poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Dni z życia CreepyPast 18


Kwiecień. Wiecie co to znaczy? Tak! Moje urodziny! Party hard!

  A co ze mną?

Aha! I jak mogłabym zapomnieć o urodzinach Tobyego! Jestem cholerną szczęściarą, że urodziłam się 28ego ^^. Jee, podwójny party hard z udziałem gofrów! Kwiecień to naprawdę piękny miesiąc... tyle się w nim dzieje... min. Urodziny moje, Tobyego, i dwóch innych osób z mojej rodziny, urodziny ulubionej gry Ben;a (27-ego), czyli Majora, no i te najgorsze, inaczej spraawdzian szóstoklasisty... piszę go już jutro... no to... trzymajcie za mnie kciuki... szczególnie za język angielski... muszę byc z tego mistrzem! xd.
No dobra, koniec patolenia, łapcie notkę!
______________________________________________________________________________________


Z punktu widzenia Helen'a...
 Właśnie kończyłem mój najnowszy rysunek, przedstawiającego zakrwawionego wilka po szarpaninie. Jeszcze kilka machnięć ołówkiem, a obraz będzie skończony.. niestety, drzwi od pokoju otworzyły się z takim hukiem, że wystraszyłem się i niechcący podarłem kartkę. Mojego wilka... Do środka wpadł Ben i lekko chwiejąc się, usiadł po turecku naprzeciw mnie.
 - Stało się coś? - spytałem próbując ukryć złość.
 - Taaaak... - odpowiedział bełkotliwie i zaczął się kiwać w przód i w tył. Minęło sporo czasu za nim znowu się odezwał, ale na jego słowa zamilkłem:
 - Bo ja... przyszedłem wyznać miłość Helenie... - wtedy przytulił się do mojej nogi - Kiedy ciebie widzę, moje serduszko przyśpiesza..
Skamieniałem, a Puppeteer, który coś czytał teraz wybuchł śmiechem. Skrzat zaczął jeszcze coś mówić, ale bardziej skupiłem się na lalkarzu:
 - Helen... znaczy Helenko, dlaczego kradniesz serca innych?
 - Zamknij się! - wrzasnąłem oblewając się rumieniem - I niby co ja mam z nim zrobić?!
 - Dasz mu kosza? Z nim radź sobie sam, a ja pójdę po Judge..
 - TYLKO SPRÓBUJ A TWOJE WNĘTRZNOŚCI BĘDĄ ZDOBIŁY NASZ POKÓJ.
Wnet do pokoju wpadł L.Jack, popatrzył raz na mnie i na Bena, raz na lalkarza i w końcu się odezwał:
 - O kurdę, przypadkowo dałem mu złe cukierki!
 - Cukierki?! - wywrzeszczałem - Były nafaszerowane kokainą?!
 - Coś w ten deseń. A teraz pozwólcie, że zabiorę go na izbę wytrzeźwień, chyba, że nie przeszkadza wam to, że flirtuje z nogą Helena...
 - PRZESZKADZA.
 - Kekeke, chyba mogę się dołączyć? - nie zauważyliśmy, że za Jack'iem stał Kagekao.
 - NIE MOŻESZ - warknąłem.
 - Ale przecież masz dwie nogi!
 - Zaraz nie będzie miał ani jednej... - powiedział Jack i wycelował szponami w moją stronę. Na szczęście nic mi nie zrobił, tylko złapał Bena, uniósł go jak kota i z nim wyszedł.
 - To teraz masz dwie wolne nog...
Trzasnąłem drzwiami, usiadłem na łóżku i wróciłem do rysowania.

