wtorek, 26 lipca 2016

Dni z życia CreepyPast 3 s. II


Z punktu widzenia Tobyego...
 Nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Nagle moim ciałem zawładnął strach. Stałem sparaliżowany wpatrując się w to coś, co stało teraz przed mną i Milanem. Nie rozpoznawałem tej postaci, mimo to nadal ogarniał mnie lęk. Każda moja komórka ciała wrzeszczała: "Uciekaj! Zaraz zginiesz, głupcze!". Czułem bijącą od niego potęgę i zapewne gdyby chciał, mógłby ze mną skończyć w kilka sekund. Mimowolnie odwróciłem głowę w stronę szatyna. Stał z otwartą buzią. Po twarzy spływały mu łzy i kapały na jego ubrania. Postac w objęciach macek trzymała jakiegoś chłopca.
 - Cha... Charlie...
 - Koniec tego teatrzyku! - chłopak (mężczyzna?) odezwał się władczym, ochrypłym głosem - Milan, daję ci dziesięć minut. Jeśli w tym czasie nie zobaczę jego trupa, możesz pożegnać się z bratem na zawsze! - jego głos był dziwnie znajomy.
 - Ale on...
Posłał mu groźne spojrzenie i zamilkł. Zauważyłem, że jego twarz była pokryta wieloma bliznami. Skórę miał szarą, w niektórych miejscach jakby spaloną. Włosy były potargane, jakby wyszarpane, kolory ciemnego brązu. Ubrania także miał wypalone, że odsłaniały mu cały brzuch, lewe ramię, rękę do łokcia oraz chude jak patyki nogi. Oczywiście spodnie miały jeszcze nacięcia. Również ciało pokrywało się bliznami. A oczy... jakby ich nie miał. No i ta czarna substancja, która z nich wypływała. Był nienaturalnie wysoki, może sięgał mojemu Panowi do ramienia. Nagle na mnie spojrzał. Wtedy wszystkie wspomnienie związane z nim wróciły. Jak został wskrzeszony. Jak się zbuntował. Jak kilka razy próbowałem go zabic. Ostatnim razem widziałem go pochłoniętego ogniem. Myślałem, że już to koniec. Przepadł na zawsze. A jednak teraz stał przede mną  bacznie obserwował. Colin wrócił i to jeszcze bardziej potężniejszy. Ja... zginę.
 Milan spojrzał w moją stronę. Jego dolna warga drżała, a oczy miał pozbawione jakichkolwiek emocji. W dłoni ściskał nóż.
 - Z-Zaczekaj! - odzyskałem mowę - Nawet jeśli mnie zabijesz, to on złamie obietnicę! D-doskonale go znam! Zamorduje nas wszystkich!!
Zacząłem szybciej oddychać, jakby wypowiedzenie tego kosztowało mnie wiele wysiłku. Milan spojrzał na Colina, u którego na twarzy malowała się złość.
 - No dalej. Ja czekam - znowu się odezwał i jeszcze bardziej zacisnął macki na Charliem.
Szatyn znowu pokierował wzrok na moją osobę, tym razem jakby niepewnie. Przygotowałem się do jego ataku. Serce mi biło jak oszalałe. Byłem czujny. Milan mierzył mnie tylko wzrokiem, jakby rozważając moje słowa.
 - Koniec tego! - wrzasnął Colin - Jeśli ty tego nie zrobisz, to sam się tym zajmę! Zaczynając od ciebie!
Zza jego pleców wyrosła nowa macka i błyskawicznie pokierowała się w stronę jego pomocnika. Przeszyła ciało Milana na wylot. Z jego ust wyciekła fala krwi. Wrzeszczał z bólu, choc wyobrażałem sobie, że każdy krzyk sprawiał mu cierpienie. Colin nie ukrywał rozbawienia. Jak on mógł... po moich policzkach zaczęły spływac pojedyncze łzy. Colin na ten widok roześmiał się szyderczo. Wyjął mackę z ciała MOJEGO przyjaciela.  Szybko do niego podbiegłem i ukląkłem nad nim. Położyłem mu głowę na kolanach. Oddychał ciężko, dławiąc się krwią. A ja nie mogłem zrobić nic, aby mu pomóc.
 - Dlaczego... on chciał tylko odzyskac brata! Był ci wierny do samego końca!! A ty go tylko potraktowałeś jak swoją zabawkę!! - wrzeszczałem przez łzy - Robił wszystko co rozkazywałeś!
 - Nie byłbym pewny co do wierności mojej marionetki - roześmiał się - Jack wy wszyscy jesteście naiwni! Robicie wszystko! Wszystko! Wystarczy sprzedac wam dobrą his...-
Zaniemówił. Z jego brzucha wystawał nóż, a nawet rękojeść i kawałek czyjejś dłoni. Nagle dwie postacie błyskawicznie znalazło się między nami i poodcinała macki, w które był uwięziony rudowłosy. Natychmiast uciekł i znalazł się obok brata. To byli Liu i Nathan. Ale skąd oni się tutaj wzięli?
 - Idioci - powiedział Colin nic sobie z tego nie robiąc.


Z punktu widzenia Soul Taker...
Nareszcie znalazłem sposób.
A raczej Lord Zalgo go znalazł.
Sposób na morderstwo.
Aby Colin przepadł raz na zawsze.
Nie myślałem, że to będzie takie oczywiste. Wystarczył taki zwykły gest, by się od niego uwolnić. Ale czy to będzie takie proste? Na pewno nie. Nigdy nie miałem styczności z tym buntownikiem.  
Ale jestem w stanie to uczynić.
  To jego koniec.


Z punktu widzenia Toby'ego...
 Nie mogłem rozkminić, skąd on się tutaj wzięli. Colin aktywował setki cienkich macek, które od razu złapały Nathana i ścisnęły mocno. Jęczał z bólu. Tak samo zrobił z Jeffem, który wcześniej przebił go nożem. Podrzucał nim w górę i w dół, a on kurczowo próbował się czegoś złapać. Zauważyłem, że jego oczy powoli odwracają się białkami. Traci przytomność. Liu odciął jedną mackę, ale na tym się skończyło. Został przygnieciony do ziemi. Colin bawił się nami. Wtedy krzyki Nathana stały się jeszcze bardziej głośniejsze. Część macek zabarwiła na czerwono, a dosłownie przede mną spadła ręka. Urwana, jeszcze świeża ręka ściskająca nóż... D-dlaczego nie mogę się ruszyć? Dlaczego mogę tylko obserwowac ich cierpienia, samemu go nie doświadczy?! Ugryzłem się w wargę, aż wypłynęła krew. Nic nie czuję. Na swoich kolanach mam męczącego się Milana. Obok niego łkający jego brat. Przede mną rozgrywa się walka. Powoli wstałem i rzuciłem się na Colina. Przedarłem się przez ścianę macek, by wreszcie trafic jego serce... Nie. On nie ma serca. To tylko narząd w jego piersi. Tylko centymetry dzieliły mój toporek od niego, gdy nagle wszystko stanęło w miejscu, a on sam padł na ziemię. Przed sobą miałem nic innego jak ciało pozbawione głowy. Za to jego głowa była kilka metrów od nas. Odwrócona twarzą skierowaną w naszą stronę. Nadal miał ten okropny wyraz. Szczęście. Kiedy zdałem sobie sprawę z tego co przed chwilą ujrzałem, podbiegłem do Milana. Był w pozycji siedzącej i obejmował swojego brata, który ciągle płakał. Na mój widok otworzył usta, z których wypłynęła fala krwi. Czerwona ciecz oblała plecy Charliego. Ukląkłem. Wtedy błyskawicznie, ignorując ból złapał mnie za szyję i przybliżył do swojej twarzy.
 - Obiecuj, że Charlie będzie bezpieczny... -zaczął - Proszę, zaopiekuj się nim...
 - Nie - do moich oczu znowu zaczęły zbierac się łzy - To ty się nim zaopiekujesz. Ty, rozumiesz? Zaraz sprowadzę pomoc i wszystko będzie dobrze - po chwili już ryczałem - Przeżyjesz...
 - Obiecuj mi to!
 - Milan... - odezwał się Charlie - Co się dzieje? Wracajmy do domu... - płakał tak samo jak ja.
 - Wszystko w porządku, mistrzu - powiedział i spojrzał mu w oczy - Wszystko w porządku...
Wtedy jego ciało upadło na ziemię. z głuchym hukiem.
 - Milan...?
 Nie mogłem wykrztusic z siebie ani słowa. Przestał oddychac, a oczy były takie puste. Jego życie dobiegło końca.

