piątek, 4 marca 2016

Dni z życia CreepyPast 15


Z punktu widzenia S.Hunter...
Chodziłem po mieście bez konkretnego celu. Było ciemno, a drogę oświetlały jedynie słabe latarnie. Jakaś mijająca mnie staruszka z ciężkimi torbami klnęła pod nosem, na "niewychowaną młodzież". Ech, te mohery.. Chyba nikt nie rozpoznawał we mnie mordercy. Usiadłem na jakiejś ławce przed sklepem, gdzie była grupka dzieciaków - na oko czternaście lat, typowe "cwaniaczki", wiecie, tacy co nie boją się przeklinać przy dorosłych, piją i popalają. Z tego co usłyszałem z ich rozmowy, dzisiaj wybierają się na nocowanie do lasu, żeby udowodnić jacy oni odważni i się niczego nie boją... Hah, może być zabawnie! Postanowiłem za nimi iść. W lesie ukryłem się na gałęzi jakiegoś drzewa, około 3 metry nad ziemią i 3 od nich. Jak wcześniej wspominałem, było ciemno, więc byłem niezauważalny. Moje niedoszłe ofiary rozpalili ogień i uzbierali drewna na opał i różne patyki. Starczyło im tego na jakieś trzy godziny. Na początku opowiadali historie o duchach, typu Samara. Serio? I to ma być straszne?! Ledwo się wytrzymałem od zaśnięcia. Potem opowiadali o miejskich legendach, czyli SlenderMan, The Rake, SeedEater. NUDA! W końcu zszedłem bezszelestnie na ziemię i cicho zbliżyłem się do grupy. Rozmawiali teraz o zabójcy mieszkającym w tymże lesie.
 - On istnieje.. - mówił jeden z nich.
 - ...I was zabija! - dokończyłem i rzuciłem się na bruneta naprzeciwko mnie, zwinnie omijając ogień. Zanim pozostała trójka odskoczyła, ich kolega był już martwy. Uśmiechnął się do siebie i zaatakowałem kolejnego - rudego, krzyczał najgłośniej. Przewróciłem chłopaka na ziemię i przycisnąłem żebra kolanami. Jego "koledzy" uciekli z krzykiem, zostawiając go samego. Ale i też będzie zabawa. Rudowłosy zaciskał palce na ziemi do tego dławił się własnymi łzami. Wyglądał tak żałośnie. Jednym ruchem przeciąłem jego klatkę piersiową, ale rana nie była zbyt głęboka, jednak dość mocno krwawiła. Jaka szkoda, że nie mam soli... Zadałem mu jeszcze parę cięć, na nogach, nadgarstkach, brzuchu i na szyi. W końcu przestał się ruszać. Jego ciało było niezmiernie zimne i sine. Chyba stracił tylko przytomność. Wstałem i zaciągnąłem go w stronę ognia. Dopiero wtedy odzyskał przytomność darł się z bólu. Patrzyłem na jego cierpienia, aż umarł. Z drugim ciałem zrobiłem to samo. Dwóch zabitych - jeszcze tamta dwójka. Zaśmiałem się szyderczo i poszedłem ich szukać. Nie uciekną mi.
 - Wyjdzie, a zabiję was szybko i bezboleśnie! - wrzeszczałem - I tak was znajdę!
Czy oni myślą, że mogą się przede mną schować? Znam ten las na pamięć. Nic mi nie przemknie. Po paru minutach znalazłem jednego chowającego się na gałęzi drzewa. Zdradziło go pociąganie nosem. Uśmiechnąłem się szeroko i wspiąłem na górę. Złapałem blondyna za nadgarstek i runąłem z nim na ziemię. On wylądował poobijany, a ja jak kot, na czterech łapach. Zanim zdążył cokolwiek zrobić, ja zablokowałem go tak samo jak rudego.
 - A mogłeś się nie chować.. - mówiłem - Wtedy zadałbym ci szybką i bezbolesną śmierć.. A teraz co? Będziesz cierpiał.
Spojrzałem na niego i zamyśliłem się. Jaką torturę by tu zastosować? Po krótkiej chwili, odciąłem mu palce u rąk. Darł się niewyobrażalnie. Uszy pękają. Nie mogłem tego znieść, więc... odciąłem mu język. Dławił się własną krwią, a łzy spływały strumieniami.
 - Nic nie powiesz? To chociaż napisz. Aaa, przecież nie możesz. Co za pech.
Zaśmiałem się złowrogo i zadałem mu kilka cięć w kończyny. W końcu wstałem i złapałem go za włosy, i ciągnąłem w stronę ognia. Wlokłem go za sobą, jak zwykłą szmaciankę. Rzuciłem go jedynym machem w ogień i obserwowałem jego szarpaniny, śmiejąc się. Został tylko jeden... Szybko go znalazłem, jak i szybko skończyłem. No dobra, bawiłem się nim długo, a za nim spaliłem, rzuciłem krótko:
 - Pozdrów ode mnie rudego!
Oddaliłem się od tamtego miejsca, jak gdyby nigdy nic. Powędrowałem do miasta. Byłem cały we krwi, ale nie przejmowałem się tym, ani trochę.
 - Od kiedy mordercy chodzą tak beztrosko po mieście?
Odwróciłem się za siebie. Za mną standardowo stał Nick.
 - Śledzisz mnie?
Na jego twarzy pojawiło się zakłopotanie.
 - Skąd takie dzikie myśli?
Przewróciłem oczami i westchnąłem.
 - Szukasz nowych ofiar, co, Kreis?
 - Nie nazywaj mnie tak! - posłałem mu gniewne spojrzenie.
 - S-spokojnie, Hunter...
Odwróciłem się na pięcie i odszedłem w stronę jakiejś ciemnej ulicy. Do moich nozdrzy dotarł zapach krwi.
 - Skusisz się? - spytał Nick stojący za mną.
 - Na co?
 - Na ludzkie mięso.
 - Nie jestem kanibalem, w przeciwieństwie do ciebie.
 - Jasne, jasne.. - chłopak podszedł do zwłok. Wolałbym nie widzieć, jak je, więc odszedłem jak najdalej.



  *TIME SKIP

Z punktu widzenia Ben'a...
 Powoli uchyliłem drzwi i wyszedłem z pokoju jak najciszej, by nie budzić pozostałych. Wolnym krokiem zmierzałem na zewnątrz, gdzie było jeszcze ciemno. Standardowo udałem się w głąb lasu. Wdrapałem się na drzewo, które wydawało mi się największe i wypatrywałem choć jednej żywej duszy. Jest! Północny zachód! Tam czai się Mike. Zlazłem z drzewa i pobiegłem w tamtą stronę. Na miejscu Mike rzucał nożami w drzewo i mało mnie nie trafił. Ano tak, celował we mnie!
 - Ben, to ty?! - wrzasnął szykując się do kolejnego ataku.
 - Tak! - odkrzyknąłem i schowałem się za drzewem.
 - Nie podchodź tak nagle, myślałem, że to jakiś intruz - schował noże do kieszeni, a ja wyszedłem z ukrycia.
 - Intruzi? Kogo masz na myśli? - spodziewałem się, że odpowie "przydupasy Skroll'a" czy coś podobnego.
 - Intruzi to po prostu intruzi.
Załamałem się. Myślałem, że chodzi mu o kogoś konkretnego, a nie o zwykłych ludzi, czy też nawet zwierząt.
 - Znając życie zaraz przyjdzie tu ten sztywniak.. - powiedział po chwili.
 - Trender? - zapytałem.
 - Ten "sztywniak" już tu jest... - nagle za nami pojawił się on.. Sztywniak..
 - Ooo, papcio Trendy! Nie ładnie tak podsłuchiwać! - zaczął Mike.
Trender pokręcił głową i odparł:
 - Nieważne. Masz robotę.
 - Najpierw dawaj mi kasę za poprzednią.
 - Pieniądze dostaniesz nieco później.
Myślałem, że zaraz wybuchnie i wpadnie w szał z gniewu, ale przyjął to całkiem spokojnie...
 - W takim razie szukaj kogo innego do roboty - odparł i odwrócił się plecami. Trender wyciągnął swoje macki, złapał na jego nogi i uniósł do góry.
 - Oh, czyżby?
I wtedy to się stało. Nie wytrzymał napięcia i wpadł w szał.
 - JAK ŚMIESZ, ŚMIECIU!! DAWAJ MOJĄ KASĘ, ALBO CI TE MACKI POWYRYWAM! CO SIĘ ŚMIEJESZ, GNIDO?! MYŚLISZ, ŻE BĘDĘ ODWALAŁ ZA CIEBIE WSZYSTKO?! ZNAJDŹ INNEGO DEBILA DO CZARNEJ ROBOTY! TY SZUMOWINO! BAKA! BAAAKA!
Zaraz będzie krew i wielka masakra. Nagle do moich uszu dotarł czyiś śmiech. Zza drzewa pojawił się chłopak, w stylu emo, czyli ubrany na czarno.
 - Mike, zostaw papcia Trendera - mówił przez śmiech.
 - Nie wtrącaj się, Nikki! On mi nie daje hajsu!
Westchnąłem cicho i bardzo powoli się oddaliłem. To ich sprawa, ich hajs. Do domu wszedłem niczym cień i udałem się do pokoju.