Z punktu widzenia Candy'ego Pop'a...
Gdy pozbierałem się po brutalnym ataku kota, do pokoju wpadł Jack, z Ben'em. Trzymał go co najmniej, jakby mu cukierki w kosmos wystrzelił. Rzucił nim na łóżko i powiedział do niego żeby się stąd nie ruszał, po czym sam udał się do wyjścia.
 - Dlaczego go tutaj przyprowadziłeś? - spytał Jason masując szyję, na której nadal były ślany po sznurku.
 - Niechcący dałem mu zatrute cukierki - zaśmiał się - Żeby nie robił nikomu krzywdy, zaprowadziłem go tutaj, do izby wytrzeźwień.
Ja i Jason wymieniliśmy spojrzenia, po czym zobaczyliśmy w jakim  stanie jest Ben i jeszcze na L.Jack'a, by upewnić się, że on jest zdrowy na umyśle...
 - Nie patrzcie tak na mnie - powiedział Clown - Ja go zatrułem, więc ja go naprawię.
 - Od naprawiania to jestem ja! - wzdrygnął się Jason - Poza tym, gdzie leziesz?
 - Uciekam stąd. Nie będę siedział z tym wariatem. Jeszcze mi coś zrobi, nie będę ryzykował - oświadczył, po czym w pośpiechu uciekł.
Znowu spojrzeliśmy na elfa. Wyglądał raczej na niegroźnego. Cholera wie o czym on myśli... Nim się spostrzegłem, czerwonowłosy wyskoczył przez okno! Rzucił tylko "Ja też nie będę ryzykował!" i mnie zostawił z tym... tym... tym Zajaranym Zbyszkiem. Najchętniej to bym stamtąd uciekł, jak pozostali, ale nie mogłem go tutaj zostawić samego. Kto wie, może zechce podpalić wodę? Trzeba go mieć na oku. Przez długi czas bawił się poduszką (straszne rzeczy z nią wyczyniał), potem zrobił ze mnie konia, a na deser rozebrał górną część garderoby, po  czym wieszał się na firance i udawał Tarzana. Ostatecznie firanka się  zerwała, a Ben skończył poobijany n a podłodze. Nawet się nie zorientował. Nawet tam zasnął. Ostrożnie wziąłem go na ręce, okryłem jego ubraniami i zaniosłem do jego pokoju. Po powrocie wszyscy magicznie wrócili...
 - Jak mogliście mnie tak zostawić na lodzie! - wkurzyłem się.
 - Candy, nie szalej - zaczął spokojnie L.Jack - Przecież jesteś w jednym kawałku.
 - To było niebezpieczne! Wiesz do czego on jest zdolny pod wpływem narkotyków?!
 - Wiem, przecież nie raz widziałem go w akcji.
Warknąłem coś pod nosem i z całej siły przywaliłem mu w nos.
 - Zaraz spłaszczę ci ten twój kinol!
Jack ryknął, po czym przejechał szponami po twarzy. Odpłaciłem mu silnym kopem w brzuch, a on zaczął ciągnąć mnie na włosy. Na szczęście Jason w porę nas uspokoił, za nim doszło do prawdziwej bójki. Dodał coś w stylu: "Ogarnijcie się, bo znowu zadyndam na sznurku!". Posłałem im tylko gniewne spojrzenie i wściekły wyszedłem, zaczerpnąć świeżego powietrza.

Z punktu widzenia Jeff'a...
 - Jesteś proxy...? - Liu otworzył oczy ze zdziwienia, kiedy oświadczyłem, że od teraz jestem pomocnikiem Zalgo - Jakim cudem?
 - Tak wyszło - wzruszyłem ramionami.
 - Tak się cieszę! - Liu zaśmiał się i mnie uściskał - A już myślałem, że to ten mój mały, głupi braciszek zostanie zerem! A tu proszę, zostałeś proxy! I to jakim proxy! Służysz samemu Zalgo!
Spojrzałem na Toby'ego. Obserwował wszystko wychylając głowę spod kołdry. Nie ukrywał zdziwienia, a w jego oczach kryła się radość Pewnie chciał powiedzieć: "Teraz nigdy nie nazwiesz mnie przydupasem!", ale nie mógł, bo caaaałą noc śpiewaliśmy, a raczej darliśmy się na cały reguratol i zdarł sobie gardło. Liu w końcu mnie puścił i wybiegł na korytarz i zaczął krzyczeć:
 - Jeff jest proxy! Jeffrey Woods został właśnie proxy!!
Zrobiłem faceplama i wyskoczyłem przez okno, by uniknąć pytań innych domowników. Sprawnie wylądowałem na ziemi, a raczej lądowanie na płaskiego. Poszedłem w stronę, gdzie Soul po raz pierwszy złożył mi propozycję zostania proxy Zalgo. Może go tam znajdę? Po jakimś czasie, usłyszałem ciche wołanie:
 - Pssst! Tutaj jestem. Chodź tu.
Rozejrzałem się dookoła, jednak nikogo nie zauważyłem. Wzruszyłem ramionami i wmówiłem sobie, że to tylko moja wyobraźnia i ruszyłem przed siebie.
 - Jestem tutaj. - znowu ten sam głos. - Podejdź.
Ponownie się rozejrzałem, lecz nadal nic. Uderzyłem się w głowę i miałem iść dalej, ale ten głos...
 - Jestem po lewej. Chodźże do mnie.
Spojrzałem na lewo. Kątem oka zauważyłem, że ktoś stoi za drzewem. Przypatrzyłem się uważnie.
 - Na litość boską, Jeff! Podejdziesz do mnie w końcu?!
Podszedłem. Za drzewem stał dziwnie wyglądający mężczyzna. Był o głowę wyższy ode mnie i czarny płaszcz. Wyglądał na płatnego mordercę. Tylko czego chce, jak mnie znalazł i skąd o mnie wie?
 - Ile mam cię wołać?! - warknął.
 - Kim jesteś? - spytałem.
 - Głupcze! Nie poznajesz swojego pana?! To ja, Zalgo!
 - Prze-przepraszam! Po prostu nie poznałem... no i nie przypuszczałem, że jedną z twoich twarzy jest twarz ludzka...
 - Bo nie jest. Przybrałem tylko formę przyjazną dla was, ludzi. A nie jestem tutaj, by pogadać. Jest misja.
 - Słucham.
 - W tym twoim lesie natknąłem się na grupkę ludzi. Było ich może siedmiu. A ty musisz po prostu zatuszować wszelkie dowody na to, że tamtędy przechodziłem.
 - Czekaj... czyli mam szukać jakiś ciał i je zakopać?
 - Dokładnie! I pamiętaj, będę cię obserwował. Jak skończysz to ocenię, czy cokolwiek się na coś mi zdasz...
 - W takim razie po co mnie właściwie wybierał, skoro będzie sprawdzał dopiero przy pierwszej misji i to do tego tak banalnej. Myślałem, że proxy muszą trochę bardziej się wysilać. Ukryć dowody na jego istnienie? Nic bardziej prostszego! 
 - Tak! Nie zawiodę cię, panie! - krzyknąłem i pełny zapału pobiegłem do lasu.
Moje pierwsze zadanie, więc muszę się spisać. Znając typa, pewnie podstawił jakieś haki.