czwartek, 21 lipca 2016

Dni z życia CreepyPast 2 s. II


Z punktu widzenia [pan Milana...]
 Obserwowałem całą potyczkę oczyma mojego nowego sługusa. Sam byłem w znacznym oddaleniu od nich. Pora sprawdzić jak sobie radzi jego ukochana. Przede mną pojawił się spory pokój. Kątem oka zobaczyłem, że obok dziewczyny ktoś siedzi. Rękę miała zakutą w kajdankach. Złapali ją? Cholera! Wiedziałem, że nie będzie z niej żadnego pożytku. Muszę się jej pozbyć, zanim coś im wypapla. Nie warto było spełniać prośby jej chłopaka, który błagał o ożywienie jej. Za to mam dwóch nowych sługusów. Szybko przekierowałem obraz na Milana. Żeby to szlag! Czy ten nieudacznik zawsze musi zgubić swój cel? Gdzie Toby?! Westchnąłem i przełączyłem na swój normalny obraz. Znajdowałem się właśnie w jakiejś jaskini, zapyziałej dziurze. W kącie kulił się ze strachu brat Milana, Charlie. Jego szlochy są wyjątkowo irytujące. Szybko złapałem go za rękę i pociągnąłem za sobą, kierując się na zewnątrz. Pora przyjrzeć się temu z bliska... albo własnoręcznie wszystkich zabić. Milan nie jest mi już do niczego potrzebny, skoro okazał się takim ciamajdą, który nawet nie potrafi go zabić. Ale najpierw muszę doprowadzić do spotkania dwóch braci. Dopiero potem wszystkich pozabijam.
 - Przestań ryczeć! - warknąłem na dzieciaka przyśpieszając kroku.
Rudzielec z trudem powstrzymał łzy i co chwila się o coś potykał. Jak to dobrze, że mam umiejętność kontrolowania czyiś snów, przez co Milan myśli, że ON naprawdę został zabity. Potem wystarczyło go podrzucić do jakiegoś lasu, porwać dzieciaka i już mi jadł z ręki. Po jakimś czasie usłyszałem krzyki Milana. Znalazłem go. Naturalnie obserwowałem ich w ukryciu, zakrywając Charliemu usta, żeby nic nie pisnął.
 - Kto jest twoim panem? - dopytywał się Toby. A niech już mówi. To było mi obojętne. I tak zaraz wszyscy umrą. Chcę tylko zobaczyć rozlew krwi. Ale szatyn nadal trzymał gębę na kłódkę. Błagam, niech wreszcie wyciągną ostrza. Chcę flaków na wierzcu. Telepatycznie dałem znać nowemu, aby przybył w to miejsce. Przełączyłem na jego obraz, sprawdzić jak daleko się znajduje. Już się zbliża. Może wtedy będzie ciekawiej i szybciej dojdzie do walki niż mają tak stać i gapić. Uśmiechnąłem się sam do siebie. Oni zrobią wszystko, wystarczy sprzwdać im dobrą bajkę. Świeżak służy mi, ponieważ ożywiłem jego dziewczynę. Ale ona i tak jest martwa! To tylko zombie ze świadomością tego czym jest! Jej ciało się rozkłada, gnije. Kilka dni, a zostanie całkowicie zeżarta. Wtedy tylko zabić tamtego. A ich miejsca zajmną kolejni naiwniacy liczący na to, że komuś im ożywię. Rozmyślałem tak dalej. Nagle poczułem ból po zewnętrznej stronie dłoni. Odruchowo się cofnąłem, ale zrobiłem wielki błąd. Odsłoniłem dzieciaka, który krzyknął jak najgłośniej i pobiegł w ich stronę, nim cokolwiek zdążyłem zrobić. Że dałem się wykiwać takiemu bachorowi! Natychmiast wyciągnąłem macki zza placów i złapałem go za kończyny, zaciągając w swoją stronę. W tym momencie przybył wspominany świeżak. No i wszyscy podani na tacy...


Z punktu widzenia Liu...
 Oczywiście, że zauważyłem braku Toby'ego. Wtedy dziwnie się zachowywał. Wiem, że to nie mój interes, ale jestem ciekaw w jakie kłopoty się wpakował. Kiedy upewniłem się, że wszyscy zasnęli, wyszedłem z pokoju. Poczułem lekki powiew, jakby ktoś przebiegł, ale to zignorowałem. Z siedzimy no-life było słychać stłumione krzyki.
 - Prze-przestań! Możesz w końcu byc spokojna?!
Otrząsłem głowę z brudnych myśli. Za co mnie pokarali takimi skojarzeniami... Westchnąłem i udałem się na dół, gdzie przy drzwiach majstrował Jeff z Soulem.
 - Co wy wyrabiacie? - spytałem półgłosem.
 - Otwieramy drzwi... - odpowiedział Soul, a Jeff nadal przy nich majstrował - Wiesz jak cholernie skrzypią? Chcemy być cicho.
Wypchnąłem brata lekko na bok i bez wahania otworzyłem je na oścież.
 - Chodzi o Tobyego, tak?
 - Tak...
 - Więc chodźmy - ruszyłem przed siebie. Jeff był zdziwiony tym, że nie protestowałem przeciwko niemu. Bez słowa ruszyli za mną. Drogę oświetlał nam bardzo jasny księżyc na bezchmurnym niebie. Usłyszeliśmy hałasy, więc Soul poszedł na zwiady. Kiedy wrócił, powkedział coś Jeffowi i obaj gdzieś pobiegli, zostawiając mnie za sobą.
 - Hej! Co się dzieje?! - darłem się, ale nke zwracali na mnie uwagi. Zorientowałem się, że biegniemy w stronę siedziby Nikkiego, Nathana i Mike. Tam wcześniej nocowaliśmy, w dzień przeprowadzki. Zastanawiałem się co zobaczył tam białowłosy i dlaczego kierują się właśnie do nich. Na miejscu Jeff zapukał jak najmocniej i krzyczał. Tylko dlaczego?
 - Możesz mi powiedzieć, co tam zobaczyłeś?! - spytałem zdyszany.
Soul Taker westchnął zawiedziony. Chyba nie chciał mi nic powiedzieć, co mnie wkurzało, bardzo.
 Tymczasem na niebie pojawiła się błyskawica. Nadciągała wielka burza.

niedziela, 17 lipca 2016

Dni z życia Creepypast 1 s. II

Nazwa II serii - Błędy naszych demonów. Życzę miłego czytania!


