wtorek, 26 kwietnia 2016

Dni z życia CreepyPast 21


Z punktu widzenia E.Jack'a...
Kiedy tylko znalazłem się w swoim pokoju, runąłem na łóżko wyczerpany. Przynajmniej mamy z tego jakiś morał - nigdy nie zgadzaj się na jakiekolwiek propozycje no-life'ów. NIGDY. Oni mówią innym językiem, kompletnie obcy dla kanibali i innych morderców. Nie minęła chwila, a Silver wpadł (wleciał?) jak szalony z krzykiem:
 - Jack, mamy problem!
 - Jaki problem? - zabrzmiałem jak zalany dres.
 - Problem!
Powoli wstałem i podążyłem za jego głosem.
 - Widzisz to?! - jego głos drżał.
 - Co mam widzieć?! - zdenerwowałem się i zacząłem machać łapami, by cokolwiek "zobaczyć".
 - Co tutaj się stało? - usłyszałem śmiech Kaspera - Ktoś składał ofiary beze mnie?
 - Właśnie nie wiemy...
 - Tylko kto to zrobił i jak to zrobił.
 - Chłopaki... - przerwałem - Ja nadal nie rozumiem...
 - Spójrz, wszędzie krew... - kontynuował Kasper.
 - Ludzie... - marudziłem.
Ich rozmowa trwała nadal, więc zostawiłem ich samych. Raczej nie będę tam potrzebny. Wróciłem do pokoju i znowu padłem na łóżko.


Z punktu widzenia Kagekao...
Zaledwie w ciągu kilku sekund cały dom stał na nogach. Szybko rozległa się wieść, że było włamanie i pobicie naszych dwóch komputerowców. Oczywiście Hoodie się nimi zajął. Oprócz tego, że dość długo byli nieprzytomni i mieli kilka siniaków. Red i Ben byli cali. Prawie nikt się nie przejął ich stanem. W końcu co poważnego mogłoby się stać osobom, które i tak są martwe? Kiedy zjawił się Slenderman, ocenił całą sytuację, po czym stwierdził, że to Skrollversi. No co on nie powie... Kiedy tamci doszli do siebie, zostali przez niego wypytani, po czym stwierdził, że osoba która to się włamała nie stanowi żadnego zagrożenia, a nawet nie poznał, że jest na terenie Slenderversów. Potem wszystko się uspokoiło. Największy problem mieli Silver, Ben i Red - w końcu ich pokój i komu chciałoby się sprzątać tą całą krew? Właściwie szkoda, że nie wino. Postanowiłem zrobić sobie mały parkour w lesie. Na miejscu zacząłem "wbiegać" na drzewa, skakać z jednego na drugie i inne triki. Moją zabawę przerwał głuchy huk. Poszedłem sprawdzić co spowodowało ten hałas. Głęboko w lesie była dwójka chłopców, dałem im po 13 lat. Mieli petardy. Po wykończeniu części z nich, jeden się odezwał:
 - I co? Nikogo tu nie ma!...
 - A podobno w tym lesie mieszkają mordercy... - odezwał się drugi.
 - Mówiłem, że to bujda, a ty głupi jeszcze się bałeś. Gdyby ktoś naprawdę tutaj był, już dawno by tu się zjawił od tych petard.
 - Chodźmy stąd.
Chłopcy odwrócili się napięcie i zmierzali przed siebie. Zaśmiałem się cicho i przygotowałem szpony. Podszedłem do nich nieco bliżej, po czym naskoczyłem na szatyna, przecinając mu plecy. Chłopak zawył z bólu i padł na ziemię. Drugi - brunet - nie mógł się ruszyć na mój widok. Zaśmiałem się na całe gardło Kekekeke. Wreszcie odzyskał przytomność i krzyknął z przerażeniem. Już miałem zaatakować, gdy nagle naprzeciw mnie wyskoczył Kreis.
 - Zostaw go! - krzyknął zasłaniając się rękami.
 - Co do?!... - z trudem zatrzymałem atak.
Tymczasem chłopak korzystając z okazji, uciekł, zostawiając kolegę samego.
 - To ty robisz?! - spytałem zdenerwowany.
 - Bronię mojej owieczki. - odparł spokojnie.
 - Owieczki?! Dałeś mu nawiać!
 - Już Ci tłumaczę. Prowadzę taki mały eksperyment. Testuję ile potrzeba, by taki nastolatek doprowadził do samobójstwa...
 - Testujesz jego wytrzymałość?
 - Można to tak nazwać.
 - Po co to robisz?
 - Po prostu się nudzę. Teraz nie ma żadnej bandy, której strzelił do głowy pomysł pójścia do lasu... a tylko tutaj czuje się beztrosko i robię co chcę.
 - Właściwie to co mu już zrobiłeś?
 - Na razie to tylko obserwuję. Dopiero jutro miałem przystąpić do ataku, ale widział już jak jego kolego umiera.. Niezły start, co?
 - Nawet nie będę próbował Cię zrozumieć - odwróciłem się do leżącego szatyna, rozpoczynając serię tortur. Kiedy umarł, bez słowa poszedłem do domu. Ten cały eksperyment Kreisa jest dziwny, lecz interesuje mnie jego finał.


Z punktu widzenia Red...
Po długich godzinach sprzątania, w końcu opadliśmy na łóżka zmęczeni. Nie ma to jak zostać pobitym do nieprzytomności, a potem ścierać czyjąś i swoją krew ze ściany, podłogi i parapetu. Nawet Ben nie miał ochoty na gry. Po jakimś czasie wypoczywania, zaszedłem do Tobyego i Liu, sprawdzić jak radzą sobie z... ojcostwem? Tak, to odpowiednie słowo.
 - Red! - krzyknął dzieciak na mój widok.
Klęknąłem na kolano i rozłożyłem ręce:
 - No chodź do braciszka Red'a! - zachęcałem.
Vincent powoli wstał i zrobił parę kroków w moją stronę. Gdy był wystarczająco blisko, podniosłem go na ręce. Nawet go polubiłem, z resztą jak wszyscy. No może prócz Ben'a. A szkoda, bo byłby z niego taki dobry brat. Nagle Vincent zaczął się wyrywać i pokazywał dziwne ruchy.
 - Chyba chce Ci coś powiedzieć - odezwał się Liu.
 - Pewnie chce gofry! - krzyknął Toby szczęśliwy.
Dziecko zaczęło wskazywać palcem na różne strony, więc postanowiłem z nim iść tam, gdzie mnie prowadzi. I tak trafiliśmy przed telewizorem. Postawiłem Vincentego, który natychmiast znalazł pilot klikał przypadkowe przyciski. Pomogłem mu to włączyć i wybrałem jakiś kanał z bajkami. Wtedy jak na zawołanie pojawiła się Sally. Dzieci usiadły na kanapie i zajęły się oglądaniem.
 - Właściwie to nic ci nie jest? - spytał Liu.
 - Myślałem, że już nikt nie zapyta! - zaśmiałem się - Mnie i Benowi nic nie jest. W końcu i tak jesteśmy martwi.
Na te słowa Toby wziął zamach i uderzył mnie w kark.
 - To że nie żyjemy, nie znaczy, że nie czujemy! - warknąłem oddając mu.
 - A ja nie! - oświadczył szczęśliwy i na dowód chciał się uderzyć w głowę, ale Liu go powstrzymał.
 - Wiemy... - odparł - Nie musisz poka... - przerwał, gdy spojrzał na kanapę - No dobra, gdzie on znowu jest?
Podążyliśmy za jego wzrokiem. Vincenta i Sally nie było. Straszne ruchliwe to dziecko... Po długim czasie poszukiwań znalazł się na udawanym przyjęciu u Sally. Uspokojeni, zostawiliśmy ich tam, nie przerywając im zabawy. W końcu wierzymy, że Sally jest odpowiedzialna i potrafi zadbac o Vincenta... Przynajmniej tylko ta dwójka tak uważa, bo ja nie mam do niej zaufania. Nagle ktoś mnie złapał za ramię. Gwałtownie się odwróciłem. Tylko E.Jack próbował ustalic kim jestem...
 - Ej, Puppet, to ty? - zapytał.
Zrobiłem faceplama. Żeby tak się pomylic...
 - Red - powiedziałem i ruszyłem w stronę mojego pokoju, ale on mnie zatrzymał.
 - Możesz mi wytłumaczyc, o co w tym wszystkim chodzi?
Powiedziałem mu dokładnie wszystko, co się stało wczoraj i skąd było to całe zamieszanie.




CDN...

