uścisk.
"Nie możesz zginąć tak wcześnie" powiedział spokojnie: "Jeszcze nie teraz" jego matka otworzyła oczy szerzej ze strachu.
"N-nie...!" nie pozwolił jej dokończyć zdania, ponieważ położył rękę na jednej z jej ran na brzuchu i "bawił się" jej organami wewnętrznymi. Złapał za jeden z nich, a na jego twarzy zagościł szeroki uśmiech.
"Hehe, znalazłem to" Kreis czuł pompowanie w swojej dłoni. Jego twarz stała się bardziej poważna i chłodna. "I pomyśleć, że krew takiej szumowiny jest taka... ciepła... co za ironia" po tych słowach wyrwał narząd z ciała matki,  krew wszędzie trysnęła, więc w taki sposób została zabita przez własnego syna.

Mgła opadła, a na ziemi walały się kości magów, którzy brali udział w rytuale. Kreis patrzył na zwłoki matki, które miały szeroko otwarte oczy pełne zgrozy. Bez słowa wyszedł z pomieszczenia.

______________________________________________________________________________________


Stojąc w swoim pokoju przed lustrem przyglądał się swojemu odbiciu. Dotknął ostrożnie swojej klatki piersiowej, która wcześniej miała śmiertelne cięcie, teraz jest gładka i czysta, jak nigdy nic.

"Moja lewa źrenica... jest złota..." zauważył "Czy to robota tego, koga nazywali "mistrz"...?" Nagle parę słów pojawiło się w jego umyśle: "Siła... moc... klątwa.... masakra..." uśmiechnął się "Jego potęga jest teraz moja!"

Kreis powędrował do łazienki i wziął prysznic by zmyć z siebie całą krew, po czym ubiera swoje ulubione czarne spodnie i czarną bluzę z kapturem. Posiada białą poszewkę na kapturze z symbolem X, tak samo jest na rękawach i plecach. Co do spodni, po bokach rozciągają się białe pasy. Wtedy sobie coś przypomniał.  Z szafy wyciągnął jeszcze czerwony szalik z czarnymi krzyżami na końcu. "Prawie o  nim zapomniałem" owinął go wokół szyi, a szalik zakrywał pół twarzy, a był tak długi, że sięgał aż do tali.

Po tych przygotowaniach Kreis wylał benzynę po całym domu i zabrał z niego nóż kuchenny przed wyjściem, po czym rzucając zapaloną zapalniczkę, cały budynek stanął w płomieniach.
"Żegnaj"
Po tych słowach obrócił się i odszedł.

_______________________________________________________________________________________


W tym samym czasie Simon i Scott wychodzą z baru gotowi do powrotu do domu.
"Nie widziałem żadnych nowych dziewczyn w barze, Lucy!"
"A jak miałam was wyciągnąć? Poza tym zabraliśmy tamtemu trochę kasy."
"Hahaha! Został zbity jak pies!"
"Co robimy z nim jutro?" zachichotał Scott.
"Śmieci i mazanie po biurku jest już przestarzałe. Wymyślmy coś nowego!"
"Może zmuśmy go do walki z psami? Rozumiecie to? Pies kontra pies! Hahaha!"
"Fajny pomysł!"
"Hahaha!"

Byli bardzo podekscytowani dniem jutrzejszym, gdyż już dyskutowali jak zmusić Kreisa do walki.

Na dachu jednego z budynków Kreis przysłuchiwał się rozmowie w milczeniu, wyciągnął tłumik i szeroko się uśmiechnął, jakby wyśmiewał się z nich, bo za moment czeka ich śmierć.
"Nadszedł czas na polowanie!"
Skoczył z budynku lądując przed grupą i blokując drogę. Kaptur zasłania mu oczy, więc gang go nie rozpoznał.
"Hej! Jak śmiesz blokować moją drogę?! Jeste..." nim Simon dokończył zdanie, jego szyja była już rozcięta przez nóż, a krew rozlała się jak z fontanny. BUM. Jego ciało upadło na czerwoną kałużę i więcej nie poruszyło się ponownie.
Pozostałe osoby patrzyły na zwłoki oszołomieni.
"Hyaaaaaa!" głośny krzyk Lucy wyrwał resztę gangu z szoku.
"On... nie żyje?" mówi Scott "Simon... aaaauuugh! Moja ręka!" Scott patrzy na swoją posiekaną prawą rękę i próbował zatamować krwawienie, ale sekundę później napastnik wycelował nóż w jego gardło.
"Jacy hałaśliwi" Kreis wyjął nóż z jego ciała. W tak krótkim czasie pozbył się dwóch osób.

Widząc przed sobą dwóch martwych przyjaciół, Lucy od razu rzuca się do ucieczki. Oczywiście Kreis nie pozwoli jej żyć!

Kilka cięc nożem, krew tryskała z ich ciał doprowadzając do punktu krytycznego. Kreis spojrzał na Lucy, która siedziała przerażona tym co się dzieje, wpatrzona w mordercę przed nią.

"K-kim ty j-jesteś?" zapytała "
"hahahahahahaaaaahahahahaha!" odpowiedział jej histerycznym śmiechem i podszedł do niej. Umysł Lucy zalała fala strachu.
"Nie podchodź do mnie! Nie zbliżaj się!" patrzyła ze strachem na przykucającego obok niej zabójcę.
"Chcesz wiedzieć kim jestem?" uśmiechnął się tak samo jak wtedy, gdy zabił Simona, po czym uniósł kaptur ukazując swoją twarz Lucy.
"Ty! Jesteś Kr--" gdy Lucy chciała wypowiedzieć jego imię, ten natychmiast wbił w jej serce nóż, zabijając ją.
"Nie masz prawa wypowiadać mojego imienia, kretynko." Kreis założył kaptur ponownie i odszedł z miejsca zdarzenia, nim ktokolwiek by go przyłapał.


______________________________________________________________________________________


"Dzisiaj rano znaleziono kilka zwłok w tutejszej okolicy. Policja twierdzi, że ofiary zmarły z powodu utraty krwi. Z nagrań monitorów wynika, że sprawca miał czarny kaptur i czerwony szalik. Wszystkie ofiary były z tej samej klasy, a tropy wskazują, że to Kreis Claudio był prawdopodobnie sprawcą masakry. Według informacji, Kreis ma około 175 centymetrów wzrostu, brązowe włosy, czarną bluzę i czerwony szalik. Obecnie jest na liście jako poszukiwany przestępca, więc jeśli zauważyłeś kogoś, kto pasuje do podanego opisu, prosimy o natychmiastowe skontaktowanie się z policją. Dziękuję"







____________________________________________________________________________________________
To moja pierwsza przetłumaczona creepypasta, więc na pewno gdzieś tam będą niejasności, ale mam nadzieję że nie będzie to totalny chłam pozbawiony sensu... oczywiście niekiedy potrzebowałam pomocy, ale wytrwałam do końca. Mam nadzieję, że to nie moje ostatnie tłumaczenie. A wybrałam akurat to, bo bardzo lubię Kreisa. No dobra. Ja go wręcz uwielbiam. Tłumaczenie tego tekstu to była czysta przyjemnośc, nie licząc tych momentów, w których już chciałam coś wepchnąc na siłę xD.
Pozdrawiam .

środa, 7 grudnia 2016

Dni z życia CreepyPast 11


Z punktu widzenia Alice...
 Przystanek końcowy naszej misji - cmentarz.
Powód dla którego Toby nie mógł ruszyć z nami - martwa Lyra i jeszcze żywy Domino.
 Naszym jedynym zadaniem było sprawdzenie czy na tym terenie rzeczywiście grasują jakieś podejrzane typki i czegoś nie kombinują. Ja, Masky i Hoodie postanowiliśmy się nie oddalac od siebie za bardzo, szczególnie gdy panowała gęsta mgła. Było spokojnie. Tylko paru menelów urządziło sobie sielankę na jednym z grobów. Naturalnie się ich pozbyliśmy. Omijaliśmy alejki wolno, rozglądając się uważnie i starając się usłyszeć najcichsze dźwięki.
 - A kogoż moje oczy widzą! - po cmentarzu rozniosło się czyjeś echo. Za cholerę nikt z nas nie mógł zlokalizować gościa ani dostrzec wśród mgły. Dopiero po minucie podszedł na tyle blisko, abyśmy mogli go dostrzec. Tym kimś był wcześniej wspomniany Domino. Cóż, zawsze miał skłonności do oddalania się od swojego stada, chyba że Skroll też ma w tym jakiś interes wysyłając go tutaj.
 - Dwa, trzy... gdzie czwarty? - wy szerzył usta w uśmiechu - Zgubił się po drodze?
 - Toby'ego z nami nie ma - odezwał się Tim.
 - Jaka szkoda! Skroll specjalnie wysłał mnie tutaj kompletnie samego, żebym mu to powiedział... samego! Skazał mnie na pewną śmierć z waszej ręki, a ja nie mogę spełnic jego woli!
 Kombinuje coś.
 - Każdy wie, że prawda wyjdzie na jaw - Domino postawił nogę na jednym nagrobku. Stały na nim jeszcze zapalone znicze i nie brzydkie kwiaty, co wskazywało na to, że ktoś odwiedza ten grób często. Albo dopiero co zaczął istnieć? Nie... mimo panującej mgły można było odczytac wyryte imię i nazwisko zmarłego, a raczej zmarłej. Lyra Rogers tak właśnie głosił napis. Daty zasłaniały kwiaty.
 - Skroll nie byłby na tyle głupi - zabrałam głos - Nie wysłałby cię tutaj samego - równocześnie rozglądałam się po terenie, próbując dostrzec snajperów.
 - Czemu nie? - zaśmiał się - Nigdy nie dbał o nasze życia. Szczególnie o życia byłych przydupa...-
 W tym momencie rozległ się huk, a Domino odskoczył w bok jak poparzony. Sekundę później zorientowałam się w sytuacji. Masky strzelił z pistoletu, ale najwyraźniej nie trafił. Za to przeciwnik był piekielnie szybki i w oka mgnieniu znalazł się przed nami z zamiarem zatopienie noża w jednym z nas. Nim Tim zdążył strzelił ponownie, ostrze przecięło mu zewnętrzną stronę prawej dłoni. Chłopak zawył z bólu i w tym momencie poleciały następne strzały. Usłyszałam głośny syk. Błyskawicznie wyjęłam swój nóż i bez obmyślonego planu rzuciłam się na Domino. Jednak nim zdążyłam wyrządzić mu jakąkolwiek krzywdę, któryś z chłopaków objął mnie w tali i zaciągnął do tyłu.
 - Co ty wyprawiasz?! - usłyszałam warknięcie - Chcesz zginąć?!
W tym całym zamieszaniu nawet nie zauważyłam, że Domino trzyma wielki nóż wymierzony prosto w mój brzuch! Na twarzy bruneta pojawił się grymas zawodu, po czym wyciągnął z rękawów swoje asy, które wycelował prosto na mnie.
 - Padnij! - zawołał Brain i rzucił się prosto na celownik. Obronił mnie, przyjmując atak na plecy.
 - Hoodie! - moje wołanie zostało zgłuszone kolejną serią strzałów Masky'ego.
 - W-w-wszystko... wszystko o-ok... - wyjęczał drżącym głosem.
 - Cholera! - po tym z Masky'ego wylała się wiązka przekleństw - Spieprzył nam. - po tym podszedł do przyjaciela i bez zbędnych słów wyjął mu dwie karty wbite między łopatki. Królowa kier i król kier. Szczęśliwie to było tylko draśnięcie.
 - Nie m-ma szans żebyśmy go do-dogonili - zająknął się Hoodie.
 - Straciłem wszystkie naboje. - dorzucił Masky obserwując uciekający cień wśród gęstych drzew.
Ja milczałam, patrząc na plamy krwi, jakie za sobą zostawił.
 Staliśmy tak jeszcze chwilę w milczeniu, zgorszeni swoją porażką. Wiedzieliśmy już, że kiedy zdamy o tym raport, nasz pan może do nas stracić zaufanie. W końcu nasza trójka - dysponując pistoletem i kilkoma ostrzami - daliśmy uciec jednemu ze Skrollverse - który do zaoferowania miał tylko swoje karty jak żyletki i jedno większe ostrze -. Wolno podeszłam do miejsca pochówku Lyry i położyłam kwiaty na jej nagrobku, które wcześniej strącił Domino. Wazon, jeszcze niedawno cieszący oczy pięknymi na nim ozdobami, przeróżnymi aniołkami i złotymi wzorami teraz był rozbity w drobny mak. Tak samo skończyły dwie znicze, których szkło wyrzuciłam w jakieś mało widoczne miejsce. Nigdy jej nie znałam, a jej grobem "zajęłam się" jedynie z poczucia zobowiązania. W końcu była siostrą naszego Toby'ego. To było jednym z dwóch powodów dlaczego właśnie z nami nie przyszedł. Szału by dostał, albo i zawał na miejscu.