Z punktu widzenia Toby'ego...
 Stałem naprzeciwko Milana i mierzyliśmy się wzrokiem. Chciałem z nim spokojnie porozmawiać, ale chłopak najwyraźniej nie był chętny do rozmowy. Kurczowo ściskał nóż wymierzony we mnie. Przygotowałem siekierę do obrony.
 - Mamy sobie coś do wyjaśnienia - powiedziałem - Dlaczego...
 - Chcę cię zabić? - przerwał mi - Robię to z rozkazu mojego pana. A kiedy ty umrzesz, ja i Charlie znowu będziemy razem. Przepraszam. Nie sądziłem, że kiedykolwiek to się tak potoczy.
Po tych słowach ruszył w moją stronę, celując we mnie nożem. Wziąłem zamach i mógłbym odciąć mu dłonie, gdyby nie to, że błyskawicznie się wycofał i rzucił we mnie nożem. Cholera. Przewidział to. Niepotrzebnie się odsłaniałem. Ostrze trafiło mnie w brzuch, ale na szczęście nic się nie stało. Tylko upadło na ziemię. Milan nigdy nie był dobry w rzucaniu bronią. Ale za to moja siekiera zanurzyła się w ziemi. Zanim ją wyjąłem, chłopak ruszył na mnie z kolejnym nożem. Zdążyłem osłonic się ręką i uderzyłem go głową w brzuch, a ostrze wycelowałem w jego kolano. Wrzasnął z bólu i runął na ziemię.
 - Naprawdę chcę tylko porozmawiać - powiedziałem cofając się nieco. W odpowiedzi rzucił we mnie swoim nożem, lecz niecelnie. Próbował się podnieść, ale przygniotłem mu klatkę nogą. Wtedy z kieszeni wyjął kolejny nóż, zapewne ostatni, i dźgnął mnie powyżej kolana. Wyjął go i zamachnął się by dźgnąć mnie jeszcze raz, ale szybko złapałem go za nadgarstek i pociągnąłem do góry, zmuszając go tym samym do upuszczenia broni. Wolną ręką złapał mnie za kostkę, ale niewiele mógł zdziałać, oprócz wbijania paznokci w skórę.
 - A teraz mi powiedz... - zacząłem - jak się nazywa twój pan i kim jest Charlie.
 - On... Charlie to mój brat. Został zamordowany na moich oczach. Jedyne co mogłem zrobić, to przyglądać się wszystkiemu z ukrycia - jego oczach pojawiły się łzy - I wtedy pojawił się on. Mój pan. Powiedział mi, że ożywi Charliego, jeśli coś dla niego zrobię. Dopiero kiedy cię poznałem i szczerze polubiłem, rozkazał mi cię zabić. Ale zrobiłbym wszystko dla mojego braciszka.
 - Jak się nazywa twój pan?
Milan nie odzywał się. Próbował się tylko wyrwać, ale na marne. Całkiem go uwięziłem. Nogi miał za słabe by kopnąc mnie na tyle mocno. Właściwie to nie wiedziałem co robić. Puszczę go - zabije mnie. Zabicie go czy próby dogadania się z nim nie wchodziło w rachubę. Nagle usłyszałem trzask gałęzi za sobą. Przechyliłem głowę. Za mną stał bardzo wysoki chłopak. Nie widziałem go dokładnie, ponieważ był daleko, a poza tym trochę ciemno. Jednakże czułem na sobie jego wzrok i miałem wrażenie, że wszystko to obserwuje z uśmiechem na twarzy.
 - Ty... - usłyszałem chrapliwy głos przed sobą. Gwałtownie odwróciłem głowę w stronę dźwięku. Przede mną stał niska dziewczyna - Puszczaj go.
Miała ona przekrwione oczy, bladą jak trup cerę, a czarne, długie włosy sięgające do bioder wyglądały jak piórka. Ubrania miała brudne, podarte i pochlapane krwią. W dłoni trzymała tasak. Zauważyłem też, że miała kolczyk na wardze. Milan zgiął nieco kark by widzieć kto mu przybył na ratunek, a dziewczyna rzuciła się na mnie, celując tasakiem w szyję. Błyskawicznie odskoczyłem do tyłu i przyparłem do drzewa za mną. Dziewczyna pomogła wstać Milanowi i oboje zwrócili się ku mnie. Szatyn miał lekki grymas na twarzy, za to u czarnowłosej malowała się żądza krwi.
 - Ech... - westchnęła - Zabijmy go szybko i wracajmy.
 - J-jasne - zająknął się chłopak.
Milan pobiegł na lewo, a dziewczyna na prawo. Najpierw musiałem zablokować jej atak, przez co znowu się odsłoniłem i dałem mu okazję do dźgnięcia mnie w żebra. Udało mi się go kopnąć, a dziewczynę zaatakowałem z główki. Jęknęła cicho i przewróciła się na ziemię. Nie była zbytnio silna. Kiedy ją uderzyłem, była bardzo zimna, a może mi się wydawało. Skoncentrowałem się na moim wcześniejszym przeciwniku. Chwyciłem siekierę i rękojeścią wycelowałem w głowę. Nie chcemy jego śmierci. Ale zanim go uderzyłem, tamta dziewczyna złapała mnie od tyłu w pasie. Wzdrygnąłem się nieco. Dosięgała mi zaledwie do pępka... Jedną ręką usiłowała mi wbić tasak w brzuch, ale ją powstrzymywałem. Tymczasem Milan znów we mnie wymierzył ostrze. Szybko się odwróciłem, mając nadzieję, że trafi czarnowłosą, ale zamiast tego poczułem jak nóż wbija mi się między łopatki. Szybko odrzuciłem ją od tyłu na Milana, wyrywając jej tym samym tasak. Może i jest słaba, ale oni razem to zgrany duet. Zabiją mnie. Rozejrzałem się szybko po lesie, sprawdzając czy nie ma tu jeszcze innych ich kolegów i pobiegłem przed siebie, tak szybko jak się tylko dało. Po jakimś czasie odwróciłem głowę. Nie biegli za mną. A może polecieli bokami? Nagle wpadłem na coś miękkiego. Zachwiałem się i spojrzałem przed siebie. Slenderman? Nie, nie, był inaczej ubrany i miał twarz. Przyglądałem mu się, ale nic nie przychodziło mi do głowy kim mógł być. Zresztą i tak niewiele widziałem. Przypomniało mi się o tamtym chłopaku, który miał okazję zobaczyc kawałek sceny z walki. Nagle postać dosłownie rozpłynęła się w powietrzu. Tak po prostu. Zostawił za sobą czarną mgłę, która równie szybko się ulotniła. W tym samym czasie usłyszałem za sobą szelest liści i trzask gałęzi. To oni. Zbliżają się.


Z punktu widzenia Clockwork...
 Stałam tam jeszcze przez chwilę, kiedy Toby wyszedł. Zakładam, że byłam czerwona jak burak. Zastanawiało mnie tylko jedno - mówił szczerze czy tylko udawał, żebym za nim nie poszła? Westchnęłam teatralnie i usiadłam za kanapie, zwrócona do drzwi. Toby długo nie wracał, co zaczęło mnie niepokoić. Byłam bardzo zmęczona, ale i tak czekałam na jego powrót. Nagle w pomieszczeniu rozbłysło światło, a z ostatniego schodka zszedł E.Jack. Zmierzał w kierunku zlewu. Ugięłam nieco nogi, które zaczynały drętwieć.
 - Kto tam? - zapytał ochrypłym głosem, zatrzymał się w połowie drogi i zwrócił twarz na mnie.
 - Clockwork - odpowiedziałam.
 - Aha - ziewnął i znowu ruszył do zlewu - Dlaczego nie śpisz?
 - Za kilka minut ma lecieć jakiś dramat w TV, więc czekam - skłamałam.
Chłopak sięgnął po szklankę, nalał sobie zimnej wody i upił parę łyków.
 - Jak chcesz. Tylko nie za głośno...
 - Będę pamiętać.
Jack dopił resztę wody z szklanki i powędrował na górę. Znowu zostałam sama. Wierciłam się niespokojnie czekając na jego powrót. Nagle całe pomieszczenie przez ułamek sekundy rozbłysł jasnym światłem. Chwilę później usłyszałam grzmot. Na szybę powoli zaczęły spadać pierwsze krople deszczu. Podeszłam do okna. Okropna pogoda. Burza, deszcz, do tego silny wiatr. Zaczęłam bardziej martwic się o niego. Chciałam po niego już wychodzić. Po cichu przemknęłam do pokoju i się przebrałam, uważając by nikogo nie obudzić. Gdy znalazłam się na dole zabrałam z naszego magazynu jedynie dwa noże. Tyle mi wystarczy. Zamknęłam magazynek i ruszyłam w stronę drzwi, kiedy nagle zorientowałam się, że ktoś po tamtej stronie szarpie za klamkę. Wnet drzwi otworzyły się z wielkim hukiem, a w progu stanęła jakaś obca dziewczyna. Pomyślałabym, że to jakiś turysta, gdyby nie to, że była pochlapana krwią, cała blada i miała w dłoni tasak. Patrzyłam na nią z góry zmieszana, gdyż była bardzo niska.
 - Czego tutaj szukasz? - spytałam nieco podniesionym tonem.
 - Nie twoja sprawa - nagle dziewczyna rzuciła się na mnie z wymierzonym tasakiem w brzuch. Jej błąd. Chciałam dobrze. Zablokowałam atak czarnowłosej i pisnęłam wniebogłosy, by obudzić innych. Dziewczyna sprzedała mi kopniaka w brzuch i cofnęła się nieco, ale złapałam ją za nadgarstek i ścisnęłam mocno. Drugą ręką próbowała mnie dźgnąć tasakiem, ale wystarczyło tylko kopnąć jej w rękę żeby go upuściła. Była słaba.
 - Co się stało? - pierwszy na dole pojawił się Kasper.
 - Ta mała gnida wpadła tutaj i próbowała mnie zabić - parsknęłam.
 - Interesujące - pojawił się Jason i podszedł bliżej, mierząc dziewczynę wzrokiem.
Kolejna osoba, czyli Puppet gwizdnął na jej widok, a potem zobaczył schodzącą ze schodów Zero i skupił uwagę na otwarte drzwi. Podszedł je zamknąć.
 - Co z nią zrobimy? - spytałam. Z góry zeszła kolejna grupka ludzi niezorientowana w temacie.
 - Zabijemy i wytniemy uśmiech? - powiedział Jeff.
 - Przerobimy na lalkę? - powiedzieli równocześnie Jason i Puppeteer.
 - Zjemy nerkę? - powiedział E.Jack, a wszyscy spojrzeli na niego krzywo.
 - NIECH SPŁONIE - krzyknęła Alice wyciągając zapałki. Na szczęście Judge ją powstrzymała.
 - Nie dzisiaj.
 - Zróbmy piniatę! - zawołał L.Jack.
 - Albo niech posłuży mi jako ofiara dla mojego pana! - zawołał Kasper swoimi wieloma głosami.
 - Ej! Ale najpierw zabieram jej duszę! - to z kolei powiedział Soul Taker.
 - A ja krew! - zawołał za nim Bloody Painter.
 - CISZA! - ryknęłam - Proponuję poprosić wujka aby wymazał jej pamięć, a potem gdzieś porzucić.
 - Jesteś zbyt łagodna... - burknął Jeff.
 - I tak mnie nie zabijecie! - odezwała się czarnowłosa i na nowo próbowała się wyrwać - Zresztą moi bracia już tutaj idą! Uratują mnie, a wy macie przekichane!
 - Nie wydaje mi się - w mojej głowie rozbrzmiał ten nieprzyjemny głos Slendera - Zatrzymamy ją tutaj i spróbujemy wyciągnąć z niej kim jest i dla kogo pracuje.
 - Nie może...-
 - Umarłym nie można czytać w myślach.
Wszyscy spojrzeli na dziewczynę nieco osłupieni.
 - Ben, Red i Silver, będziecie jej pilnować. Jutro pokombinujemy jak z niej coś wyciągnąć.
Ben już miał protestować, ale Slender spojrzał na niego gniewnym wzrokiem (?) i już się nie odzywał. Podszedł do dziewczyny, złapał za drugi nadgarstek i zaciągnął za sobą. Czarnowłosa oczywiście próbowała się mu wyrywać i go biła wolną ręką, za co dostała kopniaka w żebra od blondyna. Za nimi powędrowali Silver i Red. Zaraz po trzasku drzwi od ich pokoju, usłyszeliśmy głośne krzyki. Potem coś łupło na ziemię i nastąpiła cisza. Wszyscy rozeszli się do swoich pokoi, w tym ja również, aby dziewczyny nie nabrały podejrzeń, ale i tak nikt nie zauważył braku Tobyego.