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Dni z życia CreepyPast 20


Z punktu widzenia Bena...
Ten nasz wypad na miasto okazał się totalną klapą. W kinie nasz thiler okazał się jakimś badziewnym romansem, bachory wytykali nas palcami, bo kto normalny ubiera czapkę z daszkiem w zimny dzień bez słońca? Do tego gry były w ciul drogie, Mike stracił całą swoją "wypłatę". I jeszcze do Victora przypierdzieliła się jakaś grupa i zaczęli wyzywać od bezdomnych i brudasów. Pobiliśmy się na środku ulicy i zrobiliśmy "małe" zamieszanie. Zostawiliśmy tamtych idiotów daleko w tyle. Kiedy byliśmy już w lesie, bracia się pokłócili i to ostro. Czułem się jak cień. W końcu zostawiłem ich tam samych. Dopiero w domu zorientowałem się, że przez ten cały czas leciała mi krew z nosa. Ach, ta moja opóźniona reakcja. Wytarłem chusteczką z łazienki i miałem udac się do pokoju, gdy nagle potknąłem się o tą małą, głupią, cholerną gnidę... To taki pasożyt. Głównie kobiety je mają. Ale szybko się z nimi zaprzyjaźniają i kupują ubranka, nawet je karmią! Pasożytami się zajmują! I je nazywają! Nasza gnida nazywa się Vincent. Bardzo szybko zamieszał wszystkim w głowach i się tu zadomowił. Lekko podirytowany wstałem, otrzepałem się z kurzu, a to coś złapało mnie za stopę. Parsknąłem coś pod nosem i posłałem temu czemuś spojrzenie niczym z horroru. Młody szybko się rozpłakał, przez co zwabił do siebie Sally, Jane, Liu i Zero. Dostałem opieprz za "zmącanie się", głównie od dziewczyn. Ech, ten ich instynkt macierzyński... Udałem się do pokoju. Tam E.Jack w najlepsze grał z Red'em. A raczej przysłuchiwał się. Silver jak zwykle siedział w kącie.
 - Ej, ja jeszcze nie umarłem - zażartowałem - Nie musisz mnie zdradzać.
 - Umarłeś... - odparli razem wszyscy.
 - Przypominam, że wy też nie jesteście żywi.
 - Ale mi pika! - dodał Jack kładąc dłoń na sercu.
 - Tak, Jack, tobie pika.
 - Ej, może gdzieś wyjdziemy? - wtrącił dodąt nic nie mówiący Silver - Mam dość tu tak siedzieć.
Wszyscy pokierowali na niego wzrok, a raczej prawie wszyscy. Kto by się spodziewał, że taki jak on chce wyjść ze swojej kryjówki? Silver przechylił nieco głowę na bok.
 - Ja tam nie idę - powiedziałem - Mam dość na dzisiaj. Poza tym muszę wracać na cleverbota. Nie mogę przecież wyjść z wprawy z zabijania.
 - I ty to nazywasz zabijaniem... - powiedział Jack, obracając w dłoniach swój skąpiel.
 - EJ! Ale doprowadziłem do samobójstw!
 - Trudno o to, żebyś zamordował kogoś własnoręcznie.
Przez parę minut kłóciliśmy się o nasze "style zabijania". Skończyło się na tym, że wyszli zostawiając mnie samego. Uśmiechnąłem się do siebie i zająłem wbijaniem kolejnych poziomów. Po BARDZO długim czasie, usłyszałem skrzypienie drzwi. Rzuciłem wzrokiem. Były tylko lekko uchylone. Pewnie wiatr... pomyślałem i wstałem by je zamknąć, po czym wróciłem do gry. Miałem wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. W końcu zmusiłem się na oderwanie wzroku od monitora. Po pokoju w najlepsze chodziła sobie ta mała gnida, Vincent. Westchnąłem i wziąłem to na ręce, po czym poszedłem z nim do Jeff'a. Drzwi otworzyłem mocnym kopniakiem.
 - Jeff! - wrzasnąłem - Pilnuj swojego bachora!
 - Nie ma go - powiedział Toby podchodząc - Jest na misji u Zalgo - wtedy przejął ode mnie dzieciaka.
Zamknąłem drzwi i powędrowałem z powrotem do pokoju. Kącik małego no-life... powiedziałem sobie w myślach, zapisałem nieskończoną grę i otworzyłem okno. Stanąłem do niego tyłem i oparłem się o parapet. Matko, czy no-life zawsze mają taki bałagan w swojej "pracowni"? Ostatecznie przełamałem się, by pozbierać te puszki coli i pudła od pizzy... Zszedłem z nimi na dół i wyrzuciłem do śmieci, po czym poszedłem szukac E.Jack'a, Silver'a i Red'a. Cholernie bez nich nudno. Spacerowałem tak po lesie, ale bez skutku. Odwiedziłem jeszcze parę okolic i wróciłem do domu. Nim dotarłem, było już ciemno. Wparowałem do swojego pokoju. Ich nadal nie było. Zamknąłem okno, bo przez ten czas zrobiło się zimno. Gdy tylko dotknąłem parapetu, poczułem, że jest mokry. Wzdrygnąłem się i wytarłem dłonie o spodnie. Zapaliłem światło i stanąłem jak wyryty. Pod oknem była czerwona kałuża... krwi? W pokoju były również czyjeś krwawe ślady, prowadzące w ciemny kąt pomieszczenia. Cofnąłem się, by zapalic światło..


Z punktu widzenia Domino...
Stałem tam jak wyryty. Wiedziałem, że zaraz zostanę odkryty. Moim jedynym wyjściem był atak. Ścisnąłem mocniej krwawiące ramię i ustawiłem się do pozycji bojowej. Gdy tylko rozbłysło światło, rzuciłem się na chłopaka, zatykając mu usta ręką i mocno uderzyłem go w skroń. Blondyn tylko zachwiał się na nogach i ugryzł mnie w dłoń. Powstrzymałem się od krzyku. Z mojego ramienia dosłownie wylewało się morze krwi, a jeszcze od tamtego uderzenia bolało bardziej. Ponownie uderzyłem go w głowę łokciem, ciągle zatykając mu usta. Przycisnąłem chłopaka kolanem do ściany i uporczywie uderzałem w głowę, aż padł. Ściana była zalana krwią. Rozejrzałem się po pokoju i podszedłem do szafy. Wyciągnąłem z niej jakąś koszulę, podarłem i z trudem obwiązałem krwawiące ramię. Muszę się stąd wydostać. Jeśli wyjdę przez okno narobię hałasu, a jeśli wyjdę "normalnie", ktoś zauważy. Jedynym dobrym rozwiązaniem byłoby przeczekać parę godzin, aż wszyscy zasną, ale ktoś mógł w każdej chwili tu wejść. Jestem w szarej dupie. Nagle ktoś z tamtej strony zaczął szarpać za klamkę. Zgasiłem szybko światło i schowałem się w kącie pokoju. Drzwi otworzyły się z hukiem..
 - Wróciłem! - wtedy zapalił światło - Silver i Jack jeszcze zos... Ben?!
Podbiegł do -pewnie już nieżyjącego - chłopaka, którego to nazwał Ben. Nie zauważył mnie. Cały czas potrząsał kolegą, by go obudzić. Był nim tak zajęty, że nie widział jak zamknąłem drzwi. Na ten dźwięk wzdrygnął się. Szybko zatkałem mu usta ręką i dałem kilka solidnych ciosów w głowę. Padł od razu. Nawet nie próbował się bronic. Mówił coś o Silver'ze i Jack'u, więc będzie trzeba pozbyc się jeszcze dwóch. Przez jakiś czas kręciłem się nerwowo po pokoju, jakby w ogóle nikogo nie było. Nasłuchiwałem każdego, chociażby najmniejszego szmeru w tym domu. Po cichu wyjrzałem na korytarz. Nikogo nie było tu, ani na dole. Teraz mam szansę. W szybkim tempie znalazłem się na dole. Już miałem stąd uciekać, kiedy nagle na kogoś uderzyłem.
 - Co jest? - spytał ten ktoś. W tej chwili jakieś szklane naczynie z wielkim hukiem rozbiło się o podłogę. Na oślep machnąłem jedną z moich kart i podbiegłem do wyjścia. Wyparowałem z mieszkania i jak najprędzej uciekłem do lasu. Nie mogłem pobiec do fabryki, przecież drogę zagradzają mi gliny, a poza tym tam jest Skroll - zabije mnie jeżeli się dowie, że z taką łatwością dałem się postrzelić. Gdy uznałem, że byłem już wystarczająco daleko od tamtego miejsca, zwolniłem nieco bieg. Po jakimś czasie usiadłem zmęczony pod jakimś drzewem, zgiąłem nogi i oparłem czoło o kolana. Tu raczej nikt mnie nie znajdzie. Ech, te pozory...
 - Kogo my tu mamy? - usłyszałem znajomy śmiech - No proszę! Domino w tarapatach! Kto by się spodzie...
 - Zamknij się! - warknąłem.
Przede mną pojawiła się postac Kreis'a. Jak zwykle, z twarzy nie schodził mu złowrogi uśmiech.
 - Pewnie znowu dałeś plamy - zaśmiał się ponownie.
 - Morda, Kreis! - syknąłem - Nie twoja sprawa!
 - Jako były członek waszego Versu chyba mam prawo wie...
 - Nie masz! - przerwałem mu - A teraz wypad!
 - Bo co? Bo ty tak chcesz?
 - Lepiej mnie tu zostaw, zanim coś zrobię...
 - Domino taki gwałtowny... - jak zwykle dopisywał mu humor - Bywaj!
Odwrócił się do mnie plecami i zniknął w mroku nocy. Powoli zgrzytałem zębami z bólu od rany postrzałowej. Grunt, że zatrzymałem krwawienie. I tak straciłem zbyt wiele krwi. Nie mam siły na nic..


Z punktu widzenia Clockwork...
 - Dziewczyno, musisz bardziej uważać... - powiedział Toby niosąc mnie do mojego pokoju.
 - Nie widziałam tamtego szkła! - broniłam się - To wina tego, co go rozbił i nie posprzątał!
Chłopak momentalnie się zaczerwienił i spuścił wzrok. Wpatrywał się w moją zabandażowaną stopę, a przynajmniej tak mi się wydawało. W pokoju położył mnie na łóżku i zostawił samą z dziewczynami.
 - Dupek... - burknęła Jane.
 - Co takiego?
 - Mówię o nim... po prostu nie umie zrobić pierwszego kro... aaaaaaaa! - zakryłam jej twarz poduszką, gdyż ten "dupek" jeszcze stał w drzwiach. Nowa współlokatorka, Alice palnęła tylko "Sorry!" i wypchnęła go na korytarz, trzaskając drzwiami. Razem rozpoczęliśmy tortury na Jane za te nikczemne słowa! A mianowicie łaskotki! Zbrodnia idealna! Bolała mnie stopa od skaleczenia, ale dokuczanie tej dziewczynie było warte każdego bólu. Potem ustanowiłam z Alice, że Jane po prostu jest zazdrosna i chcieliśmy jej podsunąć chłopaka. Alice chciała podsunąć jej Hoodie'go. Wredota... Nawet nie zorientowaliśmy się, jak Jane wychodzi gdzieś z Jason'em. No to problem z głowy :)







poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Dni z życia CreepyPast 19

Z punktu widzenia Jeff'a...
Po kłótni z Jane, otworzyłem szeroko okno, by się choc trochę uspokoic. Potem zacząłem rzucac przedmiotami w przypadkowe miejsca nie zważając na nic. W końcu trafiłem jakimś butem w Liu:
 - Jeff, weź się w garśc! - wrzasnął - Powinenieś teraz dowieśc, że nadajesz się do opieki nad Vincentem, a nie wyżywac na butach Toby'ego!
 - Po prostu się odreaguje - tłumaczyłem.
Usiadłem na łóżku i wziąłem Vincenta na kolana. Jak zwykle trzymał swojego pluszowego królika. Oddac go? Nigdy w życiu. Od teraz muszę miec go na oku. W każdej chwili nieuwagi ta wstrętna żmija może tu wparowaci go zabrac. Jane tylko na to czeka, aż popełnię błąd. Szczerze to nie martwię się co będzie za parę lat. Może nawet wyrośnie na mordercę...? Byłoby pięknie! Ale... nie... ona przecież ma mnie na oku... No cóż, co będzie to będzie. Spojrzałem na Toby'ego. Znowu spał.. Od tamtego czasu praktycznie nie wychodzi z łóżka. A mówią, że to ja jestem śpiącą królewną. Nagle usłyszałem pukanie do drzwi. Liu wstał i je otworzył. Nim cokolwiek powiedział, do pokoju wparowała Nina, podbiegając do mnie:
 - Wszystko u ciebie dobrze? - spytała z troską - Słyszałam twoją rozmowę z Jane...
 - Każdy słyszał - odparłem - I tak go nie oddam.
 - Wiesz... jeśli tylko będziesz potrzebował pomocy, zawszę możesz zwrócic się do mnie.
Akurat. Nigdy o nic nie poproszę fangirl.
 - Będę o tym pamiętac - skłamałem.
Nina szeroko się uśmiechnęła (jak zawsze), pogłaskała dziecko po głowie i wyszła. Liu zamknął drzwi i wrócił do swojego zajęcia. "Postawiłem" Vincenta na ziemię, trzymając go za dłonie, by nie upadł. Zrobiłem z nim parę kroków, po czym puściłem. Ledwie postawił pięc kroków, a już stracił równowagę, więc złapałem go aby nie upadł. Po kolejnych kilku próbach... i tak się nie udało. Ale hej, jego rekord to aż siedem kroków! Nie zauważyłem kiedy Toby się obudził i się nam przypatrywał. Gdy miałem już rezygnowac, on odezwał się:
 - Źle to robisz - zaczął ochrypłym głosem - Zaraz ci pokażę - wtedy sięgnął do szuflady po pineski i rozsypał je po podłodze. Potem wziął pluszaka Vincenta i umieścił go na swoimi łóżku. Vincent wyciągnął po niego ręce.
 - Nie będzie mógł raczkowac, bo się potni, ale musi tam dotrzec, bo chce odzyskac królika - powiedział.
Usłyszeliśmy plask. To Liu zrobił faceplama. Westchnąłem i posprzątałem pineski, po czym dałem pluszaka dzieciakowi.
 - Idiota - burknąłem.
 - Chcę - wciął Vincent i wskazał na okno.
Lekko się skrzywiłem, bo tam mogła byc Jane. Ale przełamałem się i wyszedłem z nim za dom. Vincent sam wyrwał mi się z rąk i tarzał się po trawie. Zaczął raczkowac w stronę lasu, na szczęście mamy ogrodzenie. Ben trudu można go przeskoczyc, ale on raczej tego nie potrafi (huehuehue). Usiadłem na ziemi, oparłem się o ścianę i obserwowałem jego wyczyny. Zaczął powoli wstawac, opierając się o płot, próbując zobaczyc co za nim jest. Ostatecznie się poddał i poraczkował w moją stronę. Położył mi się na kolanach i zasnął. Zaniosłem go do domu i położyłem na łóżko.

  *TIME SKIP* (czyli miesiąc później)

Jeff postawił na swoim i udało się zatrzymac Vincenta. Przez ten czas nauczył się "bardziej" chodzic (jego rekord to aż dwadzieścia jeden kroków). No i poznał pozostałych domowników. Jedynie Jane jest niezadowolona i... Ben. Cholernie mu podpadł. Sebastian również został, mimo że Smile jest zazdrosny..  Toby rzucił bandaże, ale i tak zostało mu kilka pojedyńczych siniaków. Skrollversi ciągle dają o sobie znac. Nie licząc Soul Taker'a...
*początek kwietnia*

Z punktu widzenia Soul Taker....
Wparowałem do mieszkania, jakbym mieszkał w nim od dawna. Niektórzy przyzwyczaili się już do tego, że wchodzę sobie bez zapowiedzi, ani bez pukania. Wbiegłem po schodach i wparowałem do pokoju Jeff'a.
 - To ja! - krzyknąłem na powitanie - Jeff, zbieraj się!
 - O co chodzi? - spytał ospały, gdyż była dopiero ósma.
 - Jest robota! - wydarłem się i skoczyłem na jego łóżko, i zacząłem skakac - Ruszaj się!
Jeff zaciągnął tylko kołdrę na głowę i odkrył stopy. Zacząłem go szturchac i wydzierac się na całe gardło. W końcu ktoś złapał mnie za ramię i odsunął do tyłu. Ten ktoś wylał na niego wiadro lodowatej wody i krzyknął:
 - Wstań wreszcie, bo ten debil mi spac nie daje! - odwrócił się w moją stronę i przeszył wzrokiem. Dopiero teraz zauważyłem, że to była Alice. Jeff burknął coś pod nosem i niechętnie wygramolił się spod kołdry. W tym czasie dziewczyna wyszła z pokoju. Czarnowłosy leniwie wstał i zaczął ubierac. Zabrał swój nóż i udał się do drzwi:
 - Zróbmy to szybko - ziewnął - Chcę spac.
 - Wątpię - uśmiechnąłem się szyderczo - Samo dotarcie na miejsce zajmuje tydzień.
Jeff spojrzał na mnie tępo.
 - Przez najbliższy miesiąc cię nie będzie.
Czarnowłosy pokierował wzrok na brata, który to spał z dzieciakiem. Ten wyciągnął kciuk do góry:
 - Zajmiemy się młodym - zapewnił.
 - Aż miesiąc? - zwrócił się do mnie - Tak długo?
 - Już byłem na takiej misji i mam doświadczenie - tłumaczyłem - A jeszcze z tobą będzie szybciej.
Burknął coś pod nosem, wyciągnął coś spod swojego łóżka i wyszedł na korytarz. Rzucił coś na pożegnanie i zszedliśmy na dół, gdzie obmył twarz w zlewie i mogliśmy wyruszac. Po jakimś czasie usłeszyliśmy za nami ciężarówkę. Jeff założył kaptur. Złapałem go za nadgarstek i czekałem na odpowiedni moment. Próbował się wyrwac, ale mocno go ścisnąłem. Kiedy tylko pojazd był blisko wskoczyłem na "tył", trzymając się drabinki. Posunąłem się trochę, by starczyło miejsca dla nas dwóch. W takim tempie będziemy w mniej niż tydzień. Odwróciłem głowę stale obserwując okolicę. Po niemalże godzinie musieliśmy wyskoczyc, bo ciężarówka nieco zboczyła z naszej trasy. Czarnowłosy przeturlał się po ziemi, masując odciski na dłoniach. Bez słowa ruszyliśmy w dalszą drogę, wypatrując jakiegoś pojazdu, na który moglibyśmy się "załapac".


Z punktu widzenia Ben'a...
Jak zwykle z rana udałem się do lasu, do Mike'a. Gdy tylko byłem na miejscu, gdzie zazwyczaj się spotykaliśmy, był tam ktoś jeszcze. Chłopak był dośc do niego podobny z mordki. Oprócz tego miał czarne, nieco szpiczaste włosy na żelu, czarne oczy, a ubrany był w wygniecioną skórzaną kurtkę i ciemne jeansy. Miał bladą skórę i był też bardzo chudy. Na dłoniach można było dostrzec niebieskie żyły. Od prawego policzka, przez skronię do ucha miał "różową plamę". W tym właśnie miejscu nie miał włosów.  Podszedłem nieco bliżej. Gałązka trzasnęła pod moim ciężarem, a obaj się odwrócili w moją stronę.
 - O, cześc! - przywitał mnie blondyn - Pozwól że ci przedstawię Victora, mojego brata. Victor, to jest Ben.
 - Cześc - przywitałem się i wymusiłem uśmiech.
Nim Victor zdążył cokolwiek powiedziec, Mike zapytał:
 - Skoro się już wszyscy znamy, to co powiecie na jakiś wypad na miasto?
Skrzywiłem się bardzo. Do tej pory przesiadywaliśmy w lesie, rozmawiając, drząc się na całe gardło, udawając że umiemy śpiewac, trenując ukrywanie się, celując kamieniami do ptaków... czasami też chodziliśmy do jego "siedziby", gdzie jeszcze byli Nathan i Nikki. Czasami Trender. Potrafiliśmy całą noc przesiedziec przed ekranem komputera. Nie bardzo widziało mi się wyjście do miasta, szczególnie z moim nietypowym wyglądem. Mike widząc moje zakłopotanie, dodał:
 - Spokojnie, pożyczę ci soczewki, a na uszy założymy jakąś czapkę...
 - Mi też to się nie uśmiecha... - wtrącił jego brat - Nie możemy po prostu zostac tutaj?
 - Niee! Muszę kupic parę gier i ubrań. Poza tym korci mnie żeby iśc na jakiś film w 3D i zjeśc pizzę... Trender niedawno mi zapłacił, muszę skorzystac!
 - Naprawdę się bez tego nie obejdzie? - naciskał dalej Victor.
 - Nie marudź tak. Mogę wam postawic...
 - Tobie łatwo mówic, bo ciebie tam prawie nikt nie zna!
 - No wiem, wiem, ale chyba nie będziesz się do końca życia ukrywał przed ludźmi, nie?
Mike i Victor jeszcze długo się kłócili, aż ostatecznie blondyn wygrał. Potem przekonywał mnie. Niechętnie się zgodziłem i poszliśmy do jego siedziby (może "ich"?) po soczewki i jakąś czapkę.


CDN


________________________________________________________________________________________

Zadam proste pytanie i oczekuje prostej odpowiedzi - chcecie poznac przeszłośc Mike? Inaczej: Napisac o nim CreepyPastę?

Przepraszam na brak tego C z kreską (wytłumaczenie XD), ale klawiatura się ten-teges zepsuła ):

No to ten, trzymajcie się Koszmarki ^^

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Dni z życia CreepyPast 18


Kwiecień. Wiecie co to znaczy? Tak! Moje urodziny! Party hard!

  A co ze mną?