 Z punktu widzenia Nathan'a...
 - Aaaaaaaa! - Mike darł się wniebogłosy i osunął na białe kafelki, kiedy tylko solidnie przywaliłem mu rozgrzanym czajnikiem.
 - Ty gnido! - kulił się na podłodze, łapiąc za obolałe miejsce.
Ben w progach tylko przyglądał się z miną "żałuję że tutaj jestem".
 - Znowu się bijecie? - Nikki pchnął elfa na bok by wejść do kuchni. Nadal siebie nienawidzili - Daj mi to! - wskazał ręką na czajnik.
 - Ależ proszę - wyciągnąłem przedmiot w jego stronę i nachyliłem o 90 stopni, by resztka wody poleciała prosto na Mike. Niestety zdążyła już ostygnąć. Blondyn tylko zakasał, a Ben cofnął się gwałtownie do tyłu.
 - Kiedyś cię zamorduję! - wrzeszczał zbierając się z ziemi, cały mokry. Otrzepywał się jak pies, więc zasłoniłem się ręką. Wtedy Nikki wyrwał mi czajnik z dłoni i wlał znowu wody, po czym postawił na gazie.
 - I tak z tym frajerem codziennie! - stękał Mike.
 - Może ja i nie mam prawej ręki, ale lewa też niczego sobie! - rozzłościł mnie, po czym dostał cios wymierzony prosto w twarz. Poślizgnął się i upadł z hukiem, próbując się łapac czegokolwiek. A że kuchnia była mała, zwalił połowę rzeczy ze stołu i pobił jedyny wazon z parapetu.
 - Za to ty jesteś niepełnosprawny umysłowo - warknąłem.
 - Właśnie dlatego byłem przeciwko wam - wtrącił Ben. Chodziło mu oczywiście o propozycję Slendera abyśmy żyli z nimi pod jednym dachem. Bądź co bądź z Nikkim mieli małe sprzeczki, ale najwyraźniej to odeszło w niepamięć. Ale i tak się nie zgodziliśmy. A Ben był chyba najbardziej przeciw.
 - Idioty - rzucił brunet wychodząc z pomieszczenia z kubkiem i jego gorącą zawartością.
 - Idziemy, Ben - wstał z ziemi i nawet nie zorientował się, że dostał krwotoku z nosa - Później posprzątam.
Wyszli z pomieszczenia, a ja udałem się do swojego pokoju, jak zwykle pogrążając w ciemnościach i ciężkiej muzyce.


CDN...



  Jak wiecie powoli dopadają nas święta. Super, pięknie kolorowo. Spostrzegawczy nawet zauważyli malenkie zmiany w blogu. A z tym idzie, że niedługo rocznica bloga (to brzmi tak sztucznie).
I postaram się coś przygotowac w miarę fajnego na rocznico-święta :)

piątek, 25 listopada 2016

Dni z życia CreepyPast 10 (3 - 3)



 Z punktu widzenia Toby'ego...
 Ponieważ nie chciałem narażać się na atak ze strony Skrollversów, postanowiłem nie zapuszczać się do lasów nocą, tylko znaleźć jakieś miejsce do przenocowania. A tym miejscem była samotnie stojąca ławka na cholernym odludziu. Ubrania miałem całe podarte, a skórę pociętą. Łopatę zostawiłem pod ławką. Rano byłem zmarznięty jak jeszcze nigdy. Chwiejnie wstałem z mojego "łożyska" i zakręciło mi się w głowie. Dookoła mnie była mgła, a ja próbowałem sobie przypomnieć, w którą stronę iść. W końcu po ocknięciu się, ruszyłem do domu. Już nie zawracałem sobie głowy targaniem łopaty.
 Tak jak podejrzewałem, po powrocie zaczynało się ściemniać, a ja niemal skręcałem się z głodu. Już u progu drzwi rozebrałem się z bluzy spodni, zdjąłem maskę i gogle, rzucając je koło drzwi łazienki, pozostając praktycznie nagi, gdyby nie szary golf i bokserki.
 - Pokaż kotku co masz w środku... - wymamrotałem śliniąc się jak pies na widok lodówki. Jak zwykle, standardowo czekały tam gofry i sernik (ale od czasu do czasu pojawiał się tam serek kiri). Chwyciłem natychmiast talerz goferków i usiadłem z nimi do stołu, zaczynając łapczywie jeść.
 - Dobrze się czujesz? - ktoś pomachał mi ręką przed twarzą. Spojrzałem na osobnika, a tym kimś okazał się być Kagekao.
 - Tak - przełknąłem duży kęs - Świetnie.
 - Ke ke ke - zaśmiał się na swój sposób - Zafundowałeś nam niezłe widoki.
 - Co... - rozejrzałem się po pomieszczeniu. Dopiero wtedy zauważyłem zgraję demonów. Na kanapie siedzieli Ben z jakimś blondynem... Mike? Ale byli zbyt pochłonięci jakąś grą. Obok nich siedziała Lazari, która dotychczas skupiona była na swoim ciasteczku, teraz jej wzrok skupiony był na mnie. Na środku salonu w dywanie wyciągnął się Zak, uśmiechając od ucha do ucha, a wokół niego krążył Vincent ze swoim fioletowym królikiem. Obok łazienki pod nosem śmiała się Ann. Ze mnie. A wprost mnie siedział Nathan. Jezu, jak ja mogłem nie zauważyć tylu osób?
 - Jestem zmęczony po misji - tłumaczyłem się - Zaraz sobie pójdę - mówiąc to włożyłem do ust ostatni kawałek gofra.
 - Złożyłeś już raport? - zapytał Kagekao.
 - Jeszcze nie - odparłem.
 - Jak będziesz u wujaszka przekaż, że jest tutaj natychmiast potrzebny.
 - Pali się?
 - Nie, ale odkryliśmy nowy vers. Chyba.
Dosłownie mnie zatkało.
 - Przekażę.
  Po złożeniu raportu i poinformowaniu o zebraniu, zapytałem o zawartość walizki.
 - Odcięta głowa - odpowiedział bez chwili wahania - To się tam znajdowało.
 - Do kogo nale...-
 - Colin. Odcięliśmy mu głowę. Kiedy głowa i ciało są blisko siebie, mogą się złączyć, a on ożyć. Pamiętasz chyba tą zasadę?
 - Pamiętam.
 - Świetnie. Niektórzy będą chcieli go wskrzesić, więc chyba dobrze ją ukryłeś?
 - Nikt jej nie znajdzie - teraz żałowałem, że po prostu nie wsiadłem z jego łbem w pociąg i nie wywiozłem jeszcze dalej, ale pocieszyłem się tym, że i tak dobrze się spisałem.
 - To dobrze. Nie chciałbym mieć z nim znowu do czynienia, jak my wszyscy. Możesz iść... i się ubierz.
Zostałem zbity z tropu. Westchnąłem tylko cicho i poszedłem się wykąpać i wrzucił swoje ubrania do pralki. Po umyciu się, od razu moje nogi zawędrowały do mojego łóżka, a ja pogrążyłem się w krainie snów.


CDN...