Z punktu widzenia Nikkiego...
Podczas gdy Mike i Trender ZNOWU się kłócili o pieniądze, ja próbowałem ich uspokoić. Bezskutecznie. W końcu dałem se z tym siana. Ich nie da się doprowadzić do porządku. Westchnąłem i poszedłem w głąb lasu, szykając czegokolwiek, co mogłoby mi dać jakąkolwiek rozrywkę. Nie wiem co, ale coś znajdę. Choćby ludzi do siekania... Wiem, jestem psychiczny, ale nie bez powodu nazywają mnie Nikki the psycho. Mam tylko nadzieję, że nie natkam się na Skrolla. Nagle usłyszałem jakiś wybuch i krzyk Nathana. Natychmiast pobiegłem w stronę tamtego dźwięku. Na miejscu - Nathan leżący półprzytomny na ziemi i ślady wybuchu.
 - Co tu się stało?
 - To... moja wybuchowa mieszanka...
Jaka cholera mieszanka?! Najprawdopodobniej nigdy nie dowiem się co on usiłował osiągnąć.. Chwileczkę, czy on nie miał petard?!

Z punktu widzenia Hoodie'go...
Właśnie po raz kolejny zmieniałem opatrunek Jeffowi, bo ten kretyn znowu spadł na ramię.. ze schodów.. Oprócz tego tak trochę, ale tylko troszeczkę się poobijał. Ale ciut. Po skończeniu odłożyłem bandaże obok noży Jeffa, które później zwędził Smile... Serio? Natychmiast zerwaliśmy się z miejsca za psem, który wybiegł na zewnątrz.
 - Wracaj! - krzyczeliśmy jednocześnie.
Na nasze nieszczęście pies okazał się szybszy. Zatrzymaliśmy się na drodze, obserwując oddalającego się Smile.
 - Głupi pies... - warknął czarnowłosy i już mieliśmy się wracać, kiedy na przejściu stanął ON. Jeff natychmiast odskoczył parę kroków.
 - T-t-t-t-to on! To on mnie wtedy napadł ze Skrollem!
Soul Taker zaśmiał się, podszedł kilka kroków bliżej i rozłożył ramiona:
 - Przybywam w (s)pokoju! Nie chcę walczyć!
 - Akurat! - warknął Jeff i schował się za mnie.
 - Czego chcesz? - spytałem spokojnie.
 - Pokoju.
 - A co my jesteśmy, hotelarze?! - wtrącił Jeff, a potem umilkł pod wpływem jego wzroku.
 - Jeff, nie warcz tak na niego..
 - Dlaczego go bronisz?
 - Bo to nasz kumpel. Często pomaga na misjach..
Czarnowłosy otworzył usta ze zdziwienia. No tak, przecież najpierw go zaatakował, a teraz dowiaduje się, że to "przyjaciel".
Soul znowu się roześmiał.
 - Chcę pogadać, naprawdę nie mam zamiaru z tobą walczyć.
 - To dlaczego wtedy na nas napadłeś? Na mnie i Jasona?
 - Bo miałem taki kaprys.
 - No to czego?
 - Wiesz... ostatnio Zalgo zaczął się tobą interesować.
Jeff przechylił głowę i zrobił głupią minę, a białowłosy kontynuował:
 - Walę prosto z mostu: Zalgo chce, żebyś został jego proxy...
 - Że co?!

Z punktu widzenia Jeffa...
 - Że co?! - wywrzeszczałem na wieść, że Zalgo chce mnie jako swojego proxy.
 - Ooo, kurde, p-porobiło się... - powiedział Hoody.
Ja? Czyimś proxy? Pogibało wszystkich? Czy ich do reszty powaliło?!
 - Czekaj... musimy sobie coś wyjaśnić...
 - O co chodzi?
 - Jesteś proxy Zalgo, tak?
 - No tak.
 - I do tego w Skrollverse.
 - Tak.
 - A sam Zalgo jest Slenderverse.
 - Dokładnie!
 - A Skroll? Nie jesteś jego pro..
 - On nie ma proxy. On jest tylko założycielem tego versu.
Ach, wszystko jasne. Tylko dlaczego Zalgo chciał akurat mnie na swojego proxy? Nagle rozległ się krzyk, a przed naszymi oczami pojawił się Toby, idący jak na wojnę.
 - Co to za pijańskie densy? - zapytał na powitanie - Dlaczego Jeff ma na sobie tylko spodnie? Czy ja o czymś nie wiem?
No tak, w końcu wybiegłem z Hoodym za Smile w samych spodniach. Wyglądałem pewnie jak kretyn. Och, przecież ja już nim jestem.
 - Tutaj odbywa się ważna rozmowa kwalifikacyjna - odpowiedział Taker.
 - Hahaha! Rozmawiacie o gofrach?
 - Sam jesteś gofrem.
Toby wzruszył tylko ramionami i poszedł w swoją stronę.
 - Więc jak? - zapytał jeszcze raz Soul - Przyjmujesz propozycję?
 - Nie mam zamiaru być niczyim przydupasem - odpowiedziałem po chwili namysłu.
 - Radzę, przemyśl to jeszcze. Wolałbyś się nie dowiedzieć, jak Zalgo traktuje tych co mu odmawiają.
 - Przemyślałem to. Nie będę jego proxy.
Ominąłem białowłosego i udałem się do domu. Za mną szedł Hoody.
 - J-jesteś tego pewny? - zapytał Hoodie.
 - Jestem bardziej niż pewny.
W domu, na kanapie wylegiwał się Smile z moim nożem. Natychmiast się na niego rzuciłem i odzyskałem mojego skarbka! Moje piękne narzędzie zbrodni.. Założyłem moją białą bluzę (leżała pod psem) i schowałem nóż do kieszeni. Usiadłem na kanapie, a pod poduszką znalazłem... petardy! Świetnie! No to idziemy coś wysadzić! :3 Wyszperałem zapałki w jednej szufladzie i wyszedłem przed dom. Zapaliłem jedną i rzuciłem przed siebie, nie patrząc nawet, czy nikogo tam nie ma. Oj, jednak ktoś tam był.. w cieniu.. świetnie.. Nim zdążyłem cokolwiek zrobić, petarda wybuchła, a tamten chłopak padł na ziemię. Ooops... Stałem tam jak kołek i zastanawiałem się, jak to mogło się stac. W pewnym momencie ktoś do mnie podszedł.
 - Tam ktoś chyba leży - zaczął (po głosie [głosach?] poznałem Kaspera)
 - Można powiedzieć, że trafiłem go petardą...
Podeszliśmy do leżącego, obczaić kto to. Wyglądał dość dziwnie. Do tego był ochlapany krwią, ale to chyba jego...
 - Chyba zabiłeś Kreisa - zaczął Kasper i dotknął jego szyi kciukiem - A nie, na szczęście żyje.
 - Coś mu się połamało - powiedziałem i wskazałem na jego dłoń, z palcami wygiętymi w nienaturalny sposób, w dodatku miał dziwnie wykręcony nadgarstek.
 - Jak się obudzi to cię zabije - wtedy wskazał na leżącą obok niego, zniszczoną książkę.  Miałby mnie zabić za zniszczenie książki, a nie za zniszczenie ciała? Eeeech...
 - Nie zorientuje się, że to ja ją zniszczyłem - zaśmiałem się. To było po prostu piękne. Słonko świeciło, wszystko takie radosne, a my właśnie rozmawialiśmy nad poszkodowanym, jakby go tam nie było! Ja z Kasperem wzięliśmy go pod ramię i zanieslismy do domu, mimo że sam sprawiałem sobie ból. Położyliśmy tego Kreisa na kanapie, czekając aż się obudzi. W międzyczasie przywołałem Hoodiego. Na historię o petardach, zrobił faceplama i zajął się poszkodowanym. O dziwo - Hoody oświadczył, że zna typa. Serio? Czyli wszyscy stąd znają Soul'a i Kreisa oprócz mnie?! To chyba jakieś żarty są! No dobra, może jeszcze Jason o nim nie wie. Po jakimś czasie się obudził. Dość spokojnie zareagował na wieść, że dostał petardą i ma uszkodzoną dłoń, ale wkurzył się, gdy zobaczył zniszczoną książkę.
 - Właściwie, co tam robiłeś? - spytałem.
 - A co, spacerować sobie nie można..? W ogóle kto mnie trafił petardą? Zniszczył mój skarb...
Momentalnie zrobiło mi się niedobrze. Kasper, zamknij ryj, Kasper, zamknij ryj, Kasper, zamknij ryj...
 - Czy ja cię przypadkiem gdzieś widziałem? - (na szczęście) zmienił temat.
 - Hę? Chyba nie..
 - Haha..! To ty musisz być tym Jeffem, za którym tak szaleją dziesięcioletnie dzieci...
 - Co?
 - Miejska legenda i wybranek wielu fangirl.. Hahahaha!
Wkurzyłem się, ale czy to nie prawda..? Kiedyś królowałem w najgorszych koszmarach innych, a teraz... fangirl za mną szaleją, nikt się nie boi... Na szczęście nie jestem jedyny - wujaszek Slender, Ben, L i E Jack, Toby... wszyscy padli ofiarą fangirl. Wszyscy. Westchnąłem i odpowiedziałem:
 - Taa, ja jestem tym Jeff'em... - po czym odszedłem. Założyłem chustę, okulary przeciwsłoneczne i wyszedłem do miasta, odkupić tamtą książkę... Jak ona miała? Chyba "Zerowa Maria i puste pudełko".. przynajmniej tytuł można było odczytać, ale nic poza tym. Pieniądze? Skołuje się.