Aha! I jak mogłabym zapomnieć o urodzinach Tobyego! Jestem cholerną szczęściarą, że urodziłam się 28ego ^^. Jee, podwójny party hard z udziałem gofrów! Kwiecień to naprawdę piękny miesiąc... tyle się w nim dzieje... min. Urodziny moje, Tobyego, i dwóch innych osób z mojej rodziny, urodziny ulubionej gry Ben;a (27-ego), czyli Majora, no i te najgorsze, inaczej spraawdzian szóstoklasisty... piszę go już jutro... no to... trzymajcie za mnie kciuki... szczególnie za język angielski... muszę byc z tego mistrzem! xd.
No dobra, koniec patolenia, łapcie notkę!
______________________________________________________________________________________


Z punktu widzenia Helen'a...
 Właśnie kończyłem mój najnowszy rysunek, przedstawiającego zakrwawionego wilka po szarpaninie. Jeszcze kilka machnięć ołówkiem, a obraz będzie skończony.. niestety, drzwi od pokoju otworzyły się z takim hukiem, że wystraszyłem się i niechcący podarłem kartkę. Mojego wilka... Do środka wpadł Ben i lekko chwiejąc się, usiadł po turecku naprzeciw mnie.
 - Stało się coś? - spytałem próbując ukryć złość.
 - Taaaak... - odpowiedział bełkotliwie i zaczął się kiwać w przód i w tył. Minęło sporo czasu za nim znowu się odezwał, ale na jego słowa zamilkłem:
 - Bo ja... przyszedłem wyznać miłość Helenie... - wtedy przytulił się do mojej nogi - Kiedy ciebie widzę, moje serduszko przyśpiesza..
Skamieniałem, a Puppeteer, który coś czytał teraz wybuchł śmiechem. Skrzat zaczął jeszcze coś mówić, ale bardziej skupiłem się na lalkarzu:
 - Helen... znaczy Helenko, dlaczego kradniesz serca innych?
 - Zamknij się! - wrzasnąłem oblewając się rumieniem - I niby co ja mam z nim zrobić?!
 - Dasz mu kosza? Z nim radź sobie sam, a ja pójdę po Judge..
 - TYLKO SPRÓBUJ A TWOJE WNĘTRZNOŚCI BĘDĄ ZDOBIŁY NASZ POKÓJ.
Wnet do pokoju wpadł L.Jack, popatrzył raz na mnie i na Bena, raz na lalkarza i w końcu się odezwał:
 - O kurdę, przypadkowo dałem mu złe cukierki!
 - Cukierki?! - wywrzeszczałem - Były nafaszerowane kokainą?!
 - Coś w ten deseń. A teraz pozwólcie, że zabiorę go na izbę wytrzeźwień, chyba, że nie przeszkadza wam to, że flirtuje z nogą Helena...
 - PRZESZKADZA.
 - Kekeke, chyba mogę się dołączyć? - nie zauważyliśmy, że za Jack'iem stał Kagekao.
 - NIE MOŻESZ - warknąłem.
 - Ale przecież masz dwie nogi!
 - Zaraz nie będzie miał ani jednej... - powiedział Jack i wycelował szponami w moją stronę. Na szczęście nic mi nie zrobił, tylko złapał Bena, uniósł go jak kota i z nim wyszedł.
 - To teraz masz dwie wolne nog...
Trzasnąłem drzwiami, usiadłem na łóżku i wróciłem do rysowania.

Z punktu widzenia Candy'ego Pop'a...
Gdy pozbierałem się po brutalnym ataku kota, do pokoju wpadł Jack, z Ben'em. Trzymał go co najmniej, jakby mu cukierki w kosmos wystrzelił. Rzucił nim na łóżko i powiedział do niego żeby się stąd nie ruszał, po czym sam udał się do wyjścia.
 - Dlaczego go tutaj przyprowadziłeś? - spytał Jason masując szyję, na której nadal były ślany po sznurku.
 - Niechcący dałem mu zatrute cukierki - zaśmiał się - Żeby nie robił nikomu krzywdy, zaprowadziłem go tutaj, do izby wytrzeźwień.
Ja i Jason wymieniliśmy spojrzenia, po czym zobaczyliśmy w jakim  stanie jest Ben i jeszcze na L.Jack'a, by upewnić się, że on jest zdrowy na umyśle...
 - Nie patrzcie tak na mnie - powiedział Clown - Ja go zatrułem, więc ja go naprawię.
 - Od naprawiania to jestem ja! - wzdrygnął się Jason - Poza tym, gdzie leziesz?
 - Uciekam stąd. Nie będę siedział z tym wariatem. Jeszcze mi coś zrobi, nie będę ryzykował - oświadczył, po czym w pośpiechu uciekł.
Znowu spojrzeliśmy na elfa. Wyglądał raczej na niegroźnego. Cholera wie o czym on myśli... Nim się spostrzegłem, czerwonowłosy wyskoczył przez okno! Rzucił tylko "Ja też nie będę ryzykował!" i mnie zostawił z tym... tym... tym Zajaranym Zbyszkiem. Najchętniej to bym stamtąd uciekł, jak pozostali, ale nie mogłem go tutaj zostawić samego. Kto wie, może zechce podpalić wodę? Trzeba go mieć na oku. Przez długi czas bawił się poduszką (straszne rzeczy z nią wyczyniał), potem zrobił ze mnie konia, a na deser rozebrał górną część garderoby, po  czym wieszał się na firance i udawał Tarzana. Ostatecznie firanka się  zerwała, a Ben skończył poobijany n a podłodze. Nawet się nie zorientował. Nawet tam zasnął. Ostrożnie wziąłem go na ręce, okryłem jego ubraniami i zaniosłem do jego pokoju. Po powrocie wszyscy magicznie wrócili...
 - Jak mogliście mnie tak zostawić na lodzie! - wkurzyłem się.
 - Candy, nie szalej - zaczął spokojnie L.Jack - Przecież jesteś w jednym kawałku.
 - To było niebezpieczne! Wiesz do czego on jest zdolny pod wpływem narkotyków?!
 - Wiem, przecież nie raz widziałem go w akcji.
Warknąłem coś pod nosem i z całej siły przywaliłem mu w nos.
 - Zaraz spłaszczę ci ten twój kinol!
Jack ryknął, po czym przejechał szponami po twarzy. Odpłaciłem mu silnym kopem w brzuch, a on zaczął ciągnąć mnie na włosy. Na szczęście Jason w porę nas uspokoił, za nim doszło do prawdziwej bójki. Dodał coś w stylu: "Ogarnijcie się, bo znowu zadyndam na sznurku!". Posłałem im tylko gniewne spojrzenie i wściekły wyszedłem, zaczerpnąć świeżego powietrza.

Z punktu widzenia Jeff'a...
 - Jesteś proxy...? - Liu otworzył oczy ze zdziwienia, kiedy oświadczyłem, że od teraz jestem pomocnikiem Zalgo - Jakim cudem?
 - Tak wyszło - wzruszyłem ramionami.
 - Tak się cieszę! - Liu zaśmiał się i mnie uściskał - A już myślałem, że to ten mój mały, głupi braciszek zostanie zerem! A tu proszę, zostałeś proxy! I to jakim proxy! Służysz samemu Zalgo!
Spojrzałem na Toby'ego. Obserwował wszystko wychylając głowę spod kołdry. Nie ukrywał zdziwienia, a w jego oczach kryła się radość Pewnie chciał powiedzieć: "Teraz nigdy nie nazwiesz mnie przydupasem!", ale nie mógł, bo caaaałą noc śpiewaliśmy, a raczej darliśmy się na cały reguratol i zdarł sobie gardło. Liu w końcu mnie puścił i wybiegł na korytarz i zaczął krzyczeć:
 - Jeff jest proxy! Jeffrey Woods został właśnie proxy!!
Zrobiłem faceplama i wyskoczyłem przez okno, by uniknąć pytań innych domowników. Sprawnie wylądowałem na ziemi, a raczej lądowanie na płaskiego. Poszedłem w stronę, gdzie Soul po raz pierwszy złożył mi propozycję zostania proxy Zalgo. Może go tam znajdę? Po jakimś czasie, usłyszałem ciche wołanie:
 - Pssst! Tutaj jestem. Chodź tu.
Rozejrzałem się dookoła, jednak nikogo nie zauważyłem. Wzruszyłem ramionami i wmówiłem sobie, że to tylko moja wyobraźnia i ruszyłem przed siebie.
 - Jestem tutaj. - znowu ten sam głos. - Podejdź.
Ponownie się rozejrzałem, lecz nadal nic. Uderzyłem się w głowę i miałem iść dalej, ale ten głos...
 - Jestem po lewej. Chodźże do mnie.
Spojrzałem na lewo. Kątem oka zauważyłem, że ktoś stoi za drzewem. Przypatrzyłem się uważnie.
 - Na litość boską, Jeff! Podejdziesz do mnie w końcu?!
Podszedłem. Za drzewem stał dziwnie wyglądający mężczyzna. Był o głowę wyższy ode mnie i czarny płaszcz. Wyglądał na płatnego mordercę. Tylko czego chce, jak mnie znalazł i skąd o mnie wie?
 - Ile mam cię wołać?! - warknął.
 - Kim jesteś? - spytałem.
 - Głupcze! Nie poznajesz swojego pana?! To ja, Zalgo!
 - Prze-przepraszam! Po prostu nie poznałem... no i nie przypuszczałem, że jedną z twoich twarzy jest twarz ludzka...
 - Bo nie jest. Przybrałem tylko formę przyjazną dla was, ludzi. A nie jestem tutaj, by pogadać. Jest misja.
 - Słucham.
 - W tym twoim lesie natknąłem się na grupkę ludzi. Było ich może siedmiu. A ty musisz po prostu zatuszować wszelkie dowody na to, że tamtędy przechodziłem.
 - Czekaj... czyli mam szukać jakiś ciał i je zakopać?
 - Dokładnie! I pamiętaj, będę cię obserwował. Jak skończysz to ocenię, czy cokolwiek się na coś mi zdasz...
 - W takim razie po co mnie właściwie wybierał, skoro będzie sprawdzał dopiero przy pierwszej misji i to do tego tak banalnej. Myślałem, że proxy muszą trochę bardziej się wysilać. Ukryć dowody na jego istnienie? Nic bardziej prostszego! 
 - Tak! Nie zawiodę cię, panie! - krzyknąłem i pełny zapału pobiegłem do lasu.
Moje pierwsze zadanie, więc muszę się spisać. Znając typa, pewnie podstawił jakieś haki.

