niedziela, 26 lutego 2017

Dni z życia CreepyPast 18


Z punktu widzenia Tobyego...
 - Puszczaj mnie, ty śmieciu! - wrzasnął szatyn, usiłując wyrwać się z uścisku lalkarza. Nie wyszło mu to na dobre, gdyż już po dwóch sekundach Puppet sprzedał mu siarczystego liścia, tym samym chłopak upadł. 
 - Więc...? - westchnął lalkarz wyraźnie tracąc cierpliwość. Pewnie by pokazać im swoją wyższość zaczął unosić się z dwadzieścia centymetrów nad ziemią. 
 - K-Kally... - odpowiedział niepewnie chłopak łapiąc się za policzek.
 - Nic mu nie mów! - warknęła dziewczyna, za co mój kolega skarcił ją wzrokiem.
 - Źle na tym skończycie - warknął podirytowany - Proponuję współpracować. 
Dziewczyna zastanawiała się przez chwilę, jakby odpowiedź na pytanie było kwestią życia i śmierci, po czym przedstawiła się:
 - Luna. A to mój brat.
 - I nie można było tak od razu? - lalkarz uśmiechnął się i opadł na ziemię - Czego tutaj szukacie? I dlaczego się na nas rzuciliście?
 - Chcemy po prostu znaleźć naszego brata - dziewczyna spokojniej odpowiedziała, więc powoli ją puściłem, aby wstała z ziemi - A zaatakowaliśmy dlatego, bo myśleliśmy, że współpracujecie z tamtą dziwną istotą.
 - Dziwną istotą? - wtrąciłem - Można jaśniej?
 - A co tu dużo mówić... - zaczął Kally - Przypomina mężczyznę, jest bardzo wysokie, nosi jakiś garnitur i to coś jakby nie miało twarzy...
Slenderman, przyszło mi na myśl. Ale co mogliby mieć ze sobą wspólnego? Po minie Puppeteera odczytałem, że połapał się o kogo chodzi, mimo że starał się to ukryć przed nimi. 
 - Okay, okay - przytaknąłem - To teraz powiedzcie o co wam chodzi z tą "współpracą z tym czymś".
 - Kiedy to nas łapało było z tym jeszcze dwie osoby - odpowiedział szatyn - jeden miał maskę, drugi kaptur, więc nie widzieliśmy ich twa...
 - Kally! - warknęła jego siostra - Nie mów im tak dużo! Zresztą, teraz wy! Nie znamy waszych imion!
 - Toby.
 - Puppeteer. Zadowoleni?
 - Dlaczego tamto miało was łapać? - sprowadziłem temat na bezpieczniejsze tory.
 - Skąd mamy wiedzieć, półgłówku?! A właściwie i tak wam już niczego nie powiemy! - dziewczyna aż prosiła się o wpierdziel. I to porządny.
 - Bo może byłbym w stanie pomóc.
Na tą wiadomość wszystkich z automatu zamurowało. W końcu nie codziennie komuś kto chciał cię najpierw zabić ofiaruje się pomoc. Ale oni najwyraźniej mają jakiś związek z moim panem i być może z ukrywaną przez innych tajemnicą. A ja zrobię wszystko aby poznać ukrywaną prawdę. 
 - Pomóc?! - wykrzyknął brunet - Im?! 
 - Uspokój się trochę... - westchnąłem - Wiem co robię.
 - Najwyraźniej nie - odwrócił się na pięcie - Ja wracam do domu, a ty się tu z nimi targuj. W razie czego powiem, że nic ci nie grozi. Pasuje?
 - Pasuje. - ledwo to wypowiedziałem, a on już żwawym krokiem oddalił się.
 - To na czym mogłaby polegać ta twoja pomoc? - zapytała Luna - I skąd mamy mieć pewność, że czegoś nie knujesz? Może po prostu chcesz nas zwabić w sidła tej istoty?
 - To dlatego... - szukałem jakiejś przekonującej wymówki - miałem już styczność z tą istotą.
Oboje nagle jakby wytężyli wszystkie swoje zmysły by nie przegapić ani jednego mojego słowa.
 - Wiem, że nazywa się Slenderman, a tamci dwaj to jego pomocnicy - zrobiłem krótką pauzę - Chcieli mnie zabić z jakiegoś powodu i tak długo się ze mną użerali, że ostatecznie zawarliśmy pewien pakt. Oni mi dają bezpieczeństwo, a ja zbieram dla nich informacje. 
 - Czyli dla niego współpracujesz.
 - Raczej przymusowo, ale nie ma nade mną pełnej kontroli. Za to ja wiem o nich o wiele więcej i mógłbym wam pomóc odnaleźć waszego brata i ukrywać się przed nimi. 
 - Ale pewnie nie za darmo...
 - Możemy rozliczyć się później - uśmiechnąłem się głupio - Zapewniam, że ceny za moje usługi nie są drogie.
 - Daj nam chwilę - Luna i Kally odwrócili się tyłem do mnie i zaczęli między sobą szeptać. Po kilku minutach w końcu podjęli decyzję.
 - Niech ci będzie - oznajmił chłopak - Przyjmujemy twoją pomoc.
 - Świetnie - kąciki moich ust uniosły się - Zacznijmy od tego jak tu się znaleźliście, ile tu jesteście, jak uciekliście... - tak wiele pytań.
Rodzeństwo chcąc nie chcąc opowiedziało mi swoją historię. Pewnego dnia, który zapowiadał się tak jak inne zwyczajne dni, domostwo zauważyło zniknięcie jednej z sióstr. Myśleli, że po prostu się bawi w chowanego i wtedy pojawili się oni, ci "współpracownicy tej istoty". I mimo, że mieli przewagę liczebną, po prostu nie dali im rady. Tamta dwójka natychmiast się z nimi poradziła, związała i zaciągnęli właśnie tutaj, ale gdy chwilowo ich zostawili, załatwić jakieś sprawy, uciekli im. )Akurat w tym momencie historii miałem ochotę opierdzielić Maskyego i Hoodiego za takie kretyństwo. ) Właśnie wtedy uciekli, ale cóż, jak to bywa, rozdzielili się. A tkwią w tym miejscu niespełna dwanaście godzin. 
Szczerze mówiąc, przy nich czułem się jak pasterz pilnujący swoich owieczek. Bezbronnych i zagubionych owieczek. Ale teraz trzeba dla nich znaleźć jakieś schronienie. I gdzie takich usadzić?