Z punktu widzenia Jason'a...
Sięgnąłem do kieszeni i wyjąłem z niej... kotka. Tego samego, którego uratowałem wtedy z tamtego pożaru. Usiadłem na łóżku i położyłem zwierzę na kolanach. Nie wyglądał na zaniedbanego - był może troszkę wygłodzony. Był cały czarny, z białymi skarpetkami i białym pyszczkiem. Cały się trząsł. Nagle do pokoju wpadł Candy Pop. Gdy tylko zauważył kota, wziął go na ręce, położył się na plecach, a go na swoim brzuchu i zaczął się z nim bawić.
 - Skąd wytrzasnęłaś tego słodziaka? - spytał, nie spuszczając z niego wzroku - Uwielbiam koty!
 - A znalazłem go w jakimś opuszczonym domu... - rzuciłem.
 - Trza go nakarmić! - powiedział i wybiegł. Po chwili wrócił z kawałkiem kabanosa...
 - Chcesz mu to dać?! On tego nie przegryzie! Jest jeszcze mały, trzeba dać czegoś lekkiego.
 - No to co innego?
 - Idziemy do Bena - powiedziałem po chwili - On podobno się zna na kotach.
Wzięliśmy zwierzę i udaliśmy się do blondyna. Sam dostał napadu słodkości i zaczął się z nim bawić. Chyba bardzo się polubili. Po wyjaśnieniu całej sytuacji, odezwał się:
 - Nazwijmy go Sebastian.
 - Ale my nie o to...
 - SEBASTIAN. A do jedzenia dajcie wishkars i wody do picia.
 - Ben, czy ty się naoglądałeś Kurosza?
 - Bardzo możliwe. A teraz wybaczcie, ale muszę odwiedzić matkę Ciel'a i Naruto, zabić parę tytanów i zapisać kilka imion w moim death note.
 - Oglądasz za dużo ani-..
 - ZAMKNIJ SIĘ BO WYPCHAM CIĘ SZATAŃSKIM OWOCEM I SKOŃCZYSZ NA DNIE OCEANU - ryknął, po czym powiedział miłym i ciepłym głosem - To oprócz czym karmić Sebastiana, nie macie żadnych pytań?...Nie? No to dziękuję, wypierdzielać.
Wyszliśmy z kotkiem w popłochu, w obawie, że ten elfo-psychol zapisze nasze imiona w swoim notesie, albo zapłaci Nami za zabicie nas, bądź co gorsza wciągnie nas w grę pamiętników przyszłości, bo nie mamy telefonów. Otaku/fani anime zrozumieją... 

Z punktu widzenia Toby'ego...
No i w końcu tu jestem - w tej przeklętej fabryce zabawek, w której zabawiają się Skrolly... Złapałem toporek za rękojeść i ostrożnie przekroczyłem próg drzwi. Stanąłem w miejscu i wszystkiego nasłuchiwałem. Nikogo nie ma? Musi tutaj być... W końcu się polazł.
 - Przyszedłeś mnie zabić? - spytał Skroll i ukazał swe długie szpony.
 - W rzeczy samej - odpowiedziałem i wziąłem rękę za siebie. Szybkim ruchem otworzyłem drzwi na ościerz, wypuszczając do budynku trochę światła, na co Skroll odsunął się parę kroków dalej. Światło go osłabia... tak.. Wziąłem toporek w dłonie i podbiegłem do okna, by wybić szybę. Potem następne i następne, wypuszczając coraz więcej światła do fabryki. Mój przeciwnik mógł jedynie kryć się po kątach, w cieniach. A ponieważ miejsc takich było mało, miałem przewagę. Gdy wszystkie okna były wybite, znacznie się rozjaśniło, a Skroll kulił się za jakimiś kartonami. Powoli zbliżyłem się w jego stronę, kiedy nagle...

 - Sądziłeś, że na wszystkich Skrollverse działa światło? - ktoś złapał mnie za ramię i wbił coś ostrego między łopatki. Następnie zaczął mnie okładać pięściami po całym ciele i wszędzie wbijać ostrza. Był szybki. Nie widziałem nawet jego twarzy. Wnet poczułem zimno i zakręciło mi się w głowie. Osunąłem się na podłogę, w moją własną kałużę krwi, ciągle się wykrwawiając. Oczy zachodziły mi mgłą. Jak dałem się tak łatwo pokonać? Poczułem jeszcze kilka uderzeń w głowę.
 - Toby! Toby! - ktoś mnie wołał. W oddali zauważyłem Hoodiego i Maskyego. To oni mnie wołali. Są za daleko... nie zdążą do mnie dotrzeć... to koniec.. moje ciało odmawia posłuszeństwa.. zginę tutaj... Jeszcze raz lekko przechyliłem głowę, by spojrzeć na mojego oprawcę, zanim-...


C.D.N


_______________________________________________________________________________

  Anime o których była mowa:
O..
Sebastian/Ciel/Kurosz - Kuroshituji
Naruto - Naruto xD
Tytani - Attack on titan
Szatański owoc/Nami- One Piece
Notes śmierci/zapisywanie imion w notesie - Death note xd
Pamiętniki przyszłości - Mirai Nikki

poniedziałek, 29 lutego 2016

Dni z życia CreepyPast 14



Z punktu widzenia E.Jack'a...
Uff... Udało mi się odwrócić uwagę Skrolla i Soul'a dając możliwość ucieczki Jeffowi i Jasonowi. Teraz wystarczy tylko wymyślić jakaś wymówkę, żeby się z tego wykręcić.
 - Przez ciebie uciekł nam obiad... - powiedział Soul zmartwiony.
 - Sorry, chłopaki, ale to moi kumple.
 - To Slenderversi! - oburzył się Skroll.
Westchnąłem cicho. I czym mam się już bronić? Przypomnieć mu, że też do nich należę?
 - Sorry... - tylko na tyle było mnie stać.
Czułem, że dwójka patrzyła na mnie wzrokiem, który mógł co najmniej zabijać. Bez słowa opuściłem fabrykę, kierując się w stronę domu. Gdy tylko przekroczyłem próg drzwi, usłyszałem ciche szmery. Dosłownie wiedziałem, że wszystkie oczy skierowane są na mnie.. Przytłaczające uczucie. Zdrajca. Pewnie teraz tak o mnie wszyscy postrzegali. W końcu bardzo mało osób wiedziało, że jestem sojusznikiem Skrolla, a teraz się wszystko wydało. Niechętnie podążyłem za zapachem Jeffa i lekko uderzyłem piszczelem w kanapę. Obok mnie stanął też Jason.
 - Przepraszam za tamto...  - wymamrotałem.
 - Ale za co? - Jeff zapytał.
 - No za tamto... W tej fabr...
 - Nie masz za co - przerwał Jeff - Gdyby nie ty, skończyliśmy jako obiad dla kanibali. - zaśmiał się.
Załamałem się. Jakby nie wiedział, że sam nim jestem. Ktoś poklepał mnie po plecach. To była dłoń Jasona.
 - Czy to znaczy, że jesteś teraz bezpański? - spytał - Przecież nie możesz należeć do obu versów. Musisz się zdecydować.
 - No... yhym... bezpańskim, mówisz...
Dalej zamilkłem, jak wszyscy. Słychać było tylko brzęczenie jakiegoś owada i głośne oddychanie Jeffa. Jestem bezpański? Otrząsnął mnie dopiero dźwięk trzaskanych drzwi.


Z punktu widzenia Toby'ego...
Podczas gdy wszyscy martwią się o Skroll'ów, ja cieszę się z kolejnej bitwy. Wiem, że niedawno walczyłem z Colinem, ale on przy nich to płotka. Zero totalne, mimo że prawie nas zabił. Jednak ONI mają dwie wady - nie współpracują, a wręcz przeciwnie, wchodzą sobie w drogę. Chyba, że stawką jest życie któregoś z nich. I słońce. W dzień są kompletnie bezradni, dlatego żerują pod osłoną nocy i chowają się w opuszczonych budynkach. Tamta fabryka to idealne miejsce na ich kryjówkę. Słońce ich osłabia, do tego wchodzą sobie w drogę - świetny łup, prawda? Tyle, że oni są doskonale wyszkoleni, a jeśli chodzi o szybkość, czy zwinność to nie dorastamy im do pięt. A jednak, szanse są wyrównane. Już nie mogę doczekać się naszego spotkania. Znowu poznać smak krwi. Znowu zabijać, jak wtedy wykończyliśmy Colina. Usłyszeć czyiś jęk przepełniony bólem i błaganie o litość. Chcę ich krwi.. Ich bólu.. Ich cierpienia.. Ich łez..
Czy ja zaczynam popadać w jakiś obłęd? Nigdy wcześniej tak nie myślałem o śmierci. Więc dlaczego czuję taką żądzę krwi? Dlaczego chcę zadać innym ból? Dlaczego chcę żeby płakali przeze mnie? Dlaczego czuję taki niedosyt? Muszę się opamiętać!
 Otrząsnąłem się z myśli i powędrowałem do tamtej fabryki. To nieodpowiedzialne z mojej strony, wiem, ale naprawdę nie zamierzam walczyć. Chcę tylko się zorientować w terenie, posprawdzać kilka rzeczy. To wszystko. Spróbuję jakoś uniknąć walki. Jakoś... może nawet mnie nie zauważą? Wpadnę tam na dosłownie pół minuty i znikam. Na miejscu uchyliłem ostrożnie zardzewiałe drzwi i wychyliłem głowę, oglądając wszystko dokładnie. Budynek posiadał wiele okien, które przez kurz i pajęczyny nie były widoczne. Doskonale! W głowie mam już ułożony plan działania na walkę. Uśmiechnąłem się pod nosem i wróciłem do domu. Chcę zmierzyć się z nimi jak najszybciej. Nawet gdybym miał pojedynkować się sam. Przypuszczam, że Slender nie będzie pochwalał mojego pomysłu. Niespecjalnie się tym przejąłem. W domu chciałem od razu umyć się i kłaść spać, żeby nikt nie zauważył mojej ekscytacji. Domyśliliby się, że coś kombinuję..