  *TIME SKIP

Robota była dość łatwa. Wszystkie ciała zasztyletowałem tak, żeby nie było można zindezykowac osoby... (lepiej nie wchodźmy w szczegóły). Potem zakopałem je w różnych miejscach. Ich namioty zniszczyłem i porozrzucałem po różnych zakątkach lasu, tak, że wyglądało to na zwykłe śmieci, nic więcej. Przy okazji podwędziłem kilka portfelów... Po skończeniu, udałem się do Lorda Zalgo, który na mnie czekał.
 - Misja wykonana! - powiedziałem zadowolony.
 - Obserwowałem cię. Spisałeś się dobrze.. No cóż, chyba to wszystko. Możesz iść. Ale naprawdę nie musiałeś kraść tych portfelów...
Wzruszyłem ramionami i bez słowa zwróciłem się do domu. Udało mi się przemknąć do pokoju niezauważalnie. Niestety, tam czekała na mnie bardzo niemiła niespodzianka... Była tam Jane. Patrzyła na mnie wzrokiem, który co najmniej zabijał.
 - Co ona tu robi? - spytałem z powagą.
 - Chcę go oddać. - warknęła Jane i wskazała Vincenta.
 - Co takiego?! - ryknąłem zrozpaczony - Oddać?!
 - Nie pozwolę, by taki świr jak ty miał pod skrzydłami dziecko! Prędzej, czy później i tak go zabijesz, sam o tym dobrze wiesz!
 - Nigdy nie skrzywdzę Vincenta! Ugh, co ci przyszło do głowy! On tutaj zostaje i koniec!
 - Jak ty to sobie wyobrażasz?! Twój Vincent kiedyś dorośnie i co? Będziesz mu wciskał kit, że jesteśmy prawdziwą, normalną rodziną?!
 - Po prostu powiem mu prawdę! A co do nauki to się nie martw, sam nauczę go czytać i pisać!
 - Może jeszcze nauczysz go zabijać, hę?
 - Zamknij się! - krzyknąłem drżącym głosem - Teraz próbujesz kogoś ocalić, a gdzie byłaś, kiedy popełniałem kolejne morderstwa?! Kiedy zabiłem jego ojca?! Gdzie byłaś?!
 - Stul dziób! - wrzasnęła i rzuciliśmy się sobie do gardeł. Toby zerwał się z miejsca nas uspokoić. Poczułem jak ktoś łapie mnie za ręce i ciągnie do tyłu. Nie mogłem się wyrwać z tego uścisku. Jane za to szarpała się z Tobym. Odchyliłem głowę lekko do tyłu. Za mną stali niemalże wszyscy. Kłóciliśmy się tak głośno, że każdy to słyszał. Mnie trzymali Liu i Puppeteer. Gdyby nie mój wieczny uśmiech, moja twarz wygięłaby się teraz w grymasie niezadowolenia. Mimo, że Vincent jest tutaj dość krótko to i wystarczająco długo, bym zdążył się do niego przywiązać. Dlatego oddanie go w ręce kogo innego nie wchodziło w grę. Ale... pewnie większość uważała tak jak Jane. Co za podła żmija! Gdyby nie drążyła tematu, nikt by się nie zainteresował i wszystko było by OK.


CDN

piątek, 11 marca 2016

Dni z życia CreepyPast 17


Z punktu widzenia Candy Pop'a...
Bawiłem się w najlepsze z Sebastianem, dopóki nie wbił pazurów w moje policzki. Gwałtowne się podniołem, jednak kot nadal był zawieszony na mojej twarzy, do tego powoli sunął w dół..
 - Boli! - wrzeszczałem - złaź ze mnie!
Miotałem się po całym pokoju, dopóki L.Jack nie trzepnął mnie w głowę, że upadłem na dywan, a z dywanu na podłogę i się potłukłem na twarzy. Sebastian nadal się trzymał, coraz bardziej zagłebiając swe pazury. Jack złapał kota i próbował go ode mnie oderwać, jednak tylko pogarszał sprawę, bo zwierzę przebierało łapami, tnąc mnie coraz bardziej. Z każdą minutą miauczał coraz głośniej.
 - Jack, przestań! To boli! Ała!! Nie ciągnij go tak!
Clown puścił kota i pobiegł gdzieś na dół. Pod jego nieobecność, Jason podszedł do mnie i bez najmniejszego problemu zdjął kota z twarzy.
 - Musicie się jeszcze sporo nauczyć...
Wnet do pokoju wpadł L.Jack z wrzaskiem:
 - Uratuje Cię, Candy! - i trafił mnie patelnią w twarz. Zawyłem z bólu i wybiegłem do łazienki, gdzie ochlapałem wodą twarz. Była cała we krwi i cała pocięta. Westchnąłem i wróciłem do pokoju, a po drodze zabrałem krzesło.
 - Z patelnią do mnie?! - wrzasnąłem i rzuciłem się na clowna - Z PATELNIĄ?!
Jednak za nim cokolwiek zrobiłem, on mnie trafił narzędziem w czuły punkt... Skuliłem się, ale nie zostałem dłużny i walnąłem go w klatkę krzesłem.
 - Meblem do mnie?! - wrzasnął i rzucił do mnie poduszką - Meblem?!
Wojna na meble, patelnie i poduszki trwała jeszcze długo, dopóki Jason nie wybuchł i zawiesił linę, żeby nas powiesić...




Z punktu widzenia Ben'a...
Ja i Red graliśmy właśnie w "rozbieranego pokera". Odkąd Jay'a gdzieś wcięło, on zajął jego miejsce, ale lepiej i dla nas - no-life się łączą! Siedziałem w samych spodniach i skarpetkach, a Red... zdjął tylko buty... Jestem beznadziejny w pokera, wiem... Nagle do pokoju wszedł Toby, a właściwie skoczył na jednej nodze, bo drugą miał w gipsie.
 - Co się tu wyrabia? - zaczął - Czy ja o czymś nie wiem?
 - Grają w rozbieranego pokera - wytłumaczył Silver.
 - Bo nie wygląda - zamknął drzwi i usiadł na łóżku - mogę tu trochę posiedzieć? Nie chcę u nich leżeć..
 - Jasne.. - odpowiedziałem, zdejmując jedną skarpetkę - Może przyłączysz się do gry? - spojrzałem na niego wzrokiem pedofila.
 - Ben, z tego trójkąciku robi się czworokącik - zaśmiał się Red i rzucił kartą - A teraz wyskakuj z ciuszków.
Niechętnie zdjąłem spodnie. Na moje szczęście, to była ostatnia runda. Ubraliśmy się z powrotem.
 - Mam pomysł - mówił Red - zaprosimy do gry w rozbieranego pokera wszystkich po kolei.
 - Ale niektórzy nawet nigdy w to nie grali... - powiedział Toby.
 - I o to chodzi, żeby właśnie dlatego grali.
Toby powoli się wycofał i wyszedł z pokoju.
 - To kolejna partyjka w pokera? - spytał Red tasując karty. Rozprostowałem kości i ziewnąłem. Bez słowa ruszyłem do pokoju lalkarzy, sprawdzić co u Sebastiana. Na miejscu - Candy dyndający na sznurku, Jason w zacieszu i L.Jack na podłodze, jakby naćpany... Podłożyłem Candy'emu krzesło pod nogi i podeszłem do Jack'a, wypytać co się działo.
 - Masz cukierki i ani słowa o tym, co tu się stało... - powiedział podając mi garść cukierków. Zadowolony wyszedłem, a na korytarzu pochłonąłem całe słodycze...



C.D.N (kiedyś na pewno...)
_____________________________________________________________________________________

WAŻNE INFO! - Blog zostanie zawieszony do któregoś (prawdopodobnie do 5 :P) kwietnia... możliwe, że wsześniej lub później. Możlwe też, że będą pojawiac się bardzo, ale to bardzo krótkie notki. Przepraszam. Trzymajcie się ciepło i wesołego jajka.


poniedziałek, 7 marca 2016

Dni z życia CreepyPast 16


Z punktu widzenia Toby'ego...
 Gdzie ja właściwie jestem..? Czuje się, jakbym był niesiony na plecach.Otworzyłem oczy i oślepiło mnie słońce. Kiedy się już przyzwyczaiłem do światła, odwróciłem powoli głowę i zobaczyłem dwa cienie - jeden niósł mnie na plecach, a drugi za nami. Byłem tak wyczerpany, że nawet nie wiedziałem kim oni są. A no przecież, Masky i Hoodie, ich widziałem jako ostatnich, zanim... zanim... zanim... zanim, co? Nie pamiętam dokładnie co się stało. Nie pamiętam wyglądu mojego oprawcy. W głowie miałem tylko urywki obrazów z tamtej walki. Strarałem się nie zasypiać, ale zmęczenie było silniejsze. Powoli zamknąłem oczy, nie zważając na niewygodę. Ponownie obudziłem się już w moim łóżku, cały w bandażach i gipsie na nodze. Powoli podniosłem się do pozycji siedzącej.
 - Nie powinieneś jeszcze wstawać - usłyszałem głos Jeff'a.
 - Długo byłem nieprzytomny? - spytałem i nie czekając na odpowiedź, usiłowałem wstać, ale czarno włosy popchnął mnie do tyłu.
 - Okrągłe cztery dni. Nawet nie wiesz, ile się tutaj działo..
 - A co się miało dziać? - zrezygnowany opadłem na poduszkę.
 - Mamy kolejnych nowych lokatorów, wiesz? A wśród nich Alice! To najszczęśliwszy dzień w moim życiu...
 - A oprócz niej kto jeszcze...?
 - A no, Puppet, Helenka,Red, Judge i Zero... No i Slendy chciał namówić Kreisa, ale bał się, że wysadzę jego książki petardą. Nazwał mnie sadystą.
 - No to duża ta nasza rodzinka - zaśmiałem się - Powiedz, Slender jest na mnie zły?
 - Raczej zmartwiony. Nie mógł całkowicie Cię uleczyć, ale przyspieszył gojenie.
 - Oprócz nowych lokatorów, co się jeszcze działo przez te cztery dni..?
 - No ten, Ben i Red bawili się w małych chemików i mało nie wysadzili nas w powietrze, Liu nafaszerował wszystkich spalonym ciastem, ja przypadkowo wybiłem szybę i wpadłem przez okno, na materace...
Słuchałem wszystkiego przytakując. Całkiem sporo przez te cztery dni. Bardzo sporo przygód. W trakcie przyszedł do nas jakiś czarny kot, z białymi łapkami, wskoczył mi na klatkę i usnął.
 - To Sebastian - oznajmił.
 - Sebastian... Lokaj Ciel'a...
Ponownie próbowałem wstać, ale Jeff znowu mnie zatrzymał, przygniatając do poduszki.
 - Shhh, nie wstawaj.
Nagle zaświeciła mi się żarówka. Wspomnienia wróciły.
 - Jeff, co ze Skrollem?!
 - Nie daje znaków życia. Pewnie jeszcze nas namierza. Z resztą nieważne. Idę powiedzieć, że się obudziłeś.
Chwilę później do pokoju zbiegli się WSZYSCY. Trochę ciasno było. Nastała niezręczna cisza.
 - Toby! - nagle Clockwork rzuciła mi się na szyję - Tak bardzo się martwiłam!
 - Ej, spokojnie, jeszcze nie umarłem.
 - HP mu spada! - krzyknął Ben, na co wszyscy lekko się zaśmiali, a dziewczyna uwolniła mnie z uścisku. Wszystkie wzroki były na mnie, więc odwróciłem się do ściany i udawałem, że śpię.
 - HP mu się skończyło...
Po jakimś czasie wszyscy wyszli, na co mi trochę ulżyło. Tylko bracia Woods zostali.

