poniedziałek, 20 marca 2017

Dni z życia CreepyPast 20



Z punktu widzenia Luny...
 Nienawidzę, nienawidzę, nienawidzę! Niecierpię siebie za taką bezradność. Jeszcze kilka chwil temu chcieliśmy siebie rozszarpać wzajemnie, a teraz współpracujemy! A jeszcze gorsze było to, że Kally najwyraźniej nie widział problemu i ufał temu całemu Tobyemu. Jeszcze ten dziwak podejrzanie się zachowywał, gdy zapadł zmrok. Wzdrygał się nawet na lekki podmuch wiatru i nerwowo rozglądał  na strony.
 - Chyba się zgubiłeś - rzuciłam oschle.
 - Skądże znowu! - zaprzeczył - Po prostu w ciągu nocy można natrafić na wielu nieprzyjemnych typów i...
 - Daruj sobie - przerwałam mu - Po prostu sobie nie radzisz.
Toby spojrzał na mnie chłodno, a oczyma wyobraźni już widziałam, jak ten dziwak rzuca się na mnie z toporkami i rąbie jak zwykłe drewno, ale zamiast tego powiedział sucho:
 - Prawie jesteśmy. Zadowolona?
Bez słowa ruszyłam za nim w dalszą podróż. Współpracujemy razem od jakiś trzydziestu minut, a już mi działa na nerwy. Ech, ale zrobię wszystko by odnaleźć moje rodzeństwo.
Niedługo po naszej małej kłótni, dotarliśmy do jakiegoś małego domku. Toby kazał zaczekać nam na zewnątrz po czym sam wparował do środka trzaskając drzwiami.
 - Upierdliwy gostek - poskarżyłam się. Mój brat wzruszył tylko ramionami.
 - Chce nam pomóc. Wydaje się w porządku.
Z automatu strzeliłam faceplama. Jaki on naiwny!
Po momencie drzwi otworzyły się, a w progu stanął Toby, ale sekundę później odsunął się na bok, dając sygnał byśmy weszli, jak też zrobiliśmy.
 - Wasze dotychczasowe schronienie - syknął - Macie nie sprawiać kłopotów, unikać gości i posłusznie wykonywać wszystkie polecenia.
 - Twoje polecenia? Chyba jesteś rąbnięty, jak myślisz, że będę dla ciebie sprzątać!
Wnet drzwi wejściowe trzasnęły, powodując huk. Wzdrygnęłam się. Podmuchu wiatru nie było, Toby i Kally mieli rączki przy sobie. Więc co? Uderzyła mnie fala gorąca ze zdenerwowania. Wtedy w pomieszczeniu rozbłysło światło, oślepiając mnie na kilka sekund. Gdy już się do tego przyzwyczaiłam, rozejrzałam się. W kącie pomieszczenia stał oparty o ścianę chłopak emo. Miał czarne włosy, szare oczy, ubiór też nie grzeszył kolorami... Cały czarny.
 - Będziecie wykonywać MOJE polecenia - spiorunował nas wzrokiem - Moje i pozostałych domowników tego domu, w którym macie... - zatrzymał się, jakby bał się słowa "mieszkać". Bo chyba to miał na myśli.
Prychnęłam.
 - Jestem Nikki.
 - Luna i Kally - wyprzedził nas Toby i pośpiesznie wepchnął w głąb tego zasranego domu. Był dość... skromny.
 - Wasz pokój - wepchnął nas do jakiegoś pomieszczenia, który najwyraźniej był już przez kogoś zamieszkany - Ja będę w pokoju naprzeciw - spojrzał na nas jakby zatroskany - Muszę być blisko żeby was chronić - po tych słowach zatrzasnął drzwi. Żeby go szlag. Niech przynajmniej nie udaje, że się martwi.
Rozejrzałam się po pokoju. Na niebieskich ścianach wisiały zniszczone przez czas plakaty muzyków. Pomiędzy biurkiem, a szafą stała sobie gitara. Na komodzie obok łóżka były porozrzucane kostki do gry i... pluszaki? Serio? Na samym środku pomieszczenia były dwa materace, pewnie dla nas... W całym pomieszczeniu było gorąco, a okno były pajęczyny! Jeszcze tak okropnie śmierdziało potem (i innymi wydzielinami) zmieszanym z jakimś męskim perfumem. Kilka brudnych ubrań w kącie... A najsmutniejsze było to, że najbardziej zadbanym miejscem było chyba biurko z nie tanim komputerem, a na konsoli, która leżała tuż obok, nie jawił się nawet pyłek kurzu.
Niewiele myśląc podbiegłam do okna i otworzyłam je szeroko, wpuszczając świeże powietrze i pierwsze od lat w tym miejscu.
Nagle poczułam czyiś ciepły oddech na karku. Pomyślałam, że to brat, więc zignorowałam. Potem jak czyjeś dłonie oplotują moje.
 - Zamknij - rozległ się obcy głos tuż nad moim uchem, a dłonie uniosły moje ręcę, kierując nimi tak bym zamknęła okno.
 - Co do...?! - wyrwałam się i odwróciłam, lecz zamiast zobaczyć mojego brata, ujrzałam kogoś zupełnie obcego. Stanęłam jak wyryta, a przez głowę przeszła mi myśl: "Jaki on cudny!".
Nieco wyższy ode mnie chłopak miał ciut długie blond włosy z grzywką na boku i lodowate oczy. Cere miał bladą, a niebieska bluza zwisała na jego szczupłej sylwetce.
 - Cześć - cofnął się wyciągając ręcę w geście obronnym - Od teraz współdzielicie ze mną pokój.
To jego pokój? Trudno uwierzyć, że taki anioł był takim bałaganiarzem.
 - Na to wygląda - usiłowałam brzmieć obojętnie - Nazywam się Luna.
 - Mike - posłał mi ciepły uśmiech i opuścił ręce.
Przysięgam, gdybyśmy się spotkali w dogodniejszych okolicznościach, to z miejsca bym go brała.
 - Kally... - odezwał się wcześniej zapomniany mój brat.
Mike przeszył nas swoim spojrzeniem, po czym oznajmił, abyśmy się rozgościli, nie grzebali w rzeczach i tak dalej i wyszedł. Miałam nadzieję, że wróci góra dwadzieścia minut, ale po dwóch godzinach zasnęłam wyczerpana dzisiejszym dniem na materacu.