   *TIME SKIP

Z punktu widzenia Jeff'a...
Leżałem całkowicie sam, z zabandażowanym ramieniem na kanapie i wpatrywałem się w sufit. A o jakimś kocu dla mnie to nikt nie pomyślał.. Do tego zabrali mi moją bluzę i koszulkę. Było mi cholernie zimno. Zapomnieli o mnie. Ech... Spróbowałem jakoś wstać, ale każdy, nawet najmniejszy ruch sprawiał ból. Niech szlag trafi Skroll'a... Że dałem mu się pokonać... Ale kiedyś i tak skopię mu dupę... kiedyś. Nagle usłyszałem czyiś tupot stóp. Lekko przechyliłem głowę, by sprawdzić kto to taki. Nim cokolwiek zobaczyłem, powiedział półgłosem:
 - Nie możesz się ruszać? - poznałem głos Ben'a.
 - Ben, nie uwierzysz - zacząłem - jest mi zimno.
Blondyn podniósł bluzę z ziemi i mnie nią przykrył.
 - Dziękować - odparłem, powoli odlatując do świata snów.

   *TIME SKIP

Rano obudziłem się w trakcie zmieniania bandażów. Hoodie robił to jak mysz - bez ani jednego, choćby najmniejszego szmeru. Gdy skończył, przykrył mnie bluzą i zwyczajnie odszedł. Zacząłem rozglądać się po pomieszczeniu. Udało mi się wstać i dojść do mojego pokoju, zarzucając bluzę na plecy. Idąc do łóżka, potknąłem się o pluszaka Vincenta i upadłem, dokładnie na moje zabandażowane ramie. Wydarłem się z bólu. Ledwo wstałem i usiadłem na łóżku. W kącie, na poduszce spał Vincent, jakby był dumny, że przez niego się wywaliłem na podłogę, sprawiając mi przy tym dużo bólu. Po jakimś czasie się obudził i krzyknął:
 - Jeff!
Zdziwiłem się bardzo, gdyż jeszcze kilka dni temu mówił "Cef".
 - Kcę - powiedział jeszcze, wyciągając palec w stronę pluszowego królika, walającego się na ziemi. Podałem mu go, a on znowu zaczął swoje tortury.. Szeptał mu coś do ucha w swoim języku. Pewnie coś strasznego. Nagle usłyszałem czyiś ziew, a z łóżka spadł Toby.
 - Taby - powiedział Vincent i wrócił do "zabawy".
Kolejny ziew. Toby podniósł się z ziemi i przetarł oczy.
 - Siemanko! - przywitał się -Zapowiada się piękny dzień! - spojrzał przez okno.
Podążyłem za jego wzrokiem. Dzień był wyjątkowo słoneczny.
 - Idealny dzień na bójkę z Skrollem, nie sądzisz? - powiedziałem. Toby spojrzał na mnie pytająco.
 - Skąd wiesz o moich planach?
Tym razem ja na niego spojrzałem wzrokiem pełnym nadziei, a równocześnie niepewności.
 - Tylko mówię... chcesz z nim walczyć?
 - Nie mów nikomu...
 - Milczenie będzie drogo kosztować..
 - Czego chcesz?
 - Pomyślmy... chcę słonia z serem zamiast głowy i magiczne zioła, oraz magiczny proszek.
 - Po magiczne zioła i proszek idź do Bena lub L.Jack'a, a ze słoniem może być problem. I to duży.
 - Zioła wystarczą.
Zaśmialiśmy się oboje z naszej głupoty.
 - Nikomu nie powiem - powiedziałem po chwili.
 - I jest git! - wyciągnął kciuk go góry - Aaa, bandaż ci krwawi.Spojrzałem na moje ramię. Całe zakrwawione. To pewnie przez tamten upadek. Westchnąłem i poszedłem do Hoodiego, który znowu mi go zmienił i powiedział, żebym bardziej patrzył pod nogi. Podziękowałem i wróciłem do pokoju. Hmm.. czyli jednak Hoody zda się na coś więcej, niż obieranie ziemniaków.. ciekawe.. ale ciii, ani słowa o tym...
Go to sleep...


C.D.N

______________________________________________________________________________________________


Zapraszam również tutaj » https://m.ask.fm/JeffandKillua « ^^

Przepraszam za dość długą przerwę. Macie tu jakieś tam notki xd:

koniecznie musicie się zapoznać z TYM... przeczytajcie tą Creepypastę - pomoże wam wujek google.

Jakby ktoś jeszcze nie ogarniał Skrolverse, niech troszkę poszpera na tej stronie

No i jeszcze jedno - jak już zauważyliście, na górze jest obrazek CreepyPastaMonster (sorry, nie umiem tego inaczej ując w słowa xd). Podoba się, czy tylko zawadza? Tylko szczerze...


No i ten - niektórzy "nowi" czyli ci co nie czytali mojego starego bloga, postaram się tutaj naprostować mniej więcej co i jak z niektórymi postaciami, a że nie umiem dobrze tłumaczyć, trzeba będzie się namęczyć xD. Tak więc:
Mike - agrasor, znajomy Bena i wielki fan fnaf'a (postaram się napisać o nim Creepypastę... huehuehue)
Colin - tego to stworzyłam na podstawie Kaspera... były proxy Slendermana :P
Nathan - dla Tobyego "Brick", pomógł w walce z Colinem rzucając w niego cegłami xd (na starym blogu oczywiście)
Vincent - dziecko, któremu Jeff zabił ojca, a następnie adoptował xd
Snickers - Jeff go ukradł z jakiegoś domu, Jeff o nim zapomniał, Jeff nadal go ma w swojej kieszeni xD
O nikim nie zapomniałam? Chyba nie. Wiem, że takie coś powinnam zrobić na początku, ale dopiero teraz wpadłam na ten pomysł.
Przy odrobinie szczęścia może się okazać, że Creepypastę o Nikkim nadal gdzieś tam mam w folderze... gdzieś... Jeśli nie, to napiszę nową xd

Okey, już was nie męczę tymi notkami. Na 15 część szykuję na was bombę i mini-zawał serca xD. Także do następnego, moje Koszmarki ^^

piątek, 19 lutego 2016

Dni z życia CreepyPast 13




Z punktu widzenia Jane...
Było kilka minut po północy, a ja dalej nie mogłam spać. Po prostu siedziałam pod kołdrą i nasłuchiwałam każdego szmeru. Postanowiłam się przejść po lesie, przewietrzyć, może po powrocie będę choć trochę zmęczona. Podczas mojej wędrówki zauważyłam Nikkkego siedzącego pod drzewem. Podeszłam do niego bliżej. Wygląda na to, że spał. Ostrożnie szturchnęłam go. Chłopak bardzo powoli otworzył oczy i rozglądał się po okolicy. Dopiero potem spojrzał na mnie. Patrzył tak dobre kilka minut, jakby nie chciał wierzyć, że widzi przed sobą żywego człowieka. Ciszę przerwało jego bełkot:
 - U... uciekaj stąd!
Złapał mnie za ramię i odepchnął od siebie, a sam upadł na bok. Dopiero potem zobaczyłam jego krwawiące rany na nogach, żebrach i plecach. Nie wiedziałam czy uciekać, czy zabrać go ze sobą, czy może z nim zostać i czekać na pomoc. Jakąkolwiek. Chociaż marnie to widziałam, w końcu nie miałam nic do obrony, on najwyraźniej też nie. Ostatecznie wzięłam go pod ramię i chciałam zanieść do domu, ale wyrwał mi się, i upadając, krzyknął:
 - Co ty robisz?! Miałaś stąd uciekać! Jeśli mnie zabierzesz to on znajdzie nas po śladach krwi!
 - Niby kto nas znajdzie?! - wrzasnęłam i kucnęłam by pomóc mu wstać, ale znowu mnie odepchnął.
 - Uciekaj stąd!
 - Nie dałeś mi odpowiedzi!
Nikki westchnął tylko i ponownie mnie od siebie odepchnął. Dalej już nic nie mówił. Teraz kompletnie nie wiedziałam co robić. Zostawić go tak tutaj? Uciekać? Iść po pomoc?
 - Idź już... - zaczął chłopak - Mi nic nie będzie...
"Mi nic nie będzie" śmiesznie to usłyszeć z ust chłopaka leżącego na ziemi, do tego wykrwawiającego się.
 - ...naprawdę... ktoś z moich mnie znajdzie zanim zrobi to on...
 - A jeśli to on znajdzie cię wcześniej?
 - Wtedy mam przekichane - uśmiechnął się.
W końcu się przełamałam i zostawiłam go tak. Kim właściwie jest ten "on"? Trochę boje się o Nikkiego..
Do domu wróciłam około godziny 1.42. Chcąc, nie chcąc, zasnęłam na kanapie. Obudził mnie dopiero czyiś głos:
 - Pssst! Budzimy się, księżniczko!
Otworzyłam oczy i ujrzałam nad sobą Jasona, uśmiechniętego od ucha do ucha.
 - Dzisiaj mamy piękny dzień! Chyba nie masz zamiaru go tak przespać.
 - Co ty dajesz... jaki tam piękny...
Wstałam i przeciągnęłam się leniwie. Nagle przypomniałam sobie o Nikkim. Kiedy Jason zaczął coś mówić, ja wybiegłam do lasu. Dopiero na miejscu zauważyłam, że czerwonowłosy był cały czas za mną. Rozejrzałam się niepewnie. Nikkiego nie było, zresztą żadnej krwi, śladów walki też nie było. Zastanawiałam się, czy jest teraz bezpieczny,  a może "on" go dorwał.
 - Jane, co się stało? - spytał Jason - Tak nagle wybiegłaś...
Nie odpowiedziałam, tylko rozglądałam się po lesie szukając jakikolwiek śladów walki.
 - Jane...
Wszystko było w porządku...
 - Jane..
Ale i tak miałam złe przeczucie...
 - Jane,  odpowiedz! - wrzasnął tak, że się wzdrygnęłam.
 - Nic się nie stało! - odpowiedziałam.
 - Coś przede mną ukrywasz...
 - Skąd! Nie mam nic do ukrycia!
 - I tak się dowiem o co chodzi - Jason uśmiechnął się i zostawił mnie samą. Postanowiłam jeszcze bardziej wejść w głąb lasu. Zero. Ani śladów jakiejkolwiek walki, ani krwi. Nic! Za to mogłam usłyszeć czyiś śpiew...
 - Hi kids! Do you like violence?...
Co to ma do cholery być? Czy to "on" to śpiewa?!
 - When I come to life you've got place to hide...
Nie wiem co się dzieje, ale lepiej uciekać, zanim mnie zauważy. Odwróciłam się na pięcie i pobiegłam w stronę domu. Na miejscu starałam ukryć swój niepokój, żeby nie wzbudzić ciekawość innych, a przede wszystkim Jasona.