   *TIME SKIP

 Z punktu widzenia Jeffa...
Gdy Toby spał, brat zajęty kotem, z szyby okna rozległo się pukanie. Podirytowany je otworzyłem i ujrzałem Takera na gałęzi drzewa.
 - Czego dusza pragnie? - spytałem.
 - Dobrze wiesz, czego. Miałeś się zastanowić nad propozycją Lord'a Zalgo. Daliśmy ci chyba wystarczająco czasu na przemyślenie tego.
 - Mówiłem wcześniej, nie zamierzam mu usługiwać i być na każde jego zawołanie.
Soul pokiwał smutno głową.
 - Przykro mi, ale będę musiał Cię zabić.
 - Co takie... - w połowie zdania białowłosy złapał mnie za ramiona i wypchnął z domu. Uderzyłem o ziemię i zawyłem z bólu. Nim się obejrzałem, on już stał nade mną.
 - Masz ostatnią szansę! Decyduj! - warknął i ukazał swe długie szpony.
 - Wal się! - odwarknąłem i uniknąłem jego cięcia. Potem usłyszałem jego krzyk. Podniosłem się z ziemi i zobaczyłem Takera wijącego się z bólu na ziemi i Liu z metalową rurą w dłoniach. Uderzał go jeszcze w plecy parę razy. Niespodziewanie Soul złapał jego broń i szybkim ruchem odrzucił na bok. W mgnieniu oka wstał, zadał kilkanaście cięć Liu, odepchnął go na bok, po czym skierował się na mnie. Z niebywałą szybkością przycisnął mnie jedną ręką do ściany, a drugą przystawił do gardła.
 - I już nikt cię nie uratuje, co?
 - Dobra! Wygrałeś! - wykrzyczałem przerażony, a Soul zatrzymał atak. Na jego twarzy zagościł szeroki uśmiech.
 - Powinien teraz powiedzieć coś w stylu "już za późno" i Ciebie zabić, ale skoro tak, to witaj w gronie proxy! Gratuluję!
Soul puścił mnie wolno. Nie za bardzo rozumiem, co się właściwie stało. Najwyraźniej zostałem proxy Zalgo. Podszedłem do nieprzytomnego Liu, zebrałem go z ziemi i zaniosłem do Hoodiego, oraz bez słowa wyszedłem. Białowłosy ciągle chodził za mną.
 - Dobra, czas odwiedzić naszego pana... - Soul złapał mnie za ramię - Zamknij oczy.
Zrobiłem faceplama i odwróciłem oczy białkami. Nagle poczułem gorąco, słyszałem buchanie ognia. Przywróciłem oczy do normalnego stanu.
 - Czekaj... jesteśmy w piekle?
 - Hahahaha! Nie. To tylko siedziba Zalgo, ale w tych stronach, to Lord Zalgo. Jak nie chcesz mieć czarnych ślepiąt, lepiej je zamknij.
Mam zamknąć oczy?! Jak?! Muszę szybko coś wymyślić, słyszę, jak się do nas zbliża... Wiem! Zasłonie je! Przyłożyłem rękę do twarzy i zdałem się na mój słuch. Poczułem jak Taker ciągnie mnie do dołu, dając tym znak, abym uklęknął przed obliczem mojego... naszego pana.
 - Więc jednak się zgodziłeś? - usłyszałem jego stanowczy głos - Świetnie... Na razie daję wam luz... Możecie iść.
I tylko tyle? Myślałem, że będziemy tam siedzieć i słuchać go godzinami. Zalgo to jednak równy gość! Ale nadal nie mogę tego zrozumieć... Działałem pod chwilą impulsu.. Taker znowu położył mi dłoń na ramieniu, a po chwili, uczucie gorąca i inne dźwięki zniknęły. Znajdowaliśmy się w moim pokoju.
 - No to witaj w gronie proxy! - zawołał.
 - Taaa...
 - Czy ja dobrze słyszę?! - nagle Toby gwałtownie wstał do pozycji siedziącej - Jeff proxy?!
 - Tak - odpowiedziałem obojętnie.
 - Jeey! Teraz już nigdy nie nazwiesz mnie przydupasem! A... czyim pomocnikiem właściwie jesteś?
 - Lord Zalgo! - wyprzedził Soul - Wasz Slender jest przy nim płotką!
 - Ale naszego wujaszka to nie obrażaj! - warknąłem i usiadłem na łóżku obok Vincenta.
 - Zago - wybełkotał.
Soul przewrócił oczami i wyskoczył oknem. Przez chwilę jeszcze rozmawiałem z Toby'm o mojej nowej pracy, po czym zasnęłem na siedząco. Obudziłem się w środku nocy i nadal nie dowierzałem, że jestem proxy Zalgo. Powoli zbliżyłem się do Liu i szturchnąłem go w ramię:
 - Ale to ja ich pobiłem, mam dowody... - majaczył.
Odkryłem z niego kołdrę i uniosłem jego koszulkę, zobaczyć jego cięcia. (tylko proszę bez skojarzeń) Były tam. Czyli to jednak nie sen... Przykryłem go z powrotem i wróciłem do swojego łóżka. Rano obudził mnie Liu..
 - Jeff, pssst, budź się!
 - Czego...
 - Dlaczego mnie rozbierałeś w nocy?
 - Chciałem zobaczyć twoją klatkę...
 - Ty jesteś...
 - Kurde, nie! Źle mnie zrozumiałeś! Chciałem zobaczyć twoje rany!
Liu zrobił wielkie oczy i powoli się oddalił. To. Nie. Miało. Tak. Wyjść. ...


C.D.N


_________________________________________________________________________
Jeff. I. Liu ( ͡° ͜ʖ ͡°) ( ͡° ͜ʖ ͡°) ( ͡° ͜ʖ ͡°) ( ͡° ͜ʖ ͡°) ( ͡° ͜ʖ ͡°)
Proszę, bez skojarzeń xD


 ( ͡° ͜ʖ ͡°( ͡° ͜ʖ ͡°( ͡° ͜ʖ ͡°)

I pamiętajcie - wpadacie tu jutro, szczególnie kobiety( ͡° ͜ʖ ͡°)






_______________________________________________________________________________________________________

Lubicie koty? Piratów? Wampiry? Magów? Duchy? Zoombie? Lubicie anime? Jeśli chociaż raz odpowiedzieliście TAK to zapraszam was tam  --->  mój kolejny blog  <--- 

piątek, 4 marca 2016

Dni z życia CreepyPast 15


Z punktu widzenia S.Hunter...
Chodziłem po mieście bez konkretnego celu. Było ciemno, a drogę oświetlały jedynie słabe latarnie. Jakaś mijająca mnie staruszka z ciężkimi torbami klnęła pod nosem, na "niewychowaną młodzież". Ech, te mohery.. Chyba nikt nie rozpoznawał we mnie mordercy. Usiadłem na jakiejś ławce przed sklepem, gdzie była grupka dzieciaków - na oko czternaście lat, typowe "cwaniaczki", wiecie, tacy co nie boją się przeklinać przy dorosłych, piją i popalają. Z tego co usłyszałem z ich rozmowy, dzisiaj wybierają się na nocowanie do lasu, żeby udowodnić jacy oni odważni i się niczego nie boją... Hah, może być zabawnie! Postanowiłem za nimi iść. W lesie ukryłem się na gałęzi jakiegoś drzewa, około 3 metry nad ziemią i 3 od nich. Jak wcześniej wspominałem, było ciemno, więc byłem niezauważalny. Moje niedoszłe ofiary rozpalili ogień i uzbierali drewna na opał i różne patyki. Starczyło im tego na jakieś trzy godziny. Na początku opowiadali historie o duchach, typu Samara. Serio? I to ma być straszne?! Ledwo się wytrzymałem od zaśnięcia. Potem opowiadali o miejskich legendach, czyli SlenderMan, The Rake, SeedEater. NUDA! W końcu zszedłem bezszelestnie na ziemię i cicho zbliżyłem się do grupy. Rozmawiali teraz o zabójcy mieszkającym w tymże lesie.
 - On istnieje.. - mówił jeden z nich.
 - ...I was zabija! - dokończyłem i rzuciłem się na bruneta naprzeciwko mnie, zwinnie omijając ogień. Zanim pozostała trójka odskoczyła, ich kolega był już martwy. Uśmiechnął się do siebie i zaatakowałem kolejnego - rudego, krzyczał najgłośniej. Przewróciłem chłopaka na ziemię i przycisnąłem żebra kolanami. Jego "koledzy" uciekli z krzykiem, zostawiając go samego. Ale i też będzie zabawa. Rudowłosy zaciskał palce na ziemi do tego dławił się własnymi łzami. Wyglądał tak żałośnie. Jednym ruchem przeciąłem jego klatkę piersiową, ale rana nie była zbyt głęboka, jednak dość mocno krwawiła. Jaka szkoda, że nie mam soli... Zadałem mu jeszcze parę cięć, na nogach, nadgarstkach, brzuchu i na szyi. W końcu przestał się ruszać. Jego ciało było niezmiernie zimne i sine. Chyba stracił tylko przytomność. Wstałem i zaciągnąłem go w stronę ognia. Dopiero wtedy odzyskał przytomność darł się z bólu. Patrzyłem na jego cierpienia, aż umarł. Z drugim ciałem zrobiłem to samo. Dwóch zabitych - jeszcze tamta dwójka. Zaśmiałem się szyderczo i poszedłem ich szukać. Nie uciekną mi.
 - Wyjdzie, a zabiję was szybko i bezboleśnie! - wrzeszczałem - I tak was znajdę!
Czy oni myślą, że mogą się przede mną schować? Znam ten las na pamięć. Nic mi nie przemknie. Po paru minutach znalazłem jednego chowającego się na gałęzi drzewa. Zdradziło go pociąganie nosem. Uśmiechnąłem się szeroko i wspiąłem na górę. Złapałem blondyna za nadgarstek i runąłem z nim na ziemię. On wylądował poobijany, a ja jak kot, na czterech łapach. Zanim zdążył cokolwiek zrobić, ja zablokowałem go tak samo jak rudego.
 - A mogłeś się nie chować.. - mówiłem - Wtedy zadałbym ci szybką i bezbolesną śmierć.. A teraz co? Będziesz cierpiał.
Spojrzałem na niego i zamyśliłem się. Jaką torturę by tu zastosować? Po krótkiej chwili, odciąłem mu palce u rąk. Darł się niewyobrażalnie. Uszy pękają. Nie mogłem tego znieść, więc... odciąłem mu język. Dławił się własną krwią, a łzy spływały strumieniami.
 - Nic nie powiesz? To chociaż napisz. Aaa, przecież nie możesz. Co za pech.
Zaśmiałem się złowrogo i zadałem mu kilka cięć w kończyny. W końcu wstałem i złapałem go za włosy, i ciągnąłem w stronę ognia. Wlokłem go za sobą, jak zwykłą szmaciankę. Rzuciłem go jedynym machem w ogień i obserwowałem jego szarpaniny, śmiejąc się. Został tylko jeden... Szybko go znalazłem, jak i szybko skończyłem. No dobra, bawiłem się nim długo, a za nim spaliłem, rzuciłem krótko:
 - Pozdrów ode mnie rudego!
Oddaliłem się od tamtego miejsca, jak gdyby nigdy nic. Powędrowałem do miasta. Byłem cały we krwi, ale nie przejmowałem się tym, ani trochę.
 - Od kiedy mordercy chodzą tak beztrosko po mieście?
Odwróciłem się za siebie. Za mną standardowo stał Nick.
 - Śledzisz mnie?
Na jego twarzy pojawiło się zakłopotanie.
 - Skąd takie dzikie myśli?
Przewróciłem oczami i westchnąłem.
 - Szukasz nowych ofiar, co, Kreis?
 - Nie nazywaj mnie tak! - posłałem mu gniewne spojrzenie.
 - S-spokojnie, Hunter...
Odwróciłem się na pięcie i odszedłem w stronę jakiejś ciemnej ulicy. Do moich nozdrzy dotarł zapach krwi.
 - Skusisz się? - spytał Nick stojący za mną.
 - Na co?
 - Na ludzkie mięso.
 - Nie jestem kanibalem, w przeciwieństwie do ciebie.
 - Jasne, jasne.. - chłopak podszedł do zwłok. Wolałbym nie widzieć, jak je, więc odszedłem jak najdalej.