Z punktu widzenia Nicka...
 Zapowiadała się kolejna ekscytująca noc, czyli jak zawsze polowania jak na kanibala przystało i szwędanie się w celu spotkania jakiejś zagubionej duszy. Skroll po kolejnej porażce chodzi tak ekstremalnie wnerwiony, że teraz każdy chce jak najszybciej opuścić fabrykę nim zacznie się na kimś wyżywać. Dzisiejszej nocy to Chess nie miał wiele szczęście i został brutalnie pobity. Może bym się roześmiał, gdyby nie to, że panicznie bałem się zwracać na siebie jego uwagę. Uciekłem zaraz gdy zapadł zmrok, wraz z resztą. Na swej codziennej drodze do miasta spotkałem dość... ciekawego osobnika. Chłopak, na oko osiemnastka, choć jego wiek umysłowy zatrzymał się na gimbazie. Biegał między drzewami w kółko, wykrzykując coś niezrozumiałego dla mnie i wymachiwał... kij? Patyk? Pręt? Uj wie co ten cudak trzymał. Lekko rozbawiony tą sytuacją zaczaiłem się za drzewem, czekając. Gdy zatrzymał się by trochę odsapnąć, ruszyłem na niego z prędkością światła, ugadzając go między łopatki swoimi ostrymi pazurami. Chłopak jęknął z bólu i upadł na kolana. Ale niemal natychmiast odwrócił się i uderzył mnie tamtym kijem w żebra, czego się nie spodziewałem, bo zazwyczaj większość mojego jedzenia jest bardzo oszołomiona po takim ciosie. Przynajmniej nie był na tyle silny aby mi zrobić krzywdę.
 - Z-z-zzz - jęczał coś - zombi!
 - Co? - roześmiałem się. Najwyraźniej był pod wpływem narkotyków.
 - Ratunku! - wykrzyknął i ponownie uderzył mnie kijem w biodro. Gdy chciałem się na niego rzucić, wbił mi je w brzuch. Wielkie dzięki, że końcówka jego broni nie była nawet zaostrzona, ale i tak bolało jak diabli. W przeciwnym razie przebiłby mnie na wylot. A i tak miałem ochotę zwymiotować na niego resztki wczorajszego "jedzenia".
 - I-idź sobie! - okazało się, że był na tyle silny, aby "rzucić" mną za siebie. Obiłem się o ziemię plecami z głuchym hukiem i jęknąłem cicho. Nim zdążyłem wstać, chłopak już uciekał ile sił w nogach. Zaklnąłem i podniosłem się na równe nogi, goniąc za nim. Był zadziwiająco szybki. I nie wiadomo czy miałem się cieszyć, że moja ofiara stanowi dla mnie w końcu jakieś wyzwanie, czy złościć, bo muszę się trochę pomęczyć o mięso, w którym pewnie płynie zakażona krew. Swoją drogą ciekawe, czy będę naćpany.
Dogoniłem osobnika w krótkim czasie, przygwożdżając go swoim ciałem do drzewa. Szarpał się i wyrywał, bił i szczypał, ale na nic, bo on w porównaniu do mnie był chudziną. Nie spiesząc się w ogóle, zanurzyłem zęby w jego lewym ramieniu. A raczej chciałem. Chciałem wgryźć się aż do kości, ale ledwie z jego rany uleciała krew, a musiałem przerwać, gdy spostrzegłem palrizator w jego dłoni. Odskoczyłem na metr, patrząc na przerażonego do szpiku kości chłopaka. Zastanawiało mnie, dlaczego od początku mnie tym nie wykończył.
 - Nie zbliżaj się! - wrzasnął - Usmażę cię!
Poklepałem się po kieszeniach i, cholera, nie mam przy sobie żadnej broni. Co robić, co robić?
W pewnym momencie po jego policzkach zaczęły spływać łzy. Zaciskał zęby z całej siły, starając się powstrzymać płacz. Bez skutku. Płakał trzęsąc się, a ja stałem na przeciwko niego nie mając pojęcia co zrobić.
*buuurczy*
Nieznośny głód dawał o sobie znać. Postawiłem krok w jego stronę. Zrobił krok w bok, stając obok drzewa.
 - Nick! - usłyszałem znajomy głos jednego z nas. Spojrzałem w lewo, szukając wzrokiem zarys ludzkiej sylwetki w tych ciemnościach, jednocześnie pilnując tamtego świra. Dostrzegłem postać kilka metrów od nas. Nie widział chłopaka, bo był zasłonięty przez drzewo.
 - Co tam robisz? Choodź, razem coś złapiemy - znowu ten głos.
Właściwie mógłbym go przywołać i byśmy we dwójkę rozprawili z tym gostkiem, ale czy było warto? Z moich własnych doświadczeń wiem, że ćpuny smakują okropnie, poza tym ten miał palarizator, jeden zły ruch, a już smażylibyśmy się. Po krótkim namyśle stwierdziłem, że nie opłacało by się. Możecie mnie nazwać tchórzem, ale trudno.
 - Już idę! - powoli ruszyłem w kierunku postaci, nie spuszczając wzroku z nadal zdenerwowanego chłopaka. Najwyżej kiedyś się nim zajmę.




         cdn

czwartek, 16 lutego 2017

Dni z życia CreepyPast 17


Z punktu widzenia Puppeteera...
 - Co tu się działo? - to były moje pierwsze słowa zaraz po wejściu do domu. Niemal wszystkie okna były wybite.
 - Intruz - rzucił Jason i uśmiechnął się teatralnie - Już się nim zająłem.
 - Znając życie zgwałciłeś - pomyślałem i przewróciłem oczami.
Po całym dniu biegania za tym wystraszonym kundlem, który i tak zwiał gdzieś daleko, miałem ochotę tylko położyć się spać. Ale Jason zaczął nalegać, abym koniecznie zobaczył jego nowe dzieło. Niechętnie się zgodziłem, a już po kilku minutach przyniósł z piwnicy swoją najświeższą lalkę. I nie byłoby w niej nic nadzwyczajnego, gdyby nie obrzydliwa, różowa, wychodząca na wierzch blizna na szyi. Wspomniał coś, że tak miało być. Nagle do domu wkroczyła Alice, jak zwykle z kamienną miną. Najpierw spojrzała na mnie, a potem rozejrzała się po pomieszczeniu.
 - Złapałeś Smile? - zapytała w końcu.
 - Uciekł gdzieś - wzruszyłem ramionami.
 - Dupku! - dziewczyna trzepnęła mnie po ramieniu - Właśnie dlatego miałeś go złapać!
 - To tylko kundel, zresztą wróci jak zgłodnieje.
Moja odpowiedź najwyraźniej nie spodobała się czarnowłosej, bo wykrzywiła twarz w grymasie. Aż zacząłem się jej bac. Przeszła się do Tobyego, który dopiero co zszedł na dół i wytargała go za włosy w moją stronę.
 - Ejjj, za co? - pytał zdezorientowany.
 - Ty narzekałeś na to, że nie dostajesz zadań, więc teraz twoim zadaniem jest pomóc temu delikwentowi złapac naszego psa. - puściła go i zwróciła się do mnie - Trudno było poprosic kogoś o pomoc?
 Poprosic...
Z wielkim jękiem razem z Tobym wyszliśmy do lasu i zacząłem prowadzić do miejsca, w którym ostatnio widziałem tego kundla. Przez całą drogę milczeliśmy. Ja zamiast wypatrywać zwierzę podziwiałem chmury na niebie. Jedna wyglądała jak zając.
 - Widzę go!
O, krokodyl...
 - Puppeteer, chodź!
Krzesło elektryczne...
Gdy oderwałem w końcu wzrok od nieba zadałem sobie pytanie: "Gdzie jest Toby?". Zacząłem rozglądać się nerwowo na boki. Nie no! Nie dość, że dostałem ochrzan za zgubienie psa, to jeszcze dostanę ochrzan za to, że go nie znalazłem i zgubiłem Ticci! Z moich ust polała się wiązka przekleństw. Nabrałem powietrza do płuc i na cały głos zacząłem go wołac, oczekując nie wiadomo czego. Po jakimś czasie dostałem odpowiedź. Podążyłem szybko za jego głosem. Toby kucał nad jakimś rowem.
 - Znalazłeś psa? - zapytałem stając za nim.
 - Yup - odpowiedział - Ale chyba mnie nie poznaje.
 - Chyba? Gdzie on jest?
 - Najwyraźniej znalazł sobie nowego właściciela, pff... - wstał i zaczął prowadzić mnie wzdłuż rowu - Zobaczysz sam.
 Po przejściu niewielkiego dystansu moim oczom ukazał się Smile w objęciach jakiejś postaci. Chyba polubił to miejsce. Gdy tylko nas zauważył zaczął warczeć groźnie, a nowy "właściciel" najwidoczniej spał z kapturem naciągniętym na głowę. Płaszcz miał cały wygnieciony i brudny. Brakowało tylko chodzących po nim karaluchów.
 - Smile - zacząłem gwizdać przyjaźnie, ale pies i tak był wrogo nastawiony. Co za utrapienie.
 - No to po piesku - westchnąłem.
 - Ale co my z nim zrobimy?
 - Z tym gościem? Zostawimy, a co mielibyśmy?
 - W pewnym sensie to ukradł nam psa...
 - Wi... - nagle świat zawirował mi przed oczami, a raczej ja wynąłem kilka salt w powietrzu, a w okolicach brzucha rozległ się wielki ból. Upadłem na ziemię jak kłoda, analizując co się stało.
 - Nic ci nie jest?! - zapytał Toby i chciał mi pomóc wstać, ale sam skończył na ziemi kiedy ktoś przywalił mu grubym kijem w głowę i w plecy.
 - Kim jesteście? - rozległ się dziewczyński głos. Nad nami z nożem (i kijem) w dłoni sterczała hojnie przez naturę obdarzona dziewczyna o kasztanowych włosach i oczach o tej samej barwie. Włosy miała spięte w wysoką kitkę i nie powiem, była piękna, ale zagroziła nam jakimś patykiem, więc marny jej los. Bardzo powoli sunąłem ręką w jej stronę, a gdy była wystarczająco blisko chwyciłem za ten kij, który dość nisko trzymała i szarpnąłem na tyle mocno by go wyrwac. Jednym sprawnym ruchem podciąłem jej nogi by upadła, a sam wstałem na równe nogi. Obraz stał się niewyraźny, ale nie mogłem się zapominać. Wbiłem kawałek drewna w ziemię, tuż centymetry od jej pięknej twarzyczki. Niech wie kogo zaatakowała. Za późno zauważyłem, że ma w dłoni jeszcze nóż, ale Toby zdążył ją "przetrzymać".
 - Kim jesteś? - zadałem pytanie.
 Wnet za sobą usłyszałem trzask gałęzi i szelest. Toby krzyknął "Uważaj!". Odwróciłem się na pięcie i zobaczyłem biegnącego w moją stronę chłopaka z jakimś tępym scyzorykiem. Złapanie go i wykręcenie mu nadgarstków to była bułka z masłem. Też miał brązowe włosy i oczy. I ten okropny płaszcz na sobie. I byli uderzająco do siebie podobni. Tylko kim są i z jakiego powodu zaatakowali?

