piątek, 27 stycznia 2017

Dni z życia CreepyPast 15



Z punktu widzenia Toby'ego...
 Wędrówka za tymi całymi śladami do najłatwiejszych nie należała, dodatkowo musiałem się trzymac na dystans, aby mnie nie wykryto. Wszystko szło bardzo, ale i to podejrzanie bardzo gładko. M&B nawet chyba nie pomyśleli o tym, że mógłbym ich szpiegować. Powinienien normalnie skakać z radości, że w tej chwili każdy o mnie zapomniał i bez problemów mogłem dowiedzieć się tego, co tamci próbowali przede mną ukryc. Te cholerne uczucie niepokoju... 
 Kiedy tak rozmyślałem nad moim "buntem", podążając bezmyślnie za śladami, mało brakowało, abym się ujawnił. Masky i Hoodie stanęli w miejscu, a ja znacznie zmniejszyłem odległość między nami. Otrząsłem się z transu i schowałem za najbliższą zaspą śnieżną. Wtedy jakby na zawołanie śnieg zaczął padac mocniej, tworząc białą zasłonę między nami. Ugh, w takim tempie pozostawione ślady były już pewnie dawno przykryte. Skuliłem się z zimna, starając się nie zgrzytac zębami. Dosłownie każda cząsteczka ciała mówiła mi: wracaj. Lecz moja ciekawość była silniejsza. Wychyliłem głowę z ukrycia, a moim oczom ukazała się epicka scena walki.Trzy postacie zmierzały w moją stronę nieubłaganie... jakbym był skazany na pokazanie się. Wstałem chwiejnie, kuląc się nieco aby nie pokazać zza niewielkiej zaspy. Rozejrzałem się po otoczeniu, szukając wzrokiem bezpiecznej drogi ucieczki lub jeszcze lepszej kryjówki. Gdy nagle...
  BAAAAM!!
 ...dosłownie milimetry przed moją twarzą przeleciał jakiś osobnik i uderzył z wielkim hukiem o ziemię, w odległości niecałego metra. Wydarł się z bólu, a czerwona plama na jego lewym boku powiększała się. Ogarnąło mnie uczucie deja vu, jakby nie był mi obcy. Stałem tam jak wyryty, analizując co się właściwie stało. W tym samym czasie chłopak, zaciskając zęby w bólu, zdążył podnieść się na równe nogi, a na mój widok pojawił się dziwny błysk w oku. Nadzieja? Za to ja w końcu zobaczyłem jego twarz i stwierdziłem, że to Domino. Gdy rozległy się kolejne strzały, czarno-białowłosy cisnął w ich stronę kilkoma kartami, samemu osuwając się na ziemię, a z jego ramienia trysła krew, częściowo barwiąc wszystko wokół. 
 - Toby?... - nim zorientowałem się do kogo należą te słowa, poczułem (nie aż takie) mocne uderzenie z tyłu głowy. Pff... Nie wystarczyło żebym stracił przytomność. Odwróciłem się gwałtownie, mało nie przewracając się. Za mną w stalowym prętem w dłoniach stał jakiś chłopak, którego nigdy wcześniej nie widziałem. Nie był nikim z Skrollverse. Więc kto?..
 Wpatrywałem się w niego jak w jakieś ufo, gdy wnet obraz zasłoniły mi czyjeś dłonie. Ktoś złapał mnie za głowę, zakrywając oczy i odciągnął brutalnie do tyłu, co sprawiło, że upadłem na śnieg, tuż obok siłującego się Maskyego z Domino. A raczej obok Domino próbującego się wyrwac z uścisku, bo szczerze mówiąc, był totalnie skrępowany i nie wyglądał jakby walczył z całych sił, bo pewnie był osłabiony. Za to Masky... cóż, z niego nie mogłem wyczytać nic.
  BRZDĘK
Hoodie rzucił się na mojego napastnika, a jego ostrza zderzyły się z prętem. Gdy tylko obcy uniósł ręce, biorąc zamach, Brain wykorzystał fakt, że się odsłonił, zanurzając ostrze w jego udo. Szatyn jęknął z bólu i upuścił broń z rąk. Wtedy złapał Hoodie za plecy, jakby chciał wyszarpać materiał od jego bluzy i ugryzł go w ramię. Momentalnie wstałem na równe nogi, ale moja pomoc nie była potrzebna. Ugodzony w ramie zaczął wykręcać nóż, nadal zatopiony w jego ciele. Twarz chłopaka wykrzywiła się w ogromnym bólu, ale go nie puścił, a raczej przeniósł się na szyję. Nim zacisnął szczęki wystarczająco mocno by polała się krew, Hoodie dźgnął go gwałtownie kilka razy w to samo miejsce,a chłopak zatoczył się do tyłu. Wpadł w głębszy śnieg i skulił momentalnie, próbując powstrzymać krwawienie. 
 - Co tu-tutaj robisz?! - Brain odwrócił się do mnie, a w jego głosie była taka wściekłość... - Szpiegowałeś?
 - Tak - przyznałem się, nie wyrażając jakichkolwiek emocji. Zamiast patrzeć mu w oczy mój wzrok był skupiony na leżącym za nim chłopaku.
 - Chyba dostałeś jasny zakaz! - wtrącił Masky, który teraz lekko podduszał Domino.
 - Coś przede mną ukrywacie! Czy to źle, że chciałem się po prostu dowiedzieć prawdy?! - czułem jak buzowała we mnie krew.
 - Czyli on jeszcze o niczym nie wi---AAAAAAA! - to powiedział Domino, ale szybko zaniemówił, gdy otrzymał kopniaka w czuły punkt.
 - O czym jeszcze nie wiem? - podpytałem.
 - N-n-nie słuchaaj go - kopnął pręt na bok - Oniii... użyją każdego po-podstęęp-p-puu.
Tymczasem krew tamtego chłopaka barwiła na czerwono coraz więcej śniegu.
 - Po prostu już wracaj - westchnął Masky - To nie najlepszy czas na takie rozmowy, a tym to się zajmiemy. 
 - A tym? - wskazałem ruchem głowy na wykrwiającego się.
 - To zwykły cywil. Wiesz, że Skroll mógł mu czegoś naobiecywać za "usługi". - coś na wzór Colina i Milana? - Prędzej czy później go tutaj znajdzie i zabije, albo sam umrze. 
 - Od samego początku wiedziałem, że będziesz bezużyte...AAAA! - kolejny kopniak wymierzony w krocze.
Masky zmierzył mnie groźnym spojrzeniem, dając równocześnie sygnał, że moja obecność zawadza. Westchnąłem cicho i wolnym krokiem ruszyłem tam skąd przybyłem, nieco rozczarowany. Z jednej strony wpadłem na cholernie głupi i szalony pomysł. Doszedłem do wniosku, że właściwie Domino może wiedziec to "coś", czego inni na ten temat rozmów unikają. Nie zabiją go, prawda? W końcu może stanowic dla nich kopalnię informacji, jeżeli zastosowałoby się odpowiednie tortury...
Zanotować w pamięci: odszukać miejsce, gdzie przechowywany będzie Domino i wyciągnąć całą prawdę.
Oczywiście, że za takie coś musiałbym zapłacić, ale całą "cenę" wolałem ustawic z nim - nie myśleć o tym teraz.

CDN...