CDN...

czwartek, 7 lipca 2016

Dni z życia CreepyPast 31

Witam, witam i o zdrowie pytam. Miało byc 33 w jednej serii, ale będzie 31. Niedługo otwieramy nowy sezon! Mam szydercze plany, hyhyhy.
_____________________________________________________________________________________________

Z punktu widzenia Milana...
Serce drżało mi jak oszalałe. Dzisiaj to zrobię. Muszę. Szedłem zaraz za Toby'm, który mnie gdzieś prowadził. Tak, do tamtego domu, w którym kiedyś mieszkali. Slendy go wysłał na misję, by sprawdzić, czy od ich zniknięcia nie pojawili się tam Skrollverse. Przy okazji zabrał mnie. Na miejscu dom był totalnie zdemolowany. Tylko niektóre pokoju były w stanie nienaruszonym, co mnie zdziwiło.
 - Byli tutaj. - oznajmił Toby oglądając zadrapanie pazurami na ścianie. Wiele zadrapań.
 - Może wcześniej tutaj było?
 - Nie, nie. Przecież wszystko jest zakurzone. Wszystko oprócz klamki. I widać ślady butów.
W sumie logiczne. Wyszliśmy i udaliśmy się do lasu, na górę. Powoli zbliżaliśmy się do miejsca, w którym się poznaliśmy. Dokładnie je pamiętam, jakbym przesiadywał tam całymi dniami, a przecież spędziłem tam tylko kilka chwil. Zakończę to. Zakończę to i znowu spotkam się z Charlie'm. Znowu będziemy razem. Nagle zrobiło mi się słabo. Szkoda mi go. Naprawdę się zaprzyjaźniliśmy, a miałem nie brac tego na poważnie. Zakończę to szybko, tak jak mi nakazał pan. Gdyby ode mnie to zależało, nigdy bym go nie zabił. Jednak...
 - Toby? - zatrzymałem się i sięgnąłem po nóż. Ścisnąłem mocno jego rękojeść. Zauważyłem, że moje kąciki ust drgają, jakbym miał zaraz płakać, więc próbowałem się uspokoić.
 - Hmmm? - zatrzymał się. Był odwrócony plecami.
 - Giń.
Szybkim ruchem wbiłem nóż między jego łopatki i obaliłem go na ziemię. Toby krzyknął. Próbował sięgnąć ręką po toporek, więc je wyrzuciłem gdzieś daleko. Odwróciłem go tak, aby patrzeć mu w oczy. Na jego twarzy malował się gniew, zaskoczenie, panika i smutek. Miałem przy sobie trzy noże. Zrobiłem coś brutalnego. Wbiłem jeden z nich w jego dłoń aż po rękojeść, przygwożdżając go tym samym do ziemi.
 - Milan? - odezwał się.
 - Przepraszam. Nie chciałem tego. - mój głos niemal drgał. Zacisnąłem zęby. Muszę go zabic dla Charliego. Dla mojego pana. Dla nas.
Powoli uniosłem nad nim nóż. Nie patrzyłem już w jego twarz, ale czułem uśmiech. Jeszcze raz spojrzałem mu w oczy.
 - Nie patrz w oczy swoich ofiar, inaczej będą cię nawiedzać w koszmarach - powiedział uśmiechnięty, a ja poczułem uderzenie w żebra. Wylądowałem parę metrów od nich. Chwiejnie wstałem z ziemi. Zobaczyłem, jak ktoś pomaga Tobyemu. Miał pomarańczową bluzę i czerwone oczy, oraz usta wygięte w grymasie. Hoodie. Opowiadał kiedyś o nim. Nagle obaj spojrzeli się w moją stronę. Szatyn dosłownie mnie pożerał. Malował się na nim rozczarowanie. Mniejsza z tym. Było ich dwóch. Natychmiast rzuciłem się do ucieczki, pokonując ból. Ale Hoodie był cholernie szybki. Prawie mnie ma. Założę się, że nie skacze zbyt daleko. Błyskawicznie wdrapałem się na wysokie drzewo i skakałem z gałęzi na gałąź. Tak jak przypuszczałem, nie skacze zbyt wysoko i szybko spadł. W mgnieniu oka ich zgubiłem.


Z punktu widzenia Toby'ego...
 Stałem tam jak kołek, obserwując ja Milan ucieka górą. Byłem zszokowany. Dlaczego chciał mnie zabic? Dlaczego "tego nie chciał"? Myślałem, że uważa mnie za swojego przyjaciela. Jak zwykle byłem naiwny i mu zaufałem. Wszystko mieszało mi się w głowie. Spojrzałem na moją przebitą dłoń. Obficie krwawiła. Chwilę potem Hoodie go zgubił i zajął się moimi ranami. Wróciliśmy do domu. Tam Slendy uleczył mnie do końca. Nie wiem jak to zrobię, ale wymknę się jeszcze dziś w nocy i go poszukam. Może Slendy się nie zorientuje... Mamy sporo z Milanem do wyjaśnienia. Może zginę, może obaj się pozabijamy, albo tylko ja wyjdę z tego żywy. Trudno.
Kiedy nastała noc, poczekałem aż wszyscy zasną. Dopiero wtedy przemknąłem na dół i uchyliłem drzwi. Wtedy coś sobie przypomniałem. Nie mam broni. Wziąłem z naszego magazynku mały nożyk i siekierę. Dałem sobie spokój z bronią palną. Zamknąłem magazyn i udałem się do drzwi. Nagle w pomieszczeniu rozbłysło światło. Odwróciłem się gwałtownie. Na szczęście to tylko Clockwork. Była ospała i miała na sobie piżamę w żyrafę.
 - Gdzie się wybierasz? - spytała patrząc na broń.
 - Na spacer - odpowiedziałem - Oczywiście, że szukac Milana, tylko proszę, nie wydaj mnie.
 - Nie możesz - dziewczyna szybko do mnie podbiegła i złapała za nadgarstek - Nie pozwolę ci tam iśc.
Spojrzałem na nią z troską i westchnąłem.
 - Nic mi nie będzie.
 - W takim razie idę z tobą - oznajmiła stanowczo.
 - A jak ci się coś stanie? Nie wybaczę sobie tego.
Spojrzała na mnie z determinacją w oczach.
 - Proszę, zostań tutaj... - błagałem.
Wiedziałem, że Milan raczej nic jej nie zrobi. Przecież nie ma do niej żadnego interesu. Mimo to i tak się martwiłem. Przecież i tak mógł jej coś zrobić.  Clockwork otworzyła usta by coś powiedzieć, ale szybko przybliżyłem do niej głowę i pocałowałem dziewczynę w usta, po czym objąłem. Następnie wyszeptałem jej do ucha "Kocham Cię" i natychmiast wyszedłem, zostawiając ją samą. Chcę ją chronic za wszelką cenę.
Powoli ruszyłem w stronę miejsca, w którym ostatnio widziałem Milana.