Z punktu widzenia Alice...
 Robiło się już ciemno, a chłopaków z psem nadal nie było. Ile może zając złapanie zwykłego sierściucha?! Ubrałam się w grubą pomarańczową bluzę i sama wyruszyłam na poszukiwania tych imbecyli. Mam nadzieję, że nie zapuścili się zbyt daleko.
 - Alice - w pewnym momencie usłyszałam czyiś głos. Zaczęłam się rozglądać nerwowo, ale nigdzie nie widziałam żywej duszy. A przynajmniej przez pierwsze kilka sekund nie mogłam nikogo znależc.
 - Looker! - niemal zawału nie dostałam, kiedy zobaczyłam chłopaka przyczajonego za pobliskim drzewem. W białej masce i stojąc w cieniu, który idealnie padał na jego sylwetkę przypominał zjawę. Szatyn zaśmiał się cicho widząc moją reakcję.
 - Co taka piękna niewiasta jak ty robi w takim niebezpiecznym miejscu jak to? - wyszedł z "ukrycia" i oparł się o swoją pałkę, która wydawała się byc bardziej zakrwawiona niż od naszego ostatniego spotkania.
 - Szukam moich dwóch kolegów... i psa.
 - Nie żyją.
Oczy niemal mi wyszły na orbit, a serce podskoczyło do gardła. W jednej chwili zalała mnie fala dziwnego, nieprzyjemnego uczucia, jakim to jest poczucie winy. Potem pojawiła się iskra nadziei - może tylko ich z kimś pomylił?
 - Widziałeś jakiś dwóch gości martwych?
 - Nie widziałem, ale za to widziałem dwóch gości biegnących prosto pod tereny alfa.
Strzeliłam sobie faceplama w myślach. Looker "terenami alfa" nazywał miejscówki całej dzikiej zgrai Skrolla. Każdy wie jakich miejsc najlepiej unikac, więc dlaczego trafiły się te dwa wyjątki?
 - Hey, może jeszcze są w jednym kawałku - zaśmiał się chłopak - Jeszcze świta.
Przewróciłam oczami znużona. Jakoś nie było mi do śmiechu, szczególnie, że to JA wydałam im taki rozkaz. Dlaczego nie przemyślałam tego? Znowu strzeliłam faceplama w myślach. Tak czy siak trzeba ich znaleźć nim zapadnie zmrok. Żegnaj bezpieczny świecie, witaj cała drużyno Skrollverse...



cdn...

Dni z życia CreepyPast 16


Z punktu widzenia Toby'ego...
 Po tamtym incydencie wszyscy złożyli się w jakoś zmowę milczenia. Nie ma co się dziwić, skoro teraz Slender jest na mnie wściekły. Szukałem miejsca gdzie mógłby być przetrzymywany Domino, ale nic. Albo gdzieś skutecznie schowali, albo uciekł, albo go zabili, albo wywieźli z kraju! 
 Był słoneczny, lecz chłodny poranek. Śnieg już dawno stopniał, zostawiając za sobą tylko błoto. Większość domowników szwędała się gdzieś po mieście, albo i w lesie. Spałem jak dziecko, dopóki ze snu nie wyrwały mnie jakieś hałasy. Jakby dźwięk tłuczonego szkła. Wstałem chwiejnie z łóżka i aż cały się zatrząsłem. W pomieszczeniu było niewyobrażalnie zimno... zastanawiałem się krótką chwile co mogłoby byc źródłem dźwięku, gdy nagle BUMM! Szyba od okna rozbiła się na drobny mak, a do pokoju wleciał ogromny kamień i aż trafił w drzwi.
 - Co do?!... - wyjrzałem na zewnątrz, w nadziei, że jeszcze zobaczę sprawcę tego zamieszania, ale szczupła sylwetka nieprzypominająca mi nikogo zniknęła gdzieś poza pole mojego widzenia. Moim pierwszym odruchem było bezmyślne wyskoczenie przez okno. Poślizgnąłem się wpadając w błoto. Zakląłem pod nosem, ale prędko się pozbierałem i ruszyłem za uciekającą postacią, która jeszcze przystanęła i rzuciła kamieniem w kolejne nieszczęsne okno... cóż, przynajmniej to dało mi trochę czasu. Nie zauważył mnie, więc nie było mu śpieszno. Od sprawcy dzielił mnie zaledwie metr, wnet dosłownie zapadł się pod ziemię. Może nie dosłownie, ale ktoś powalił go na ziemię, przyciskając twarz do gruntu. Tym ktoś okazał się Jason. Najwyraźniej obszedł dom z drugiej strony. 
 - Co ty do cholery wyprawiasz?! - jego ręce miały czarny odcień, a oczy błyskały na zielono. Oj, marnie tamten skończy - Kim jesteś?!
 Przyjrzałem się dokładniej chłopakowi i chryste, to przecież ta sama osoba, którą niedawno widziałem jak walczyła z Hoodiem. Szatyn próbował się wyrwac, ale był za słaby. 
 - Jest od Skrollverse - gdy chłopak długo nie odpowiadał, pośpieszyłem z tłumaczeniem.
 - Czyli go zabić, ta? - pazury lalkarza zaczęły powoli wbijać się w policzki powalonego na ziemię, a tamten wykrzywił twarz w bólu. 
 - Zabic od razu - nie zauważyłem, gdy za mną pojawiła się Clockwork. Pomimo że byłem cały w błocie i tak mnie przytuliła i stanęła obok - Chętnie poznałabym jego motywy działania. 
 - Więc? - zniecierpliwiony Jason przygniótł go do ziemi bardziej - Wytłumaczysz się? - widać było, że tylo czekał na jakiś jego błąd, żeby móc przerwać jego żywot.
 - To nie moja wina! - powiedział jakby przestraszony - Musiałem to zrobić, żeby pan Mark nie był na mnie zły! - to ostanie wykrzyczał.
 - To nie wytłumaczenie!
 - Spokojnie, daj mu dojść do słowa - westchnęła Clockwork, lekko podirytowana - A najlepiej to zejdź z niego.
Czerwonowłosy niechętnie wstał i szybkim ruchem dźwignął chłopaka z ziemi, trzymając go za nadgarstki żeby nie zwiał.
 - Więc...?
 - Pan Mark przysiągł mi, że jeśli będę mu pomagał zapewni bezpieczeństwo mojemu rodzeństwu. Ale zawaliłem ostatnią misję i dałem tak po prostu porwać jednego z członków jego głównych proxy, więc bałem się tam wrócić... wiem, jak bardzo was nienawidzi, więc podążyłem za śladami jakiegoś chłopaka, który najwyraźniej wliczał się do jego listy osób, które chce zabic. Myślałem, że przynajmniej przyniosę mu głowę jednego z waszych i przymknie oko na ostatnie niepowodzenie... ja...
 - Jaki naiwny - przerwała dziewczyna - Skroll nigdy by ci nie odpuścił zawalenia misji, a już na pewno nigdy nie mógłby w stanie zapewnic komuś bezpieczeństwa.
 - Co nie zmienia faktu, że jesteś jednym z nich i trzeba cię zabic - oczy Jasona na nowo błysnęły zieloną barwą, a na twarzy chłopaka pojawił się ogromny strach - I tak już wiesz gdzie mieszkamy, więc stanowisz problem - uniósł czarną jak smoła rękę i w mgnieniu oka poderżnął mu gardło pazurami, nie dając mu czasu na nic. Ciało brązowowłosego osunęło się na ziemię bezwładnie, a z cięcia wylała się fala krwi. 
 - Rety - przewróciłem oczami - Nawet się nie przedstawił.
 - Czy to ważne jak miał na imię? - chłopak złapał martwe ciało za włosy i uniósł na wyskośc bioder - Od teraz będzie stanowił część mojej wspaniałej kolekcji lalek - uśmiechnął się szeroko i zwrócił do tyłu, ciągając za sobą zwłoki, z których nadal wypływała krew, zostawiając za sobą czerwoną ścieżkę. Naprawdę dziwaczny poranek.

