poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Dni z życia CreepyPast 20


Z punktu widzenia Bena...
Ten nasz wypad na miasto okazał się totalną klapą. W kinie nasz thiler okazał się jakimś badziewnym romansem, bachory wytykali nas palcami, bo kto normalny ubiera czapkę z daszkiem w zimny dzień bez słońca? Do tego gry były w ciul drogie, Mike stracił całą swoją "wypłatę". I jeszcze do Victora przypierdzieliła się jakaś grupa i zaczęli wyzywać od bezdomnych i brudasów. Pobiliśmy się na środku ulicy i zrobiliśmy "małe" zamieszanie. Zostawiliśmy tamtych idiotów daleko w tyle. Kiedy byliśmy już w lesie, bracia się pokłócili i to ostro. Czułem się jak cień. W końcu zostawiłem ich tam samych. Dopiero w domu zorientowałem się, że przez ten cały czas leciała mi krew z nosa. Ach, ta moja opóźniona reakcja. Wytarłem chusteczką z łazienki i miałem udac się do pokoju, gdy nagle potknąłem się o tą małą, głupią, cholerną gnidę... To taki pasożyt. Głównie kobiety je mają. Ale szybko się z nimi zaprzyjaźniają i kupują ubranka, nawet je karmią! Pasożytami się zajmują! I je nazywają! Nasza gnida nazywa się Vincent. Bardzo szybko zamieszał wszystkim w głowach i się tu zadomowił. Lekko podirytowany wstałem, otrzepałem się z kurzu, a to coś złapało mnie za stopę. Parsknąłem coś pod nosem i posłałem temu czemuś spojrzenie niczym z horroru. Młody szybko się rozpłakał, przez co zwabił do siebie Sally, Jane, Liu i Zero. Dostałem opieprz za "zmącanie się", głównie od dziewczyn. Ech, ten ich instynkt macierzyński... Udałem się do pokoju. Tam E.Jack w najlepsze grał z Red'em. A raczej przysłuchiwał się. Silver jak zwykle siedział w kącie.
 - Ej, ja jeszcze nie umarłem - zażartowałem - Nie musisz mnie zdradzać.
 - Umarłeś... - odparli razem wszyscy.
 - Przypominam, że wy też nie jesteście żywi.
 - Ale mi pika! - dodał Jack kładąc dłoń na sercu.
 - Tak, Jack, tobie pika.
 - Ej, może gdzieś wyjdziemy? - wtrącił dodąt nic nie mówiący Silver - Mam dość tu tak siedzieć.
Wszyscy pokierowali na niego wzrok, a raczej prawie wszyscy. Kto by się spodziewał, że taki jak on chce wyjść ze swojej kryjówki? Silver przechylił nieco głowę na bok.
 - Ja tam nie idę - powiedziałem - Mam dość na dzisiaj. Poza tym muszę wracać na cleverbota. Nie mogę przecież wyjść z wprawy z zabijania.
 - I ty to nazywasz zabijaniem... - powiedział Jack, obracając w dłoniach swój skąpiel.
 - EJ! Ale doprowadziłem do samobójstw!
 - Trudno o to, żebyś zamordował kogoś własnoręcznie.
Przez parę minut kłóciliśmy się o nasze "style zabijania". Skończyło się na tym, że wyszli zostawiając mnie samego. Uśmiechnąłem się do siebie i zająłem wbijaniem kolejnych poziomów. Po BARDZO długim czasie, usłyszałem skrzypienie drzwi. Rzuciłem wzrokiem. Były tylko lekko uchylone. Pewnie wiatr... pomyślałem i wstałem by je zamknąć, po czym wróciłem do gry. Miałem wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. W końcu zmusiłem się na oderwanie wzroku od monitora. Po pokoju w najlepsze chodziła sobie ta mała gnida, Vincent. Westchnąłem i wziąłem to na ręce, po czym poszedłem z nim do Jeff'a. Drzwi otworzyłem mocnym kopniakiem.
 - Jeff! - wrzasnąłem - Pilnuj swojego bachora!
 - Nie ma go - powiedział Toby podchodząc - Jest na misji u Zalgo - wtedy przejął ode mnie dzieciaka.
Zamknąłem drzwi i powędrowałem z powrotem do pokoju. Kącik małego no-life... powiedziałem sobie w myślach, zapisałem nieskończoną grę i otworzyłem okno. Stanąłem do niego tyłem i oparłem się o parapet. Matko, czy no-life zawsze mają taki bałagan w swojej "pracowni"? Ostatecznie przełamałem się, by pozbierać te puszki coli i pudła od pizzy... Zszedłem z nimi na dół i wyrzuciłem do śmieci, po czym poszedłem szukac E.Jack'a, Silver'a i Red'a. Cholernie bez nich nudno. Spacerowałem tak po lesie, ale bez skutku. Odwiedziłem jeszcze parę okolic i wróciłem do domu. Nim dotarłem, było już ciemno. Wparowałem do swojego pokoju. Ich nadal nie było. Zamknąłem okno, bo przez ten czas zrobiło się zimno. Gdy tylko dotknąłem parapetu, poczułem, że jest mokry. Wzdrygnąłem się i wytarłem dłonie o spodnie. Zapaliłem światło i stanąłem jak wyryty. Pod oknem była czerwona kałuża... krwi? W pokoju były również czyjeś krwawe ślady, prowadzące w ciemny kąt pomieszczenia. Cofnąłem się, by zapalic światło..