  *TIME SKIP

Z punktu widzenia Ben'a...
 Powoli uchyliłem drzwi i wyszedłem z pokoju jak najciszej, by nie budzić pozostałych. Wolnym krokiem zmierzałem na zewnątrz, gdzie było jeszcze ciemno. Standardowo udałem się w głąb lasu. Wdrapałem się na drzewo, które wydawało mi się największe i wypatrywałem choć jednej żywej duszy. Jest! Północny zachód! Tam czai się Mike. Zlazłem z drzewa i pobiegłem w tamtą stronę. Na miejscu Mike rzucał nożami w drzewo i mało mnie nie trafił. Ano tak, celował we mnie!
 - Ben, to ty?! - wrzasnął szykując się do kolejnego ataku.
 - Tak! - odkrzyknąłem i schowałem się za drzewem.
 - Nie podchodź tak nagle, myślałem, że to jakiś intruz - schował noże do kieszeni, a ja wyszedłem z ukrycia.
 - Intruzi? Kogo masz na myśli? - spodziewałem się, że odpowie "przydupasy Skroll'a" czy coś podobnego.
 - Intruzi to po prostu intruzi.
Załamałem się. Myślałem, że chodzi mu o kogoś konkretnego, a nie o zwykłych ludzi, czy też nawet zwierząt.
 - Znając życie zaraz przyjdzie tu ten sztywniak.. - powiedział po chwili.
 - Trender? - zapytałem.
 - Ten "sztywniak" już tu jest... - nagle za nami pojawił się on.. Sztywniak..
 - Ooo, papcio Trendy! Nie ładnie tak podsłuchiwać! - zaczął Mike.
Trender pokręcił głową i odparł:
 - Nieważne. Masz robotę.
 - Najpierw dawaj mi kasę za poprzednią.
 - Pieniądze dostaniesz nieco później.
Myślałem, że zaraz wybuchnie i wpadnie w szał z gniewu, ale przyjął to całkiem spokojnie...
 - W takim razie szukaj kogo innego do roboty - odparł i odwrócił się plecami. Trender wyciągnął swoje macki, złapał na jego nogi i uniósł do góry.
 - Oh, czyżby?
I wtedy to się stało. Nie wytrzymał napięcia i wpadł w szał.
 - JAK ŚMIESZ, ŚMIECIU!! DAWAJ MOJĄ KASĘ, ALBO CI TE MACKI POWYRYWAM! CO SIĘ ŚMIEJESZ, GNIDO?! MYŚLISZ, ŻE BĘDĘ ODWALAŁ ZA CIEBIE WSZYSTKO?! ZNAJDŹ INNEGO DEBILA DO CZARNEJ ROBOTY! TY SZUMOWINO! BAKA! BAAAKA!
Zaraz będzie krew i wielka masakra. Nagle do moich uszu dotarł czyiś śmiech. Zza drzewa pojawił się chłopak, w stylu emo, czyli ubrany na czarno.
 - Mike, zostaw papcia Trendera - mówił przez śmiech.
 - Nie wtrącaj się, Nikki! On mi nie daje hajsu!
Westchnąłem cicho i bardzo powoli się oddaliłem. To ich sprawa, ich hajs. Do domu wszedłem niczym cień i udałem się do pokoju.

Z punktu widzenia Nikkiego...
Podczas gdy Mike i Trender ZNOWU się kłócili o pieniądze, ja próbowałem ich uspokoić. Bezskutecznie. W końcu dałem se z tym siana. Ich nie da się doprowadzić do porządku. Westchnąłem i poszedłem w głąb lasu, szykając czegokolwiek, co mogłoby mi dać jakąkolwiek rozrywkę. Nie wiem co, ale coś znajdę. Choćby ludzi do siekania... Wiem, jestem psychiczny, ale nie bez powodu nazywają mnie Nikki the psycho. Mam tylko nadzieję, że nie natkam się na Skrolla. Nagle usłyszałem jakiś wybuch i krzyk Nathana. Natychmiast pobiegłem w stronę tamtego dźwięku. Na miejscu - Nathan leżący półprzytomny na ziemi i ślady wybuchu.
 - Co tu się stało?
 - To... moja wybuchowa mieszanka...
Jaka cholera mieszanka?! Najprawdopodobniej nigdy nie dowiem się co on usiłował osiągnąć.. Chwileczkę, czy on nie miał petard?!

Z punktu widzenia Hoodie'go...
Właśnie po raz kolejny zmieniałem opatrunek Jeffowi, bo ten kretyn znowu spadł na ramię.. ze schodów.. Oprócz tego tak trochę, ale tylko troszeczkę się poobijał. Ale ciut. Po skończeniu odłożyłem bandaże obok noży Jeffa, które później zwędził Smile... Serio? Natychmiast zerwaliśmy się z miejsca za psem, który wybiegł na zewnątrz.
 - Wracaj! - krzyczeliśmy jednocześnie.
Na nasze nieszczęście pies okazał się szybszy. Zatrzymaliśmy się na drodze, obserwując oddalającego się Smile.
 - Głupi pies... - warknął czarnowłosy i już mieliśmy się wracać, kiedy na przejściu stanął ON. Jeff natychmiast odskoczył parę kroków.
 - T-t-t-t-to on! To on mnie wtedy napadł ze Skrollem!
Soul Taker zaśmiał się, podszedł kilka kroków bliżej i rozłożył ramiona:
 - Przybywam w (s)pokoju! Nie chcę walczyć!
 - Akurat! - warknął Jeff i schował się za mnie.
 - Czego chcesz? - spytałem spokojnie.
 - Pokoju.
 - A co my jesteśmy, hotelarze?! - wtrącił Jeff, a potem umilkł pod wpływem jego wzroku.
 - Jeff, nie warcz tak na niego..
 - Dlaczego go bronisz?
 - Bo to nasz kumpel. Często pomaga na misjach..
Czarnowłosy otworzył usta ze zdziwienia. No tak, przecież najpierw go zaatakował, a teraz dowiaduje się, że to "przyjaciel".
Soul znowu się roześmiał.
 - Chcę pogadać, naprawdę nie mam zamiaru z tobą walczyć.
 - To dlaczego wtedy na nas napadłeś? Na mnie i Jasona?
 - Bo miałem taki kaprys.
 - No to czego?
 - Wiesz... ostatnio Zalgo zaczął się tobą interesować.
Jeff przechylił głowę i zrobił głupią minę, a białowłosy kontynuował:
 - Walę prosto z mostu: Zalgo chce, żebyś został jego proxy...
 - Że co?!