Z punktu widzenia Liu...
Obudziło mnie łaskotanie na twarzy. Nade mną nachylał się Jeff i dokładnie badał moją twarz.
 - Nadal jesteś na mnie zły..? - pytał.
 - Jeff, idź stąd - burknąłem i odwróciłem się plecami. Wtedy zaczął mnie szturchać.
 - Gniewasz się? No powiedz...
 - Daj mi spać...
 - Powiedz!
 - Kurde, dlaczego ty taki upierdliwy?! - obróciłem się do niego twarzą w twarz i popchnąłem przed siebie, na nieszczęście zdołał utrzymać równowagę.
Wtedy z pod kołdry wygramolił się Toby, dał nam jakąś gazetą po głowie i wrócił spać. Spojrzałem na Jeffa. Raczej nie wyglądał jakby chciał odpuścić, więc musiałem wstać. Żegnajcie wspólne chwile z spaniem, tylko dajcie znak życia! Lekko podirytowany ubrałem się i powędrowałem do łazienki przemyć twarz. Ech, moja twarz... ona jest tutaj największym problemem. Te oszpecające blizny... Zdążyłem już przywyknąć do odpychających spojrzeń obcych ludzi, którzy omijali mnie z daleka. Nie dziwię się - ja też nie zaufałbym osobie z tak licznymi bliznami - wyglądam jakbym uciekł zza krat. Albo z szpitala. Westchnąłem, otarłem twarz ręcznikiem i wyszedłem z łazienki, obczaić sytuację w domu. Za oknem świeciło słońce, mimo że była zima... no dobra, końcówka zimy. Wróciłem do pokoju, gdzie Toby był już ogarnięty, a Jeff ciągle pytał czy się na niego gniewam... Ech, czasami wolałbym dostać się w łapy fangirl niż go znosić... Ale ponieważ już raz miałem taką sytuację, więc wiem jakie to traumatyczne przeżycie, nie chcę wracać do tego ponownie... Te twarze z kilkucentymetrową tapetą, oblane wodą perfum... pewnie nakładają makijaż łopatą... albo koparką... Trauma na całe życie... Kiedyś E.Jack, zjadł nerkę jednej fangirl i rzygał brokatem... Serio, jego wymioty były różowe. Otrząsnąłem się z tych myśli, kiedy Jeff zaproponował kolejny wypad do tego starego domu, bo trzeba go spalić... Toby wykręcił się misją od Slendera, a ja wymyśliłem wymówkę, że miałem coś pomóc Ann...
Parę minut później on, wraz z Jasonem wyszli podpalić ten dom...


Z punktu widzenia Jasona...
Byliśmy już na miejscu. Zanim oblaliśmy budynek benzyną i roznieciliśmy ogień, posprawdzaliśmy kilka pokoi, wypuściliśmy parę psów i przywłaszczyłem sobie jednego kota, którego schowałem do szerokiej kieszeni. Dopiero potem puściliśmy to miejsce z dymem. I... zdaje się, że zapomnieliśmy o paru osobach na samej górze i kilku psach z łazienki... Ale kot uratowany! Zaraz potem udaliśmy się do fabryki, do mojego królestwa. Na samym środku leżały zwłoki z dziurą w brzuchy z flakami na wierzchu, a zaraz po tym krwawe ślady butów prowadzące... na ścianę. Tak, te ślady były na ścianie. Rozciągały się jeszcze na suficie. Prowadziły do ciemnego kąta pomieszczenia, gdzie ktoś był. Obserwował nas.
 - Kage... - zaczął Jeff - ... kao..?
Postać zaśmiała się kpiąco, po czym dodała:
 - Uwielbiam się bawić jedzeniem, wiecie?

Z cienia wyłonił się sam Skroll. Z uśmiechem na twarzy, poplamiony krwią jak gdyby nic rzucał z ręki do ręki kawałek ludzkiego mięsa. Ja i Jeff zaczęliśmy się powoli wycofywać, lecz czarnowłosy niechcący kopnął pustą puszkę. Skroll momentalnie spojrzał w naszą stronę.
 - Tak szybko uciekacie? - spytał kpiąco - To może coś przekąsimy? - wtedy z zaskakukającą szybkością podbiegł w naszą stronę, wyciągając przed siebie swoje długie szpony, niczym jak u Freddy'ego. Rzuciliśmy się do ucieczki, niestety Soul Taker zagrodził nam drogę:
 - A wy gdzie? Dopiero co tu przybyliście!
Zatrzymaliśmy się, a szpony Skrolla przebiły ramię Jeffa, który wydarł się w niebogłosy z bólu. W jednej chwili moje ręce przybrały czarną barwę, a oczy błysnęły na zielono. Odwróciłem się do białowłosego z zamiarem zaatakowania, lecz nagle rozległ się znajomy krzyk:
 - STOP! PRZESTAŃCIE!
Naszym oczom ukazał się E.Jack. Tylko co on tutaj robi?
 - Jack? - zaczął Skroll - Co ty wyrabiasz?
 - Przestańcie... - powtórzył.
 - Dlaczego pomagasz tym od Slendera?
 - Przecież sam jestem z tego versu...
Nastąpiła chwila ciszy. Prawda - E.Jack należy i do Slenderverse i do Skrollverse, a przynajmniej jest ich sojusznikiem. Korzystając z ich nieuwagi, złapałem Jeffa pod ramię i błyskawicznie wybiegłem z fabryki, zostawiając ich samych. Bladoskóry cicho popłakiwał z bólu. Złapał się za ramię, by choc trochę powstrzymac krwawienie i biegliśmy tak całą drogę do domu. Na szczęście to straszne odludzie, więc nikt się nami nie interesował. Na miejscu wszystkie spojrzenia padły na nas. Położyłem Jeffa na kanapie i zawołałem Hoodiego, by się nim zajął, albo poszukał Slendera. Niestety tego elegancika nie było, więc Hoody opatrzył go sam.
 - Co wam się stało? - spytał Toby - Czyżby Colin...?
 - Gorzej - wymamrotał Jeff.
 - Gliny?
 - Postaraj się bardziej...
 - Nie mam pojęcia...
 - Skrollversy. Soul i Skroll.
Wszyscy zamarli w miejscach. Fakt, Skrollversy są bardzo silni i są naszymi śmiertelnymi wrogami. No i mają E.Jack'a... no dobra, w połowie można rzec...



C.D.N


____________________________________________________________
Skrollversi wkraczają do akcji! Dziwi mnie fakt, że są tak mało popularni...
Zastanawiam się jak długo ten blog będzie jeszcze prowadzony.. dwa lata? ...może po tym czasie założę nowego z kontynuacją? Albo "Dni z życia CreepyPasty OC"? (OC to inaczej Skrollverse >_< ... chyba).
No dobra, chyba jest za wcześnie, aby myślec o takich rzeczach, w końcu blog istnieje zaledwie dwa miesiące...
Także do następnego, Koszmarki!