  *TIME SKIP

Robota była dość łatwa. Wszystkie ciała zasztyletowałem tak, żeby nie było można zindezykowac osoby... (lepiej nie wchodźmy w szczegóły). Potem zakopałem je w różnych miejscach. Ich namioty zniszczyłem i porozrzucałem po różnych zakątkach lasu, tak, że wyglądało to na zwykłe śmieci, nic więcej. Przy okazji podwędziłem kilka portfelów... Po skończeniu, udałem się do Lorda Zalgo, który na mnie czekał.
 - Misja wykonana! - powiedziałem zadowolony.
 - Obserwowałem cię. Spisałeś się dobrze.. No cóż, chyba to wszystko. Możesz iść. Ale naprawdę nie musiałeś kraść tych portfelów...
Wzruszyłem ramionami i bez słowa zwróciłem się do domu. Udało mi się przemknąć do pokoju niezauważalnie. Niestety, tam czekała na mnie bardzo niemiła niespodzianka... Była tam Jane. Patrzyła na mnie wzrokiem, który co najmniej zabijał.
 - Co ona tu robi? - spytałem z powagą.
 - Chcę go oddać. - warknęła Jane i wskazała Vincenta.
 - Co takiego?! - ryknąłem zrozpaczony - Oddać?!
 - Nie pozwolę, by taki świr jak ty miał pod skrzydłami dziecko! Prędzej, czy później i tak go zabijesz, sam o tym dobrze wiesz!
 - Nigdy nie skrzywdzę Vincenta! Ugh, co ci przyszło do głowy! On tutaj zostaje i koniec!
 - Jak ty to sobie wyobrażasz?! Twój Vincent kiedyś dorośnie i co? Będziesz mu wciskał kit, że jesteśmy prawdziwą, normalną rodziną?!
 - Po prostu powiem mu prawdę! A co do nauki to się nie martw, sam nauczę go czytać i pisać!
 - Może jeszcze nauczysz go zabijać, hę?
 - Zamknij się! - krzyknąłem drżącym głosem - Teraz próbujesz kogoś ocalić, a gdzie byłaś, kiedy popełniałem kolejne morderstwa?! Kiedy zabiłem jego ojca?! Gdzie byłaś?!
 - Stul dziób! - wrzasnęła i rzuciliśmy się sobie do gardeł. Toby zerwał się z miejsca nas uspokoić. Poczułem jak ktoś łapie mnie za ręce i ciągnie do tyłu. Nie mogłem się wyrwać z tego uścisku. Jane za to szarpała się z Tobym. Odchyliłem głowę lekko do tyłu. Za mną stali niemalże wszyscy. Kłóciliśmy się tak głośno, że każdy to słyszał. Mnie trzymali Liu i Puppeteer. Gdyby nie mój wieczny uśmiech, moja twarz wygięłaby się teraz w grymasie niezadowolenia. Mimo, że Vincent jest tutaj dość krótko to i wystarczająco długo, bym zdążył się do niego przywiązać. Dlatego oddanie go w ręce kogo innego nie wchodziło w grę. Ale... pewnie większość uważała tak jak Jane. Co za podła żmija! Gdyby nie drążyła tematu, nikt by się nie zainteresował i wszystko było by OK.


CDN

2 komentarze:

  1. Masz urodzinki 28-ego? Wygrałaś życie xD i duuużo gofrów :3
    Ja troche spóźniona, więc mam nadzieje że sprawdzian wyszedł dobrze *^*
    Nieee! Nie można oddać Vincenta ;_;
    Nie wiem skąd bierzesz te pomysły, ale wszystkie wpisy są genialne xD

    OdpowiedzUsuń

Perypetie II

  Vincent zmierzył wszystkich wzrokiem, oceniając ich reakcję. Niski mężczyzna patrzył na Toby'ego ze spokojem, podczas gdy on sam doz...