Na ten jakże piękny piątek przygotowałam bardzo krótki post. Staram się wrzucac co niedzielę, ale ten tego, w poprzednią niedzielę nic nie było, więc odpłacam się piątkiem, a czy w tą niedzielę coś będzie... zobaczymy.

niedziela, 15 stycznia 2017

Dni z życia CreepyPast 14



Z punktu widzenia Liu...
 - Jakieś wieści ze świata?
 - Piździ złem - cały okryty śniegiem przekroczyłem progi domu, a drzwi same się zatrzasnęły. Dosłownie każda cząstka skóry mnie szczypała, a sam trząsłem się zimna.Zrzuciłem z siebie niemalże mokrą kurtkę i otrząsłem się jak pies po deszczu. Jakże ja nienawidzę zimy! Dodatkowo mój "krótki spacer" przeobraził się w walkę o życie. W pewnym momencie wiatr mnie wywrócił, a ja sturlałem się po górce i zatrzymałem się dopiero na zamarzniętym stawku. Oczywiście byłem taki groźny, że lód nawet nie śmiał pękac pod moim ciężarem, ale nie zląkł się byc diabelsko śliski.Nim dotarłem do brzegu, wywaliłem się cztery razy za sprawą wiatru. Potem błądziłem jeszcze w kółko przez jakiś czas. Mam świetną orientację w terenie, szczególnie, że wszędzie jest biało i biało.
 - Złem? - zagadnął Zak opierając się o ścianę obok drzwi - Ja uwielbiam śnieg! - i było po nim widać. Na ubraniach i we włosach miał śnieg, a pod nim powiększała się kałuża z tego białego małego gówna. I mimo że cały tlepotał, było w nim tyle entuzjazmu...
 - Gdzie ty się uchowałeś?
 - W takim małym domku, przez kilkanaście lat nawet nie mogłem wystawić z niego nosa. Chyba wiesz, że po raz pierwszy dotykam śniegu, tak?
 - To było pytanie retoryczne - westchnąłem i zawędrowałem do kuchni wygrzebać coś z lodówki. Jakież było moje zdziwienie, gdy moim oczom ukazali się dwaj najwięksi wrogowie - Jane i Jeff - prowadzili MIŁĄ i zażartą dyskusję, ale nie słyszałem o czym konkretnie. Równie dobrze mogli się wyzywać, ale byli na to za spokojni.
BAM!
Całą tą miłą atmosferę przerwała Nina, waląc pięścią w ścianę. Aż kipiało z niej wściekłością, a oczy aż błyszczały od ognia.
 - Co za debilizm! - warknęła czymś podirytowana - Ostatnio ktoś wydłubał naszemu towarzyszowi oko, dowiedzieliśmy się o innej grupie morderców, a wujek - walnęła jeszcze raz - ma to kompletnie gdzieś!
 Ktoś parsknął śmiechem, a ja w myślach strzeliłem takiego faceplama...
 - Nina, jakbyś nie zauważyła, od kilku dni próbujemy ustalić kim są ci nowi i może nawiązać rozejm żeby przeciwsta...- śpieszyła z tłumaczeniem Jane, ale tamta znowu jej przerwała:
 - Więc dlaczego ja o tym nic nie wiem? Dlaczego nie było mnie na żadnej tego typu wyprawce?
Bo zawadzasz, chciałem wtrącić, ale Jane mnie wyprzedziła:
 - A ile osób potrzeba do wkręcenia żarówki? Po prostu nie dla każdego znalazło się zajęcie...
Chętnie słuchałbym  dalszy ciąg ich kłótni, ale moje nogi, jakby w zgodzie z mózgiem, zawędrowały do mojego pokoju, gdzie pod moją nieobecność były dzikie melanże.
 - Co się tu... - od razu po wejściu uderzyła mnie fala nieprzyjemnego zimna. Wkroczyłem do środka, a przeciąg był tak mocny, że siłą musiałem zamknąć drzwi. W pomieszczeniu był... śnieg. Pełno śniegu. Jedynie pod oknem, gdzie był grzejnik, leżała plama wody. Okno było szeroko otwarte, a na parapecie ktoś stał, widoczny jedynie do pasa. Po butach owego osobnika rozpoznałem, że to Ticci.
 - Toby! - pokonałem szybko dzielącą nas odległość - Co ty wyprawiasz?!
 - Ugh... - ugiął kolana i wślizgnął nogi do środka, siadając na parapet. Wyglądał jak jakaś gwiazda rocka. Włosy miał lekko poczochrane, sztywno stały, miejscami nawet białe. Brwi i rzęsy kompletnie białe, a usta krwistoczerwone i popękane.
 - Ile śniegu... - zdziwił się omiatając wzrokiem pokój.
 - Co ty tam robiłeś?
 - Niechcący wyrzuciłem toporki na dach, a tak się złożyło, że nad nasze okno i chciałem je szybko zdjąć, ale...
 - Aż tak długo próbowałeś...? - aż uderzyłem się dłonią w czoło.
 - Straciłem poczucie czasu - wzruszył ramionami.
Wyciągnąłem rękę i wplotłem palce w jego włosy. Twarde jak nie wiem co.
 - Pomogę ci, ale ty będziesz wszystko sprzątał i się tłumaczył innym, jasne? - wlazłem na parapet i trzymając się ściany chwiejnie podnosiłem do pionowej pozycji.
 - Tak jest! - jego oczy aż błysnęły.
Natychmiast zlokalizowałem jego broń, a ponieważ byłem wyższy od Tobyego, złapanie ich i wrzucenie do środka zajęło mniej niż siedem minut. Wystarczająco dużo czasu, żebym dostał szału z powodu zimna. Po powrocie do pokoju, nie zobaczyłem ani płatka śniegu. Toby już zajął się ścieraniem wody, a toporki leżały spokojnie skrzyżowane na jego łóżku. Chłopak nadal nie ogarnął, w jakim stanie są jego włosy. Otrzepałem się do końca z śniegu i zamknąłem okno, drżąc z zimna. Natychmiast wpełzłem pod kołdrę i szczelnie okryłem. Nie minęło 10 minut, kiedy do pokoju wleźli oni i zakłócili mój spokój..


Z punktu widzenia Toby'ego...
 Po wysprzątaniu pokoju nałożyłem na siebie dodatkowy golf i ruszyłem na miasto. A dokładniej pod blok Charlie'go. Nie osądzajcie mnie jako pedofila. Po prostu spełniam prośbę nieżyjącego Milana. Jednak w połowie drogi nieco zmieniłem plany. Widząc skaczących przez jakieś ogrodzenia Tima i Braina, podążyłem za nimi, a dokładniej prosto do lasu. 
 - Kogo szpiegujemy?! - krzyknąłem za nimi i podbiegłem wymijając drzewa.
 - Co tutaj robisz?! - warknął Masky.
 - Witam się z przyjaciółmi - udałem głupiego - Idziecie na misję?
 - Zabieraj się stąd i nie próbuj za nami iśc.
 - Dlaczego? Od tak dawna Slendy nie dawał mi żadnego zajęcia, a...
 - Toby! - przerwał Tim - Slenderman ma najwyraźniej jakiś powód. Jeśli ci się nudzi to do niego idź i poproś o jakieś zadanie, albo wybierz się na misję z tamtymi od Zalgo.
 - A jaki to mógłby byc powód?!
 - Ugh, po prostu się odczep! Przez ciebie tracimy czas! - chłopak odwrócił się do mnie plecami i ruszył pośpiesznie przed siebie. Za jego śladem podążył Hoodie. 
 Chciałbym po prostu nie iśc za nimi i czekac, aż znikną z mojego pola widzenia, ale te ślady pozostawione w śniegu wyglądały zbyt kusząco. Gdy tylko przestałem ich widzieć, bez chwili wahania podążyłem za śladami.