poniedziałek, 15 lutego 2016

Dni z życia CreepyPast 12


Z punktu widzenia Kaspera...
Dzisiaj był wyjątkowo pechowy dzień. Czy to nie jest przypadkiem 13 piątek? Nie, ale w po 14 luty, a to oznacza dzień zakochanych... już wszędzie się roi od tych amorów, serduszek i innych słodkich rzeczy. Ohyda. Jakby ludzie nie mieli co robić ze swoim życiem, tylko obchodzić Walentynki, licząc na cud, że to akurat w tym dniu ktoś się zakocha. Ech...
Oglądając telewizję, momentalnie zrobiło mi się słabo na widok moherowych beretów. Serio? Tylko o Radiu Maryja potrafią pierdzielić bez przerwy. Może powinienem zapuścić włosy, żeby zrobić im na złość? Dobry pomysł, ale chyba nie. Przeciągnąłem się na kanapie i zasnąłem. Po przebudzeniu, udałem się do pokoju, a po drodze musiałem znosić dziwne spojrzenia innych. Co zrobiłem nie tak? Dlaczego inni się tak gapią? Nawet Nina śmiała się na mój widok, a EJack zaczął smutać, że nie może zobaczyć powodu jej rozbawienia.
 - Co? Co? Co znowu nie tak? - pytałem - Co zrobiłem źle?
 - Ty nic - odpowiedziała dziewczyna - Po prostu śmiesznie wyglądasz...
 - Śmiesznie? Czyli jak?
 - Sam zobacz...
Nina postawiła mi małe lustro przed nos. Moja twarz... cała miała rożne rysunki jakimś czarnym flamastrem. Lepiej nie mówmy co one przedstawiały. Prawie wszyscy mnie widzieli... no to teraz ekipa będzie miała temat do rozmów przez co najmniej tydzień. Zabiję kretyna, który to zrobił...
 - Przyznać się! - wrzasnąłem wyparowując z pokoju - Kto to taki dowcipniś?!
Na korytarzu stał akurat Jeff, chowając ręce za sobą. Jakiś zdenerwowany był...
 - Jeff, co tam trzymasz? - spytałem próbując opanować gniew.
 - Nic...
Złapałem go za ręce i dokładnie oglądałem jego dłonie. Były brudne od czarnego flamastra. Przeszyłem go wzrokiem, po czym na mojej twarzy zagościł szeroki uśmiech, zaś na jego malował się strach.
 - Już... Nie... Żyjesz...
Usiłowałem uderzyć go w brzuch, ale skubaniec wymsknął mi się i trafił w drzwi, bo Liu wychodził z pokoju. Natychmiast schował się za jego plecami.
 - Liu, ratuj. - błagał.
 - Co się właściwie dzieje? - pytał.
 - On chce mnie zabić.
 - Bo..?
 - Pomazałem go flamastrem...
Liu spojrzał na mnie, potem na Jeffa, wzruszył ramionami i odszedł.
 - A co ze mną? Nie pomożesz mi..? - spytał Jeff.
 - Radź sobie sam.
 - I ty Liu przeciwko mnie? Własny brat? Rodzina?!
 - Pff, i kto to mówi...
Jeff burknął coś pod nosem. Nie słyszałem, ale Liu najwyraźniej tak, bo jego oczy aż zabłyszczały..
 - Już jesteś martwy!
Zrozpaczony, pobiegł prosić o pomoc do Bena. Jednak tylko bardziej się pogrążył.
 - Ben, ratuj!
 - Ale.. ty... rzucałeś mną.. do wody.. nie powinenieś był tego robić... już nie żyjesz...
No cóż - Silver niewiele mógł zdziałać, a Jay'a nie było, więc tym razem prosił o pomoc Jasona, LJacka i Popa. Niestety! Jason był czymś wyraźnie zdenerwowany i postanowił się na nim wyżyć. LJack był zajęty czymś innym, a Candy polazł w cholerę. W dodatku Jane szybko ogarnęła o co chodzi i do nas dołączyła. No to jest nas pięciu! Czarnowłosy był już tak zdeterminowany, że prosił o pomoc Ninę. Tym razem dobrze trafił. Mało nie zamordowała Jasona, wyzwała Liu od złych braci, mnie i Bena od deserantów, a Jane poszarpała włosy. Ale i tak czekaliśmy aż wyjdzie. Nasłuchiwaliśmy każdego szmeru...


Z punktu widzenia E.Jack'a...
Rozwścieczony tłum czekał na Jeffa, a Nina nie pozwalała nam wyjść z pokoju. Musiałem wyłazić przez okno. Prawie się połamałem. Czy oni naprawdę nie mogą wyważyć drzwi i go od razu zabić? Im więcej trupów, tym więcej nerek! Love kidneys! Przynajmniej wiem jak spędzę walentynki <3. Coś mi mówi, że 14 poleje się duużo krwi, a organy będą na ścianie. Tak, to będzie dobry dzień.
Wracając - do kuchni dostałem się również przez okno, a przy okazji zbiłem doniczkę z kaktusem (wiem, bo czułem). Potem ktoś na to nadepnął, rozległ się krzyk, a ja sobie gdzieś zniknąłem... Do łazienki. Po wyjściu, wpierniczyłem zostawiony sernik, po czym Masky i Toby się pobili, oskarżając siebie nawzajem o zjedzenie ciasta. To ja się wycofuję...


Z punktu widzenia L.Jack'a
Gdy wróciłem do domu po mordzie, zastałem nawalających się proxy, kilka osób czyhających na życie Jeffa i dość duży bałagan. Jakim cudem naleśnik znalazł się na suficie? Nigdy się nie dowiemy. Lekko podirytowany, poszedłem do pokoju, gdzie czekał na mnie ten mały, różowy demon, zwanym Sally. Jej chyba się nigdy nie znudzi męczenie mnie... Jakby nie mogła czepiać się kogo innego. Na przykład takiego Hoodiego, albo wujaszka Slendera.
 - Pobaw się ze mną! - zarządzała, unosząc do góry misia.
Westchnąłem tylko i wybiegłem na korytarz, złapałem pierwszą osobę z brzegu, i wepchnąłem ją do tego potworka. To teraz mam spokój, tamten się z nią pobawi i wszyscy będą happy! Nagle rozległo się pukanie do drzwi. Powędrowałem na dół i ostrożnie wyjrzałem przez okno. To tylko jakieś dzieciaki robiły żarty. Nie mam już nawet chęci, by zrobić im jakąś krzywdę.


Z punktu widzenia Jeffa...
Wściekły tłum się rozszedł, a ja mogłem wyjść z pokoju Niny. Problem w tym, że współdzielę pokój z Liu... mam nadzieję, że teraz tam nie przesiaduje. Żałuję, że go wyzwałem od... nieważne. Wyszedłem na miasto, a dokładniej do opuszczonej fabryki, którą kiedyś pokazał wszystkim Jason. Te wszystkie lalki mnie lekko przerażały, do tego ten zapach rozkładającego się ciała i ślady krwi na ścianach... Ale chwila, tego tutaj wcześniej nie było.. Być może któryś z nas tutaj wcześniej jeszcze balował, a konkretnie Jason, w końcu to jego królestwo i robi tutaj co mu się żywnie podoba. Wcisnąłem się do wentylacji i trafiłem do biura, sprawdzić jak się mają laleczki voodoo. Znalazłem jedną, bardzo zniszczoną, która cholernie mi kogoś przypominała. W głowie miałem obraz tej osoby, ale za nic nie wiedziałem kim on jest. Wziąłem do ręki igłę, leżącą obok i wbiłem w oko lalce, następnie w kark, i inne części ciała. Po jakimś czasie "zabawa" znudziła się, więc tylko zabrałem ów kukłę ze sobą. Znowu wlazłem do wentyli i chodziłem na czworaka. Na miejscu coś było wyraźnie nie tak. Ktoś tutaj był. Oby nie Jason, bo zamorduje mnie za kradzież jego zabawki. Bałem się, że zaraz mnie znajdzie, więc pośpiesznie wyszedłem. Po drodze zaszedłem sprawdzić do starego domu. Wyglądał jeszcze bardziej tragicznie niż ostatnią wizytą. Wszędzie tylko zmasakrowane ciała, krew... Nie sądzę, żeby zwykłe "gangusy" byłyby do tego zdolne. Oprócz tego, że śmierdziało zwłokami, to jeszcze papierosami, odpadami... Wymiotować się chciało. Ten dom stał się klubem dla morderców, noclegiem dla żuli, schroniskiem dla bezpańskich psów i wylęgowiskiem karaluchów. Może powinienem go podpalić? Lepiej nie, nie chcę stanąć przed wujaszkiem Slendym. Zbadałem wszystko wzrokiem i udałem się na górę, do swojego pokoju. Królował tam nieprzyjemny zapach psów.. Na samym środku stał jakiś wygłodniały pies, z kapiącą na ziemię śliną, pianą i.. krwią? Miał przekrwione oczy i trząsł się cały, do tego wiele ran i wyszarpana sierść. Obok niego rozkładało się mięso innych psów, które poległy z nim w walce, czy kotów... Nagle rzucił się na mnie ze swoimi szponami. Bez namysłu zatrzasnąłem drzwi, więźniąc go tam. Lepiej nie będę zaglądał do innych pokoi. Westchnąłem ciężko i udałem się do domu, tego nie zniszczonego i dobrego w użytku.. Na wstępie dostałem kilka ciosów w brzuch od Kaspera.
 - To od Liu, Bena, Jasona, Jane i ode mnie... - wymamrotał i odszedł zadowolony z dokonanej zemsty. No dobra, należało mi się, w końcu oszpeciłem twarz Kaspera, wrzucałem Bena do wody, wyzywałem Liu, Jane wiadomo, ale Jason nie miał powodu... No dobrze, okradłem go... Ale lepiej, żeby o niczym się nie dowiedział...