CDN...


poniedziałek, 27 czerwca 2016

CreepyPasta - Mike




 Dzień zapowiadał się słonecznie. Mike przeciągał się w swoim łóżku, dopóki nie poczuł zapach sadzonych jajek. Wtedy jedynastolatek natychmiast wstał i powędrował do kuchni, gdzie już czekało śniadanie.
 - Witaj, młody człowieku - przywitał go ojciec - Jak się spało?
 - Nie pytaj... - odparł blondyn zasiadając do jedzenia.
 Pan Richard, czyli ojciec chłopaka wychowywał go samotnie. Żona dawno opuściła go z kochankiem, kiedy jeszcze Mike był mały. Zaraz po tym urodziła kolejne dziecko - Victora - jednak oddała go do adopcji, bo "po co jej bachor". Nigdy nie mówił synowi o tym, że ba brata. Z resztą za mało zarabiał.
  Kiedy Mike skończył śniadanie, wyszedł na dwór po swojego młodszego kuzyna, Lukasa. Spędzali ze sobą prawie całe dnie. Wszyscy z okolicy wręcz ich nienawidzili i trzymali swoje dzieci z daleka od nich, twierdząc "że mają na nich zły wpływ". Nic dziwnego, że tak uważali - w nocy obrzucali domy papierem toaletowym, golili ich pupile i podkradali owoce z sadu. Jednak jakoś nikt nie wpadł na pomysł, by powiedzieć o tym ich opiekunom. Tak więc chłopcy czuli się jak bogowie, wolni i bezkarni.
  Mike wziął ze sobą całkiem wypchany plecak. Przechodząc nieopodal stawu doszły do nich czyjeś głośne śmiechy. Gdy znaleźli źródło tego hałasu, zobaczyli Davida i jego dwóch kolegów. Właśnie podtapiali jakiegoś rudego kota. Mike nie chciał mieć z nimi problemów, więc trochę przyśpieszył kroku. Mało kto chciał z nimi zadzierać, a jeśli już ktoś to zrobił, musiał dysponować albo wielką odwagą, albo wielką głupotą.
 - Zabiją go... - Lukas wskazał ręką na paczkę Davida.
 - To tylko kot... - powiedział Mike.
 - Ale to nasz ulubiony kot! Zawsze się z nami bawił!
 - Raczej uciekał gdzie pieprz rośnie...
 - I nic z tym nie zrobimy?
 - Jeszcze czego! Ciekawe co!
Mały tylko westchnął z nutką żalu w głosie i już się nie odzywał. Jednak miał rację. Oni go zabili. Potem zaczęli czepiać się jakiegoś bruneta. Szybko powalili go na ziemię i zaczęli kopać. Jakże Mike wtedy żałował, że był wtedy taki słaby. Bezsilny. Oprócz przyglądania się nie mógł zrobić nic. Bo co on może? Oni dwóch przeciwko pięciu osobowej bandzie. Tamten brunet raczej by nie pomógł. Chłopaka ogarnęło silne uczucie bezradności. W końcu odrzucił od siebie te ponure myśli. Chłopcy udali się na drugi koniec ich niewielkiego miasta. Następnie puścili się w wielki las. Na drugim końcu znajdowały się tam ruiny jakiegoś zamku. Dowiedzieli się, że parę osób chce się tam wybrać w nocy, by sprawdzić plotki. A plotki były takie, że co nocy po ruinach zamku przechodzi się duch panny młodej, która szuka swojego narzeczonego, zgniecionego pod stertą gruzu. Podobno trupy gości weselnych nadal tam leżą... ale to tylko plotki. Mike po prostu kpił z tych, którzy wierzyli w takie coś. To nie istniało... Przecież sam je wymyślał i roznosił po wiosce. Tak, ponad połowa legend o tej okolicy posypały się z jego ust.  Oczywiście zawsze, jakimś cudem pozostał animowy.
 - Będzie zabawa! - krzyknął Mike, gdy zobaczył ruiny zamku.
Na miejscu wyjął zawartość plecaka. Na ziemi położył nieco poszarpany welon ślubny, krwiste farby, sztuczne dłonie, kosmyk włosów z jakiejś lalki, białe serwetki i chusteczkę, na którą pokropił trochę wody, aby wyglądały jak łzy. Kiedy wszystko wypakował, spojrzał na Lukasa podejrzanie:
 - A ty? Nic nie przyniosłeś?
Chłopiec wzruszył ramionami.
 - Mogłem się tego spodziewać... - westchnął blondyn.
Potem zaczęli przygotowania. Namazali na ścianach czerwoną farbą napisy: "Gdzie jesteś, ukochany?", "Nie uciekniesz", "Nikt stąd nie wyjdzie". Umieścili sztuczne części ciała pod gruzami i zawiesili gdzieś welon z chustą. Serwetki umazali farbą i porozrzucali wszędzie gdzie się dało. Kiedy wszystko było gotowe, chłopcy wrócili do domów. Wrócili tam dopiero wieczorem. Byli ubrani na czarno. Zajęli swoje pozycje. Chwilę później zjawiła się grupa dzieciaków. Były dwie dziewczyny i trzech chłopców. Towarzyszył im wielki, groźny pies. Obaj chłopcy, a w szczególności Lukas, bali się tych zwierząt, ale teraz nie ma odwrotu. Był na smyczy.
Nie minęło dwadzieścia minut, a grupka postanowiła opuścić ruiny zamku. Dzieciaki były mocno przerażone, a chłopcy tylko się powstrzymywali od śmiechu w ukryciu. Nagle Lukas zmienił położenie swojej nogi, tym samym nadeptując na coś i runął do tyłu, na stertę ostrych kamieni. Powstrzymał się od jęku, ale i tak to by nic nie dało. Już się odsłonił. Widać było jego głowę przykrytą czarnym kapturem. Grupa pomyślała, że to pewnie kolejny trup, a pies od razu rzucił się na niego. Lukas krzyczał, odpychał go od siebie, bronił się, wołał o pomoc. Jeden z chłopców imieniem Mati przywołał do siebie psa gwizdem. Ten posłusznie zostawił Lukasa i podbiegł do swojego pana.
 - To ty robisz takie głupie żarty? - warknęła któraś z dziewcząt - Ty udawałeś ducha?!
Lukas otarł twarz i spojrzał na bandę.
 - I to pewnie ty obrzuciłeś nasze domy papierem - jeden z chłopców, Finn, strzykał sobie palcami - I przebiłeś opony w rowerze, co, Lukas?
Chłopiec przełknął ślinę i zadrżał. To on za tym wszystkim stał. On i Mike. Ale zawsze udawało im się uciec. Tym razem jest inaczej.
 - Teraz dostaniesz za to wszystko! - wrzasnął Finn i rzucił się na niego.
Nagle w ułamku sekundy dosłownie przed nim pojawił się Mike i przyjął na siebie cios w szczękę. Nie był zbytnio silny, ale i tak zachwiał się i z trudem nie upadł. Finn spojrzał na niego nieco zmieszany, a po chwili zaczął serię ciosów. Blondyn nawet nie zdążył zareagować. Upadł bezwładnie na ziemię. Kiedy jego oprawca znowu miał się rzucić, chłopak szybkim ruchem wyciągnął ze swojej kieszeni scyzoryk, który zawsze trzymał przy sobie i zadał nim parę machnięć. W pierwszej chwili poczuł satysfakcję. To on ma władzę nad sytuacją, nie przeciwnik. To właśnie przeciwnik czuje się bezsilny, chociaż jeszcze przed chwilą miał przewagę. Przez kilka sekund na jego twarzy zagościł obłąkany uśmiech. Finn krzyknął po czym upadł na ziemię w bezruchu. Czwórka zastygła w osłupieniu. Lukas patrzył na tę scenę przerażony. Nagle ciało Finna leżało w kałuży krwi, która stopniowo się zwiększała. Dopiero teraz Mike odzyskał świadomość umysłu i zdał sobie sprawę z tego co zrobił.
 - Ja n-nie chciałem... - wypowiedział i spojrzał na swoje zakrwawione dłonie, a potem na martwe ciało.
 - Morderca! - krzyknął Mati - Zabiłeś go! Zabójca!
Pies szczeknął, po czym rzucił się przed siebie. Jednak nie na Mike'a. Tylko na jego kuzyna. Prosto na szyję. I pewnie w krótkim czasie rozszarpałby go na kawałeczki, gdyby Mike w niego nie cisnął jakąś cegłą. Pies odbiegł skulony, razem z dzieciakami.
 - Lukas... - wydusił Mike.
Chłopiec był bliski płaczu. Już nie patrzył na swojego starszego kuzyna z podziwem w oczach, ale patrzył na niego jak na mordercę.
 - Ja nie chciałem... - tylko tyle dał radę wydusić.