CDN...

niedziela, 8 stycznia 2017

Dni z życia CreepyPast 13



Z punktu widzenia Kaspera...
 Święta bożego narodzenia nie były u nas obchodzone. Nikt nie przejmował się wręczaniem prezentów, gotowaniem, ubieraniem choinki. I w sumie dobrze dla mnie. Nowy rok również nie powitaliśmy jakoś specjalnie. Każdy zamiast świętować, został tylko zawalony ogromem prac od wujka. Szczególnie Rogers. A moim zajęciem było... utworzenie wielkiego satanistycznego symbolu tak gdzieś kilka metrów od domu. Kompletnie nie wiedziałem w czym to miało pomóc, ale wykonałem zadanie. Symbol wykonałem oczywiście z krwi niewinnych ludzi. Żeby było jeszcze ciekawej, na cel obrałem sobie głęboko wierzących, fanatyków i ministrantów. To była świetna zabawa! Szczególnie kiedy wyciągali w moją stronę swoje śmieszne różańce i powtarzali frazę: "Jezu, obroń mnie!". To zabawne, że ludzie zasłaniają się bogiem, skoro ich czyny są miarą, a i tak po śmierci utoną w morzu piekielnego ognia.
Najzabawniejsza była moja ostatnia ofiara - dziewczyna ministrant. Mimo swojego tytułu, nie była wierzącą. Chodziła w tamte miejsca z przymusu. Skąd to wiem? Ja to czuję. Zamiast składać modlitwy, zaczęła rzucać we mnie różnymi przedmiotami. Co za zabawna osoba!
 Z całym zadaniem wyrobiłem się do późnego wieczora. Właśnie wtedy wujaszek zwołał wszystkich na spotkanie do salonu. Nadal nie przyzwyczaiłem się do tych irytujących dźwięków w mojej głowie. Zaskakujące było to, że zakochany w sobie blondi był miły, nie tylko dla Zaka, dla wszystkich. Druga rzecz - niektórzy znowu dramatyzowali o Skrollverse i innym gangu. I o jakimś podziele lasu na alfa, beta i omega. Z nabytych informacji wynikałoby, że alfa to teren przydupasów Skrolla, beta to tamci drudzy, omega to my - i nie podobało mi się to, ponieważ omega kojarzy mi się z ofiarą losu. Meh... Zebranie skończyło się równo o północy. Większość po prostu poszła spać, ja postanowiłem towarzyszyć Jasonowi w tworzeniu lalek z ludzi. Bardzo ciekawy proces. Nauczyłem się od niego jak w bardzo krótkim czasie pozbyć się większości organów. Jednak nie mogłem zostać z nim do samego końca. W pewnym momencie jego oczy błysnęły na zielono, a dłonie zmieniały barwę na czarno. Czyli najwyższa pora uciekać. Wycofałem się po cichu i zawędrowałem do miasta. Obszarpany, ociekający krwią nie przejmowałem się zbytnio przechodniami czy rzadko spotykanymi autami. Spacerowałem jeszcze jakiś czas nim wróciłem do domu. I właśnie tam spotkałem się z TYM.
 Cały salon... nie, cały dół wyglądał jak po wojnie. Na ścianach i meblach były ślady pazurów. Wszystko było poprzewracane, po podłodze walały się kawałki szkła, nieduże plamy krwi. Co się do cholery stało?! W pierwszej chwili pobiegłem do góry, sprawdzić czy wszyscy są jeszcze żywi. I wiecie co? Spali jak zabici!
Pytanie - kto z całej bandy psychopatów jest najodpowiedzialniejszy?
Odpowiedź - pewnie Masky.
 Przemknąłem do jego pokoju i szturchnąłem go w ramię. Raz... drugi... gdy tylko otworzył oczy, zatkałem mu usta dłonią.
 - Mhmmmhmm - pisnął i się szarpnął.
 - Shhh, to ja - szepnąłem i nachyliłem się tak by zobaczył moją twarz - Nie krzycz - odsłoniłem mu usta.
 - Kasper? - zamrugał oczami i podniósł się do pozycji siedzącej.
 - Jesteś potrzebny.
 - Na co? Dlaczego akurat ja? - ziewnął.
 - W końcu jesteś pupilkiem wujaszka, czyż nie? - złapałem go za nadgarstek i pociągnąłem do drzwi - Chodźże - pokierowałem go do salonu.
 - Woah - zdziwił się na widok całej demolki - Co się tutaj...?
 - Nie mam pojęcia, właśnie dlatego cię obudziłem - przerwałem mu.
 - Może zwykli włamywacze czegoś szukali? - rozejrzał się i chodził między meblami tak by nie stanąć na szkło.
 - To jak wytłumaczysz krew?
 - Pewnie ktoś z nas chciał ich przepędzić i dostali w zęby... - westchnął.
 - Gdyby tak było, tutaj walałyby się trupy! - oznajmiłem troszkę za głośno.
 Nagle usłyszeliśmy stuknięcie w rogu pomieszczenia i cichy jęk. Masky wziął kawałek drewna z gwoździem i powoli tam ruszył, a ja po prostu szedłem za nim.
 - Moje oczy... - kolejny jęk przepełniony bólem z tamtego miejsca. Gdy znaleźliśmy się wystarczająco blisko, Tim odrzucił na bok firankę, która przykrywała tego owego kogoś. Zobaczyliśmy Bena leżącego twarzą do podłogi w kałuży krwi. Ubrania miał poszarpane, ale na ciele nie dostrzegłem żadnych zadrapań.
 - Ben? - Masky rzucił swoją broń na bok i kucnął obok niego - Co się tutaj stało?
 - Blondi? - odwróciłem go na plecy i aż na sam widok mnie zemdliło. Jego twarz... była cała w zadrapaniach, a w niektórych miejscach obdarta ze skóry. Na lewym policzku skóra dosłownie wisiała.  A oczy... miał tylko jedno. Ktoś wydłubał mu lewe oko, a okolice prawego też były podrapane jakby ktoś się za nie zabierał. Dodatkowo było całe szklane, napełnione łzami.
 - Moje oczy... - jęknął - Zabrał moje oczy... - z prawego oka poleciały wielkie jak grochy łzy. Kiedy tylko zetknęła się z obdartą częścią twarz, zajęczał bardziej. Doprawdy, nawet nie mógłbym wyobrazić sobie jego bólu.
 - Leć po Hoodie i rozkaż mu zawołać Slendermana! -polecił Masky, więc zrobiłem tak jak mówił. Godzinę później wydawałoby się, że jest wszystko w porządku. Umiejętności lekarskie wujaszka jak zwykle nie zawiodły. Ale Ben płakał tak mocno, że nie był wstanie powiedzieć co się stało. Masky był zmuszony do ciągłego zmieniania mu bandażów, bo tamte mokły.
 - Zabrał mi oko... - powtarzał cały czas. Przez te kilka godzin ja zająłem się wyrzucaniem mebli. I tak na nic się nie zdadzą.
Ostatecznie Masky założył mu szpitalną opaskę na pusty oczodół. Skórę miał różową i zapewne piekącą.
Gdy nie było już ani jednego mebla, w szkle znalazłem coś bardzo ciekawego. Na początku myślałem, że to piłka, ale po złapaniu to w dłoń, okazało się, że to oko. Jego. Chciałem mu to wręczyć do ręki, ale pomyślałem, że zacznie się większa histeria, albo będzie chciał je włożyć na miejsce.
Więc zgniotłem je w dłoni, a szczątki wyrzuciłem na ziemię i rozdeptałem.