Z punktu widzenia Mike...
 Jak każdego czwartku byłem umówiony z bratem w parku. Jednak tym razem Victor się spóźniał. Mocno. Nawet nie raczył mnie w żaden sposób poinformować o opóźnieniu. A ja przez ponad godzinę czasu stałem na mrozie wypatrując go. Gdy już miałem sobie iśc wreszcie się pojawił. A raczej biegł. Zatrzymał się przy mnie cały zasapany.
 - Stary, co tak długo? - zapytałem na wstępnie nie dając mu chwili wytchnienia.
 - Przepraszam - wysapał - Muszę ci coś ważnego powiedzieć - wyprostował się i przybrał kamienną minę.
 - O co chodzi? - zaniepokoiłem się jego wyrazem twarzy i wyparowały ze mnie resztki dobrego humoru.
 - Za tydzień nie będziemy się już tutaj widzieli - uciekł wzrokiem gdzieś w bok - Ani za dwa tygodnie. 
 - Czyli... - co? - ...zabierają cię, tak?
Mówiąc "zabierają cię" miałem na myśli "adoptują cię". 
 - Tak i to gdzieś daleko - nadal unikał mojego spojrzenia - Może poznam czeluści piekła... - dodał szeptem.
Z jednej strony mogłem się cieszyć - mój brat znalazł jakąś tam rodzinę i w końcu może się wyrwac z tego miejsca, na które tak mi ciągle narzeka. Z drugiej będziemy oddaleni od siebie o kilkaset kilometrów. Bez możliwości jakiejkolwiek komunikacji... 
 - Cieszysz się? - zapytałem wprost. Szczerze nie chciałem mu po mnie poznac, że mi przykro. Wolałem żeby Victor zapamiętał mnie jako raczej osoba radosna. Wolałbym aby każdy tak o mnie myślał!
 - Wydają się w porządku - wzruszył ramionami i na mnie spojrzał - Tylko my... - podrapał się nerwowo po karku - ...raczej się już nie spotkamy. - spojrzał w niebo zakłopotany - Wybacz, muszę już iśc, wymknąłem się niepostrzeżenie i muszę wracać zanim ktoś zauważy.
Westchnąłem teatralnie i zanim się odwrócił, złapałem go za nadgarstek i przyciągnąłem do siebie, tak by wpadł w moje objęcia (rety, to pewnie pedalsko wygląda).
 - Chyba nie zapomnisz o mnie z dnia na dzień? - zapytałem głupio.
 - Zwariowałeś?! - oburzył się i spojrzał na mnie jak osobę, która przed chwilą złożyła mu propozycję napadu na burdel - Jesteś niezastąpionym bratem.
Uśmiechnąłem się pod nosem.
 - Żegnaj.
Po tych słowach każdy z nas poszedł w swoją stronę.




CDN...

 rety, przepraszam za tak małą aktywnośc, ale choroba, nadrabianie lekcji i tak dalej... do następnego :3



piątek, 27 stycznia 2017

Dni z życia CreepyPast 15



Z punktu widzenia Toby'ego...
 Wędrówka za tymi całymi śladami do najłatwiejszych nie należała, dodatkowo musiałem się trzymac na dystans, aby mnie nie wykryto. Wszystko szło bardzo, ale i to podejrzanie bardzo gładko. M&B nawet chyba nie pomyśleli o tym, że mógłbym ich szpiegować. Powinienien normalnie skakać z radości, że w tej chwili każdy o mnie zapomniał i bez problemów mogłem dowiedzieć się tego, co tamci próbowali przede mną ukryc. Te cholerne uczucie niepokoju... 
 Kiedy tak rozmyślałem nad moim "buntem", podążając bezmyślnie za śladami, mało brakowało, abym się ujawnił. Masky i Hoodie stanęli w miejscu, a ja znacznie zmniejszyłem odległość między nami. Otrząsłem się z transu i schowałem za najbliższą zaspą śnieżną. Wtedy jakby na zawołanie śnieg zaczął padac mocniej, tworząc białą zasłonę między nami. Ugh, w takim tempie pozostawione ślady były już pewnie dawno przykryte. Skuliłem się z zimna, starając się nie zgrzytac zębami. Dosłownie każda cząsteczka ciała mówiła mi: wracaj. Lecz moja ciekawość była silniejsza. Wychyliłem głowę z ukrycia, a moim oczom ukazała się epicka scena walki.Trzy postacie zmierzały w moją stronę nieubłaganie... jakbym był skazany na pokazanie się. Wstałem chwiejnie, kuląc się nieco aby nie pokazać zza niewielkiej zaspy. Rozejrzałem się po otoczeniu, szukając wzrokiem bezpiecznej drogi ucieczki lub jeszcze lepszej kryjówki. Gdy nagle...
  BAAAAM!!
 ...dosłownie milimetry przed moją twarzą przeleciał jakiś osobnik i uderzył z wielkim hukiem o ziemię, w odległości niecałego metra. Wydarł się z bólu, a czerwona plama na jego lewym boku powiększała się. Ogarnąło mnie uczucie deja vu, jakby nie był mi obcy. Stałem tam jak wyryty, analizując co się właściwie stało. W tym samym czasie chłopak, zaciskając zęby w bólu, zdążył podnieść się na równe nogi, a na mój widok pojawił się dziwny błysk w oku. Nadzieja? Za to ja w końcu zobaczyłem jego twarz i stwierdziłem, że to Domino. Gdy rozległy się kolejne strzały, czarno-białowłosy cisnął w ich stronę kilkoma kartami, samemu osuwając się na ziemię, a z jego ramienia trysła krew, częściowo barwiąc wszystko wokół. 
 - Toby?... - nim zorientowałem się do kogo należą te słowa, poczułem (nie aż takie) mocne uderzenie z tyłu głowy. Pff... Nie wystarczyło żebym stracił przytomność. Odwróciłem się gwałtownie, mało nie przewracając się. Za mną w stalowym prętem w dłoniach stał jakiś chłopak, którego nigdy wcześniej nie widziałem. Nie był nikim z Skrollverse. Więc kto?..
 Wpatrywałem się w niego jak w jakieś ufo, gdy wnet obraz zasłoniły mi czyjeś dłonie. Ktoś złapał mnie za głowę, zakrywając oczy i odciągnął brutalnie do tyłu, co sprawiło, że upadłem na śnieg, tuż obok siłującego się Maskyego z Domino. A raczej obok Domino próbującego się wyrwac z uścisku, bo szczerze mówiąc, był totalnie skrępowany i nie wyglądał jakby walczył z całych sił, bo pewnie był osłabiony. Za to Masky... cóż, z niego nie mogłem wyczytać nic.
  BRZDĘK
Hoodie rzucił się na mojego napastnika, a jego ostrza zderzyły się z prętem. Gdy tylko obcy uniósł ręce, biorąc zamach, Brain wykorzystał fakt, że się odsłonił, zanurzając ostrze w jego udo. Szatyn jęknął z bólu i upuścił broń z rąk. Wtedy złapał Hoodie za plecy, jakby chciał wyszarpać materiał od jego bluzy i ugryzł go w ramię. Momentalnie wstałem na równe nogi, ale moja pomoc nie była potrzebna. Ugodzony w ramie zaczął wykręcać nóż, nadal zatopiony w jego ciele. Twarz chłopaka wykrzywiła się w ogromnym bólu, ale go nie puścił, a raczej przeniósł się na szyję. Nim zacisnął szczęki wystarczająco mocno by polała się krew, Hoodie dźgnął go gwałtownie kilka razy w to samo miejsce,a chłopak zatoczył się do tyłu. Wpadł w głębszy śnieg i skulił momentalnie, próbując powstrzymać krwawienie. 
 - Co tu-tutaj robisz?! - Brain odwrócił się do mnie, a w jego głosie była taka wściekłość... - Szpiegowałeś?
 - Tak - przyznałem się, nie wyrażając jakichkolwiek emocji. Zamiast patrzeć mu w oczy mój wzrok był skupiony na leżącym za nim chłopaku.
 - Chyba dostałeś jasny zakaz! - wtrącił Masky, który teraz lekko podduszał Domino.
 - Coś przede mną ukrywacie! Czy to źle, że chciałem się po prostu dowiedzieć prawdy?! - czułem jak buzowała we mnie krew.
 - Czyli on jeszcze o niczym nie wi---AAAAAAA! - to powiedział Domino, ale szybko zaniemówił, gdy otrzymał kopniaka w czuły punkt.
 - O czym jeszcze nie wiem? - podpytałem.
 - N-n-nie słuchaaj go - kopnął pręt na bok - Oniii... użyją każdego po-podstęęp-p-puu.
Tymczasem krew tamtego chłopaka barwiła na czerwono coraz więcej śniegu.
 - Po prostu już wracaj - westchnął Masky - To nie najlepszy czas na takie rozmowy, a tym to się zajmiemy. 
 - A tym? - wskazałem ruchem głowy na wykrwiającego się.
 - To zwykły cywil. Wiesz, że Skroll mógł mu czegoś naobiecywać za "usługi". - coś na wzór Colina i Milana? - Prędzej czy później go tutaj znajdzie i zabije, albo sam umrze. 
 - Od samego początku wiedziałem, że będziesz bezużyte...AAAA! - kolejny kopniak wymierzony w krocze.
Masky zmierzył mnie groźnym spojrzeniem, dając równocześnie sygnał, że moja obecność zawadza. Westchnąłem cicho i wolnym krokiem ruszyłem tam skąd przybyłem, nieco rozczarowany. Z jednej strony wpadłem na cholernie głupi i szalony pomysł. Doszedłem do wniosku, że właściwie Domino może wiedziec to "coś", czego inni na ten temat rozmów unikają. Nie zabiją go, prawda? W końcu może stanowic dla nich kopalnię informacji, jeżeli zastosowałoby się odpowiednie tortury...
Zanotować w pamięci: odszukać miejsce, gdzie przechowywany będzie Domino i wyciągnąć całą prawdę.
Oczywiście, że za takie coś musiałbym zapłacić, ale całą "cenę" wolałem ustawic z nim - nie myśleć o tym teraz.