środa, 23 listopada 2016

Dni z życia CreepyPast 10 (2 - 3)



Z punktu widzenia Toby'ego...
Pomimo zakazów Tima i Braina, abym nie uczestniczył w następnej misji i tak miałem zamiar ich śledzic. Ale gdyby nie mój Pan, poszedłbym z nimi. Niestety wykrył moje zamiary, ale dał mi przynajmniej jakąś robotę. W naszym domu, w podłodze była ukryta klapa, a na dole oprócz ogromnej pustej przestrzeni, spróchniałych schodów, kilka półek, masy pajęczyn i wilgoci nie było nic. Zadanie było proste - znaleźć w tej cholernej piwnicy jakąś walizkę i zakopać ją, wynieść jak najdalej.
 - Co w niej jest? - spytałem Slendermana stojąc już z walizką u progu drzwi. Była lekka.
 - Toby - zaskrzeczał - Odpowiem ci, jeśli już wykonasz swoje zadanie.
 Początkowo chciałem zaprotestować, ale wzruszyłem tylko ramionami i wyszedłem z domu. Byłem uzbrojony w moje dwa toporki przyczepione do pasa i mały nożyk w kieszeni od spodni na wszelki wypadek. Z garażu wytrzasnąłem jeszcze stary plecak, w którym schowałem walizkę i łopatę. Do kopania. Ciążyło mi to żelastwo i było niewygodnie. Zastanawiałem się gdzie mam ją zakopać. Jak najdalej... ruszyłem w głąb lasu (standard) i od razu udałem się na teren skażony Skrollversami. Niespecjalnie się spieszyłem z opuszczeniem "ich terenu". Przecież byli bezradni w ciągu dnia. Szedłem tak długo, aż nie opuściłem ich sfery i trafiłem na jakieś totalne odludzie. Zaraz... to nasz stary dom! Był teraz siedliskiem szczurów... Zastanawiałem się, czy nie iśc z ładunkiem do miasta, wsiąść z tym do pociągu i wywieść w uj daleko. W końcu Pan sam podkreślił, jak najdalej. Ale po minucie, przez którą miałem wrażenie, że to plan idealny, dotarło do mnie, że na moich ubraniach nadal jest zaschnięta krew, a z tymi toporkami i łopatą? Musiałem się zadowolić wędrówką o własnych nogach. Dopiero gdy słońce zaczynało zachodzić, uznałem że jestem wystarczająco "daleko" (a rozpocząłem z rana!). A było to w odludnym miejscu, z wysypiskiem śmieci niedaleko i wypaloną trawą i suchymi krzakami posadzonych bardzo gęsto. Mogłyby stanowic żywopłot. Bez chwili wahania wcisnąłem się między nie, a ostre gałęzie jak na zawołanie podarły plecak, w którym trzymałem walizkę. Niektóre nawet porwały moje ubranie i zrobiły nacięcia na skórze, z których wolna wypływała krew.  Nie przejąłem się tym zbytnio, ale założyłem gogle, żeby żadne cholerstwo nie wydłubało mi oka. W końcu wśród jakże niezwykłej roślinności znalazłem w miarę miękką ziemię do kopania. Odciąłem kilka gałęzi, aby nie przeszkadzały i rzuciłem plecak (a raczej jego strzępy) na bok, by nie przeszkadzał. Następnie zanurzyłem szpadel w ziemi. Nim wykopałem dół, który był dla mnie wystarczająco głęboki, zapadł zmrok. Po omacku znalazłem walizkę, a chwilę mi to zajęło i nawet przeszło mi przez myśl, że ktoś tutaj był i ją sobie wziął. Wrzuciłem ją razem z pozostałością plecaka. Nim przykryłem ją ziemią, zastanawiałem się co może się w niej znajdować. Była lekka. Pieniądze? Błagam, Slender nie byłby taki głupi. Narkotyki? Kurczę, to było chyba najgłupsze co mogłem wymyślić... Dokumenty zdradzające informacje na temat proxy albo jego samego? Albo kości jednego z dawno nie żyjącego pomocnika? Ugh, odgarnąłem od siebie te myśli i w końcu pogrzebałem to cholerstwo. Ubiłem ziemię nogami i przykryłem ściętymi wcześniej gałęziami. Wychodząc bardziej podarłem sobie ubrania, ale co tam.

CDN...


_______________________
Co znajduje się w pogrzebanej walizce? Narkotyki, narkotyki czy może narkotyki? Znam jeszcze lepszą wersję - Pigułki gwałtu. "Dzni z życia Creepypast 10 (3 - 3)" już jutro.
 Z serii: "jaka_reklama"

wtorek, 15 listopada 2016

Rozdział III

Rozdział będzie krótki, bo jak pisałam wcześniej w poście - brak czasu. Nie spodziewajcie się tutaj jakiś zwrotów akcji, czy ciekawego przebiegu zdarzeń. Powodzenia w przebrnięciu przez kupę trupich kości i wielkiego szajsu!
__________________________________________________________


Ponownie Brain obudził się grubo po jedenastej. Kiedy zauważył, że nikogo przy nim nie ma, ani żadne dźwięki nie dochodzą zza drzwi, wolno wstał z łóżka, zrzucając ciepły koc i pozwalając by zimna bryza wzięła go w ramiona. Zatrząsł się lekko i skrzyżował ręce na piersi. Zamierzał stąd uciec i udawać, że nie wie o istnieniu zombi i wszystko co powiedział Max było kłamstwem. Wolno ruszył do drzwi, starając się zachować ekstremalnie cicho. Lecz na swoje nieszczęście, drzwi otworzyły się skrzypiąc, a głowa Maxa ukazała się zza drzwi, jakby tylko tego oczekiwał.
 - Gdzie się wybierasz? - uśmiechnął się szeroko i staną tuż przed nim.
Chłopaka przyprawiło to niemal o papitalację serca. Myśli w głowie kłębiły się i zaczęły przychodzić czarne scenariusze.
 - Nie mogę tutaj zostać - wydusił w końcu - Co z moim ojcem? Ze szkołą?
 - Ciii - Max pchnął go na łóżko, po czym sam oparł się o ścianę naprzeciw niego - O nic się nie martw. Wychowawcy udało się wcisnąć kit, że złamałeś nogę i leżysz w szpitalu. Zresztą w szkole i tak nie jesteś zbytnio lubiany, więc nikt nawet nie zauważy. - Brain z trudem ukrył urazę - A jeśli chodzi o ojca, to spoko, już się nim zajęliśmy.
 - Czy wy...? - Brain wzdrygnął się gwałtownie.
 - Nie zrobiliśmy mu krzywdy.
 - Więc...
 - Ściśle tajne!
Po tych słowach Brain i tak nie spuszczał z niego wzroku, co Maxa bardzo frustrowało.
 - Zbieraj się - oświadczył władczo - Musimy zrobić ci badania.
 - Jakie znowu badania?! - i chociaż chłopak starał się by pytanie zabrzmiało normalnie, brzmiał jak wkurzony narkoman na głodzie.
 - Oj - przewrócił oczami - Nie będzie bolało - złapał go za nadgarstek i pociągnął za sobą - ale tylko pod względem fizycznym...
 Miejsce w które piwnooki przytargał Braina nie było żadnym laboratorium, salą gdzie przeprowadza operacje i tnie się ludzi, ani nic w tym stylu. Znajdowali się oni na cmentarzu. Chwile stali w ciszy nim nie dołączyli do nich Finn i Karol.
 - To co, zaczynamy badania? - Karol pocierał swoje dłonie i uśmiechnął się szeroko, za co dostał łokciem w bok od Finna.
 - W takich miejscach raczej nie wypada się uśmiechac - skarcił go brat.
 - Co tutaj robimy? - przerwał Brain - Nie zamierzaliście mnie ciąc?
 - Jaki uroczy! - Karol poczochrał go po włosach - Ciąc? Ha ha!
 - Odpowiedz tylko na kilka pytań - Finn wyjął z kieszeni swoich dżinsów notes z przyczepionym małym długopisem - Okay?
 Początkowo chłopak nie rozumiał, dlaczego akurat cmentarz. Dopiero po paru pytaniach się zorientował. Cmentarz. Zombi. Przecież to miejsce w pewnym sensie było ich królestwem. Ich siedliskiem. A skoro on miał w sobie toksynę od momentu narodzin, nie powinien w jakiś sposób odczuwać bliskość związana z cmentarzem? Z królestwem zmarłych?
 - Hmm... - Finn notował każdą jego odpowiedź przytakując. Z jego twarzy nie można było zauważyć jakichkolwiek uczuć, jakby było mu obojętne czy obawy ich "przywódcy" się potwierdzają, a Brain rzeczywiście może byc zombi.
 - Jest ci zimno? - to było właśnie jedno z tych pytań. Dzień był chłodny, a z racji tego, że chłopak był cienko ubrany, bez chwili namysłu odparł "tak". Ba, chwilami nawet drżał z zimna.
 Po serii pytań, Brain musiał wykonac zadania przydzielone przez Karola. Nawet nie wiedział, że z poleceń typu "przejdź się po tamtym grobie", "pobiegnij do tamtego drzewa między tymi alejkami" można było jakoś odczytac, czy dana osoba ma w sobie toksynę i nie jest w połowie zombiakiem.
 - Jak to ma niby pomóc? - zapytał w pewnym momencie, gdy ukończył zadanie polegające na zrobieniu trzydziestu przysiadów.
 - Chcieliśmy cię tylko zmęczyć - zaśmiał się Karol - Połowa zadań była niepotrzebna.
Brain zacisnął zęby, kiedy przypomniała mu się twarz kobiety, do której poszedł i perfidnie zgasił znicz, który trzymała w dłoniach. Nigdy nie czuł się tak okropnie, szczególnie kiedy tłumaczył sobie, że to "potrzebne". Zamorduję, pomyślał zły, po części był też zły na swoją naiwność.
 - To teraz odpowiedz na pytania - odezwał się Finn, po czym zasypał Braina tymi samymi pytaniami co poprzednio. Niewiele odpowiedzi się zmieniło.
 - Ale w czym to ma pomóc? - powtórzył pytanie.
 - Koniec testów - przerwał Max, który cały czas stał z boku - Chodźmy - po czym pociągnął Braina lekko za kaptur dając sygnał aby ruszył za nim. Zostawili braci, jednak udali się w przeciwnym kierunku skąd przyszli..

wtorek, 1 listopada 2016

Dni z życia CreepyPast 10 (1 - 3)