Z punktu widzenia Bena...
 Dopiero nad ranem zdołałem się uspokoić. Do tego czasu w pomieszczeniu nie było żadnych oznak walki - czyli nie było niczego. Chciałem uniknąć pytań innych o to co się działo w nocy, więc gdy tylko Tim po coś wyszedł, uciekłem na zewnątrz, w miejsce gdzie nikt by się po mnie nie spodziewał - nad staw. Usiadłem pod drzewem, dwa metry od brzegu i po prostu tępo patrzyłem przed siebie, analizując wydarzenia z nocy. Byłem na siebie cholernie wściekły. On mnie przecież ostrzegał! Groził, że przyjdzie po moje oczy jeśli nie będę taki jak on sobie życzy. Zacisnąłem zęby ze złości i zacząłem rzucać kamienie w wodę. Gdyby nie moja fobia, pewnie sam bym przywiązał do siebie głaz i tam wskoczył.
 - Ben! - usłyszałem krzyk. Zaraz po tym obok mnie przykucnął zasapany Toby - Wszędzie cię szukałem - powiedział jakby z wyrzutem - Dlaczego uciekłeś?
 - Nie chciałem się z nikim widzieć - rzuciłem kolejnym kamieniem.
 - To nie jest wystarczający powód - oznajmił - A teraz zmiana tematu: kto ci wydłubał oko?
 Aż zakuło mnie na samo wspomnienie. On po prostu przyszedł od tak sobie, uderzył w tył głowy i...
 - Dlaczego się trzęsiesz? - zapytał nagle. Rzeczywiście, cały dygotałem.
 - Nie twoja sprawa kto to był - warknąłem. Nie mogłem powiedzieć kto to był. Przecież nikt by nie uwierzył. A nawet jeśli, to by się spytał o powód, a wtedy uznałby, że wymyślam bajki.
 - Po prostu się martwimy... - westchnął i spuścił głowę - Jeżeli moglibyśmy coś zro...-
 - Ah, zamknij się! - rzuciłem kolejnym kamieniem - Po prostu mnie zostaw!
 Toby popatrzył na mnie uważnie, po czym bez słowa wstał i ruszył w swoim kierunku. Żałowałem, że musiałem być tak wredny, ale nie chcę stracić drugiego oka i drugi raz przez to przechodzić.
Ponieważ nasza umowa polegała na tym, że jeśli będę miły... przyjdzie i wydłubie mi je.
A tą osobą był mój martwy od trzynastu lat ojciec.


CDN...

środa, 28 grudnia 2016

Dni z życia CreepyPast 12



Z punktu widzenia Ben'a...
 I w końcu nadszedł ten miesiąc. Grudzień. Już wcześniej wszędzie się roiło od świątecznych ozdób, reklam... chyba najbardziej znienawidzony czas. Dokładnie 06.12 wszyscy dopiero pojęli, że Święta nadchodzą. Brzydzę się nimi, więc nie byłem zbytnio zachwycony, kiedy wujaszek wysłał mnie do sklepu po jakieś zabawki dla Sally i Lazari. Niechętnie, ale wykonałem polecenie i pod koniec dnia byłem już w domu z dwoma misiami.
 - Hoho, przyszedł elfi asystent Świętego - wypowiedział ktoś.
Czułem się upokorzony, więc cisnąłem zabawkami na kanapę i miałem ruszyć przed siebie, ale coś znalazło się pod nogami i upadłem na podłogę.
 - Co do... - zauważyłem że w moje nogi "wplątany" był Vincent. Odrzuciłem go w miarę sił na bok i podniosłem się błyskawicznie. Ten mały szczyl poleciał prosto na krawędź stojącego obok krzesła i uderzył o to głową.
 - Łeeeeee - zaczął popłakiwać cicho, jakby zaraz miał wylać z siebie wodospad łez, ale dopóki Jeffa z nim nie było, czekał żeby mnie wkopać.
 - Shhh - dźwigałem go na ręce i zatkałem usta. Rozejrzałem się po pomieszczeniu, ale wszyscy byli zbyt zajęci sobą, żeby zauważyć jego łzy. Wszyscy oprócz bacznie obserwującego nas L.Jack'a.
 - I coś ty zrobił? - podszedł do nas - Masz przechlapane.
 - Tylko mnie nie podkabluj - oglądałem niewielkie rozcięcie na jego czole.
Udałem się z nim do swojego pokoju i postawiłem na środku pomieszczenia. Byliśmy sam na sam. Gdy tylko moja dłoń odsunęła się od jego ust, wybuchł donośnym płaczem. Zabawne było to, jak próbował stac na własnych nogach, ale co chwila tracił równowagę.
 - Uciszże wreszcie - warknąłem groźnie i uderzyłem pięścią w ścianę. Ale tylko bardziej się wystraszył i rozpłakał głośniej. Lecz po jeszcze takich paru razach zrozumiał, że tak tylko pogrąża się bardziej i już po godzinie tkwił w kompletnej ciszy. Tylko godzina! Zmęczony wytarłem mu twarz mokrą od łez jednym prześcieradłem i odniosłem go do pokoju Jeffa.
 - Przyniosłem zgubę - wprost wepchałem mu go w ramiona.
 - O! - jego uśmiech momentalnie się poszerzył - Gdzie był?
 - Długa historia.
 - Ma tutaj jakieś zadrapanie i napuchnięte oczy...
 - Jejku - westchnąłem - Pewnie droczył się z jakimś kocurem i się oberwało. Był w ogródku.
Całej sytuacji przyglądał się Zak.
 - Nie przypominam sobie żebym z nim...
 - Matko! - przerwałem mu - Może szczyl sam wyszedł! Skorzystał z okazji kiedy drzwi były otwarte i uciekł!
 - Nienawidzisz go, prawda? - odezwał się Zak i roześmiał.
 - Brawo, bystrzaku! - warknąłem podirytowany, po czym szybko się zamknąłem, przypominając sobie o przestrodze wujaszka - Po prostu zapomnijmy o tej sprawie - dodałem szybko i prędko opuściłem pomieszczenie.