CDN...


Na ten jakże piękny piątek przygotowałam bardzo krótki post. Staram się wrzucac co niedzielę, ale ten tego, w poprzednią niedzielę nic nie było, więc odpłacam się piątkiem, a czy w tą niedzielę coś będzie... zobaczymy.

niedziela, 15 stycznia 2017

Dni z życia CreepyPast 14



Z punktu widzenia Liu...
 - Jakieś wieści ze świata?
 - Piździ złem - cały okryty śniegiem przekroczyłem progi domu, a drzwi same się zatrzasnęły. Dosłownie każda cząstka skóry mnie szczypała, a sam trząsłem się zimna.Zrzuciłem z siebie niemalże mokrą kurtkę i otrząsłem się jak pies po deszczu. Jakże ja nienawidzę zimy! Dodatkowo mój "krótki spacer" przeobraził się w walkę o życie. W pewnym momencie wiatr mnie wywrócił, a ja sturlałem się po górce i zatrzymałem się dopiero na zamarzniętym stawku. Oczywiście byłem taki groźny, że lód nawet nie śmiał pękac pod moim ciężarem, ale nie zląkł się byc diabelsko śliski.Nim dotarłem do brzegu, wywaliłem się cztery razy za sprawą wiatru. Potem błądziłem jeszcze w kółko przez jakiś czas. Mam świetną orientację w terenie, szczególnie, że wszędzie jest biało i biało.
 - Złem? - zagadnął Zak opierając się o ścianę obok drzwi - Ja uwielbiam śnieg! - i było po nim widać. Na ubraniach i we włosach miał śnieg, a pod nim powiększała się kałuża z tego białego małego gówna. I mimo że cały tlepotał, było w nim tyle entuzjazmu...
 - Gdzie ty się uchowałeś?
 - W takim małym domku, przez kilkanaście lat nawet nie mogłem wystawić z niego nosa. Chyba wiesz, że po raz pierwszy dotykam śniegu, tak?
 - To było pytanie retoryczne - westchnąłem i zawędrowałem do kuchni wygrzebać coś z lodówki. Jakież było moje zdziwienie, gdy moim oczom ukazali się dwaj najwięksi wrogowie - Jane i Jeff - prowadzili MIŁĄ i zażartą dyskusję, ale nie słyszałem o czym konkretnie. Równie dobrze mogli się wyzywać, ale byli na to za spokojni.
BAM!
Całą tą miłą atmosferę przerwała Nina, waląc pięścią w ścianę. Aż kipiało z niej wściekłością, a oczy aż błyszczały od ognia.
 - Co za debilizm! - warknęła czymś podirytowana - Ostatnio ktoś wydłubał naszemu towarzyszowi oko, dowiedzieliśmy się o innej grupie morderców, a wujek - walnęła jeszcze raz - ma to kompletnie gdzieś!
 Ktoś parsknął śmiechem, a ja w myślach strzeliłem takiego faceplama...
 - Nina, jakbyś nie zauważyła, od kilku dni próbujemy ustalić kim są ci nowi i może nawiązać rozejm żeby przeciwsta...- śpieszyła z tłumaczeniem Jane, ale tamta znowu jej przerwała:
 - Więc dlaczego ja o tym nic nie wiem? Dlaczego nie było mnie na żadnej tego typu wyprawce?
Bo zawadzasz, chciałem wtrącić, ale Jane mnie wyprzedziła:
 - A ile osób potrzeba do wkręcenia żarówki? Po prostu nie dla każdego znalazło się zajęcie...
Chętnie słuchałbym  dalszy ciąg ich kłótni, ale moje nogi, jakby w zgodzie z mózgiem, zawędrowały do mojego pokoju, gdzie pod moją nieobecność były dzikie melanże.
 - Co się tu... - od razu po wejściu uderzyła mnie fala nieprzyjemnego zimna. Wkroczyłem do środka, a przeciąg był tak mocny, że siłą musiałem zamknąć drzwi. W pomieszczeniu był... śnieg. Pełno śniegu. Jedynie pod oknem, gdzie był grzejnik, leżała plama wody. Okno było szeroko otwarte, a na parapecie ktoś stał, widoczny jedynie do pasa. Po butach owego osobnika rozpoznałem, że to Ticci.
 - Toby! - pokonałem szybko dzielącą nas odległość - Co ty wyprawiasz?!
 - Ugh... - ugiął kolana i wślizgnął nogi do środka, siadając na parapet. Wyglądał jak jakaś gwiazda rocka. Włosy miał lekko poczochrane, sztywno stały, miejscami nawet białe. Brwi i rzęsy kompletnie białe, a usta krwistoczerwone i popękane.
 - Ile śniegu... - zdziwił się omiatając wzrokiem pokój.
 - Co ty tam robiłeś?
 - Niechcący wyrzuciłem toporki na dach, a tak się złożyło, że nad nasze okno i chciałem je szybko zdjąć, ale...
 - Aż tak długo próbowałeś...? - aż uderzyłem się dłonią w czoło.
 - Straciłem poczucie czasu - wzruszył ramionami.
Wyciągnąłem rękę i wplotłem palce w jego włosy. Twarde jak nie wiem co.
 - Pomogę ci, ale ty będziesz wszystko sprzątał i się tłumaczył innym, jasne? - wlazłem na parapet i trzymając się ściany chwiejnie podnosiłem do pionowej pozycji.
 - Tak jest! - jego oczy aż błysnęły.
Natychmiast zlokalizowałem jego broń, a ponieważ byłem wyższy od Tobyego, złapanie ich i wrzucenie do środka zajęło mniej niż siedem minut. Wystarczająco dużo czasu, żebym dostał szału z powodu zimna. Po powrocie do pokoju, nie zobaczyłem ani płatka śniegu. Toby już zajął się ścieraniem wody, a toporki leżały spokojnie skrzyżowane na jego łóżku. Chłopak nadal nie ogarnął, w jakim stanie są jego włosy. Otrzepałem się do końca z śniegu i zamknąłem okno, drżąc z zimna. Natychmiast wpełzłem pod kołdrę i szczelnie okryłem. Nie minęło 10 minut, kiedy do pokoju wleźli oni i zakłócili mój spokój..


Z punktu widzenia Toby'ego...
 Po wysprzątaniu pokoju nałożyłem na siebie dodatkowy golf i ruszyłem na miasto. A dokładniej pod blok Charlie'go. Nie osądzajcie mnie jako pedofila. Po prostu spełniam prośbę nieżyjącego Milana. Jednak w połowie drogi nieco zmieniłem plany. Widząc skaczących przez jakieś ogrodzenia Tima i Braina, podążyłem za nimi, a dokładniej prosto do lasu. 
 - Kogo szpiegujemy?! - krzyknąłem za nimi i podbiegłem wymijając drzewa.
 - Co tutaj robisz?! - warknął Masky.
 - Witam się z przyjaciółmi - udałem głupiego - Idziecie na misję?
 - Zabieraj się stąd i nie próbuj za nami iśc.
 - Dlaczego? Od tak dawna Slendy nie dawał mi żadnego zajęcia, a...
 - Toby! - przerwał Tim - Slenderman ma najwyraźniej jakiś powód. Jeśli ci się nudzi to do niego idź i poproś o jakieś zadanie, albo wybierz się na misję z tamtymi od Zalgo.
 - A jaki to mógłby byc powód?!
 - Ugh, po prostu się odczep! Przez ciebie tracimy czas! - chłopak odwrócił się do mnie plecami i ruszył pośpiesznie przed siebie. Za jego śladem podążył Hoodie. 
 Chciałbym po prostu nie iśc za nimi i czekac, aż znikną z mojego pola widzenia, ale te ślady pozostawione w śniegu wyglądały zbyt kusząco. Gdy tylko przestałem ich widzieć, bez chwili wahania podążyłem za śladami.