C.D.N...

poniedziałek, 8 lutego 2016

Dni z życia CreepyPast 11


Z punktu widzenia Colina...
Chodziłem po lesie bez konkretnego celu. Chyba już straciłem nadzieję, że jeszcze kiedykolwiek ich znajdę... proxy Slender's i reszta Slenderversów dobrze się ukryli. Jednak niespodziewanie, kiedy byłem na skraju wytrzymałości, ni z gruszki, ni z pietruszki, znalazłem ich. W tym najmniej oczekiwanym momencie. Po prosu, spacerowali po lesie, robiąc dużo hałasu, a właściwie ten kretyn w goglach robił... i jeszcze ten czwarty. Wyglądał... zwyczajnie. Jak zwykły człowiek. Żadnych blizn, wyciętych uśmiechów, nienaturalnego koloru oczu, ani nic niezwykłego. Czy on w ogóle ma przy sobie broń? Jakąkolwiek? Nieważne. Ważne jest to, że wreszcie ich znalazłem. Bezszelestnie zbliżyłem się do nich i przygotowałem macki. Gdy już miałem atakować, czwarty odwrócił się i odepchnął wszystkich na bok, a sam prawie otarł się o śmierć..
 - Co do jasnej..? - krzyknął Toby i zerwał się na nogi.
 - To co widzisz! - wrzasnąłem i znowu zaatakowałem. Niestety, czwarty proxy miał bardzo dobry refleks i w mgnieniu oka podbiegł w moją stronę i wbił nóż w brzuch. Czyli jednak jest uzbrojony... Natychmiast odskoczyłem w bok.
 - C-Colin! - obudził się Toby - Jakim cudem ty żyjesz?!
Zaśmiałem się kpiąco z jego głupoty. Slenderman chyba nie umie sobie dobrac proxy...
 - Zdziwiony? - mówiłem przez śmiech.
 - I tak poślemy cię do piachu!
 - No to życzę powodzenia!
Tym razem wbiłem macki w ziemię, a czwarty znalazł się w cierniach, na co krzyknął z bólu. Czyli jednak nie jest taki jak Toby i czuje ból... interesujące... a może tylko udaje. Wykończę go na końcu, a do tego czasu niech tu siedzi. Kiedy tylko skończyłem moją pułapkę z cierni, ten pomarańczowy rzucił się na mnie.
 - Za wolno! - zawołałem i oplotłem macki wokół jego kostki, uniosłem do góry i cisnąłem nim w drzewo. Czynność ta powtarzała się jeszcze kilka razy, a on nadal żył. Może za słabo rzucam? Kiedy miałem walnąć nim jeszcze raz, ktoś trafił mnie w lewe żebro, a kto inny trafił w plecy. Gwałtownie się odwróciłem.
 - Tę sztuczkę już znam! - warknąłem i uniknąłem ataku Maskyego.
Wtedy zobaczyłem Tobyego, lecącego prosto w moją stronę. Przez ten cały czas był na drzewie i czekał na odpowiedni moment?! Nie zdążyłem nic zrobić, a jego toporek zagłębił się w mojej klatce piersiowej. Ból był niewyobrażalny. Że dałem się złapać w taką pułapkę! Upadłem na kolana i zacząłem pluc krwią. Nie mogłem się ruszyć. Czy to mój koniec? Zostać pokonanym w tak kretyński sposób? Mam zginąć z rąk tych przydupasów? To nie może się tak skończyć! Prędzej sam się zabiję, niż to oni zabiją mnie!

Z punktu widzenia Tobyego...
To koniec. Podszedłem do Colina, ale w ostatniej chwili zerwał się i odskoczył parę metrów dalej, co wcale mnie nie dziwiło. Ta walka jeszcze długo potrwa. Nie tracąc chwili dłużej, podbiegłem do przeciwnika, a Masky w tym czasie zaciągnął Hoodie w bezpieczne miejsce i zajął się Jay'em. Na moje nieszczęście, Colin zdążył się zregenerować i sprawnie zrobił unik.
 - Zabiję was wszystkich! - krzyczał - Żaden proxy nie ma prawa istnieć! Zabiję całą waszą czwórkę!
Nie wiem, co on ma w głowie, ale Jay nie jest proxy, a wręcz przeciwnie. Naprawdę nie wiem, co strzeliło do głowy mojemu Panu, żeby go do nas zaciągnąć... Gdy Colin odchodził od zdrowych zmysłów, Masky rzucił w jego stronę zapalniczkę. Szybko się podpalił, bo byliśmy w lesie i wszędzie były suche liście.. Colin wył z bólu i miotał się na wszystkie strony, powodując większy pożar. Nie tracąc chwili dłużej, wziąłem Jay pod ramię, a Masky zrobił to samo z Hoodym i uciekliśmy jak najdalej, a ogień sięgał coraz dalej. Przynajmniej krzyki ucichły. Miejmy nadzieję, że tym razem nie przeżył, i że to było nasze ostatnie starcie. Po kilku minutach usłyszeliśmy dźwięk syren. Zaczęliśmy się powoli dusic...  i nareszcie w domciu! Cieplutkim, bezpiecznym, pełnym gofrów domciu... Slender akurat stał przed drzwiami i zapytał co się stało. Bez owijania w bawełnę wszystko opowiedziałem. Po historii, wziął Jay'a porozmawiać...
Poszedłem wziąć przysznic. Niemalże na całym ciele miałem zadrapania i siniaki. I tak się tym nie przejmuje, przecież nie czuję bólu. Czasami się zastanawiam, jakie to uczucie...
 Reszta dnia minęła spokojnie - bójka z Maskym o sernik i gofry, kradnięcie pilota od kablówki, droczenie się z Sally, zatrucie się cukierkami LJacka, kłótnia z Jeffem, że jest złym ojcem dla Vincenta... To był cudowny dzień! Słonko świeci, ptaszki śpiewają, a ja, Masky, Hoodie i Jay zabiliśmy dresa spod PKSu! Cudownie!





CDN...
R.I.P Colin... (dres spod PKSu)
Podobało się? Wiem, że krótkie, ale czasu ni ma :P
Do nast. ! :*

piątek, 5 lutego 2016

Dni z życia CreepyPast 10




Z punktu widzenia Tobyego...
Obudziłem się niemalże po godzinie spania. Wstałem i chwiejnym krokiem udałem się do kuchni, ale na schodach o coś się potknąłem... w kuchni się napiłem i po ciemku ruszyłem do pokoju. Coś dużego leżało na schodach i blokowało przejście. Pomyślałem, że to jakieś zabawki Sally czy tam czyjeś ubrania, więc zepchnąłem to w dół i wróciłem do spania. Rano zauważyłem, że brakuje Jeffa. Od razu zerwałem się sprawdzić, czy to nie niego przypadkiem sturlałem ze schodów. Jednak tak - leżał i spał. Zabrać go do pokoju czy nie? Hmm.. nie, jednak nie. Sam się obudzi, a ja wracam spać.


Z punktu widzenia Maskyego...
Kac morderca nie ma serca, głowa pęka, wszystko pali,  na co myśmy tyle chlali? 
Wygrzebałem się z łóżka, ale i tak padłem na ziemię.
 - Coś nie tak? - zapytał Kagakao jak gdyby nigdy nic.
 - Jak ty to robisz, że się dobrze czujesz... - wybełkotałem.
Zaśmiał się tylko i wyszedł z pokoju. Powoli wstałem i poszedłem do kuchni. Na miejscu nie mogłem się oderwać od kranu, cały czas piłem kranówę. Gdy już miałem iść do pokoju, mój Pan złapał mnie za ramię od tyłu i zaczął wypytywać gdzie się wczoraj włóczyliśmy. Nie do końca świadomy tego co mówię, wybełkotałem:
 - Świętowaliśmy urodziny Tobyego...
 - Masky, przecież do jego urodzin jeszcze daleko... - oznajmił.
 - No to świętowaliśmy rocznicę zostania twoim proxy...
Slenderman pokiwał tylko głową i zniknął. Zadowolony z siebie, że udało mi się go spławić, powędrowałem do łazienki, przemyłem twarz i zająłem się robieniem kawy.. tylko ona może mi pomóc...

 Z punktu widzenia Jasona...
Kiedy tylko się obudziłem zacząłem chodzić po pokoju w te i nazad. Jane jeszcze spała, więc nie chciałem jej budzić. Poszedłem sprawdzić jak się ma Candy Pop i Jack. Sytuacja u nich wyglądała następująco - Jack przedawkował marsjanki, a Candy kręcił głową. Nagle usłyszałem czyiś krzyk "INTRUZ!", a potem tylko jęk z bólu i coś w stylu pierdzielnięcia głowę patelnią. Natychmiast pobiegliśmy na dół sprawdzić co się dzieje, a za nami biegła cała nasza banda. W salonie był Jeff, trzymający się za głowę, Ben z patelnią w ręku i jeszcze ktoś leżący twarzą do ziemi, w kałuży krwi.
 - Co się tu wyrabia?! - nie wiadomo pojawił się Slender.
Wszyscy milczeli, było słychać tylko jęki rannego.
 - Co się tutaj stało? - zapytał jeszcze raz, tym razem spokojniej.
 - Może mi najpierw pomożecie?! - jęczał tamten.
Slender pomógł mu wstać, wbił mackę w krwawiące miejsce, a po chwili jak gdyby nigdy nic, wyglądał jakby nic mu się nie stało.
 - Co się stało? - zniecierpliwił się.
 - Jeff zaatakował Hoodiego nożem, to pierdzielnąłem go patelnią. - tłumaczył Ben.
 - No co? - Jeff sięgnął po swój nóż na ziemi - Nie poznałem go bez jego maski.
Slender pokręcił głową, a Ben zrobił faceplama i "niechcący" upuścił patelnię na stopę Jeffa, który krzyknął z bólu. Brawo Ben.