 Z punktu widzenia Jane...
 Chcąc iśc do swojego pokoju, zauważyłam na korytarzu wściekłego Bena wychodzącego z pokoju... tamtego kretyna.
 - Stało się coś? - zapytałam w trosce o kolegę.
 - Nic! - warknął i już miał złapac za klamkę od swojego pokoju, ale w ostatnim momencie złapał się za głowę i wykrzywił twarz z bólu. Impulsy Slendera.
 - Mi nie powiesz? - zagadnęłam - Chciałam byc tylko miła...
 - To bądź miła dla kogoś innego! - szybko otworzył drzwi - Dajcie mi spokój! - wkroczył do pokoju, trzaskając wrotami głośno.
 - On zawsze taki drażliwy? - usłyszałam za sobą głos/głosy Kaspera i aż podskoczyłam. Stał za mną, oparty o ścianę lewym ramieniem.
 - Tsa - machnęłam ręką - W grudniu już szczególnie.
 - Benek-elfik - zaśmiał się. Nie minęły dwie sekundy ciszy, a on zadał pytanie - Co sądzisz o Vincencie?
 - Vincent? - zdziwiłam się - Że ma zrujnowane życie.
 - Dlaczego? - tym razem on nie ukrywał zdumienia.
 - Jest wychowywany w gronie zabójców i innych niestworzonych "rzeczy". Czy to normalne życie? I co w ogóle będzie z jego nauką? Z przyjaciółmi?
 - Przecież my możemy go uczyc - uśmiechnął się - Każdy z nas jest specjalistą w jakiejś dziedzinie. Twierdzisz, że Vin nie będzie miał przyjaciół? My nimi będziemy.
 - Miałam na myśli rówieśników - westchnęłam - ...dlaczego chciałeś poznać moją opinię na jego temat?
 - Tak właściwie chciałem się dowiedzieć co ty na to, aby wychować go na drugiego Omena.
 - Szatan byłby dumny - parsknęłam śmiechem - Ty wszystkie dzieci wychowałbyś na satanistów. Moja opinia: to beznadziejny pomysł.
Pokręcił wymownie głową i westchnął. Następnie rzucając mi krótkie: "Zobaczymy za kilka lat" zniknął w otchłani swojego pokoju. Zobaczymy co?
 Reszta dnia nie była zbytnio kolorowa. W ogóle cały ten tydzień był przypałowy. Prawie zniszczyłam przyjaźń z Clocky i Tobym, okaleczyłam Helena, Kreis ma na mnie tymczasowego focha, ale wszystko po kolei.
ŚRODA
 Tego dnia ostro pokłóciłam się Clockwork. Chciałam ją tylko pocieszyć, gdyż ta (w drugim dniu okresu) lamentowała, że dla Tobyego tamten pocałunek był wart tyle co nic. I kłóciliśmy się... bodajże przed samym domem. W przypływie gniewu wykrzyczałam jej, że się go zwyczajnie b-o-i. Wpadła w większą histerię, a takie momenty są oczywiście idealne aby do akcji wkroczył ukochany do rozmów! Wracał skądś dość zdyszany, nie rozumiał nawet co się dzieje, a ja mu nagle wyjechałam, że to tchórz. Nim się otrząsnął, dziewczyna mnie zwyzywała, więc nie zostało mi nic innego jak dopuścić do "przypadkowego" pocałunku popchnięciem. Oboje po tym uciekli, ale razem z Jasonem udało mi się ich znaleźć i siłą zmusić do wyjaśnień. Po tak zakręconym dniu zostali parą, a mi grzechy zostały odpuszczone. I dobrze.
CZWARTEK/PIĄTEK
 W czwartym dniu tygodnia postanowili zawitać do nas Kreis, Mike i Nikki. W sumie  Nikki był w sprawach służbowych do Slendera, a że jego akurat nie było, obecność Alice i Masky musiała wystarczyć. Mike wpadał czasami do Bena grać, a Kreis zdaje się, że zakolegował się z Kagekao i Jeffem dupkiem, więc jego obecność nie była niczym obcym. Zwykle przychodził z dużą torbą na ramię, w której trzymał książki, gdy nie miał je gdzie zostawić. A, i jeszcze słodycze. A cała fizolofia polegała na tym, że idąc przez salon potknęłam się o jego torbę, a z ręki wypadło mi pudełko pinesek. Były mi potrzebne do rozwieszenia czegoś na zewnątrz... wprawdzie nikt na nie nie stanął, ale stopą rozgniotłam sok, który zalał książki w torbie. Kreis pierwsze co zrobił to natychmiast je wyciągnął, a ja chcąc mu ją dla niego wyprać, złapałam za nią i popędziłam do łazienki, a po drodze wypadło z niej szklane-coś, co spadło z hukiem o podłogę, a większy kawałek szkła poleciał aż do stopy Painter'a. Biedactwo. Jeszcze niedawno przyjął na swoją twarz petardę, teraz szkło. Ale chwilkę! To nie koniec jego cierpień! Helen tak się wystraszył, że aż podskoczył, potknął się o własne nogi i poleciał prosto na pinezki... jego wrzask rozniósł się po caaałym mieszkaniu, budząc wszystkich domowników (a działo się to w godzinach północnych).
SOBOTA
Co mogłoby pójśc nie tak? Tylko rozbiłam okno! Podczas to zabawy z Sally i Lazari na zewnątrz, Ann wykrzyczała mi wyglądając przez okno abym podała jej jakąś piłkę. Przedmiot znalazłam, ale nie chciało mi się podchodzić, więc rzuciłam... trafiając w szybę. A byłam przekonana, że okno było szeroko otwarte. Grr! Dodatkowo Jeff miał ze mnie niezłą polewkę i temat do żartów na ładne parę godzin. Tylko godzin. Pod koniec dnia skończyłby na dnie jeziora, gdyby nie spostrzegawczość L.Jack'a i zdolności pływackie Liu. Jednak nikt nie podjął decyzji o wykonaniu usta-usta. Za bardzo się brzydzili. I słusznie.
NIEDZIELA
Udało mi się wyskrobać trochę pieniędzy, więc poszłam przebrana do centrum handlowego. Musiałam kupic jakąś książkę do Kreisa za zniszczenie tamtych. Weszłam do księgarni i od razu uderzył mnie ten przyjemny zapach świeżych kartek i odgłosy przewracanych stron. Mhm... Od razu ruszyłam na dział "Kryminał". Spośród tylu książek nie mogłam wyszukać niczego, co on by jeszcze nie miał, albo najwidoczniej źle szukałam. W końcu wkurzona wkroczyłam na "Romans". Chłopcy rzadko to czytają, więc będę miała szerokie pole do popisu. Po kilku minutach namysłu chwyciłam za książkę, która spośród wszystkich różowiutkich wyróżniała się czernią z nutą granatu. Na okładce widniał kawałek krawatu. Szybko zapłaciłam, schowałam rzecz do małej torebki i wyszłam jeszcze kupic jakiś papier ozdobny, ale zrezygnowałam, bo po co? Chodziłam więc po centrum handlowym oglądając sukienki. Lecz nagle zmieniłam zdanie i kupiłam ten papier. By się komponował z książką, wybrałam ciemno-granatowy. A jeśli chodzi o samą książkę, to wybrałam dla niego "Pięćdziesiąt twarzy Greya". Na pewno mu się spodoba!
PONIEDZIAŁEK
Hey, hey! Nie myślcie, że zapomniałam o Helenie! Też byłam mu coś winna. Udało mi się wyżebrać trochę pieniędzy od wujaszka i od razu ruszyłam na centrum. Całą drogę kminiłam co mu kupic. Ostatecznie wybrałam dla niego jakiś wypasiony szkicownik. Miałam po tym szybko wracać, ale moją uwagę przykuł siedzący przy fontannie gitarzysta. Siedział pochylony nad instrumentem i grał jakieś bardziej znane piosenki jak "Hallelujah". Miałam ogromne wrażenie, że go skądś znam. Miał stare, czarne jeansy, nie taką świeżą białą bluzkę i niebieską czapkę z daszkiem, spod której wydostawały się blond włosy. Sylwetkę miał chudą, nawet za, a na oko miał 15, 16 lat. Zaciekawiona podeszłam bliżej, wtapiając się w tłum słuchaczy. Niektórzy wrzucili trochę pieniędzy do futerału, inni robili zdjęcia, pojedyncze osoby pogwizdywały. W końcu gdy muzyka ustała, mała część ludzi zaczęła bic brawo, za to chłopak ani na chwilę nie unosząc wzroku, zaczął grac ponownie. Chciałam posłuchac go dłużej, ale gdzieś w tłumie ludzi kątem oka dostrzegłam Nick'a. Nick'a Vanill'a. Ciarki mnie przeszył po całym ciele. Cholernie się wyróżniał swoim czarnym ubiorem, okularami przeciwsłonecznymi, mimo że w środku było gorąco on miał założony kaptur i chodził z czarną parasolką, co prawdzie złożoną, ale na zewnątrz nie padało i nie wyglądało jakby miało się zanosić. Robił takie zamieszanie, że nawet dotąd niewzruszony gitarzysta raczył zadrzeć głowę w górę by sprawdzić co się dzieje. Na jego widok aż się wzdrygnął i zaczął zbierac swoje rzeczy. Dopiero teraz zauważyłam, że to Mike. Niebieska bluza, dotychczas trzymana na kolanach i zasłonięta przez instrument teraz wylądowała na nim. Nie dbając o zebranie pieniędzy, po prostu wcisnął gitarę do futerału, zapiął, po czym przewiesił przez ramię, jakby to była torba, mając instrument na plecach. Zrobił to tak szybko, że nim zdążyłam  przepchać się przez ludzi on już zniknął. Wtedy ponownie wróciłam do szukania wzrokiem Nick'a. Był zajęty oglądaniem świątecznych wystaw. Upewniając się, że na pewno ogląda pluszowe elfy, a nie patrzy się w jakieś lusterko i mnie obserwuje, natychmiast rzuciłam się do wyjścia. W domu byłam w czasie kilkukrotnie krótszym niż zwykle. Pierwsze co to przebrałam się i zdałam raport Hoodie. Jakoś niezbyt był tym zaskoczony. Drugie - szkicownik Otisowi i jeszcze raz szczerze przeprosiłam. Nim zdążył jakkolwiek zareagować, czmychnęłam do swojego pokoju. Kolejny dzień udany.
WTOREK
 Kreis znowu do nas zawitał, więc wręczyłam mu już 24h czekającą na niego książkę. Radosny schował zapakowaną do swojej torby. I dobrze. Lepiej żeby poznał jej tytuł nie w naszej obecności. Potem razem z Ann upiekłyśmy babeczki z tofu. Połowa była przypalona, ale i tak wszystkie zniknęły po 10 minutach. Bardzo miło się słuchało próby innych wydostania tego czegoś ze swojego gardła. Wieczorem całą rodziną włączyliśmy jakiś film. Właściwie filmy. Do trzeciej w nocy obejrzeliśmy trzy części "Omen", a potem jeszcze wersję z 2006 roku. Oczywiście z tegoż "horroru" ktoś ciągle musiał miec polewkę. Przykładowo taka scena: matka budzi się w nocy, schodzi na dół do kuchni i widzi swojego syna jedzącego kanapki. Gdy tylko mały ją zobaczył, odniósł talerz i bez słowa sobie idzie. Ktoś wtedy krzyknął: "I ta mina wyrażająca <Dave, jak się babcia dowie, że jej schabowych nie zjadłeś, a po nocach kanapki urządzasz to dostaniesz taki wpierdziel!>".  Albo moment, w którym Dave wpada w szał, a jego ojciec NATYCHMIAST zawiózł go do kościoła. Większości wżyło się w pamięć tylko to, że jadąc do kościoła gościu rozwalił całe podwórko i połowę miasta. Wtedy to ktoś rzucił: "Dobra młody, koniec dnia dziecka, jedziemy do kościoła". Był horror, a wszyscy bardziej rechotali. Czyli nic nowego!