Z punktu widzenia Toby'ego...
 - Hey Masky - oczywiście humor mi dopisywał - Zabierzecie mnie na misję?
 - Ciebie? - Tim założył swoją żółtą kurtkę i złapał za klamkę drzwi wyjściowych - Chyba śnisz.
 - Ale od cholernie długiego czasu nigdzie mnie nie zabieracie! - tupnąłem nogą niczym dzieciak.
 - Wszystko psujesz - otworzył drzwi - Poza tym Slender podkreślił, abyśmy na tę misję cię nie zabierali.
 - Ale...
 - Nie.
 - Ja...
 - Skończ - w mojej głowie rozległ się krzykliwy głos mojego Pana, a mnie przeszły ciarki.
Westchnąłem zrezygnowany. Nie zamierzałem się poddać, chciałem ich śledzic, ale Slender wyczuł moje zamiary i syczał nieprzyjemnie, dając tym samym znak, abym zajął się czymś innym. Spojrzałem się krótko na odchodzącego Tima i powędrowałem do swojego pokoju. Na samym środku leżał Zak, a zza jego pleców wystawał macki, które owijały się o każdy kąt pomieszczenia. Wyglądał to na jakiś od lat nie czyszczony pokój. Jedna z macek otarła się o moje kolano. Dwie inne robiły za ręce do kołysania Vincenta... chwila, co?
 - Czyli nauczyłeś się je kontrolować? - uśmiechnąłem się i rzuciłem na swoje łóżko.
 - Nie - rozłożył ręce - Żyją sobie własnym życiem.
Ktoś zadławił się jakimś napojem.
 - I nie powinniśmy się bac o Vina? - wtrącił Liu.
 - Dopóki jestem spokojny, nic nikomu nie grozi.
Po tych słowach zapadła długa cisza. Tylko mały od czasu do czasu wypowiadał jakieś pojedyncze słowa. Zastanawiałem się na jaką misję poszedł Tim i Brain i z jakiego powodu nie mogli mnie zabrac. Wiem, że ostatnio zawaliłem... ale to nie powód, aby więzić mnie na kilka tygodni. Już się opamiętałem. Czy ta misja naprawdę jest taka ważna?
 Wieczorem usłyszałem jak ktoś obija się o ściany, jakby nieźle zabalował. Niechętnie wyjrzałem z pokoju i ujrzałem Maskyego. Obijał się o ściany, próbując dojść do swojej posiadłości. Mimo że nie zauważyłem żadnych zadrapań, śladów krwi, to i tak niepokojąco to wyglądało. Zaraz za nim człapał Hoodie, lekko utykając. Również nie zauważyłem żadnych obrażeń. Jedyne co, to że miał podwinięte rękawy po łokcie. Chciałem do nich podbiec i coś powiedzieć, ale zignorowaliby mnie. Zamknąłem drzwi, ale one zaraz otworzyły się z hukiem, a do środka wparowali Jeff i Złodziej Dusz. Obaj ubrudzeni od stóp do głów krwią. Obaj z podartymi ubraniami i uszkodzonymi ciałami.
 - To bezpieczne? - zapytał na wstępie Jeff i przejął Vincenta z macek. Szkoda, bo wyglądał jakby się świetnie bawił.
 - Krew - zauważył mały i palnął go w klatkę.
Zawsze mnie zastanawiało, ile może miec lat. Ale stawiam na 1 i pół. Może trochę więcej niż pół.
 - Spokojna twoja głowa - zapewnił pół-demon, a macki się schowały. Białowłosy wstał błyskawicznie i przybrał mój wygląd. Przewróciłem oczami. Czarnowłosy odstawił Vincenta na ziemię, po czym zaczął wyścig z Soul Takerem: "kto pierwszy do łazienki"...

CDN...

____________________
Jak ja mogłam tak was opuścic?! Jak ja mogę po takiej przerwie napisać tak krótką i denną notkę?! Jak mogłam dodatkowo zrobic w tym tyle błędów?! Jak mogłam zapomniec o wczorajszym dniu i nic nie przygotować...
Co mam na swoje usprawiedliwienie? Poprawa z biologii i niemieckiego... + nie mam dostępu do komputera, a w oszczędzaniu jestem tak dobra jak Yato i trochę zejdzie zanim uzbieram na laptopa, a skandalem byłoby pisac na telefonie. Chciałby ktoś mnie wynająć do mycia samochodów? Jedynie 20 złotych! Drogo, ale szybko i niezawodnie! :3
Wynagrodzę wam to kiedyś, chwilowo zawieszam działanie do 20' (max. 28')
Cóż, zdarza się.
Trzymajcie się, Koszmarki.

niedziela, 16 października 2016

Rozdział II


 Brain z wolna zaczynał się budzić. Powieki miał ciężkie, a całą szyję miał zdrętwiałą, aż po obojczyki. Czuł na sobie czyiś oddech, uderzający go prosto w czoło. Chłopak powoli otworzył oczy. Pierwsze co zobaczył, to twarz swojego "oprawcy". Kiedy Max zauważył, że chłopak się wybudził, odsunął się od niego, a leżący natychmiast zamrugał przez oślepiające światło.
 - Już myślałem, że będziesz tak spał przez kilka kolejnych dni - parsknął czarnowłosy.
 - Kilka dni? - Brain natychmiast podniósł się do pozycji pionowej, tak samo szybko tego pożałował. Zalała go fala bólu i syknął. Mimo to wykręcił głowę tak, by patrzeć prosto na siedzącego obok Max'a.
- Ej, tylko żartowałem! Bez agresji! - czarnowłosy natychmiast odskoczył jak poparzony, śmiejąc się - Spałeś zaledwie osiem godzin.
 - A... która jest teraz?
 - Dochodzi północ - wskazał ruchem głowy wielki zegar z rzymskimi cyframi wiszący nad białymi drzwiami. Właściwie wszystko w tym pomieszczeniu było białe. Kafelki, ściany, zasłony, meble...
 Brain przetarł oczy dłońmi, analizując wszystko co stało się w najbliższym czasie. walczyli razem z zombi. Te słowa ciągle rozbrzmiewały mu w głowie jak echo po pustych korytarzach. Nadal nie móc zrozumieć ich znaczenia, spojrzał na Max'a, jakby czekając na wyjaśnienia.
 - Powiedziałeś wtedy, że moja matka walczyła z zombi - zaczął niepewnie.
 - Tsa. I została ugryziona.
 - Więc co zamierzacie ze mną zrobić?
 - Zabijemy cię - twarz bruneta wykrzywiła się w szerokim uśmiechu, a oczy błysnęły. Brainowi jak na zawołanie ścisnęło gardłem, a dłonie, które kurczowo ściskał kołdrę, zaczęły drżeć. Max widząc jego zgrozę, dodał:
 - Jezu. Żartowałem. Jesteś naiwny. Gdybyśmy mieli to zrobić, już dawno padłbyś trupem.
Niebieskooki uspokoił się znacznie, ale nie odrywał od niego wzroku, czekając na ciąg dalszy wyjaśnień.
 - Nie patrz tak na mnie - warknął - Nie wiem co się z tobą stanie. Brat nigdy nie wtajemnicza mnie głębiej w takie sprawy - wywrócił oczami i odwrócił się w stronę drzwi. Rzucił mu jeszcze krótkie spojrzenie, po czym wyszedł z trzaskiem. Nie minęła chwila, a do pomieszczenia wparował brązowowłosy chłopak, może miał 17 lat. Ubrany był luźno, nawet były na niego za duże ubrania, a z kasztanowych oczu błyskało ekscytacją. Kąciki ust miał lekko uniesione. Na jego widok Brain skulił się nieco. Może dlatego, że przy jego pojawieniu się towarzyszył bardzo głośny huk drzwi i czyjeś krzyki.
 - Jak się czujemy? - zapytał i błyskawicznie usiadł na taborecie przy łóżku. Miał donośny, lecz przyjazny głos. Zdecydowanie nie pasował do kogoś, kto miałby do czynienia z zombi.
 - Źle - odparł Brain i zebrał się aby zadać kilka najważniejszych pytań - Co to za miejsce? Co się ze mną stanie? I o co chodzi z zombi?
 Szatyn spojrzał na niebieskookiego poważnie.
 - Max ci chyba powiedział, że twoja mama urodziła cię niedługo po tym jak została ugryziona, tak?
Kiwnął twierdząco głową.
 - Plan jest prosty; musimy wypędzić z ciebie tą zarazę, bo masz w sobie cząstkę jednego z nich.
 - Jakim sposobem? - uniósł pytająco brew.
Wzruszył ramionami.
 - To już musi ci powiedzieć Czare...- urwał w połowie i jęknął głośno. Twarz wykrzywiła mu się w bólu, po czym upadł na okryte stopy Braina. Za nim stał rozzłoszczony do granic możliwości chłopak, o szalenie podobnym wyglądzie do tego leżącego. Pewnie bracia, pierwsze przyszło mu na myśl, a potem skulił się widząc jego gniew. Schylił głowę, wbijając wzrok w swoje kciuki.
 - Miałeś mu nic nie mówić! - wrzasnął ten, co przed chwilą walił brata po głowie - Zabije cię!
 - Ale po co od razu się tak denerwować, Finnuś? - odskoczył od łóżka nieśpiesznie i zachichotał.
 - Nie nazywaj mnie tak - oznajmił chłodno i przybrał kamienny wyraz twarzy - Jestem Finn.
 - A ja Karol - ukłonił się błaźniersko, a Brain uniósł głowę.
 - Karol? - pomyślał - Jak można pokarać tak dziecko imieniem...
 - Uspokójcie się! - do pomieszczenia wpadła jakaś dziewczyna - Nie widzicie, że nawet on nie ma ochoty na was patrzeć? Zaraz tutaj zwymiotuje - dodała kpiąco.
 Niebieskooki przyjrzał się dziewczynie i po chwili stwierdził, że ta trójka to rodzeństwo. Była niska, brązowe włosy miała związane w wysoką kitkę, która sięgała jej do łopatek. Ubrana była w jasne dresy i kremową, wygniecioną bluzę, zapiętą po szyję. Na nosie spoczywały jej kwadratowe okulary w niebieskiej oprawie. Finn i Karol oderwali od siebie spojrzenia i skupili na siostrze. Ta westchnęła rozczarowana.
 - Lizuś, tylko bez agresji - zaśmiał się Karol ponownie, za co prawie oberwał od brata.
 - Nie nazywaj mnie lizusem - warknęła.
 - Ale to do ciebie doskonale pasuje. Podlizujesz się Czaruśowi, masz imię Lizy... pasuje!
 - Bo cię zaraz walnę!
 - Emm... - zaczął niepewnie Brain, przerywając ich kłótnię - Mógłbym prosić coś do picia?
 - Widzicie? - powiedziała Liz kierując się do elektrycznego czajnika stojącego w kącie pokoju, którego wcześniej niebieskooki nie zauważył - Z tych nerwów przez was musi się napić.
 - Lizusie, przestań - wtrącił się Karol - Twoje żarty nie są tak śmieszne jak moje - wskazał na siebie kciukiem dumnie.
Szatynka tylko parsknęła coś pod nosem i sięgnęła po woreczek herbaty do pudełka, ale w połowie się zatrzymała.
 - Wolisz herbatę czy kawę? - zapytała nie racząc nawet by na niego spojrzeć.
 - Zrób mu kawę - wyprzedził Karol - Lepiej się poczuje.
Finn strzelił sobie dłonią w twarz.
 - Kawę? Po północy? Pewnie jest zmęczony i chce spać.
 - Czyli herbata...? - Lizy obracała woreczek herbaty w dłoni.
 - Od herbaty go zemdli - wybrzydzał Karol - A od kawy poczuje się lepiej. A jak będzie za mocna to odlejemy połowę i dolejemy mleka.
 - Jesteś idiotą, żeby dawać dzieciakowi kawę, nawet z mlekiem, w nocy. Szczególnie...
 - Agh, zamknij się już! Przecież mówię, że od niej się poczuje lepiej!
 - Mówisz tak do każdego!
Kiedy dwaj bracia zacięcie dyskutowali o tym, co mu zaszkodzi, a co nie (nie dopuszczając małego do słowa), Lizy bawiła się bezmyślnie woreczkiem, a do pokoju po cichu wszedł Max. Tym razem miał na sobie czarną, grubą bluzę i dresowe spodnie w tym samym kolorze.
 - Sorry, że musiałem cię zostawić z tą bandą samego - usiadł na skraju łóżka i podał mu kartonik z czekoladowym mlekiem. - Pij.
 Początkowo Brain dokładnie oglądał kartonik, jakby bojąc się, że zostało tam czegoś dosypane, lecz nie wyczuł żadnego podstępu.
 - Dzięki - powiedział upijając kilka łyków i obserwując jak Max wywala rodzeństwo z pokoju (bracia w dalszym ciągu prowadzili zażartą rozmowę o herbacie i kawie).
 - Kim oni są? - zapytał Brain nagle.
 - Zabójcami - odpowiedział zalewając sobie kubek jednej z słabszych kaw - Zabójcami zombi - następnie usiadł z napojem na krawędzi łóżka i rzucił - Mam godzinę zanim wyruszymy na kolejne łowy zombi. Do tego czasu mogę zostać z tobą.
 - Ty też jesteś zabójcą zombi?
 - Ja nie. Mój brat mi zabrania się do nich zbliżać, ale trenuje mnie na taki szczególny wypadek... służę im raczej jako pomocnik.
 - Pomocnik?
 - Tsa. Jestem ich przydupasem. Zawsze kiedy mnie zabierają na takie łowy muszę tylko przyglądać się bitwie i gotowym opatrunkiem i ważnym anditotum, gdyby kogoś coś użarło. Oczywiście mogę wychodzić tylko wtedy, kiedy żadnego zombi nie będzie w pobliżu. Albo sprzątam na sali po treningach.
 - Aaa... jak zamierzacie się pozbyć ze mnie tej zarazy? Czy jestem pierwszym takim przypadkiem?
 - Jesteś drugim. Pierwszym był... nieważne. Zresztą nie wiem jak przebiegało "oczyszczanie" tego pierwszego.
 - Czy...
 - O, jak późno - Max spojrzał na zegarek - Muszę już iść na polowanie - gwałtownie wstał i udał się do wyjścia - Ty się prześpij czy coś - zgasił światło i wyszedł z pomieszczenia. Tyle tu po nim.
 - Przecież mówił, że ma godzinę, a nasza rozmowa nie trwała nawet 10 minut! - pomyślał rozczarowany Brain. Postawił pusty kartonik na kafelki i z tysiącami myśli w głowie okrył się kołdrą i zasnął.