CDN...

niedziela, 8 stycznia 2017

Dni z życia CreepyPast 13



Z punktu widzenia Kaspera...
 Święta bożego narodzenia nie były u nas obchodzone. Nikt nie przejmował się wręczaniem prezentów, gotowaniem, ubieraniem choinki. I w sumie dobrze dla mnie. Nowy rok również nie powitaliśmy jakoś specjalnie. Każdy zamiast świętować, został tylko zawalony ogromem prac od wujka. Szczególnie Rogers. A moim zajęciem było... utworzenie wielkiego satanistycznego symbolu tak gdzieś kilka metrów od domu. Kompletnie nie wiedziałem w czym to miało pomóc, ale wykonałem zadanie. Symbol wykonałem oczywiście z krwi niewinnych ludzi. Żeby było jeszcze ciekawej, na cel obrałem sobie głęboko wierzących, fanatyków i ministrantów. To była świetna zabawa! Szczególnie kiedy wyciągali w moją stronę swoje śmieszne różańce i powtarzali frazę: "Jezu, obroń mnie!". To zabawne, że ludzie zasłaniają się bogiem, skoro ich czyny są miarą, a i tak po śmierci utoną w morzu piekielnego ognia.
Najzabawniejsza była moja ostatnia ofiara - dziewczyna ministrant. Mimo swojego tytułu, nie była wierzącą. Chodziła w tamte miejsca z przymusu. Skąd to wiem? Ja to czuję. Zamiast składać modlitwy, zaczęła rzucać we mnie różnymi przedmiotami. Co za zabawna osoba!
 Z całym zadaniem wyrobiłem się do późnego wieczora. Właśnie wtedy wujaszek zwołał wszystkich na spotkanie do salonu. Nadal nie przyzwyczaiłem się do tych irytujących dźwięków w mojej głowie. Zaskakujące było to, że zakochany w sobie blondi był miły, nie tylko dla Zaka, dla wszystkich. Druga rzecz - niektórzy znowu dramatyzowali o Skrollverse i innym gangu. I o jakimś podziele lasu na alfa, beta i omega. Z nabytych informacji wynikałoby, że alfa to teren przydupasów Skrolla, beta to tamci drudzy, omega to my - i nie podobało mi się to, ponieważ omega kojarzy mi się z ofiarą losu. Meh... Zebranie skończyło się równo o północy. Większość po prostu poszła spać, ja postanowiłem towarzyszyć Jasonowi w tworzeniu lalek z ludzi. Bardzo ciekawy proces. Nauczyłem się od niego jak w bardzo krótkim czasie pozbyć się większości organów. Jednak nie mogłem zostać z nim do samego końca. W pewnym momencie jego oczy błysnęły na zielono, a dłonie zmieniały barwę na czarno. Czyli najwyższa pora uciekać. Wycofałem się po cichu i zawędrowałem do miasta. Obszarpany, ociekający krwią nie przejmowałem się zbytnio przechodniami czy rzadko spotykanymi autami. Spacerowałem jeszcze jakiś czas nim wróciłem do domu. I właśnie tam spotkałem się z TYM.
 Cały salon... nie, cały dół wyglądał jak po wojnie. Na ścianach i meblach były ślady pazurów. Wszystko było poprzewracane, po podłodze walały się kawałki szkła, nieduże plamy krwi. Co się do cholery stało?! W pierwszej chwili pobiegłem do góry, sprawdzić czy wszyscy są jeszcze żywi. I wiecie co? Spali jak zabici!
Pytanie - kto z całej bandy psychopatów jest najodpowiedzialniejszy?
Odpowiedź - pewnie Masky.
 Przemknąłem do jego pokoju i szturchnąłem go w ramię. Raz... drugi... gdy tylko otworzył oczy, zatkałem mu usta dłonią.
 - Mhmmmhmm - pisnął i się szarpnął.
 - Shhh, to ja - szepnąłem i nachyliłem się tak by zobaczył moją twarz - Nie krzycz - odsłoniłem mu usta.
 - Kasper? - zamrugał oczami i podniósł się do pozycji siedzącej.
 - Jesteś potrzebny.
 - Na co? Dlaczego akurat ja? - ziewnął.
 - W końcu jesteś pupilkiem wujaszka, czyż nie? - złapałem go za nadgarstek i pociągnąłem do drzwi - Chodźże - pokierowałem go do salonu.
 - Woah - zdziwił się na widok całej demolki - Co się tutaj...?
 - Nie mam pojęcia, właśnie dlatego cię obudziłem - przerwałem mu.
 - Może zwykli włamywacze czegoś szukali? - rozejrzał się i chodził między meblami tak by nie stanąć na szkło.
 - To jak wytłumaczysz krew?
 - Pewnie ktoś z nas chciał ich przepędzić i dostali w zęby... - westchnął.
 - Gdyby tak było, tutaj walałyby się trupy! - oznajmiłem troszkę za głośno.
 Nagle usłyszeliśmy stuknięcie w rogu pomieszczenia i cichy jęk. Masky wziął kawałek drewna z gwoździem i powoli tam ruszył, a ja po prostu szedłem za nim.
 - Moje oczy... - kolejny jęk przepełniony bólem z tamtego miejsca. Gdy znaleźliśmy się wystarczająco blisko, Tim odrzucił na bok firankę, która przykrywała tego owego kogoś. Zobaczyliśmy Bena leżącego twarzą do podłogi w kałuży krwi. Ubrania miał poszarpane, ale na ciele nie dostrzegłem żadnych zadrapań.
 - Ben? - Masky rzucił swoją broń na bok i kucnął obok niego - Co się tutaj stało?
 - Blondi? - odwróciłem go na plecy i aż na sam widok mnie zemdliło. Jego twarz... była cała w zadrapaniach, a w niektórych miejscach obdarta ze skóry. Na lewym policzku skóra dosłownie wisiała.  A oczy... miał tylko jedno. Ktoś wydłubał mu lewe oko, a okolice prawego też były podrapane jakby ktoś się za nie zabierał. Dodatkowo było całe szklane, napełnione łzami.
 - Moje oczy... - jęknął - Zabrał moje oczy... - z prawego oka poleciały wielkie jak grochy łzy. Kiedy tylko zetknęła się z obdartą częścią twarz, zajęczał bardziej. Doprawdy, nawet nie mógłbym wyobrazić sobie jego bólu.
 - Leć po Hoodie i rozkaż mu zawołać Slendermana! -polecił Masky, więc zrobiłem tak jak mówił. Godzinę później wydawałoby się, że jest wszystko w porządku. Umiejętności lekarskie wujaszka jak zwykle nie zawiodły. Ale Ben płakał tak mocno, że nie był wstanie powiedzieć co się stało. Masky był zmuszony do ciągłego zmieniania mu bandażów, bo tamte mokły.
 - Zabrał mi oko... - powtarzał cały czas. Przez te kilka godzin ja zająłem się wyrzucaniem mebli. I tak na nic się nie zdadzą.
Ostatecznie Masky założył mu szpitalną opaskę na pusty oczodół. Skórę miał różową i zapewne piekącą.
Gdy nie było już ani jednego mebla, w szkle znalazłem coś bardzo ciekawego. Na początku myślałem, że to piłka, ale po złapaniu to w dłoń, okazało się, że to oko. Jego. Chciałem mu to wręczyć do ręki, ale pomyślałem, że zacznie się większa histeria, albo będzie chciał je włożyć na miejsce.
Więc zgniotłem je w dłoni, a szczątki wyrzuciłem na ziemię i rozdeptałem.