Z punktu widzenia Jeffa...
 - Że co?! - wywrzeszczałem na wieść, że Zalgo chce mnie jako swojego proxy.
 - Ooo, kurde, p-porobiło się... - powiedział Hoody.
Ja? Czyimś proxy? Pogibało wszystkich? Czy ich do reszty powaliło?!
 - Czekaj... musimy sobie coś wyjaśnić...
 - O co chodzi?
 - Jesteś proxy Zalgo, tak?
 - No tak.
 - I do tego w Skrollverse.
 - Tak.
 - A sam Zalgo jest Slenderverse.
 - Dokładnie!
 - A Skroll? Nie jesteś jego pro..
 - On nie ma proxy. On jest tylko założycielem tego versu.
Ach, wszystko jasne. Tylko dlaczego Zalgo chciał akurat mnie na swojego proxy? Nagle rozległ się krzyk, a przed naszymi oczami pojawił się Toby, idący jak na wojnę.
 - Co to za pijańskie densy? - zapytał na powitanie - Dlaczego Jeff ma na sobie tylko spodnie? Czy ja o czymś nie wiem?
No tak, w końcu wybiegłem z Hoodym za Smile w samych spodniach. Wyglądałem pewnie jak kretyn. Och, przecież ja już nim jestem.
 - Tutaj odbywa się ważna rozmowa kwalifikacyjna - odpowiedział Taker.
 - Hahaha! Rozmawiacie o gofrach?
 - Sam jesteś gofrem.
Toby wzruszył tylko ramionami i poszedł w swoją stronę.
 - Więc jak? - zapytał jeszcze raz Soul - Przyjmujesz propozycję?
 - Nie mam zamiaru być niczyim przydupasem - odpowiedziałem po chwili namysłu.
 - Radzę, przemyśl to jeszcze. Wolałbyś się nie dowiedzieć, jak Zalgo traktuje tych co mu odmawiają.
 - Przemyślałem to. Nie będę jego proxy.
Ominąłem białowłosego i udałem się do domu. Za mną szedł Hoody.
 - J-jesteś tego pewny? - zapytał Hoodie.
 - Jestem bardziej niż pewny.
W domu, na kanapie wylegiwał się Smile z moim nożem. Natychmiast się na niego rzuciłem i odzyskałem mojego skarbka! Moje piękne narzędzie zbrodni.. Założyłem moją białą bluzę (leżała pod psem) i schowałem nóż do kieszeni. Usiadłem na kanapie, a pod poduszką znalazłem... petardy! Świetnie! No to idziemy coś wysadzić! :3 Wyszperałem zapałki w jednej szufladzie i wyszedłem przed dom. Zapaliłem jedną i rzuciłem przed siebie, nie patrząc nawet, czy nikogo tam nie ma. Oj, jednak ktoś tam był.. w cieniu.. świetnie.. Nim zdążyłem cokolwiek zrobić, petarda wybuchła, a tamten chłopak padł na ziemię. Ooops... Stałem tam jak kołek i zastanawiałem się, jak to mogło się stac. W pewnym momencie ktoś do mnie podszedł.
 - Tam ktoś chyba leży - zaczął (po głosie [głosach?] poznałem Kaspera)
 - Można powiedzieć, że trafiłem go petardą...
Podeszliśmy do leżącego, obczaić kto to. Wyglądał dość dziwnie. Do tego był ochlapany krwią, ale to chyba jego...
 - Chyba zabiłeś Kreisa - zaczął Kasper i dotknął jego szyi kciukiem - A nie, na szczęście żyje.
 - Coś mu się połamało - powiedziałem i wskazałem na jego dłoń, z palcami wygiętymi w nienaturalny sposób, w dodatku miał dziwnie wykręcony nadgarstek.
 - Jak się obudzi to cię zabije - wtedy wskazał na leżącą obok niego, zniszczoną książkę.  Miałby mnie zabić za zniszczenie książki, a nie za zniszczenie ciała? Eeeech...
 - Nie zorientuje się, że to ja ją zniszczyłem - zaśmiałem się. To było po prostu piękne. Słonko świeciło, wszystko takie radosne, a my właśnie rozmawialiśmy nad poszkodowanym, jakby go tam nie było! Ja z Kasperem wzięliśmy go pod ramię i zanieslismy do domu, mimo że sam sprawiałem sobie ból. Położyliśmy tego Kreisa na kanapie, czekając aż się obudzi. W międzyczasie przywołałem Hoodiego. Na historię o petardach, zrobił faceplama i zajął się poszkodowanym. O dziwo - Hoody oświadczył, że zna typa. Serio? Czyli wszyscy stąd znają Soul'a i Kreisa oprócz mnie?! To chyba jakieś żarty są! No dobra, może jeszcze Jason o nim nie wie. Po jakimś czasie się obudził. Dość spokojnie zareagował na wieść, że dostał petardą i ma uszkodzoną dłoń, ale wkurzył się, gdy zobaczył zniszczoną książkę.
 - Właściwie, co tam robiłeś? - spytałem.
 - A co, spacerować sobie nie można..? W ogóle kto mnie trafił petardą? Zniszczył mój skarb...
Momentalnie zrobiło mi się niedobrze. Kasper, zamknij ryj, Kasper, zamknij ryj, Kasper, zamknij ryj...
 - Czy ja cię przypadkiem gdzieś widziałem? - (na szczęście) zmienił temat.
 - Hę? Chyba nie..
 - Haha..! To ty musisz być tym Jeffem, za którym tak szaleją dziesięcioletnie dzieci...
 - Co?
 - Miejska legenda i wybranek wielu fangirl.. Hahahaha!
Wkurzyłem się, ale czy to nie prawda..? Kiedyś królowałem w najgorszych koszmarach innych, a teraz... fangirl za mną szaleją, nikt się nie boi... Na szczęście nie jestem jedyny - wujaszek Slender, Ben, L i E Jack, Toby... wszyscy padli ofiarą fangirl. Wszyscy. Westchnąłem i odpowiedziałem:
 - Taa, ja jestem tym Jeff'em... - po czym odszedłem. Założyłem chustę, okulary przeciwsłoneczne i wyszedłem do miasta, odkupić tamtą książkę... Jak ona miała? Chyba "Zerowa Maria i puste pudełko".. przynajmniej tytuł można było odczytać, ale nic poza tym. Pieniądze? Skołuje się.

Z punktu widzenia Jason'a...
Sięgnąłem do kieszeni i wyjąłem z niej... kotka. Tego samego, którego uratowałem wtedy z tamtego pożaru. Usiadłem na łóżku i położyłem zwierzę na kolanach. Nie wyglądał na zaniedbanego - był może troszkę wygłodzony. Był cały czarny, z białymi skarpetkami i białym pyszczkiem. Cały się trząsł. Nagle do pokoju wpadł Candy Pop. Gdy tylko zauważył kota, wziął go na ręce, położył się na plecach, a go na swoim brzuchu i zaczął się z nim bawić.
 - Skąd wytrzasnęłaś tego słodziaka? - spytał, nie spuszczając z niego wzroku - Uwielbiam koty!
 - A znalazłem go w jakimś opuszczonym domu... - rzuciłem.
 - Trza go nakarmić! - powiedział i wybiegł. Po chwili wrócił z kawałkiem kabanosa...
 - Chcesz mu to dać?! On tego nie przegryzie! Jest jeszcze mały, trzeba dać czegoś lekkiego.
 - No to co innego?
 - Idziemy do Bena - powiedziałem po chwili - On podobno się zna na kotach.
Wzięliśmy zwierzę i udaliśmy się do blondyna. Sam dostał napadu słodkości i zaczął się z nim bawić. Chyba bardzo się polubili. Po wyjaśnieniu całej sytuacji, odezwał się:
 - Nazwijmy go Sebastian.
 - Ale my nie o to...
 - SEBASTIAN. A do jedzenia dajcie wishkars i wody do picia.
 - Ben, czy ty się naoglądałeś Kurosza?
 - Bardzo możliwe. A teraz wybaczcie, ale muszę odwiedzić matkę Ciel'a i Naruto, zabić parę tytanów i zapisać kilka imion w moim death note.
 - Oglądasz za dużo ani-..
 - ZAMKNIJ SIĘ BO WYPCHAM CIĘ SZATAŃSKIM OWOCEM I SKOŃCZYSZ NA DNIE OCEANU - ryknął, po czym powiedział miłym i ciepłym głosem - To oprócz czym karmić Sebastiana, nie macie żadnych pytań?...Nie? No to dziękuję, wypierdzielać.
Wyszliśmy z kotkiem w popłochu, w obawie, że ten elfo-psychol zapisze nasze imiona w swoim notesie, albo zapłaci Nami za zabicie nas, bądź co gorsza wciągnie nas w grę pamiętników przyszłości, bo nie mamy telefonów. Otaku/fani anime zrozumieją... 

Z punktu widzenia Toby'ego...
No i w końcu tu jestem - w tej przeklętej fabryce zabawek, w której zabawiają się Skrolly... Złapałem toporek za rękojeść i ostrożnie przekroczyłem próg drzwi. Stanąłem w miejscu i wszystkiego nasłuchiwałem. Nikogo nie ma? Musi tutaj być... W końcu się polazł.
 - Przyszedłeś mnie zabić? - spytał Skroll i ukazał swe długie szpony.
 - W rzeczy samej - odpowiedziałem i wziąłem rękę za siebie. Szybkim ruchem otworzyłem drzwi na ościerz, wypuszczając do budynku trochę światła, na co Skroll odsunął się parę kroków dalej. Światło go osłabia... tak.. Wziąłem toporek w dłonie i podbiegłem do okna, by wybić szybę. Potem następne i następne, wypuszczając coraz więcej światła do fabryki. Mój przeciwnik mógł jedynie kryć się po kątach, w cieniach. A ponieważ miejsc takich było mało, miałem przewagę. Gdy wszystkie okna były wybite, znacznie się rozjaśniło, a Skroll kulił się za jakimiś kartonami. Powoli zbliżyłem się w jego stronę, kiedy nagle...

 - Sądziłeś, że na wszystkich Skrollverse działa światło? - ktoś złapał mnie za ramię i wbił coś ostrego między łopatki. Następnie zaczął mnie okładać pięściami po całym ciele i wszędzie wbijać ostrza. Był szybki. Nie widziałem nawet jego twarzy. Wnet poczułem zimno i zakręciło mi się w głowie. Osunąłem się na podłogę, w moją własną kałużę krwi, ciągle się wykrwawiając. Oczy zachodziły mi mgłą. Jak dałem się tak łatwo pokonać? Poczułem jeszcze kilka uderzeń w głowę.
 - Toby! Toby! - ktoś mnie wołał. W oddali zauważyłem Hoodiego i Maskyego. To oni mnie wołali. Są za daleko... nie zdążą do mnie dotrzeć... to koniec.. moje ciało odmawia posłuszeństwa.. zginę tutaj... Jeszcze raz lekko przechyliłem głowę, by spojrzeć na mojego oprawcę, zanim-...


C.D.N


_______________________________________________________________________________

  Anime o których była mowa:
O..
Sebastian/Ciel/Kurosz - Kuroshituji
Naruto - Naruto xD
Tytani - Attack on titan
Szatański owoc/Nami- One Piece
Notes śmierci/zapisywanie imion w notesie - Death note xd
Pamiętniki przyszłości - Mirai Nikki

Perypetie V

 - Jeszcze. - powiedział Vincent zaciskając pięści pod stołem - Opowiedz mi jeszcze.  Bezoki westchnął i mozolnie ściągnął maskę, odsłani...