CDN...

środa, 7 grudnia 2016

Dni z życia CreepyPast 11


Z punktu widzenia Alice...
 Przystanek końcowy naszej misji - cmentarz.
Powód dla którego Toby nie mógł ruszyć z nami - martwa Lyra i jeszcze żywy Domino.
 Naszym jedynym zadaniem było sprawdzenie czy na tym terenie rzeczywiście grasują jakieś podejrzane typki i czegoś nie kombinują. Ja, Masky i Hoodie postanowiliśmy się nie oddalac od siebie za bardzo, szczególnie gdy panowała gęsta mgła. Było spokojnie. Tylko paru menelów urządziło sobie sielankę na jednym z grobów. Naturalnie się ich pozbyliśmy. Omijaliśmy alejki wolno, rozglądając się uważnie i starając się usłyszeć najcichsze dźwięki.
 - A kogoż moje oczy widzą! - po cmentarzu rozniosło się czyjeś echo. Za cholerę nikt z nas nie mógł zlokalizować gościa ani dostrzec wśród mgły. Dopiero po minucie podszedł na tyle blisko, abyśmy mogli go dostrzec. Tym kimś był wcześniej wspomniany Domino. Cóż, zawsze miał skłonności do oddalania się od swojego stada, chyba że Skroll też ma w tym jakiś interes wysyłając go tutaj.
 - Dwa, trzy... gdzie czwarty? - wy szerzył usta w uśmiechu - Zgubił się po drodze?
 - Toby'ego z nami nie ma - odezwał się Tim.
 - Jaka szkoda! Skroll specjalnie wysłał mnie tutaj kompletnie samego, żebym mu to powiedział... samego! Skazał mnie na pewną śmierć z waszej ręki, a ja nie mogę spełnic jego woli!
 Kombinuje coś.
 - Każdy wie, że prawda wyjdzie na jaw - Domino postawił nogę na jednym nagrobku. Stały na nim jeszcze zapalone znicze i nie brzydkie kwiaty, co wskazywało na to, że ktoś odwiedza ten grób często. Albo dopiero co zaczął istnieć? Nie... mimo panującej mgły można było odczytac wyryte imię i nazwisko zmarłego, a raczej zmarłej. Lyra Rogers tak właśnie głosił napis. Daty zasłaniały kwiaty.
 - Skroll nie byłby na tyle głupi - zabrałam głos - Nie wysłałby cię tutaj samego - równocześnie rozglądałam się po terenie, próbując dostrzec snajperów.
 - Czemu nie? - zaśmiał się - Nigdy nie dbał o nasze życia. Szczególnie o życia byłych przydupa...-
 W tym momencie rozległ się huk, a Domino odskoczył w bok jak poparzony. Sekundę później zorientowałam się w sytuacji. Masky strzelił z pistoletu, ale najwyraźniej nie trafił. Za to przeciwnik był piekielnie szybki i w oka mgnieniu znalazł się przed nami z zamiarem zatopienie noża w jednym z nas. Nim Tim zdążył strzelił ponownie, ostrze przecięło mu zewnętrzną stronę prawej dłoni. Chłopak zawył z bólu i w tym momencie poleciały następne strzały. Usłyszałam głośny syk. Błyskawicznie wyjęłam swój nóż i bez obmyślonego planu rzuciłam się na Domino. Jednak nim zdążyłam wyrządzić mu jakąkolwiek krzywdę, któryś z chłopaków objął mnie w tali i zaciągnął do tyłu.
 - Co ty wyprawiasz?! - usłyszałam warknięcie - Chcesz zginąć?!
W tym całym zamieszaniu nawet nie zauważyłam, że Domino trzyma wielki nóż wymierzony prosto w mój brzuch! Na twarzy bruneta pojawił się grymas zawodu, po czym wyciągnął z rękawów swoje asy, które wycelował prosto na mnie.
 - Padnij! - zawołał Brain i rzucił się prosto na celownik. Obronił mnie, przyjmując atak na plecy.
 - Hoodie! - moje wołanie zostało zgłuszone kolejną serią strzałów Masky'ego.
 - W-w-wszystko... wszystko o-ok... - wyjęczał drżącym głosem.
 - Cholera! - po tym z Masky'ego wylała się wiązka przekleństw - Spieprzył nam. - po tym podszedł do przyjaciela i bez zbędnych słów wyjął mu dwie karty wbite między łopatki. Królowa kier i król kier. Szczęśliwie to było tylko draśnięcie.
 - Nie m-ma szans żebyśmy go do-dogonili - zająknął się Hoodie.
 - Straciłem wszystkie naboje. - dorzucił Masky obserwując uciekający cień wśród gęstych drzew.
Ja milczałam, patrząc na plamy krwi, jakie za sobą zostawił.
 Staliśmy tak jeszcze chwilę w milczeniu, zgorszeni swoją porażką. Wiedzieliśmy już, że kiedy zdamy o tym raport, nasz pan może do nas stracić zaufanie. W końcu nasza trójka - dysponując pistoletem i kilkoma ostrzami - daliśmy uciec jednemu ze Skrollverse - który do zaoferowania miał tylko swoje karty jak żyletki i jedno większe ostrze -. Wolno podeszłam do miejsca pochówku Lyry i położyłam kwiaty na jej nagrobku, które wcześniej strącił Domino. Wazon, jeszcze niedawno cieszący oczy pięknymi na nim ozdobami, przeróżnymi aniołkami i złotymi wzorami teraz był rozbity w drobny mak. Tak samo skończyły dwie znicze, których szkło wyrzuciłam w jakieś mało widoczne miejsce. Nigdy jej nie znałam, a jej grobem "zajęłam się" jedynie z poczucia zobowiązania. W końcu była siostrą naszego Toby'ego. To było jednym z dwóch powodów dlaczego właśnie z nami nie przyszedł. Szału by dostał, albo i zawał na miejscu.