środa, 12 października 2016

Dni z życia CreepyPast 9



Z punktu widzenia Alice...
 Powoli wybudzałam się ze "snu". Twarz paliła mnie strasznie, a ciało drżało z zimna. Na czole czułam czyiś oddech. Byłam niesiona. W każdym razie ten ktoś musiał byc bardzo zmęczony, bo oddech był bardzo ciężki. Otworzyłam lekko oczy. Pierwsze co zobaczyłam to niebo rozświetlone przez gwiazdy. Pokierowałam wzrok na bok, ale przez panujące ciemności nie mogłam zobaczyć twarzy mojego wybawiciela. Miał... maskę? Jedynymi szczególnymi znakami była jakaś obroża i ta cholerna maska.
 - Obudziłaś się? - odezwał się nagle, a ja momentalnie się wzdrygnęłam. Zatrzymał się gwałtownie.
 - T-tak - odparłam próbując spojrzeć mu w oczy, ale nawet nie raczył uchylić głowę.
 - Więc nie ma potrzeby, abym cię dalej niósł - opuścił mnie na ziemię i oparł pałkę, którą zaciskał w prawej dłoni (i którą pewnie niechcący mnie zranił gdy mnie opuszczał) na ramię. Miała ona w sobie kilkanaście ostrych gwoździ, na niektórych była zaschnięta krew. Włosy miał kolory ciemnego brązu, niemal podchodzące pod barwy zeschniętych, jesiennych liści. Na oko może 170 centymetrów. Ubiorem zbytnio nie imponował. Zwykła turkusowa bluza ubrudzona czarną cieczą (prawdopodobnie jakiś smar) i krwią. Ciasna, czarna obroża posiadała "kulkę" o tym samym kolorze co bluza.
 Spojrzałam na niego dziwnie, a on tylko wyminął mnie idąc w swoją stronę.
 - Dziękuję za pomoc - powiedziałam odwracając się do niego.
 - Już gdzieś to słyszałem - nie zatrzymując się szedł dalej przed siebie.
 - Jak się nazywasz? - powstrzymując ochotę od jęknięcia z bólu, ruszyłam nieśpiesznie za nim.
 - Dlaczego cię to interesuje? - odwarknął.
 - Okay... - próbowałam ukryć zażenowanie - Powiedz mi przynajmniej gdzie mnie zaniosłeś, abym mogła wrócić do domu.
 - ...
 - Hej!
 - Zamknij się! - syknął i obrócił się ku mnie by zatkać mi usta dłonią - Słyszysz?
Pokiwałam przecząco głową. Co miałabym słyszeć?!
 - Płacz. - odetkał moje usta i stanął nieruchomo.
Próbowałam się uważnie wsłuchać, ale za nim nie słyszałam żadnego płaczu. Żadnych szlochów.
 - Powiesz mi kim jesteś? - zapytałam cicho.
 - Looker - odparł krótko i znowu ruszył przed siebie.
 - A ja Alice - ruszyłam za nim - Gdzie mnie zaniosłeś? - rozejrzałam się, ale nie rozpoznałam tej części lasu.
 - Do strefy omega.
 - Jakiej znowu strefy omega?
 - Słuchaj. Moja... rodzina podzieliła sobie ten las na trzy części. Alfa, beta i omega. Alfa to taka, w której lepiej brac nogi za pas, czyli harcują tam Skrollverse. W becie zapuszczamy się my. Nasze królestwo. A do omegi przychodzą zwykli ludzie. Świetna zabawa.
Więc musiała istnieć jeszcze czwarta sfera, w której panami są Slenderversi, o której oni nie wiedzą. Albo należeliśmy do tej części omegi, której jego rodzina jeszcze nie odkryła. Pewnie tak. Czyli jestem bezpieczna.
 - Dlaczego za mną leziesz? - stanął gwałtownie, a ja mało nie wpadłam na jego plecy. Odwrócił się.
 - A gdzie niby indziej mam iśc?
 - Najlepiej do salonu piękności.
Looker zdecydowanie wiedział co zrobić, aby kobieta poczuła się wyjątkowo. Romantyk.
 - Idź do siebie czy coś.
 - Właśnie... nie wiem gdzie iśc. Przywlokłeś mnie do tej części lasu, której nie znam.
Wzruszył ramionami.
 - Biedna dziewczynka. Zawsze możesz zostać z nami.
 - Tak po prostu?! - zdziwiłam się.
 - Jesteś silna. Wyczułem to... więc możesz. U nas nie ma miejsca na mięczaków.
 - Tak po prostu? - powtórzyłam pytanie.
 - Tak po prostu - ruszył przed siebie niczym torpeda. Usiłowałam za nim biec, ale szybko straciłam Lookera z zasięgu wzroku. Nim się obejrzałam, zostałam kompletnie sama w tej części lasu, której nie znam. Byłam pobita, a ubranie podrapane. Do tego co chwilę powiewał zimny wiatr, otulając mnie nieprzyjaznym chłodem. Zmęczona ruszyłam przed siebie. Nie wiadomo gdzie. Ważne by ktoś mnie znalazł i zabrał do domu.