Z punktu widzenia Domino...
Stałem tam jak wyryty. Wiedziałem, że zaraz zostanę odkryty. Moim jedynym wyjściem był atak. Ścisnąłem mocniej krwawiące ramię i ustawiłem się do pozycji bojowej. Gdy tylko rozbłysło światło, rzuciłem się na chłopaka, zatykając mu usta ręką i mocno uderzyłem go w skroń. Blondyn tylko zachwiał się na nogach i ugryzł mnie w dłoń. Powstrzymałem się od krzyku. Z mojego ramienia dosłownie wylewało się morze krwi, a jeszcze od tamtego uderzenia bolało bardziej. Ponownie uderzyłem go w głowę łokciem, ciągle zatykając mu usta. Przycisnąłem chłopaka kolanem do ściany i uporczywie uderzałem w głowę, aż padł. Ściana była zalana krwią. Rozejrzałem się po pokoju i podszedłem do szafy. Wyciągnąłem z niej jakąś koszulę, podarłem i z trudem obwiązałem krwawiące ramię. Muszę się stąd wydostać. Jeśli wyjdę przez okno narobię hałasu, a jeśli wyjdę "normalnie", ktoś zauważy. Jedynym dobrym rozwiązaniem byłoby przeczekać parę godzin, aż wszyscy zasną, ale ktoś mógł w każdej chwili tu wejść. Jestem w szarej dupie. Nagle ktoś z tamtej strony zaczął szarpać za klamkę. Zgasiłem szybko światło i schowałem się w kącie pokoju. Drzwi otworzyły się z hukiem..
 - Wróciłem! - wtedy zapalił światło - Silver i Jack jeszcze zos... Ben?!
Podbiegł do -pewnie już nieżyjącego - chłopaka, którego to nazwał Ben. Nie zauważył mnie. Cały czas potrząsał kolegą, by go obudzić. Był nim tak zajęty, że nie widział jak zamknąłem drzwi. Na ten dźwięk wzdrygnął się. Szybko zatkałem mu usta ręką i dałem kilka solidnych ciosów w głowę. Padł od razu. Nawet nie próbował się bronic. Mówił coś o Silver'ze i Jack'u, więc będzie trzeba pozbyc się jeszcze dwóch. Przez jakiś czas kręciłem się nerwowo po pokoju, jakby w ogóle nikogo nie było. Nasłuchiwałem każdego, chociażby najmniejszego szmeru w tym domu. Po cichu wyjrzałem na korytarz. Nikogo nie było tu, ani na dole. Teraz mam szansę. W szybkim tempie znalazłem się na dole. Już miałem stąd uciekać, kiedy nagle na kogoś uderzyłem.
 - Co jest? - spytał ten ktoś. W tej chwili jakieś szklane naczynie z wielkim hukiem rozbiło się o podłogę. Na oślep machnąłem jedną z moich kart i podbiegłem do wyjścia. Wyparowałem z mieszkania i jak najprędzej uciekłem do lasu. Nie mogłem pobiec do fabryki, przecież drogę zagradzają mi gliny, a poza tym tam jest Skroll - zabije mnie jeżeli się dowie, że z taką łatwością dałem się postrzelić. Gdy uznałem, że byłem już wystarczająco daleko od tamtego miejsca, zwolniłem nieco bieg. Po jakimś czasie usiadłem zmęczony pod jakimś drzewem, zgiąłem nogi i oparłem czoło o kolana. Tu raczej nikt mnie nie znajdzie. Ech, te pozory...
 - Kogo my tu mamy? - usłyszałem znajomy śmiech - No proszę! Domino w tarapatach! Kto by się spodzie...
 - Zamknij się! - warknąłem.
Przede mną pojawiła się postac Kreis'a. Jak zwykle, z twarzy nie schodził mu złowrogi uśmiech.
 - Pewnie znowu dałeś plamy - zaśmiał się ponownie.
 - Morda, Kreis! - syknąłem - Nie twoja sprawa!
 - Jako były członek waszego Versu chyba mam prawo wie...
 - Nie masz! - przerwałem mu - A teraz wypad!
 - Bo co? Bo ty tak chcesz?
 - Lepiej mnie tu zostaw, zanim coś zrobię...
 - Domino taki gwałtowny... - jak zwykle dopisywał mu humor - Bywaj!
Odwrócił się do mnie plecami i zniknął w mroku nocy. Powoli zgrzytałem zębami z bólu od rany postrzałowej. Grunt, że zatrzymałem krwawienie. I tak straciłem zbyt wiele krwi. Nie mam siły na nic..