 Z punktu widzenia Nathan'a...
 - Aaaaaaaa! - Mike darł się wniebogłosy i osunął na białe kafelki, kiedy tylko solidnie przywaliłem mu rozgrzanym czajnikiem.
 - Ty gnido! - kulił się na podłodze, łapiąc za obolałe miejsce.
Ben w progach tylko przyglądał się z miną "żałuję że tutaj jestem".
 - Znowu się bijecie? - Nikki pchnął elfa na bok by wejść do kuchni. Nadal siebie nienawidzili - Daj mi to! - wskazał ręką na czajnik.
 - Ależ proszę - wyciągnąłem przedmiot w jego stronę i nachyliłem o 90 stopni, by resztka wody poleciała prosto na Mike. Niestety zdążyła już ostygnąć. Blondyn tylko zakasał, a Ben cofnął się gwałtownie do tyłu.
 - Kiedyś cię zamorduję! - wrzeszczał zbierając się z ziemi, cały mokry. Otrzepywał się jak pies, więc zasłoniłem się ręką. Wtedy Nikki wyrwał mi czajnik z dłoni i wlał znowu wody, po czym postawił na gazie.
 - I tak z tym frajerem codziennie! - stękał Mike.
 - Może ja i nie mam prawej ręki, ale lewa też niczego sobie! - rozzłościł mnie, po czym dostał cios wymierzony prosto w twarz. Poślizgnął się i upadł z hukiem, próbując się łapac czegokolwiek. A że kuchnia była mała, zwalił połowę rzeczy ze stołu i pobił jedyny wazon z parapetu.
 - Za to ty jesteś niepełnosprawny umysłowo - warknąłem.
 - Właśnie dlatego byłem przeciwko wam - wtrącił Ben. Chodziło mu oczywiście o propozycję Slendera abyśmy żyli z nimi pod jednym dachem. Bądź co bądź z Nikkim mieli małe sprzeczki, ale najwyraźniej to odeszło w niepamięć. Ale i tak się nie zgodziliśmy. A Ben był chyba najbardziej przeciw.
 - Idioty - rzucił brunet wychodząc z pomieszczenia z kubkiem i jego gorącą zawartością.
 - Idziemy, Ben - wstał z ziemi i nawet nie zorientował się, że dostał krwotoku z nosa - Później posprzątam.
Wyszli z pomieszczenia, a ja udałem się do swojego pokoju, jak zwykle pogrążając w ciemnościach i ciężkiej muzyce.


CDN...



  Jak wiecie powoli dopadają nas święta. Super, pięknie kolorowo. Spostrzegawczy nawet zauważyli malenkie zmiany w blogu. A z tym idzie, że niedługo rocznica bloga (to brzmi tak sztucznie).
I postaram się coś przygotowac w miarę fajnego na rocznico-święta :)

piątek, 25 listopada 2016

Dni z życia CreepyPast 10 (3 - 3)