Z punktu widzenia [Zak'a]...
 Obserwowałem z uśmiechem na ustach jak Toby biegnie w stronę chłopaka z czarnymi włosami, który upadł przed sekundą na ziemię. Ktoś niechcący rzucił mu petardę w twarz. Zaraz po Ticcim, podbiegli do niego pozostali uczestnicy naszej "zabawy" - Jeff i Roześmiany. Za to ja osunąłem się w cień. Kurczę... to chyba moja petarda. Chłopaki zaciągnęli rannego do domu, a słynny the killer zaczął się rozglądać. W końcu dostrzegł mnie chowającego się za drzewem w cieniu.
 - Widziałeś kto rzucił w jego stronę petardą? - zapytał podchodząc. W końcu przez większość zabawy wpatrywał się tylko w jeden punkt.
 - Nie - skłamałem - Ale czy to ważne? Sam się wepchał na teren bitwy.
 - Trochę ważne. Mogliśmy przynajmniej uprzedzić. A teraz będziemy mieli potrójne lanie.
 - Potrójne?
 - Od jego przyjaciela Puppeteera, dziewczyny Judge, wujaszka Slendera i jego.
 - Chyba nie umiesz liczyć.
 - Ale i tak się nam oberwie! - odgarnął włosy, które zachodziły mu na oczy - Trzy czy cztery razy...
 - Nie dramatyzuj - splotłem palce i oparłem szyję o dłonie - Ten... na pewno się szybko wyliże.
 - Helen Otis, per Bloody Painter - przedstawił go Jeff. Potem otworzył usta aby znowu coś powiedzieć, ale szybko zrobiłem zwrot za siebie i ruszyłem w dół, w głąb lasu. Najwyższy czas obeznać się w terenie. Spojrzałem za siebie; nie próbował za mną iśc. Lepiej dla mnie. Im dalej oddalałem się od domu, tym bardziej słyszałem coś w stylu przecinających strzał powietrze. W pewnym momencie świsty były tak głośne, jakbym wkroczył na teren średniowiecznych polowań, mimo że żadnych strzał nie zauważyłem. Nagle z mojej prawej strony ukazała mi się moja czarna, obślizgła macka. Dlaczego się pokazała...? Nie umiem ich jeszcze kontrolować, ale odnosiłem wrażenie, że wcale nie musiałem - ba, nawet nie miałem możliwości - że one posiadają własną świadomość i chronią mnie. Jak w tym przypadku. Moja macka była przebita przez ostrą strzałę, jakby wycelowana prosto w moją skronie. Odrzuciła pocisk, zawiła się i schowała za moimi plecami. Zacząłem rozglądać się gorączkowo. Zauważyłem na drzewie kogoś... najwyraźniej też wyczuł, że się mu przyglądam, bo założył łuk na ramię, przerzucając cięciwę przez pierś i z niezwykłą prędkością udał się w przeciwnym kierunku. Niewiele myśląc puściłem się pędem za nim. Kiedy biegłem nie wydawał się już taki szybki. Miał znajomą sylwetkę... włosy w kolorze blond i elfie uszy. Czy ja go gdzieś nie widziałem?
 Moje macki znowu dały o sobie znac i same z siebie wyłoniły się zza moich pleców i owinęły wokół drzew, kierując mnie na przód i w górę z jeszcze większą szybkością. Nogi zwisały mi bezwładnie tęskniąc za ziemią. W sumie doszedłem do wniosku, że nie lubię takiego typu wypraw. Od czasu do czasu musiałem unikac gałęzi. W końcu gdy znalazłem się blisko łucznika, ja, a właściwie moje macki, owinęły mu się wokół kostki i gwałtownie ściągnęły na dół, ocierając nim przy okazji drzewami. Uderzył o ziemię z głuchym hukiem. Macki postawiły mnie na dół, na przeciwko leżącego. Wciąż wijąc się, co chwila owijały się wokół jego kończyn, inne przyjęły postawę do ataku, jakby zaraz miały przebić go na wylot. Blondyn mimo obrażeń podniósł się wolno z ziemi opierając o drzewo. A no tak. Jeden z mieszkańców tamtego domu. Członek rodziny Slendera, do której nigdy nie będę należeć.
 - Co ty odwalasz?! - warknął sapiąc.
 - A ty co robisz?! - krzyknąłem zdziwiony - TY mnie zaatakowałeś pierwszy!
 - To po jakiego się pchałeś na pole rażenia, co?!
 - Czyli przypadkiem celowałeś mi w głowę i próbowałeś uciec?! - zdenerwowałem się, a macki wiły się jeszcze niespokojniej. Bałem się, że w każdej chwili mogły go zranic., czego oni by mi nie wybaczyli...
Przewrócił tylko oczami nie wiedząc co odpowiedzieć. W końcu wydukał:
 - Przepraszam.
Kiwnąłem tylko głową, na znak że przyjmuje przeprosiny. Nie trudno było stwierdzić, że te słowo cholernie trudno przechodziło mu przez gardło.
 - Jak się właściwie nazywasz? - zapytałem, a macki skróciły się, czyli znak, że chowają się zza moje plecy.
 - Ben - odparł - Ben drowned. Ten mały, wkurzający, elfi no-life.
 - Tego o tobie jeszcze nie słyszałem.
 - A co słyszałeś?
 - Haker najwyższych lotów - na te słowa się uśmiechnął, jak na jakąś pochwałę.
 - Słuchaj, Zak - zmienił temat - Nikt nie ma się dowiedzieć o tym, że sobie trenuję strzelaninę z łuku. Zrozumiano?
 - Ode mnie się nikt niczego nie dowie - zapewniłem - Nawet Zalgo.
Na twarzy Bena zobaczyłem malującą się ulgę. Odczepił strzały ciasno związane gumkami wiszące mu przy pasie i oparł o drzewo. Łuk postawił obok nich.
 - Wracasz ze mną do domu czy...?
 - Jeszcze się przejdę - przerwałem i ruszyłem do miejsca, z którego zacząłem pościg - A, i ja przepraszam za obicie ciebie - po tych słowach przyśpieszyłem kroku. Na odpowiedź usłyszałem tylko prychnięcie.
Kiedy znalazłem się w miejscu, w którym moje macki po raz pierwszy tego dnia dały mi o sobie znac chroniąc przed strzałą, próbowałem je "przywołać". Na darmo. Nie mogłem ich kontrolować. Chyba one naprawdę posiadały świadomość, a mój ojciec był święcie przekonany, że MOGĘ albo MUSZĘ sam je kontrolować. Kiedy ich się nie dało, nie ważne jakbym się nie starał.



CDN...

poniedziałek, 26 września 2016

Dni z życia CreepyPast 8


Z punktu widzenia Alice...
 - Znowu przegrałaś... - parsknął Jason - Ile razy mam powtarzac, że TY w ogóle nie jesteś w stanie wyrządzić mi krzywdy?
 - Więcej wiary we mnie - prychnęła Nina - Kiedyś...
 - Najpierw poćwicz zanim znowu mnie wyzwiesz - przerwał jej czerwonowłosy i podniósł marynarkę z ziemi. Otrzepał ją z piachu i włożył na siebie.
 - Ale...
Lalkarz skarcił ją tylko wzrokiem po czym odszedł bez słowa. Rozczarowana Nina westchnęła, a ja zeskoczyłam z niskiej gałęzi, na której dotychczas siedziałam.
 - Nina znowu dostała od wielonożnego Jasona? - zaśmiałam się.
 - Kiedyś będzie leżał i kwiczał u moich stóp - zacisnęła zęby.
 Od jakiegoś czasu Nina ma dziwny zwyczaj. Wyzywa wszystkich do bójki, a co pięciu pokonanych pozwala sobie kupic jakąś specjalną pineskę. Nawet nie próbuję zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi.
Czarnowłosa spiorunowała mnie wzrokiem, po czym po prostu odeszła. Ja udałam się w stronę przeciwną. Rozmyślając, nim się spostrzegłam, znalazłam się na "niebezpiecznej sferze". Cholernie oddaliłam się od domu, a do tego słońce zaczęło zachodzić. Zawróciłam drogę i czym prędzej ruszyłam w stronę domu. Ale za późno. Słońce było już bardzo nisko na horyzoncie, a drzewa rzucały długie cienie. Przez to wszystko nie można było dostrzec nawet promyka słońca, mimo że nie było jeszcze zmroku. Coś poruszyło się wśród drzew. Stanęłam w miejscu jak wyryta. Skrollversi bardzo szybko się poruszają. Pewnie już wyczuli moją obecność. Choćby nie wiem co, nie mogę uciec do domu i zdradzić kryjówkę. Usłyszałam dźwięk zdzieranej kory z drzewa. Powoli odwróciłam się do źródła hałasu. Kilka metrów dalej, w ciemnościach, stał Domino. Serce zabiło mi jak szalone. Zginę zginę zginę.
Obserwował mnie od góry do dołu, jakby chciał zapamiętać mój wygląd. Prawą ręką "drapał" drzewo obok niego, palce miał zakrwawione i pełne drzazg. W końcu przestał to robić i postawił kilka kroków ku mnie. Sięgnęłam po noże i przygotowałam do ataku. Domino nadal szedł pewnym krokiem, jakbym była tylko małą, bezbronną dziewczynką. Gdy znalazł się już bardzo blisko mnie, rzuciłam się na niego z ostrzami.  Chłopak złapał ostrza w dłonie i ścisnął je mocno... Na ziemie kapała krew niemiłosiernie, a on nic sobie z tego nie robił. Patrzył na mnie pustym wzrokiem i sztucznym uśmiechem. W każdej chwili mógł ze mną skończyć, a jednak bawił się mną. Wymierzyłam mu kopniaka w czuły punkt. Jęknął cicho i postawił krok do przodu, zmuszając mnie bym się cofnęła. Czerwona ciecz ciekła mu po nadgarstkach, po całych rękach i wydawało mi się że dodatkowo ściska je mocniej.
 -Skończ - powiedział w końcu, a jego słowa kompletnie mnie zamurowały.
 - Przestań - powtórzył i spojrzał mi prosto w oczy - Nie chcę walczyc.
 - To jakiś podstęp? - syknęłam i znowu wymierzyłam mu cios.
Ponownie jęknął, po czym wyrwał moje ostrza i odrzucił gdzieś daleko. Krwawiącymi dłoniami pchnął mnie i przyparł do drzewa, odcinając drogę ucieczki. Zresztą i tak nie mogłam.
 - Jaki znowu podstęp? - uśmiechnął się szczerze, zadowolony ze swojej sytuacji - Chcę tylko pogadać.
 - Ciekawe o czym... - warknęłam groźnie i wbiłam wzrok w ziemię, aby nie wyczuł strachu bijącego ode mnie.
 - Przestań zgrywac taką groźną - uniósł mój podbródek palcem barwiąc go na czerwono - Gdybym chciał cię zabic już dawno bawiłbym się twoim mięsem - zaśmiał się tajemniczo.
 - Czego chcesz?
 - Chcę poprosić cię, abyś ubłagała Slendera na ponowne przyjęcie mnie - powiedział bez zbędnych przedłużeń.
 - Co takiego?! - wyszczekałam i spojrzałam mu w oczy. Nie wyczułam żadnego postępu.
 - To co słyszysz. Chcę znowu byc proxy Slender's i członkiem Slenderverse.
...Patrzyłam bez słowa na Domino.
 - Skroll był ze mnie bardzo niezadowolony przez ostatnią misję i...
 - I co? - przerwałam - Myślisz, że tak po prostu cię przyjmiemy w nasze szeregi z powrotem? Pewnie to jakaś pułapka, a nawet jeśli mówisz szczerze, to jesteś bardzo naiwny.
 Jego dłonie, które kurczowo trzymał na moich ramionach, zaczęły drżeć.
 - Haa haa haa - nerwowo się zaśmiał - Czyli jednak nie jesteś taka tępa.
 - To ty jesteś tępy.
 - Skoro mnie przejrzałaś, czas umrzeć, tak? - jedną ręką przycisnął mnie mocniej a drugą opuścił - Ale najpierw się tobą zabawię - uśmiechnął się szyderczo.
 Serce niemal podskoczyło mi do gardła, gdy wypowiedział te słowa. W panice ugryzłam go jak najmocniej w łokieć i wyjęłam małą żyletkę z kieszeni. Mało, ale zawsze coś. Zamachnęłam się, ale ledwo dotknęłam ostrzem jego ubrań, chłopak odskoczył na kilka metrów. Odbił się od ziemi i z już po sekundzie stał naprzeciwko mnie. Na twarzy gościł szeroki uśmiech. Wziął zamach nim zdążyła zareagować i uderzył w brzuch. Drugą ręką przytrzymał za plecy, bo siła uderzenia była tak duża, że mogłabym odlecieć. Z moich ust wypłynęła fala krwi i wygięłam się na pół. Nie minęła chwila, a zaczął mnie okładac pięściami po głowie, do utraty świadomości.