Z punktu widzenia Clockwork...
 - Dziewczyno, musisz bardziej uważać... - powiedział Toby niosąc mnie do mojego pokoju.
 - Nie widziałam tamtego szkła! - broniłam się - To wina tego, co go rozbił i nie posprzątał!
Chłopak momentalnie się zaczerwienił i spuścił wzrok. Wpatrywał się w moją zabandażowaną stopę, a przynajmniej tak mi się wydawało. W pokoju położył mnie na łóżku i zostawił samą z dziewczynami.
 - Dupek... - burknęła Jane.
 - Co takiego?
 - Mówię o nim... po prostu nie umie zrobić pierwszego kro... aaaaaaaa! - zakryłam jej twarz poduszką, gdyż ten "dupek" jeszcze stał w drzwiach. Nowa współlokatorka, Alice palnęła tylko "Sorry!" i wypchnęła go na korytarz, trzaskając drzwiami. Razem rozpoczęliśmy tortury na Jane za te nikczemne słowa! A mianowicie łaskotki! Zbrodnia idealna! Bolała mnie stopa od skaleczenia, ale dokuczanie tej dziewczynie było warte każdego bólu. Potem ustanowiłam z Alice, że Jane po prostu jest zazdrosna i chcieliśmy jej podsunąć chłopaka. Alice chciała podsunąć jej Hoodie'go. Wredota... Nawet nie zorientowaliśmy się, jak Jane wychodzi gdzieś z Jason'em. No to problem z głowy :)







1 komentarz:

  1. A-ale... Co z Ben'em i Red'em?! (ta moja odmiana... xd)
    Teraz jestem zestresowana ;_;

    OdpowiedzUsuń

Dni z życia CreepyPast 30

Witojcie w ostatniej części drugiej serii krapowatych fanfikszion! Nadal zamierzam po tym kontunować tą jakże urzekającą historię. Przecież...