  Minęły cztery lata od tamtego zdarzenia.
Właśnie tyle Mike przesiedział w poprawczaku. Kara wydaje się zbyt łagodna, ale sąd uznał, że skoro to był jego pierwszy "wybryk" i że zabił w celu obrony - nie ma sensu trzymać go dłużej. Poza tym Mike wyraził skruchę. Bardzo żałował tego czynu. W szkole wszyscy unikali go jak ognia - już nawet nie był gnębiony czy prześladowany. Wszyscy patrzyli na niego odrażającym spojrzeniem. Nawet Lukas nie chciał mieć z nim nic wspólnego. Gdyby ktokolwiek się dowiedział o tym, że się z nim zadaje, też byłby unikany. A tego nie chciał. Tak więc Mike spędzał całe dnie samotnie, a po szkole praktycznie nie wychodził ze swojego pokoju. Nawet nie odsłaniał rolet. Zamykał się od środka. Tam zwyczajnie leżał na łóżku wsłuchując się w muzykę. Zmienił się. Już nie był taki jak kiedyś. Pyskował nauczycielom, sąsiadom. Łatwo dawał się sprowokować do bójki. Wystarczyło jedno dłuższe spojrzenie na niego. Nawet podkradał jakieś towary w mniejszych sklepikach. Jakby zupełnie wdarła się w niego inna osoba. Dopiero przy swoim tacie był "normalny". Uwielbiał go i kochał za wszystko co dla niego zrobił.
 Niebo było zachmurzone. Tego dnia Mike musiał spędzić w szkole dodatkowe dwie godziny, jako kara za ucieczkę. Wtedy właśnie odbywały się dodatkowe zajęcia z biologii, na które chodził Lukas. Poza tymi kilkoma osobami z kółka, Mike'a, dwóch nauczycieli i sprzątaczek, szkoła była opustoszała. W końcu uczniowie - wraz z Mike'm - mogli udać się do domów. Tylko dwaj kuzyni musieli czekać na autobus. A do tego czasu się rozpadało. Chłopcy stali bokiem do siebie. Lukas nawet nie raczył się na niego zerknąć, za to blondyn intensywnie się jemu przyglądał. Czuł do niego złość. To on powiedział swoim rodzicom o jego morderstwie. Tamte dzieciaki były zbyt przerażone i siedziały cicho. Mike nawet nie brał pod uwagę tego, że prędzej czy później któreś z nich ujawniło prawdę. Obwiniał tylko Lukasa. Swojego kuzyna, z którym kiedyś się przyjaźnił, teraz kipiała do niego niechęć i żądza mordu.
 - Więc teraz masz nowych przyjaciół? - powiedział swobodnie Mike. Teraz miał kompletny inny ton głosu. Nie był już taki radosny i beztroski jak dawniej.
 - Wiesz, że to przez ciebie gniłem tam przez cztery lata - warknął i zbliżył się do niego.
Lukas nie obdarzył go nawet spojrzeniem. Czy to był strach przed tym, że zostanie odepchnięty od rówieśników, jeżeli ktoś się dowie, że z nim rozmawiał, czy ze strachu przed dawnym przyjacielem?
 - Z resztą. Co ty możesz wiedzieć. Obroniłem cię przed nimi, a ty mnie wydałeś.
Lukas wbił wzrok w swoje stopy. Mike uśmiechnął się szyderczo i mocno chwycił chłopaka za nadgarstek. Mocno go trzymał, równocześnie wbijając swoje pazury w skórę. Lukas jęknął cicho i próbował się wyrwać, ale blondyn był silniejszy. Cisnął nim o ścianę przystanku i już ułożył swoje w dłonie w pięści, gdy nagle usłyszał:
 - Zostaw go!
Automatycznie się odwrócił. Za nim stała Lisa - rówieśniczka Mike'a chodząca do równoległej klasy. Słynęła ze swojej dobroduszności.
 - Bo co? - syknął Mike i ruszył w jej kierunku, kiedy nagle poczuł uderzenie z tyłu głowy. To Lukas go zaatakował. Mike jęknął tylko cicho i znowu odwrócił się do kuzyna. Tym razem słowa stojącej za nim Lisy nie zadziałały. Niebieskooki okładał chłopaka po całym ciele, jakby to był worek treningowy. Lukas jęczał i błagał, aby przestał. Ostatecznie odciągnęło go dwóch starszych chłopców, a Lukasa i Lisę zaprowadzili do szkoły. Mike nawet za nimi nie szedł. Z resztą autobus już przyjechał. Wsiadł do środka i odjechał, obserwując przez okno oddalającego się Lukasa. Na miejscu nie przyszedł od razu do domu. Czekał na powrót kuzyna pod płotem wujostwa. Kiedy tylko go zobaczył, zerwał się z ziemi i szybko do niego podbiegł. Bez zbędnych słowach wstępu od razu zaatakował. Ale tym razem nie spodziewał się, że wiedział co się stanie i zrobił unik. Szybkim ruchem kopnął go kolanem w brzuch. Mike odpłacił się tym samym, tyle że z ponad dwukrotnie większą siłą. Zadał jeszcze kilka uderzeń i w końcu powalił go na ziemię. Zabiłby go, gdyby nie szybka reakcja sąsiadów. Pan Bill szybko odciągnął chłopaka od leżącego i mocno trzymał, by nie uciekł. Tymczasem rannym zajęli się jego rodzice. Mike omiatał wzrokiem wszystkich gapiów. Wśród nich ujrzał zmęczoną twarz ojca, pełna zrezygnowania. Znowu poczuł się jak wtedy w lesie - czuł żal do siebie. Zawiódł osobę na której mu zależy. Już nawet nie patrzył mu w oczy. Chciał po prostu zniknąć. Szybko obrócił głowę, ugryzł pana Billa i tym samym wyrwał się z uścisku. Pobiegł ile sił w nogach przed siebie. Nieważne gdzie. Byle daleko stąd. Wrócił dopiero parę godzin później. Bardzo cicho czmychnął do swojego pokoju i się zamknął. Wtedy to zrozumiał. To wszystko przez Lukasa. Nienawidził go za to co zrobił. Niekiedy go widział, miał ochotę go rozszarpać. Rozwiązanie było proste - należy się go pozbyć. Właśnie do takiego wnionsku doszedł Mike.
 Parę dni później wszystko wróciło do porządku dziennego. Mike nom-stop obserwował Lukasa. Po szkole poszedł za nim i innym jego kolegą do parku. Podczas gdy oni rozmawiali w najlepsze, blondyn czaił się za drzewem. Tylko czekał na odpowiedni moment. Park był bardzo zacisznym miejscem, mało osób do niego chodziło. W końcu obaj znaleźli się tuż obok niego. Wystarczyłoby wyciągnięcie ręki. Mike szybko wyskoczył z ukrycia i zatopił nóż w szyi kolegi Lukasa, aż po rękojeść. Padł na ziemię jak długi. Lukas nim zdążył coś zrobić, został obalony na ziemię. Do jego oczu nazbierały się łzy. Na twarzy Mike'a malował się obłąkany uśmiech. Przyłożył już zakrwawione ostrze do szyi nastolatka. Nikt nic nie widzi. Teraz już nikt go od tego nie powstrzyma. Tak długo na to czekał. Intensywnie wpatrywał się w jego zapłakane oczy, czekając aż cokolwiek powie. Nie wydobył z siebie najmniejszego dźwięku. Mike lekko przesuwał ostrze po jego szyi, jakby się zastanawiał które miejsce naciąć. Zdecydował się w serce.
 - Żałośnie wyglądasz, kiedy jesteś bezradny.
Uniósł broń do góry i błyskawicznie rozciął mu klatkę. Lukas zawył z bólu. Dławił się własną krwią. Mike wbijał najpierw nóż w pojedyńcze części ciała i napawał się każdym krzykiem, przepełnionym ludzkim cierpieniem i rozpaczą. Jednak jęki stały się nieco irytujące i mogły kogoś przyciągnąć, więc blondyn odciął mu język. Znowu poczuł się silny. Zaczął obdzierać skórę z jego palców, aby potem je wyrwać, niczym piórko u jakiegoś ptaka. Ogarnęła go euforia. Ostatecznie jego ostrze przebiło serce. Mike wstał ze zwłok kuzyna i pochylił się nad nimi. Następnie wyciął mu flaki i owinął nimi jego głowę. Po wszystkim te uczucie wyższości zniknęło. Chciał znowu z kimś wygrać. Wnet spojrzał się za siebie. W jego stronę ktoś zmierzał. Był daleko, więc nie widział tego co tutaj zaszło. Mike uśmiechnął się sam do siebie i ruszył w stronę przechodnia.
 - Żałosny...