 Z punktu widzenia Helena...
 - Helen! Przestań w końcu patrzeć jak idiota i chodź do nas! - zawołał Puppet zanurzony do pasa w wodzie. Chyba był trochę podirytowany tym, że ZAWSZE wychodziłem z jeziorka najwcześniej, a potem tylko obserwowałem.
Jeb, jeb.
Uderzył pięściami w taflę wody, chlapiąc na Kagekao. Rozzłoszczony zaczął go podtapiać. W sumie fajnie to wyglądało. Położyłem się na ziemi i rozłożyłem ręce. Gwiazd na niebie było tyle co reklam na Polsacie. Nagle przed oczyma pojawiła się twarz Judge. Z mokrych włosów kapało mi na czoło.
 - Wracasz tam jeszcze? - spytałem.
 - Nie mam już ochoty - uniosła głowę i popatrzyła przed siebie - Idziemy już?
 - Ty idź, ja się jeszcze przejdę - podniosłem się do pozycji siedzącej.
 - Aaa - zawiesiła mi się na szyi i powiedziała słodkim głosem - Odprowadzisz mnie?
Przewróciłem oczami i się zaśmiałem.
 - Czyli znowu wskoczysz mi na barana?
 - Plosiem.
 - Jasne - odpowiedziałem. I tak bym się zgodził.
Judge pisnęła ze szczęścia i złożyła mi pocałunek na policzku. Szybko wskoczyła mi n barana, krzyżując ręce na mojej szyi. Leniwie ruszyłem z nią w stronę domu. Na miejscu miałem wilgotne plecy, ramiona i włosy. Judge podziękowała mi jeszcze raz i wparowała do środka. Wnet usłyszałem głośny huk gdzieś z oddali i czyjeś głośne śmiechy. Natychmiast się tam udałem.
 - Uważaj! - krzyknął ktoś, a coś szczypiącego dostało mi się do oczu i osiadło na twarz. W uszach słyszałem głuche piszczenie. Osunąłem się na ziemię.





CDN...

 Przepraszam za taką długą przerwę. Kompletnie nie miałam czasu, bo nauczycielom się śmieszkowac zachciało i kartkówki urządzajo. A w dni wolne byłamzajęta ważną czynnością jaką jest spanie. Tak, to bardzo fajne. Nie mam teraz czasu ani na pisanie... ani na czytanie creepypast... ani anime...
Ale ostatnio kupiłam jaałojca, więc nie jest źle (͡° ͜ʖ ͡°)
Wasza cierpliwośc zostanie wynagrodzona. Szykuję coś wielkiego. Trzymajcie się.

wtorek, 13 września 2016

Dni z życia CreepyPast 7



Z punktu widzenia Kaspera...
 Czytałem właśnie jakąś książkę leżąc brzuchem na łóżku. W trakcie usłyszałem mlaskanie. Jack pożerał -chyba- czwartą nerkę w tym dniu. Westchnąłem swoimi wieloma głosami. Nagle do pokoju wpadła Nina.
 - I jak poszedł ci wielki plan, dzięki któremu Jeff będzie twój? - spytałem pogardliwie i oderwałem wzrok od liter.
 - Daj spokój - prychnęła i opadła na łóżku - Teraz mam kogoś innego. Echh, żałuję, że wcześniej go wyzwałam... pewnie mnie znienawidził! W sumie nie dziwiłabym się...-
 W moich uszach jej monolog szybko zmienił się zwykłe "bla, bla, bla". Zrozumiałem jedynie, że mamy kogoś nowego pod dachem. Schowałem książkę pod łóżko i poszedłem zobaczyć tamtego leszcz... znaczy nowego członka rodziny. Przeniosłem się do pokoju "pupilów", jak ja ich nazywam. Dosłownie oaza spokoju. Wszyscy siedzieli na swoich łóżkach i byli czymś zajęci, a nowy leżał na podłodze z rozłożonymi rękami i bawił się w Jezusa.
 - Cześć, Kasper - przywitał mnie Rogers ziewając.
Nowy podniósł się z ziemi i przyjrzał uważnie. Nagle cały on zaczął się "wykręcać" aż przybrał mój wygląd. Zdziwiłem się bardzo i cofnąłem o krok.
 - Jak ty...? - spytałem. Mimo że miał mój wygląd, białe włosy i czerwone oczy zostały.
 - Tajemnica - odpowiedział.
 Tylko mnie zirytował tym jednym słowem.
 - Masz się za mnie nie podszywać, jasne? - warknąłem.
 - Pewnie - wrócił do pierwszego wyglądu - Zapytałbym cię o twój... głos, ale u was to chyba normalne, tak? - zwrócił się bardziej do współlokatorów niż do mnie.
 - Dla ciebie mówienie wieloma głosami jest normalne? - zdziwiłem się. Nie wiem skąd jest, ale musiał przebywać wśród prawdziwie cudacznych osób.
 - Nie wiem co jest normalne - zaśmiał się - Jeszcze się tego uczę.
 - Co się tam dzieje? - usłyszałem głos Zero za sobą. Cholera. Nie zamknąłem drzwi. Dziewczyna wparowała do środka i stanęła obok mnie. Dokładnie szlifowała czerwonookiego od góry do dołu. Za to on zwrócony był nieco niżej niż powinienem, ale nie zauważyła tego.
 - Panda - parsknął - Wyglądasz jak panda.
Twarz Zero wykrzywiła się w grymasie. To zły znak.
 - Jak mnie nazwałeś?! - ryknęła rozwścieczona i sięgnęła u pasa swoich spodni, gdzie miała nóż.
 - Panda - odpowiedział nieświadomy zagrożenia w jakim się znajduje.
 - Z-Zero, o-o-on nie chciał! - jąkał się Jeff, coraz bardziej przypierając do ściany. Dopiero teraz zauważyłem, że wszyscy się odsunęli. Ale było już na późno. "Panda" rzuciła ostrym narzędziem w stronę chłopaka. Biedny jego los. Lecz nie zanurzył się w jego ciele, nie przeciął skóry, nie polała się krew. Ale Zero też nie chybiła. Wymierzyła prosto w klatkę. Więc dlaczego? Zamiast tego wszystkiego za jego pleców wystawała macka, która ochroniła go przed atakiem. Nagle ona zniknęła, a nóż upadł na ziemię z brzdękiem. Mackowaty - bo tak go nazwałem - podniósł ją z podłogi i podał oszołomionej dziewczynie.
 - A więc Zero, tak? Trzeba było tak od razu - zaśmiał się nerwowo - A ty... - zwrócił się do mnie - Krzysztof?
 - Kasper - poprawiłem.
 - Co to miało byc? - wypytała Zero odbierając od niego ostrze - Kopiujesz umiejętności, czy coś?
 - Nie? - odpowiedział pytająco - Mam te macki od początku. A tak w ogóle, jestem Zak.
Parsknąłem cicho i wyszedłem z pomieszczenia. Poznałem gościa i tylko tego chciałem. Wolnym krokiem ruszyłem na dół, do miasta, szukac kolejnych dusz do składania ofiar.