 Z punktu widzenia Toby'ego...
 Ponieważ nie chciałem narażać się na atak ze strony Skrollversów, postanowiłem nie zapuszczać się do lasów nocą, tylko znaleźć jakieś miejsce do przenocowania. A tym miejscem była samotnie stojąca ławka na cholernym odludziu. Ubrania miałem całe podarte, a skórę pociętą. Łopatę zostawiłem pod ławką. Rano byłem zmarznięty jak jeszcze nigdy. Chwiejnie wstałem z mojego "łożyska" i zakręciło mi się w głowie. Dookoła mnie była mgła, a ja próbowałem sobie przypomnieć, w którą stronę iść. W końcu po ocknięciu się, ruszyłem do domu. Już nie zawracałem sobie głowy targaniem łopaty.
 Tak jak podejrzewałem, po powrocie zaczynało się ściemniać, a ja niemal skręcałem się z głodu. Już u progu drzwi rozebrałem się z bluzy spodni, zdjąłem maskę i gogle, rzucając je koło drzwi łazienki, pozostając praktycznie nagi, gdyby nie szary golf i bokserki.
 - Pokaż kotku co masz w środku... - wymamrotałem śliniąc się jak pies na widok lodówki. Jak zwykle, standardowo czekały tam gofry i sernik (ale od czasu do czasu pojawiał się tam serek kiri). Chwyciłem natychmiast talerz goferków i usiadłem z nimi do stołu, zaczynając łapczywie jeść.
 - Dobrze się czujesz? - ktoś pomachał mi ręką przed twarzą. Spojrzałem na osobnika, a tym kimś okazał się być Kagekao.
 - Tak - przełknąłem duży kęs - Świetnie.
 - Ke ke ke - zaśmiał się na swój sposób - Zafundowałeś nam niezłe widoki.
 - Co... - rozejrzałem się po pomieszczeniu. Dopiero wtedy zauważyłem zgraję demonów. Na kanapie siedzieli Ben z jakimś blondynem... Mike? Ale byli zbyt pochłonięci jakąś grą. Obok nich siedziała Lazari, która dotychczas skupiona była na swoim ciasteczku, teraz jej wzrok skupiony był na mnie. Na środku salonu w dywanie wyciągnął się Zak, uśmiechając od ucha do ucha, a wokół niego krążył Vincent ze swoim fioletowym królikiem. Obok łazienki pod nosem śmiała się Ann. Ze mnie. A wprost mnie siedział Nathan. Jezu, jak ja mogłem nie zauważyć tylu osób?
 - Jestem zmęczony po misji - tłumaczyłem się - Zaraz sobie pójdę - mówiąc to włożyłem do ust ostatni kawałek gofra.
 - Złożyłeś już raport? - zapytał Kagekao.
 - Jeszcze nie - odparłem.
 - Jak będziesz u wujaszka przekaż, że jest tutaj natychmiast potrzebny.
 - Pali się?
 - Nie, ale odkryliśmy nowy vers. Chyba.
Dosłownie mnie zatkało.
 - Przekażę.
  Po złożeniu raportu i poinformowaniu o zebraniu, zapytałem o zawartość walizki.
 - Odcięta głowa - odpowiedział bez chwili wahania - To się tam znajdowało.
 - Do kogo nale...-
 - Colin. Odcięliśmy mu głowę. Kiedy głowa i ciało są blisko siebie, mogą się złączyć, a on ożyć. Pamiętasz chyba tą zasadę?
 - Pamiętam.
 - Świetnie. Niektórzy będą chcieli go wskrzesić, więc chyba dobrze ją ukryłeś?
 - Nikt jej nie znajdzie - teraz żałowałem, że po prostu nie wsiadłem z jego łbem w pociąg i nie wywiozłem jeszcze dalej, ale pocieszyłem się tym, że i tak dobrze się spisałem.
 - To dobrze. Nie chciałbym mieć z nim znowu do czynienia, jak my wszyscy. Możesz iść... i się ubierz.
Zostałem zbity z tropu. Westchnąłem tylko cicho i poszedłem się wykąpać i wrzucił swoje ubrania do pralki. Po umyciu się, od razu moje nogi zawędrowały do mojego łóżka, a ja pogrążyłem się w krainie snów.


CDN...

środa, 23 listopada 2016

Dni z życia CreepyPast 10 (2 - 3)



Z punktu widzenia Toby'ego...
Pomimo zakazów Tima i Braina, abym nie uczestniczył w następnej misji i tak miałem zamiar ich śledzic. Ale gdyby nie mój Pan, poszedłbym z nimi. Niestety wykrył moje zamiary, ale dał mi przynajmniej jakąś robotę. W naszym domu, w podłodze była ukryta klapa, a na dole oprócz ogromnej pustej przestrzeni, spróchniałych schodów, kilka półek, masy pajęczyn i wilgoci nie było nic. Zadanie było proste - znaleźć w tej cholernej piwnicy jakąś walizkę i zakopać ją, wynieść jak najdalej.
 - Co w niej jest? - spytałem Slendermana stojąc już z walizką u progu drzwi. Była lekka.
 - Toby - zaskrzeczał - Odpowiem ci, jeśli już wykonasz swoje zadanie.
 Początkowo chciałem zaprotestować, ale wzruszyłem tylko ramionami i wyszedłem z domu. Byłem uzbrojony w moje dwa toporki przyczepione do pasa i mały nożyk w kieszeni od spodni na wszelki wypadek. Z garażu wytrzasnąłem jeszcze stary plecak, w którym schowałem walizkę i łopatę. Do kopania. Ciążyło mi to żelastwo i było niewygodnie. Zastanawiałem się gdzie mam ją zakopać. Jak najdalej... ruszyłem w głąb lasu (standard) i od razu udałem się na teren skażony Skrollversami. Niespecjalnie się spieszyłem z opuszczeniem "ich terenu". Przecież byli bezradni w ciągu dnia. Szedłem tak długo, aż nie opuściłem ich sfery i trafiłem na jakieś totalne odludzie. Zaraz... to nasz stary dom! Był teraz siedliskiem szczurów... Zastanawiałem się, czy nie iśc z ładunkiem do miasta, wsiąść z tym do pociągu i wywieść w uj daleko. W końcu Pan sam podkreślił, jak najdalej. Ale po minucie, przez którą miałem wrażenie, że to plan idealny, dotarło do mnie, że na moich ubraniach nadal jest zaschnięta krew, a z tymi toporkami i łopatą? Musiałem się zadowolić wędrówką o własnych nogach. Dopiero gdy słońce zaczynało zachodzić, uznałem że jestem wystarczająco "daleko" (a rozpocząłem z rana!). A było to w odludnym miejscu, z wysypiskiem śmieci niedaleko i wypaloną trawą i suchymi krzakami posadzonych bardzo gęsto. Mogłyby stanowic żywopłot. Bez chwili wahania wcisnąłem się między nie, a ostre gałęzie jak na zawołanie podarły plecak, w którym trzymałem walizkę. Niektóre nawet porwały moje ubranie i zrobiły nacięcia na skórze, z których wolna wypływała krew.  Nie przejąłem się tym zbytnio, ale założyłem gogle, żeby żadne cholerstwo nie wydłubało mi oka. W końcu wśród jakże niezwykłej roślinności znalazłem w miarę miękką ziemię do kopania. Odciąłem kilka gałęzi, aby nie przeszkadzały i rzuciłem plecak (a raczej jego strzępy) na bok, by nie przeszkadzał. Następnie zanurzyłem szpadel w ziemi. Nim wykopałem dół, który był dla mnie wystarczająco głęboki, zapadł zmrok. Po omacku znalazłem walizkę, a chwilę mi to zajęło i nawet przeszło mi przez myśl, że ktoś tutaj był i ją sobie wziął. Wrzuciłem ją razem z pozostałością plecaka. Nim przykryłem ją ziemią, zastanawiałem się co może się w niej znajdować. Była lekka. Pieniądze? Błagam, Slender nie byłby taki głupi. Narkotyki? Kurczę, to było chyba najgłupsze co mogłem wymyślić... Dokumenty zdradzające informacje na temat proxy albo jego samego? Albo kości jednego z dawno nie żyjącego pomocnika? Ugh, odgarnąłem od siebie te myśli i w końcu pogrzebałem to cholerstwo. Ubiłem ziemię nogami i przykryłem ściętymi wcześniej gałęziami. Wychodząc bardziej podarłem sobie ubrania, ale co tam.

CDN...


_______________________
Co znajduje się w pogrzebanej walizce? Narkotyki, narkotyki czy może narkotyki? Znam jeszcze lepszą wersję - Pigułki gwałtu. "Dzni z życia Creepypast 10 (3 - 3)" już jutro.
 Z serii: "jaka_reklama"

Perypetie V

 - Jeszcze. - powiedział Vincent zaciskając pięści pod stołem - Opowiedz mi jeszcze.  Bezoki westchnął i mozolnie ściągnął maskę, odsłani...