czwartek, 23 czerwca 2016

Dni z życia CreepyPast 30



Z punktu widzenia Toby'ego...
 Ostatnio coraz więcej czasu spędzam z Milanem. A skoro już przy nim jesteśmy, przez niego spędziłem noc na drzewie. Zachciało mu się drażnic pieski. Ale nie zauważył, że nie były na smyczy. Cztery psy były zamknięte w małych, niskich ogrodzeniach. Z łatwością je przeskoczyły i zaczęły za nami pościg. Nawet nie warto było krzyczec, bo tamta wioska to jakieś totalne odludzie i kto by chciał zadzierac z wściekłymi psami? Wdrapaliśmy się na jakieś drzewo i tak przeczekaliśmy calutką noc. Dopiero rano wylądowałem na ziemi. Strzelały mi kości, tak samo jak Milanowi.
 - Zmywajmy się zanim wrócą - oświadczył Milan.
Kiwnąłem głową i poszliśmy w stronę lasu, ale kiedy chciałem ruszyc na "górę" usłyszeliśmy kobiecy krzyk. Udaliśmy się w stronę hałasu. Nie było tam nikogo, oprócz Kreisa z podbitym okiem i krwotokiem nosa. Na nasz widok odwrócił lekko głowę w przeciwną stronę. Chyba nie chciał pokazywac, że jest obity.
 - Stało się coś? - spytałem podchodząc bliżej.
 - Nic... - parsknął - To już nawet dziewczyny nie da się przytulic...
 - Cherry Pau?
 - Skąd wiesz?
 - Od Kagekao. Coś tam o tobie mamrotał.
Kreis westchnął, wytarł krew i przyłożył do swojego nosa dłoń, by powstrzymac krwawienie.
~Time skip~
 - Toby, gdzie mieszkasz? - słyszałem jakieś bełkotanie Kreisa. Byłem mocno pijany, nawet nie byłem w stanie powiedziec gdzie mieszkam. Miałem zamiar wrócic wcześnie, ale znalazłem troszkę pieniążków w spodniach... Kreis też trochę zdobył... wiadomo co było dalej. Jedyny przytomny to Milan (gościu jest niepełnoletni, to dlatego [17])...
 - Toby, jak nie powiesz gdzie mieszkasz, to cię tu zostawię - bełkotał dalej. Było grubo po północy.
Milan już dawno poszedł, jakieś trzy godziny wcześniej.
Ledwo stałem na nogach podtrzymywany przez Hunter'a. Powoli odpływałem. Poczułem jak kładzie (czyt. rzuca) na ziemię. Chodził w koło mnie i coś mruczał. Czymś mnie przykrył. Rano obudziłem się kompletnie skacowany i... nagi? A,nie, miałem spodnie i buty. Na gołym ciele miałem "czerwone ślady". Byłem skołowany. Leniwie podniosłem się z ziemi i rozejrzałem po okolicy. U moich stóp leżał kto? Kreis. Przykryty moimi ubraniami. Gwałtownie go szturchnąłem. Chłopak przeciągnął się i ziewnął.
 - Dlaczego mnie rozebrałeś w nocy? - spytałem nie czekając aż się całkowicie obudzi.
 - Sam tego chciałeś... - wymamrotał i obrócił się na bok.
Zabrałem moje ubrania i założyłem je na siebie.
 - Czekaj... czy... - przygryzłem sobie wargę.
Hunter szybko wstał i zaczął się śmiac.
 - Żebyś widział swoją minę! - powiedział powstrzymując łzy.
 - Co...?
 - Ja Cię rozebrałem i zrobiłem te ślady na twoim ciele, ale warto było, żeby zobaczyc twoją reakcję!
 - Co...
Poczułem jak oblewa mnie rumieniec.
 - Nigdy więcej imprez z tobą... - oznajmiłem i chwiejnym krokiem ruszyłem do domu. Na miejscu od razu rzuciłem się na podłogę... tak, na podłogę. Zasnąłem w krótkim czasie. Obudziłem się dopiero wieczorem, w swoim łóżku. Wstałem i nadepnąłem na mazaki. Dopiero w łazience odkryłem, że mam pomalowaną twarz. Chyba pół godziny usiłowałem to zmyc. Kiedy wreszcie się udało, usłyszałem jakieś szmery dochodzące z korytarza. Powoli wyszedłem. Moim oczom ukazały się Alice i Clockwork. W pierwszej chwili ich nie poznałem. Alice była uczesana w wysokiego kucyka, w niebieskiej bluzie i dziurawych jeansach. Miała granatowe trampki, a nawet lekki makijaż. Już nie było widac jej worów pod oczami, które to zwykle jako pierwsze rzucały się u niej w oczy. Za to Clockwork miała czarną przepaskę na "oku", nieco obcisłe, niebieskie jeansy i biały top, który odsłaniał jej brzuch. Dodatkowo miała odpiętą bluzę w gwiazdki, czy co to tam było. Miała założone czerwone trampki, a uczesana była w warkocz, kilka pasemek miała przefarbowane na blond.
 - Wybieracie się gdzieś? - ziewnąłem. Może i przespałem pół dnia, ale nadal byłem zmęczony.
Alice uśmiechnęła się triumfalnie i pokazała mi przed twarzą dwa świstki papieru. Alice... uśmiecha się...
 - Na występ mojego ulubionego zespołu! - Alice aż piszczała z radości - "3OH!3" Clockwork wygrała te bilety!
Wzruszyłem tylko ramionami, powiedziałem: "Bawcie się dobrze" i powędrowałem z powrotem do pokoju.

CDN...




Bardzo przepraszam za taki krótki post. Kompletnie nie wiem jak to wszystko "zakończyc". Dotrwamy do 33 i rozpoczynamy II serię/sezon/cokolwiek. Pamiętacie tamtą notkę o wielkim time skip? Plany odwołane. Postanowiłam, że zachowam to na IV, albo V, żeby blog był prowadzony jak naaajdłużej. Mam nadzieję, że przez takie krótkie notki was nie stracę... 0_0
Trzymajcie się, moje Koszmarki!
I przepraszam za brak niektórych polskich znaków, klawiatura kaput, a w "Sprawdzaniu pisowni" ciągle wstępują błędy. Life is brutal.

niedziela, 19 czerwca 2016

Dni z życia CreepyPast 29


Z punktu widzenia Ben'a...
Już na początku czerwca Toby, Jeff i Soul Taker postanowili kupić baaaasen. Jakby mało było tutaj stawków, jezior, czy jakie tam hugo...  na dodatek umieścili go zaraz pod balkonem. Mamy dużo wolnych pokoi, ale tylko jeden z nich ma balkon. Bardziej to przypominało pałac niż dom, ale mniejsza z tym. Jeff przez ten basen otarł się o śmierć. Siedziałem spokojnie w ogródku, schowany za drzewem. To chyba jedno z niewielu miejsc, gdzie jest internet (cuda się zdarzają). Niebezpiecznie blisko ich basenu, ale dla jakoś dałem radę to znieść. Do czasu, kiedy Jeff zeskoczył z balkonu do basenu. Kiedy usłyszałem ten głośny plusk, położyłem telefon obok siebie i lekko się wychyliłem. Basen kaput. A woda wylewała się na wszystkie strony. Od razu wskoczyłem na drzewo, gdy tylko poczułem mokro. Zapomniałem o najważniejszym - o telefonie... W ciągu zaledwie dwóch minut Jeff skończył poturbowany, a ja w kaftanie bezpieczeństwa. Slender osobiście mi go założył i ostrzegł innych, by mnie nie uwalniali. Błagałem go, by to odwołał, ale biały udawał, że nie słyszy. A inni mieli mnie gdzieś. Ugh, to strasznie drapie! Dopiero po TYGODNIU Slenderowi przypomniało się o mnie i to zdjął... TYDZIEŃ. Na całym ciele miałem różowe odciski. Wyglądały jak blizny. Przynajmniej znowu mogłem korzystać z internetu, bo powoli dostawałem szału. Zauważyłem, że na moim komputerze pojawiło się jakiś folder, o nazwie "Nowy folder" (xD). Znajdowało się tam kilka zdjęć. Prawdopodobnie miały tydzień, bo wcześniej bym je zauważył. A kiedy byłem w kaftanie...     Mniejsza z tym. Zdjęcia przedstawiały nic innego, jak las na terenie tej góry. Kilka robionych nam z ukrycia... Dowiedziałem się, że Red za tym wszystkim stoi. Uznał, że muszę dowiedzieć się co się działo przez ten tydzień, kiedy to siedziałem zamknięty w magazynie na bronie, albo leżałem pod drzewem...  niektóre idealnie nadawały się do szantażu... ale niektóre musiałem usunąć, żebym nie dostał opinii zboczeńca i podglądacza. Po przejrzeniu wszystkich zdjęć, zmieniłem nazwę folderu na "haki" (huehuehue). A potem zmieniłem ponownie na "Sevendays". Niech wiedzą, że mam znajomości z Samarą!