Z punktu widzenia Mike...
 Uśmiechnąłem się szeroko na widok idącego w moją stronę Victora. Jednak z jakiegoś powodu, wyglądał na bardzo przygnębionego. Zaraz za nim deptała brązowowłosa dziewczyna. Ubrana była w lekką, różową sukienkę na ramiączkach do kolan, oraz kremową marynarkę z różnymi wzorami. Sięgała mojemu bratu zaledwie do ramienia. Swoje piwne oczy miała zwrócone na drzewa. Nazywała się Getra, jeśli dobrze pamiętam. Słyszałem o niej tylko z opowieści Victora, a dzisiaj odbędzie się nasze pierwsze spotkanie. Gdy chłopak zauważył, że się na niego patrzę, od razu wymusił uśmiech na twarzy.
 - Coś z nim nie tak - pomyślałem i ruszyłem w ich stronę.
 - Cześć! - pomachał mi ręką na powitanie.
 - No cześć - odpowiedziałem i zwróciłem wzrok na dziewczynę.
 - Mike, to jest Getra. Getra, to Mike - przedstawił nam sobie.
 - Cześć - powiedziałem już po raz drugi tego dnia i wyciągnąłem rękę na powitanie.
 - Hej... - powiedziała niepewnie i uściskała mi dłoń. Kiedy tylko ją puściłem, schowała się za plecami brata. Przy jej drobnej budowie, czułem się jak wyrośnięty byk, choć taki nie byłem. Ale jedno muszę przyznać - wyglądała uroczo z wstydliwymi rumieńcami na policzkach.
 - To idziemy już? - powiedział Victor.
 - Pewnie - poprawiłem słuchawki, które wisiały mi na szyi.
 Udaliśmy się do miasta. W prawdzie mieliśmy iść do kina, ale seans zaczynał się dopiero za półtora godziny. Więc w wolnym czasie... poszliśmy za Getrą do sklepu z odzieżą. Nie miała przy sobie wiele pieniędzy, ale grzechem by było tam nie wstąpić. Przymierzała mnóstwo sukienek, czym denerwowała innych klientów, bo przymierzalnie były tylko trzy, w tym jedna zablokowana przez nią. Ja z bratem siedzieliśmy przed sklepem, czasami zerkając przez szybę, ocenić sytuację. Wreszcie Victor wparował do sklepu i siłą wyciągnął z niego dziewczynę, wybawiając klientów. Pozostało nam tylko 15 minut czasu wolnego, więc straciliśmy go w salonie gier. Nawet Getra znalazła tam coś dla siebie - wyścigi..
 NARESZCIE udaliśmy się do kina i w spokoju mogłem przesiedzieć 110 minut nie patrząc na jakiekolwiek buty czy sukienki. Po filmie była godzina dopiero 18.30, ale w domu Getra i Victor musieli byc już u siebie nie później niż 20. Odprowadziłem ich pod dom dziecka, mimo że był spory kawałek. Nie przeszkadzało mi to, chciałem jak najdłużej czasu z nimi spędzić. Kiedy przyszedł czas rozstania, udałem się prosto do siebie. Próbowałem rozkminić dlaczego brat był przygnębiony na początku. Ostatecznie dałem sobie z tym spokój i przyśpieszyłem kroku. Akurat w kuchni Nathan usiłował sobie posmarować chleb masłem, ale ciągle mu "uciekał".
 - Pomóc ci? - wyrwałem mu nóż i dokończyłem robienie kanapek.
 - Dzięki, nie musiałeś.. - prychnął i zaczął brac po jednej i zanosić je do stołu, w czym też mu pomogłem.
 - Nauczyłeś się już pisać lewą ręką? - spytałem.
 - Taaak, na pewno nauczyłem się pisać w trzy tygodnie...
Spojrzałem na zwisający prawy rękaw u jego bluzy, który dyndał na wszystkie strony. Mimowolnie go złapałem i obwiązałem wokół niego.
 - Nie musiałeś...
 - Nie mogę po prostu na to patrzeć!
 Nathan odwrócił się jakby chciał mnie uderzyć, ale najwyraźniej zapomniał o braku prawej ręki, a lewa bolała go ogromnie, gdyż teraz na niej spadały wszystkie ciężary.
 - Kiedyś cię walnę - oznajmił i wziął się za jedzenie.
 - Pewnie - rozczochrałem mu włosy i ruszyłem w stronę pokoju, ale zatrzymał mnie jeszcze:
 - Czekaj... mógłbyś zdjąć cukier?
Wróciłem się i otworzyłem wysoko powieszone szafki, a że Nathan wysokością nie grzeszył, zawsze brał sobie taboret czy coś. Sięgnąłem cukier i postawiłem przed nim.
 - Dzięki.. - po tych słowach zniknąłem za drzwiami od swojego pokoju, gdzie przez resztkę tego dnia słuchałem muzyki.

                                                              CDN...

czwartek, 1 września 2016

Rozdział I


 W klasie Ib zabrzmiało jak w ulu. Powodem tego zamieszania był nowy uczeń, który niedawno się przeprowadził i musiał zmienić szkołę.
 - Nazywam się Max Bein - przemówił obojętnym głosem nowy uczeń - Miło mi was poznać.
 Niektóre dziewczyny zachichotały, inne wymieniali się spojrzeniami. Jego głos był dość niski, zresztą jak on sam. Czarne jak smoła włosy były potargane na wszystkie strony, a piwne oczy błyszczały w blasku słońca. Szkolny, biały mundurek miał pognieciony, a nisko pod żebrami można było dostrzec plamę od czegoś tłustego. Mimo to był bardzo ładny, czym tak wzbudzał zainteresowanie płci pięknej. Niektórzy chłopcy kłapali zębami nieprzyjaźnie, ale ten nie przejmował się z tym zbytnio. Nauczyciel wskazał Maxowi wolne miejsce do siedzenia pod oknem, obok innego ucznia, zwany Brain. Był klasową szarą myszą i przymusem z części przedmiotów. Max ruszył w jego stronę pewnym krokiem, nie obarczając nawet spojrzeniem  innych dziewczyn, które puszczały mu oczka i mile się do niego uśmiechały. Niebieskooki krótko spojrzał na swojego nowego kolegę z klasy, po czym szybko wrócił do kartkowania zeszytu.
 Lekcja minęła bardzo szybko dla Maxa. Gdy tylko znalazł się na szkolnym korytarzu, podbiegła do niego trzyosobowa grupka dziewczyn, prosząc czarnowłosego o wymianę numerów telefonów.
 - Ja nie mam telefonu - odpowiedział przedzierając się przez panujący hałas. Dziewczyny stały przez chwilę w osłupieniu, jakby nie pojmując znaczenia tych słów. Przecież każdy w szkole miał telefon! I tyle wystarczyło, aby Max przepchał się między nimi i znikł gdzieś w morzu uczniów, znikając im z oczu.
 Kiedy lekcje dobiegły końca, Brain, szara mysz, udał się za szkołę, gdzie stały ogromne śmietniki. Wyminął zielony samochód, którego jeszcze rano nie było, a przynajmniej nie widział. Było to miejsce niewidoczne przez okna budynków, oraz rzadko odwiedzali je dorośli, no chyba że sprzątaczka wynieść śmieci, ale bardzo rzadko. Była to kryjówka idealna dla dzieciaków, którzy schodzili tutaj na papierosy i tym podobne. Wprawdzie Brain nie palił, ale przychodził tam po swojego przyjaciela. Zawsze chodzili razem do domów, byli niemal nierozłączni. Znali się od piaskownicy. W przeciwieństwie do Braina, Lukas był bardzo energiczny i żywiołowy. To kompletnie inne charaktery, ale najwidoczniej przeciwieństwa się przyciągają. Oprócz Braina Lukas nie przyjaźnił się z nikim innym. Miał tylko znajomych. Może dlatego chłopca zadziwił mocno widok swojego przyjaciela rozmawiającego z nowym uczniem. Nigdy wcześniej nie widział, aby on rozmawiał z kimś innym niż on sam i był przy tym taki radosny. Brain poczuł się zazdrosny, a nawet urażony. Byli tak pochłonięci rozmową, że nie zauważyli jego przybytu.
 - Lukas... - odezwał się Brain i stawił krok do przodu.
 - A, już jesteś - spojrzał w stronę przyjaciela po czym zwrócił się do Maxa - Sorry, muszę już iść - rzucił wypalonego papierosa na ziemię i zgniótł podeszwą buta - Do jutra!
 Lukas wyprzedził Braina, skręcił szybko za rogiem i tyle było go widać. Gdy niebieskooki też miał zamiar udac się w jego ślady, poczuł czyjąś dłoń na prawym ramieniu.
 - Chyba mamy sobie do pogadania - syknął przez zęby nowy, który jeszcze przed chwilą dawał wrażenie spokojnego.
 - O co chodzi? - spytał Brain, starając się aby w jego głosie nie było wyczuć strachu.
 Max pociągnął go za ramię do siebie po czym pchnął do ściany. Zbliżył się niebezpiecznie, blokując drogę ucieczki.
 - Twoja matka nazywała się June Elbuns, tak? - zapytał prosto z mostu, patrząc mu w oczy.
 Wyraz twarzy Braina natychmiast się zmienił.
 - Skąd wiesz? - zapytał oszołomiony - Nigdy nikomu o tym nie mówiłem!
 - Nasi rodzice się znali.
 - I co z tego?
 - Oni... walczyli razem z zombi.
 - Co ty bredzisz?! - jak dotąd spokojny chłopak nagle wybuchnął gniewem - Jakie zombi?!
 - Ucisz się! - położył mu dłoń na buzi - Daj mi skończyć! Twoja matka urodziła cię kilka dni przed tym, jak została ugryziona. Nie dało się powstrzymać infekcji i zmarła tuż po twoim nadejściu.
 Brain patrzył na Maxa nadal oszołomiony. Nigdy nie wiedział jaka była jego mama. I nie chciał wiedzieć. Powtarzano mu ciągle, że porzuciła go i ojca, i uciekła z kochankiem. Nigdy nie próbował wchodzić w to głębiej. A teraz dowiaduje się takich rzeczy, chociaż i tak nie do końca wierzył nowemu.
 Mógł byc przecież szalony.
- Ale nadal masz w sobie "to coś" z tych potworów. Mówię o zombi - ciągnął dalej - Dlatego...
 Brain zauważył w jego prawej dłoni strzykawkę z jakimś płynem. Pod wpływem impulsu pchnął chłopaka, ale był zbyt słaby, aby coś mu zrobić. I tak za późno.
 Ogromna igła przebiła mu się przez skórę w okolicach obojczyku, a zimna substancja rozeszła się po ciele. Brain poczuł mrowienie, a po paru sekundach zakręciło mu się w głowie.
 -...to dla bezpieczeństwa innych.
 Nim osunął się na ziemię, Max zdążył go złapać. Stracił przytomność. Czarnowłosy zaciągnął go dyskretnie do zielonej furgonetki, która stała za rogiem. W środku za kierownicą siedziała dorosła kobieta, wysoka blondynka, hojnie obdarzona przez naturę z zielonymi oczami. Obok niej siedział również ktoś dorosły. Miał czarne rozczochrane włosy i wygniecione ubrania.
 - To on? - spytała blond włosa patrząc na nieprzytomnego chłopaka w lusterku.
 - Tak - odparł Max - To nasz cel.
 - Brawo, braciszku - tamten chłopak rozczochrał mu bardziej włosy - Jednak jest z Ciebie pożytek.
 Max zmierzył go wzrokiem i westchnął.
 - Jedźmy już.
Silnik zaskrzeczał, a po chwili ruszyli z miejsca, wtapiając się w inne samochody w ruchu ulicznym.

Dni z życia CreepyPast 30

Witojcie w ostatniej części drugiej serii krapowatych fanfikszion! Nadal zamierzam po tym kontunować tą jakże urzekającą historię. Przecież...