Z punktu widzenia Bena...
 Dopiero nad ranem zdołałem się uspokoić. Do tego czasu w pomieszczeniu nie było żadnych oznak walki - czyli nie było niczego. Chciałem uniknąć pytań innych o to co się działo w nocy, więc gdy tylko Tim po coś wyszedł, uciekłem na zewnątrz, w miejsce gdzie nikt by się po mnie nie spodziewał - nad staw. Usiadłem pod drzewem, dwa metry od brzegu i po prostu tępo patrzyłem przed siebie, analizując wydarzenia z nocy. Byłem na siebie cholernie wściekły. On mnie przecież ostrzegał! Groził, że przyjdzie po moje oczy jeśli nie będę taki jak on sobie życzy. Zacisnąłem zęby ze złości i zacząłem rzucać kamienie w wodę. Gdyby nie moja fobia, pewnie sam bym przywiązał do siebie głaz i tam wskoczył.
 - Ben! - usłyszałem krzyk. Zaraz po tym obok mnie przykucnął zasapany Toby - Wszędzie cię szukałem - powiedział jakby z wyrzutem - Dlaczego uciekłeś?
 - Nie chciałem się z nikim widzieć - rzuciłem kolejnym kamieniem.
 - To nie jest wystarczający powód - oznajmił - A teraz zmiana tematu: kto ci wydłubał oko?
 Aż zakuło mnie na samo wspomnienie. On po prostu przyszedł od tak sobie, uderzył w tył głowy i...
 - Dlaczego się trzęsiesz? - zapytał nagle. Rzeczywiście, cały dygotałem.
 - Nie twoja sprawa kto to był - warknąłem. Nie mogłem powiedzieć kto to był. Przecież nikt by nie uwierzył. A nawet jeśli, to by się spytał o powód, a wtedy uznałby, że wymyślam bajki.
 - Po prostu się martwimy... - westchnął i spuścił głowę - Jeżeli moglibyśmy coś zro...-
 - Ah, zamknij się! - rzuciłem kolejnym kamieniem - Po prostu mnie zostaw!
 Toby popatrzył na mnie uważnie, po czym bez słowa wstał i ruszył w swoim kierunku. Żałowałem, że musiałem być tak wredny, ale nie chcę stracić drugiego oka i drugi raz przez to przechodzić.
Ponieważ nasza umowa polegała na tym, że jeśli będę miły... przyjdzie i wydłubie mi je.
A tą osobą był mój martwy od trzynastu lat ojciec.


CDN...

środa, 28 grudnia 2016

Dni z życia CreepyPast 12



Z punktu widzenia Ben'a...
 I w końcu nadszedł ten miesiąc. Grudzień. Już wcześniej wszędzie się roiło od świątecznych ozdób, reklam... chyba najbardziej znienawidzony czas. Dokładnie 06.12 wszyscy dopiero pojęli, że Święta nadchodzą. Brzydzę się nimi, więc nie byłem zbytnio zachwycony, kiedy wujaszek wysłał mnie do sklepu po jakieś zabawki dla Sally i Lazari. Niechętnie, ale wykonałem polecenie i pod koniec dnia byłem już w domu z dwoma misiami.
 - Hoho, przyszedł elfi asystent Świętego - wypowiedział ktoś.
Czułem się upokorzony, więc cisnąłem zabawkami na kanapę i miałem ruszyć przed siebie, ale coś znalazło się pod nogami i upadłem na podłogę.
 - Co do... - zauważyłem że w moje nogi "wplątany" był Vincent. Odrzuciłem go w miarę sił na bok i podniosłem się błyskawicznie. Ten mały szczyl poleciał prosto na krawędź stojącego obok krzesła i uderzył o to głową.
 - Łeeeeee - zaczął popłakiwać cicho, jakby zaraz miał wylać z siebie wodospad łez, ale dopóki Jeffa z nim nie było, czekał żeby mnie wkopać.
 - Shhh - dźwigałem go na ręce i zatkałem usta. Rozejrzałem się po pomieszczeniu, ale wszyscy byli zbyt zajęci sobą, żeby zauważyć jego łzy. Wszyscy oprócz bacznie obserwującego nas L.Jack'a.
 - I coś ty zrobił? - podszedł do nas - Masz przechlapane.
 - Tylko mnie nie podkabluj - oglądałem niewielkie rozcięcie na jego czole.
Udałem się z nim do swojego pokoju i postawiłem na środku pomieszczenia. Byliśmy sam na sam. Gdy tylko moja dłoń odsunęła się od jego ust, wybuchł donośnym płaczem. Zabawne było to, jak próbował stac na własnych nogach, ale co chwila tracił równowagę.
 - Uciszże wreszcie - warknąłem groźnie i uderzyłem pięścią w ścianę. Ale tylko bardziej się wystraszył i rozpłakał głośniej. Lecz po jeszcze takich paru razach zrozumiał, że tak tylko pogrąża się bardziej i już po godzinie tkwił w kompletnej ciszy. Tylko godzina! Zmęczony wytarłem mu twarz mokrą od łez jednym prześcieradłem i odniosłem go do pokoju Jeffa.
 - Przyniosłem zgubę - wprost wepchałem mu go w ramiona.
 - O! - jego uśmiech momentalnie się poszerzył - Gdzie był?
 - Długa historia.
 - Ma tutaj jakieś zadrapanie i napuchnięte oczy...
 - Jejku - westchnąłem - Pewnie droczył się z jakimś kocurem i się oberwało. Był w ogródku.
Całej sytuacji przyglądał się Zak.
 - Nie przypominam sobie żebym z nim...
 - Matko! - przerwałem mu - Może szczyl sam wyszedł! Skorzystał z okazji kiedy drzwi były otwarte i uciekł!
 - Nienawidzisz go, prawda? - odezwał się Zak i roześmiał.
 - Brawo, bystrzaku! - warknąłem podirytowany, po czym szybko się zamknąłem, przypominając sobie o przestrodze wujaszka - Po prostu zapomnijmy o tej sprawie - dodałem szybko i prędko opuściłem pomieszczenie.