Z punktu widzenia Jeff'a...
Zwykle nie preferuję misji długoterminowych, ale byłem wniebowzięty, kiedy Zalgo oświadczył nam, że dotarcie do celu naszej nowej misji to mniej więcej dwa tygodnie, może półtora jak dla nas. Nareszcie będę miał spokój od tych paskudztw... niepotrzebnie złożyłem im tyle kretyńskich obietnic. A kiedy odmawiałem, broniły się płaczem. Wtedy wszyscy patrzyli na mnie jak na potwora, totalnego dupka. Dodatkowo Jane miała ze mnie ubaw... Jedyne co mnie tu tu trzymało, to Vincent. A szpadajcie! Wyjeżdżam na urlop z Soulem! Jeszcze o tej samej godzinie wyruszyliśmy. Zalgo nawet dał telepatyczne obrazy drogi. Nie sposób było zapamiętać wszystkie, ale jeśli byliśmy blisko, dostawaliśmy deja vu. Na miejsce trafiliśmy po dziewięciu dniach. Oczywiście starałem się to przedłużyć, żeby szybko tam nie wracać... Za to na misji mało mnie nie nadziali ołowiem. Mieliśmy wykraść jakieś dokumenty, które znajdowały się w willi jakiegoś bogacza. Bardzo dużo osób się tam kręciło, ale dlaczego tak mało ochroniarzy? Szybko się wszystkich pozbyliśmy i zostawiliśmy pół żywego ogrodnika za zdradzenie nam, gdzie znajduje się dokument. Wiecie, taka nagroda. Ale potem i tak patyczkowaliśmy się z hasłem do sejfu. Ostatecznie Soul Taker pożyczył sobie jeden pistolet i próbował sprzedać kulę  metalowym (żelaznym?) drzwiczkom. Ani drgnęły. Przeszukaliśmy każdy zakątek budynku, w nadziei, że właściciel okaże się kretynem i zapisał gdzieś kod. Na nic. Chcieliśmy podpytać ogrodnika, ale skubaniec zdążył umrzeć. Kiedy tak sterczeliśmy nad jego zwłokami, nagle drzwi otworzyły się, a do środka weszła jakaś dziewczyna. Miała kręcone blond włosy, tatuaż motyla na dłoni, skąpe drogie ubrania, mocny makijaż i piękne, duże...  oczy. Płaska z przodu jak i z tyłu. Na nasz widok pisnęła z przerażenia. Białowłosy natychmiast zerwał się z miejsca, zaszedł od tyłu i przyłożył nóż do gardła, drugą ręką ściskając za rękę powyżej łokcia.
 - A teraz mi powiesz, po co tu przyszłaś i kim jesteś dla Johnyego Fiza - zaczął.
Nie odpowiadała. Była wpatrzona w zwłoki ogrodnika, którym właśnie wycinałem piękny uśmiech.
 - Odpowiadaj! - warknął i mocno ścisnął, aż jęknęła.
 - J-ja mieszkam tu-tutaj, a Jo-Johny to m-m-mój ojciec... - odpowiedziała dygocząc - K-kim jesteście? I co zrobiliście? Pro-proszę, nie róbcie mi k-krzywdy... zrobię co ch-chcecie.
 - Co chcemy? - Soul uśmiechnął się szyderczo i pociągnął ją za sobą w stronę piwnicy. Podążyłem za nimi. Białowłosy postawił ją naprzeciwko sejfu.
 - Podaj kod - powiedział.
 - Cz-czterysta sie-siedem.
Soul wbił kod, a drzwi otworzyły się. W środku, w koszulce leżały jakieś papiery. Soul schował je w jakiejś kieszeni. Następnie przybliżył się do blondynki, przypierając ją tym samym do ściany.
 - Jednak nie jesteś taka pusta - uśmiechnął się. Wyglądał jakby chciał dokonać na niej gwałtu.
 - Nie rób mi nic... - błagała.
Soul ustawił jej twarz tak, że patrzył jej prosto w jej zapłakane oczy.Przybliżył się bardziej i objął w tali. Twarz wygiętą miał w uśmiechu. Chwilę potem dziewczyna zrobiła się kompletnie biała. Nie było tylko tego widać na twarzy, gdyż miała tapetę. Bardzo głośno krzyknęła. Z jej oczów wydostawał się jakiś jasnoniebieski dym. Dokładnie tego samego koloru, jakie mają oczy Soula. Wtedy on bardzo szybkim ruchem coś wyjął z kieszeni, a mnie oślepił ten niebieski blask. Usłyszałem tylko jęki i krzyki tej dziewczyny. Kiedy było po wszystkim, zobaczyłem tylko tą dziewczynę leżącą na podłodze. Soul trzymał w dłoni słoik.
 - Co to jest? - spytałem wskazując na zawartość szklanego naczynia.
 - Jej dusza - odpowiedział z uśmiechem na twarzy.
 - To dobrze, bo już myślałem, że jeśli takie jęki wydawała, to gwałt.
Oboje się zaśmieliśmy. Chłopak schował słoik i ruszyliśmy na zewnątrz. Było już ciemno. Zdecydowaliśmy, że prześpimy się tutaj. Chyba w jedną noc nikt się nie zorientuje, że wszyscy zostali pozabijani, nie? Dla bezpieczeństwa zabarykadowaliśmy drzwi i zasłoniliśmy okna.  Dopiero rano wybiliśmy okno i ruszyliśmy do domu. Już naprawdę nie chciało się nam używać drzwi. Ale najpierw coś zjedliśmy i zwędziliśmy parę rzeczy... Znalazłem granaty, więc puściliśmy to miejsce z dymem. Powrót zajął nam dłużej niż dotarcie na miejsce. I to o wiele dłużej. Szesnaście dni. Ale lepiej dla mnie. Ale to musiało się kiedyś skończyć. Byliśmy dopiero o czwartej nad ranem, więc większość jeszcze spała. Soul jeszcze sprawdził czy ma ten papier i popędził gdzieś tam to Pana... oczywiście mu towarzyszyłem, nie chcę tam wracać. Potem przemknęliśmy do pokoju najciszej jak się dało. Ale Vincent nie spał. Zaczął się śmiać na mój widok i natychmiast do mnie podbiegł.To już moja mama nie cieszyła się tak na mój widok niż on na mój.
 - Jeff! - krzyknął zadowolony, że obudził Liu...
 - Mały stawiał nam trudne warunki - powiedział Liu cicho - Albo Cię sprowadzimy z powrotem, albo się głodzi. W ogóle nic go nie śmieszyło. Wcisnął tylko parę łyżek.
 - Ale żeby się głodzić? - zaśmiał się lekko Taker i runął na łóżko.
Wziąłem Vincenta na ręce i od razu poczułem te burczenie w brzuchu. Zszedłem z nim na dół, żeby go nakarmić. Ale nie jadł. Nie chciał. Może po prostu mu nie smakuje? Próbowałem nakarmić go czymś innym, niż tylko "papką z słoika". Odnotowałem nową cechę charakteru - wybredny. Wtedy poszedłem z nim do Slendera. Wujaszek pooglądał go trochę, przeniósł się gdzieś i wrócił z jakimiś tabletkami, które mi dał. Rozpuściłem jedną w soku i bodajże na chama mu to wcisnąłem... (Vincentowi, a nie wujkowi). Tabletka podziałała. Po kilku godzinach znowu jadł tak, że mało mi palca nie odgryzł. Nareszcie się zmęczył i położyłem go spać. Wreszcie mogę położyć się spać... albo i nie, bo tamte gnidy się obudziły..




CDN...

Perypetie V

 - Jeszcze. - powiedział Vincent zaciskając pięści pod stołem - Opowiedz mi jeszcze.  Bezoki westchnął i mozolnie ściągnął maskę, odsłani...