Z punktu widzenia Jane...
Wszyscy powoli się rozeszli, a Jeff musiał sprzątać bałagan, który zrobił (krew...). Potem Slendy oświadczył, że wspólnie jedziemy na basen, żebyśmy "lepiej się poznali". Oprócz nas będzie tam też Helen, Puppet, Judge, Zero i dr. Smiley... Większość się ucieszyła.
 - Ja... chyba jestem chory... *kaszlu* i... nie pojadę... przykro mi... *kaszlu* - symulował Ben.
Slender zmierzył go tylko wzrokiem i dodał "Jedziemy jutro". Jedziemy? Zapowiada się ciekawie... Jeszcze Clockwork namawiała mnie, żebym wróciła do poprzedniego pokoju. Zgodziłam się, a Jason za to wprowadził się do Jacka i Candyego. Więc nie było sprzeciwów. Aaa, musieliśmy jeszcze dostawic jedno łóżko dla Sally... I znowu na starych śmieciach... Gdy tylko usiadłam na łóżku do pokoju wpadli, kto? Jeff, Liu, Toby, EJack, Ben i Kasper.
 - Dzisiaj pijemy tutaj - oznajmił któryś z nich.
 - Co wy... - zaczęła Ann, ale nie dokończyła, bo Jeff jej przerwał:
 - Slender mówił żebyśmy lepiej się poznali, to poznajemy się!
 - Jeff, bo my z tym alkoholem żartowaliśmy... - powiedział Kasper wieloma głosami.
 - Co?! Nie będzie nic do picia?!
 - Nie! - oburzył się Liu - Nalać ci piccolo?!
 - Kłamcy! -krzyknął Jeff i wybiegł z pokoju.
Wszyscy popatrzyli się na siebie, a Ann powiedziała "Wypad", więc chłopcy się rozeszli. Reszta dnia minęła spokojnie. Chyba za spokojnie... to bardzo zły znak, jutro będzie coś się działo..


Z punktu widzenia Bena...
I w końcu nastał TEN dzień. Dzień, w którym jedziemy na basen. Obok mojego łóżka leżała spakowana torba. Próbowałem symulować chorobę, ale nic z tego. Na dole wszyscy czekali tylko na mnie. W końcu zszedłem na dół, ale miałem bardzo dużego pecha. Niestety, potknąłem się na schodach i bolała mnie noga. Czyli z basenu nici. No cóż, jest mi tak bardzo przykro z tego powodu...
Plan ( nie) doskonały, ale w końcu i tak ktoś mnie siłą zaciągnął do auta. Auta? Slender się postarał... Na basenie wszyscy pływali jak kretyni, tylko ja się wszystkiemu przyglądałem. Nie miałem zamiaru wchodzić do wody. Dziwiło mnie tylko, że oprócz nas nie było tam innych ludzi. Po jakimś czasie ktoś (Jeff) złapał mnie za nogę i siłą rzucił do wody. Żeby tego było mało, zaciągnął mnie na "wir". Próbowałem się wydostać, ale prąd był za silny, albo ja byłem za słaby. Po prostu kręciłem się w kółko. Nagle z nieba spadła mi Clockwork. Natychmiast złapałem się za jej ramiona i wybełkotałem:
 - Zabierz mnie stąd! Błagam!
Złapała mnie z całej siły za nadgarstek i pomogła wydostać się z wiru. Dalej już sam się znalazłem na powierzchni. Ohh ziemio, kafelki, jak ja za wami tęskniłem... Niedługo się tym cieszyłem, gdyż Jeff znowu mnie zaciągnął do wody... żegnajcie wspólne chwile na kafelkach, obiecujcie, że będziecie dzwonić...
 - Zostaw mnie ty pedofilu! - krzyknąłem i z całej siły uderzyłem go w brzuch.
Czarnowłosy natychmiast mnie puścił i odpłynął parę metrów dalej. Już miałem wychodzić, ale Toby złapał mnie za ramię i pociągnął na głębsze wody.
 - Jednak pływasz?
 - To nie tak jak myślisz! - krzyknąłem przerażony tym co się dzieje.
 - To jak?
Udało mi się wyrwać z jego uścisku i udałem się na ląd. Ufff... Nareszcie bezpieczny. Tym razem już nikt nie zamierzał zaciągnąć mnie do wody. Tylko obserwowałem. Toby podtapiał Maskyego, Jeff skakał na bombę (i mnie ochlapał), Sally utknęła w wirze, a Liu próbował jej pomóc, EJack zjeżdżał z rury, dziewczyny relaksowały się w jakuzzi... Trochę komicznie to wyglądało w naszym wykonaniu. Postanowiłem przyglądać się wszystkiemu z góry, w tym celu wszedłem za EJackiem po schodach na sam szczyt, gdzie można było zjechać po kilkumetrowej rurze do basenu. Oparłem się o barierkę i wszystko obserwowałem. Po jakimś czasie ktoś "niechcący" na mnie wpadł i potknąłem się... prosto w paszczę tej rury prowadzącej prosto do bram piekieł. Próbowałem hamować, ale było zbyt ślisko. Całe szczęście na końcu stał Liu, którego natychmiast się złapałem i wdrapałem mu na plecy, tak żebym się nie zamoczył w wodzie. Byłem przerażony. Dobra, Liu, jak mnie rzucisz to ci zrobię paranormal activity, że mnie zapamiętasz do końca twojego nędznego życia! Na szczęście tego nie zrobił. Odstawił mnie do brzegu, bo go dusiłem. Westchnąłem i oddaliłem się od wody jak najdalej mogłem. Po paru minutach wszyscy zaczęli się zbierać. Radość mnie rozpierała! Jeah!


Z punktu widzenia Kaspera...
Po powrocie z basenu było dość późno. Nic dziwnego, pływaliśmy tam ponad trzy i pół godziny. Heh, Benowi pozostanie trauma.
 - Musimy częściej robić takie wycieczki! - mówiła zadowolona Nina - Było fantastycznie!
 - Się wie! - odpowiedziałem z Jack'iem chórem.
Usiadłem na łóżku i zacząłem się bawić moim nożem. Nina przeglądała jakieś magazyny, a Jack pożerał nerkę... uroki bycia kanibalem.. Nagle rozległ się huk i czyiś krzyk. Zerwaliśmy się z miejsca i w mgnieniu oka byliśmy na korytarzu, gdzie Jeff wił się z bólu, a Jane śmiała w niebo głosy.
 - Upss! Niechcący to było! - mówiła Jane przez śmiech.
 - Specjalnie mnie uderzyłaś drzwiami - powiedział Jeff podnosząc się z ziemi. Miał niezłego siniaka na czole.
Zaśmiałem się, łapiąc za brzuch i znowu wszedłem do pokoju. Jeff, idiota...


                                                                                     It's me! ^^


CDN...

A, jeszcze zapraszam tutaj  -->   https://ask.fm/JeffandKillua  <--
Czyli "What, when, why... ask!"

poniedziałek, 1 lutego 2016

Las (2/8)

Las (częśc 2 z 8)


 Podczas tego "spaceru" Sebastian znowu trafił na ten sam dom. "Kręciłem się cały czas w kółko?!" pomyślał zdenerwowany. Chcąc, nie chcąc, stanął przed drzwiami budynku i zapukał. Znowu cisza. Zaczął szarpać za klamkę, ale drzwi ani drgnęły. Chłopak usiadł na schodach i wyjął kartkę z kieszeni, dokładnie ją oglądając. Po jakimś czasie usłyszał trzask gałęzi, więc szybko ją schował tam skąd ją wziął i zaświecił latarką na miejsce skąd dochodził dźwięk. Nic. Nikogo, ani niczego tam nie było. Sebastian odetchnął z ulgą i ruszył dalej przez las. Co jakiś czas odwracał głowę na prawo i lewo, by upewnic się, że "tego czegoś" tam nie ma. Mimo, że nic nie widział, towarzyszyło mu uczucie jakby ktoś go obserwował. W pewnym momencie zaczęło mu szumieć w uszach... Chłopak złapał się za głowę i szedł tak dobre kilka minut. I znowu trafił do tego samego miejsca. Sebastian wyraźnie się zdenerwował i tym razem postanowił wyważyć drzwi od domu. Jednak po kilku nieudanych próbach zaczął chodzic ze spuszczoną głową w dół w poszukiwaniu kamienia do wybicia okna. Kiedy wreszcie znalazł wystarczająco duży, rzucił nim w szybę, która rozbiła się na drobne kawałeczki. Sebastian ostrożnie wszedł do środka zwinnie omijając ostre kawałki po oknie i zaświecił latarką po małym pomieszczeniu. Było trochę zaniedbane, na pierwszy rzut oka było widać, że od dłuższego czasu nikt tutaj nie przebywał. Zaczął rozglądać się po wszystkich kątach, a przy okazji zajrzał do kilka szufladek. W jednej z nich znalazł baterie, które oczywiście schował do kieszeni na wypadek gdyby tamte się wyczerpały. Zaś w innej znalazł kartkę z dziecięcymi bazgrołami. Obrazek przedstawiał ten sam byt, który Sebastian widział wcześniej. Ale rysunek był wykonany kolorowymi kredkami i tak jakby "starannie". Odłożył ją tam gdzie leżała i wrócił do przeszukiwania szuflad. W pozostałych już nic nie znalazł, ale za to Sebastian zauważył łóżko stojące w rogu, więc niewiele myśląc, się położył na nie. Próbował zasnąć, ale uczucie, że jest obserwowany przez tamte coś nie dawało mu spokoju. Bił się z własnymi myślami, nie wiedział co ma sądzić o tej chorej sytuacji, chociaż w duchu powtarzał sobie, że to pewnie jakiś głupi żart jego kumpli. A głównie Przemka. Po (bardzo długim) czasie chłopak w końcu zasnął.

CDN

Perypetie V

 - Jeszcze. - powiedział Vincent zaciskając pięści pod stołem - Opowiedz mi jeszcze.  Bezoki westchnął i mozolnie ściągnął maskę, odsłani...