 Z punktu widzenia Jane...
 Chcąc iśc do swojego pokoju, zauważyłam na korytarzu wściekłego Bena wychodzącego z pokoju... tamtego kretyna.
 - Stało się coś? - zapytałam w trosce o kolegę.
 - Nic! - warknął i już miał złapac za klamkę od swojego pokoju, ale w ostatnim momencie złapał się za głowę i wykrzywił twarz z bólu. Impulsy Slendera.
 - Mi nie powiesz? - zagadnęłam - Chciałam byc tylko miła...
 - To bądź miła dla kogoś innego! - szybko otworzył drzwi - Dajcie mi spokój! - wkroczył do pokoju, trzaskając wrotami głośno.
 - On zawsze taki drażliwy? - usłyszałam za sobą głos/głosy Kaspera i aż podskoczyłam. Stał za mną, oparty o ścianę lewym ramieniem.
 - Tsa - machnęłam ręką - W grudniu już szczególnie.
 - Benek-elfik - zaśmiał się. Nie minęły dwie sekundy ciszy, a on zadał pytanie - Co sądzisz o Vincencie?
 - Vincent? - zdziwiłam się - Że ma zrujnowane życie.
 - Dlaczego? - tym razem on nie ukrywał zdumienia.
 - Jest wychowywany w gronie zabójców i innych niestworzonych "rzeczy". Czy to normalne życie? I co w ogóle będzie z jego nauką? Z przyjaciółmi?
 - Przecież my możemy go uczyc - uśmiechnął się - Każdy z nas jest specjalistą w jakiejś dziedzinie. Twierdzisz, że Vin nie będzie miał przyjaciół? My nimi będziemy.
 - Miałam na myśli rówieśników - westchnęłam - ...dlaczego chciałeś poznać moją opinię na jego temat?
 - Tak właściwie chciałem się dowiedzieć co ty na to, aby wychować go na drugiego Omena.
 - Szatan byłby dumny - parsknęłam śmiechem - Ty wszystkie dzieci wychowałbyś na satanistów. Moja opinia: to beznadziejny pomysł.
Pokręcił wymownie głową i westchnął. Następnie rzucając mi krótkie: "Zobaczymy za kilka lat" zniknął w otchłani swojego pokoju. Zobaczymy co?
 Reszta dnia nie była zbytnio kolorowa. W ogóle cały ten tydzień był przypałowy. Prawie zniszczyłam przyjaźń z Clocky i Tobym, okaleczyłam Helena, Kreis ma na mnie tymczasowego focha, ale wszystko po kolei.
ŚRODA
 Tego dnia ostro pokłóciłam się Clockwork. Chciałam ją tylko pocieszyć, gdyż ta (w drugim dniu okresu) lamentowała, że dla Tobyego tamten pocałunek był wart tyle co nic. I kłóciliśmy się... bodajże przed samym domem. W przypływie gniewu wykrzyczałam jej, że się go zwyczajnie b-o-i. Wpadła w większą histerię, a takie momenty są oczywiście idealne aby do akcji wkroczył ukochany do rozmów! Wracał skądś dość zdyszany, nie rozumiał nawet co się dzieje, a ja mu nagle wyjechałam, że to tchórz. Nim się otrząsnął, dziewczyna mnie zwyzywała, więc nie zostało mi nic innego jak dopuścić do "przypadkowego" pocałunku popchnięciem. Oboje po tym uciekli, ale razem z Jasonem udało mi się ich znaleźć i siłą zmusić do wyjaśnień. Po tak zakręconym dniu zostali parą, a mi grzechy zostały odpuszczone. I dobrze.
CZWARTEK/PIĄTEK
 W czwartym dniu tygodnia postanowili zawitać do nas Kreis, Mike i Nikki. W sumie  Nikki był w sprawach służbowych do Slendera, a że jego akurat nie było, obecność Alice i Masky musiała wystarczyć. Mike wpadał czasami do Bena grać, a Kreis zdaje się, że zakolegował się z Kagekao i Jeffem dupkiem, więc jego obecność nie była niczym obcym. Zwykle przychodził z dużą torbą na ramię, w której trzymał książki, gdy nie miał je gdzie zostawić. A, i jeszcze słodycze. A cała fizolofia polegała na tym, że idąc przez salon potknęłam się o jego torbę, a z ręki wypadło mi pudełko pinesek. Były mi potrzebne do rozwieszenia czegoś na zewnątrz... wprawdzie nikt na nie nie stanął, ale stopą rozgniotłam sok, który zalał książki w torbie. Kreis pierwsze co zrobił to natychmiast je wyciągnął, a ja chcąc mu ją dla niego wyprać, złapałam za nią i popędziłam do łazienki, a po drodze wypadło z niej szklane-coś, co spadło z hukiem o podłogę, a większy kawałek szkła poleciał aż do stopy Painter'a. Biedactwo. Jeszcze niedawno przyjął na swoją twarz petardę, teraz szkło. Ale chwilkę! To nie koniec jego cierpień! Helen tak się wystraszył, że aż podskoczył, potknął się o własne nogi i poleciał prosto na pinezki... jego wrzask rozniósł się po caaałym mieszkaniu, budząc wszystkich domowników (a działo się to w godzinach północnych).
SOBOTA
Co mogłoby pójśc nie tak? Tylko rozbiłam okno! Podczas to zabawy z Sally i Lazari na zewnątrz, Ann wykrzyczała mi wyglądając przez okno abym podała jej jakąś piłkę. Przedmiot znalazłam, ale nie chciało mi się podchodzić, więc rzuciłam... trafiając w szybę. A byłam przekonana, że okno było szeroko otwarte. Grr! Dodatkowo Jeff miał ze mnie niezłą polewkę i temat do żartów na ładne parę godzin. Tylko godzin. Pod koniec dnia skończyłby na dnie jeziora, gdyby nie spostrzegawczość L.Jack'a i zdolności pływackie Liu. Jednak nikt nie podjął decyzji o wykonaniu usta-usta. Za bardzo się brzydzili. I słusznie.
NIEDZIELA
Udało mi się wyskrobać trochę pieniędzy, więc poszłam przebrana do centrum handlowego. Musiałam kupic jakąś książkę do Kreisa za zniszczenie tamtych. Weszłam do księgarni i od razu uderzył mnie ten przyjemny zapach świeżych kartek i odgłosy przewracanych stron. Mhm... Od razu ruszyłam na dział "Kryminał". Spośród tylu książek nie mogłam wyszukać niczego, co on by jeszcze nie miał, albo najwidoczniej źle szukałam. W końcu wkurzona wkroczyłam na "Romans". Chłopcy rzadko to czytają, więc będę miała szerokie pole do popisu. Po kilku minutach namysłu chwyciłam za książkę, która spośród wszystkich różowiutkich wyróżniała się czernią z nutą granatu. Na okładce widniał kawałek krawatu. Szybko zapłaciłam, schowałam rzecz do małej torebki i wyszłam jeszcze kupic jakiś papier ozdobny, ale zrezygnowałam, bo po co? Chodziłam więc po centrum handlowym oglądając sukienki. Lecz nagle zmieniłam zdanie i kupiłam ten papier. By się komponował z książką, wybrałam ciemno-granatowy. A jeśli chodzi o samą książkę, to wybrałam dla niego "Pięćdziesiąt twarzy Greya". Na pewno mu się spodoba!
PONIEDZIAŁEK
Hey, hey! Nie myślcie, że zapomniałam o Helenie! Też byłam mu coś winna. Udało mi się wyżebrać trochę pieniędzy od wujaszka i od razu ruszyłam na centrum. Całą drogę kminiłam co mu kupic. Ostatecznie wybrałam dla niego jakiś wypasiony szkicownik. Miałam po tym szybko wracać, ale moją uwagę przykuł siedzący przy fontannie gitarzysta. Siedział pochylony nad instrumentem i grał jakieś bardziej znane piosenki jak "Hallelujah". Miałam ogromne wrażenie, że go skądś znam. Miał stare, czarne jeansy, nie taką świeżą białą bluzkę i niebieską czapkę z daszkiem, spod której wydostawały się blond włosy. Sylwetkę miał chudą, nawet za, a na oko miał 15, 16 lat. Zaciekawiona podeszłam bliżej, wtapiając się w tłum słuchaczy. Niektórzy wrzucili trochę pieniędzy do futerału, inni robili zdjęcia, pojedyncze osoby pogwizdywały. W końcu gdy muzyka ustała, mała część ludzi zaczęła bic brawo, za to chłopak ani na chwilę nie unosząc wzroku, zaczął grac ponownie. Chciałam posłuchac go dłużej, ale gdzieś w tłumie ludzi kątem oka dostrzegłam Nick'a. Nick'a Vanill'a. Ciarki mnie przeszył po całym ciele. Cholernie się wyróżniał swoim czarnym ubiorem, okularami przeciwsłonecznymi, mimo że w środku było gorąco on miał założony kaptur i chodził z czarną parasolką, co prawdzie złożoną, ale na zewnątrz nie padało i nie wyglądało jakby miało się zanosić. Robił takie zamieszanie, że nawet dotąd niewzruszony gitarzysta raczył zadrzeć głowę w górę by sprawdzić co się dzieje. Na jego widok aż się wzdrygnął i zaczął zbierac swoje rzeczy. Dopiero teraz zauważyłam, że to Mike. Niebieska bluza, dotychczas trzymana na kolanach i zasłonięta przez instrument teraz wylądowała na nim. Nie dbając o zebranie pieniędzy, po prostu wcisnął gitarę do futerału, zapiął, po czym przewiesił przez ramię, jakby to była torba, mając instrument na plecach. Zrobił to tak szybko, że nim zdążyłam  przepchać się przez ludzi on już zniknął. Wtedy ponownie wróciłam do szukania wzrokiem Nick'a. Był zajęty oglądaniem świątecznych wystaw. Upewniając się, że na pewno ogląda pluszowe elfy, a nie patrzy się w jakieś lusterko i mnie obserwuje, natychmiast rzuciłam się do wyjścia. W domu byłam w czasie kilkukrotnie krótszym niż zwykle. Pierwsze co to przebrałam się i zdałam raport Hoodie. Jakoś niezbyt był tym zaskoczony. Drugie - szkicownik Otisowi i jeszcze raz szczerze przeprosiłam. Nim zdążył jakkolwiek zareagować, czmychnęłam do swojego pokoju. Kolejny dzień udany.
WTOREK
 Kreis znowu do nas zawitał, więc wręczyłam mu już 24h czekającą na niego książkę. Radosny schował zapakowaną do swojej torby. I dobrze. Lepiej żeby poznał jej tytuł nie w naszej obecności. Potem razem z Ann upiekłyśmy babeczki z tofu. Połowa była przypalona, ale i tak wszystkie zniknęły po 10 minutach. Bardzo miło się słuchało próby innych wydostania tego czegoś ze swojego gardła. Wieczorem całą rodziną włączyliśmy jakiś film. Właściwie filmy. Do trzeciej w nocy obejrzeliśmy trzy części "Omen", a potem jeszcze wersję z 2006 roku. Oczywiście z tegoż "horroru" ktoś ciągle musiał miec polewkę. Przykładowo taka scena: matka budzi się w nocy, schodzi na dół do kuchni i widzi swojego syna jedzącego kanapki. Gdy tylko mały ją zobaczył, odniósł talerz i bez słowa sobie idzie. Ktoś wtedy krzyknął: "I ta mina wyrażająca <Dave, jak się babcia dowie, że jej schabowych nie zjadłeś, a po nocach kanapki urządzasz to dostaniesz taki wpierdziel!>".  Albo moment, w którym Dave wpada w szał, a jego ojciec NATYCHMIAST zawiózł go do kościoła. Większości wżyło się w pamięć tylko to, że jadąc do kościoła gościu rozwalił całe podwórko i połowę miasta. Wtedy to ktoś rzucił: "Dobra młody, koniec dnia dziecka, jedziemy do kościoła". Był horror, a wszyscy bardziej rechotali. Czyli nic nowego!


CDN...

Perypetie V

 - Jeszcze. - powiedział Vincent zaciskając pięści pod stołem - Opowiedz mi jeszcze.  Bezoki westchnął i mozolnie ściągnął maskę, odsłani...