Z punktu widzenia Hoodiego...
 - Znaleźliście ich? - gdy tylko Alice spostrzegła nasze -moją i Maskyego- sylwetki wśród drzew podbiegła do nas. Jej oczy były podkrążone. Pewnie tak jak my nie spała całą  noc.
 - Zniknął po nich ślad - westchnął Masky zawiedziony i zdjął maskę w twarzy, na której malowała się wściekłość. Zaś twarz Alice wyrażała przerażenie i wielki zawód.
 - Wiecie, że wasza "mała nieuwaga" może mnie kosztować życiem?! - warknęła. Oj nie, zdecydowanie nie chciałbym być na jej miejscu.
 - Jeśli w ciągu tygodnia się nie znajdą to osobiście was rozszarpię - zagroziła świdrując nas gniewnym wzrokiem.
 - Dlaczego nie użyjemy zamienników? - zaproponowałem.
Czarnowłosa spojrzała na mnie z dziwnym błyskiem w oczach, jakby coś sobie uświadomiła.
 - Właśnie! Dlaczego wcześniej...
 - Nie możemy - syknął rozgoryczony Tim - Slenderman surowo nam tego zakazuje.
Alice pokierowała na niego spojrzenie, w którym na nowo zaczynała się zbierać wściekłość.
 - Teraz mnie to nie obchodzi. Jestem cholernie zdesperowana żeby przeżyć - odwróciła się napięcie o 180 stopni - Dlaczego ja muszę pilnować tych bachorów? - w jej głosie wyczułem nutkę żalu - Żeby przynajmniej to był Rogers. On nawet nie czuje bólu. Nie zorientowałby się, że uchodzi z niego życie.
Byłem zaskoczony, a równocześnie przerażony. Alice może i miała "charakterek", lecz nigdy nie życzyłaby śmierci któremuś z nas. Ale to są właśnie skutki nadchodzącemu końcowi.
 - Znajdziemy ich! - zapewnił Masky - Zbierzemy kilka osób, poza tym oni są śmiertelnie przerażeni i bezradni - założył maskę z powrotem.
Przytakiwałem tylko. Nadal karciłem się w myślach za to, że daliśmy im uciec, a życie niektórych z nas jest zagrożone. Otóż kluczem do nieśmiertelności naszego Pana polegał na wysysaniu energii życiowej z młodych osób (bo one posiadają tego najwięcej). Są sprowadzane w specjalne miejsce, gdzie Slenderman może się nimi karmić na odległość. Oczywiście wiąże się z to bardzo długą i bolesną śmiercią. Gdy kryjówka nie jest zapełniona dziećmi, energię życiową pobiera się od proxy, którzy znajdują się w pobliżu i mają rzekomo pilnować tego miejsca. Akurat wypadło na Alice. Jeśli w ciągu tygodnia nie wyłapiemy uciekinierów... to każdy proxy zacznie kolejno padać jak mucha.



cdn...

niedziela, 26 lutego 2017

Dni z życia CreepyPast 18


Z punktu widzenia Tobyego...
 - Puszczaj mnie, ty śmieciu! - wrzasnął szatyn, usiłując wyrwać się z uścisku lalkarza. Nie wyszło mu to na dobre, gdyż już po dwóch sekundach Puppet sprzedał mu siarczystego liścia, tym samym chłopak upadł. 
 - Więc...? - westchnął lalkarz wyraźnie tracąc cierpliwość. Pewnie by pokazać im swoją wyższość zaczął unosić się z dwadzieścia centymetrów nad ziemią. 
 - K-Kally... - odpowiedział niepewnie chłopak łapiąc się za policzek.
 - Nic mu nie mów! - warknęła dziewczyna, za co mój kolega skarcił ją wzrokiem.
 - Źle na tym skończycie - warknął podirytowany - Proponuję współpracować. 
Dziewczyna zastanawiała się przez chwilę, jakby odpowiedź na pytanie było kwestią życia i śmierci, po czym przedstawiła się:
 - Luna. A to mój brat.
 - I nie można było tak od razu? - lalkarz uśmiechnął się i opadł na ziemię - Czego tutaj szukacie? I dlaczego się na nas rzuciliście?
 - Chcemy po prostu znaleźć naszego brata - dziewczyna spokojniej odpowiedziała, więc powoli ją puściłem, aby wstała z ziemi - A zaatakowaliśmy dlatego, bo myśleliśmy, że współpracujecie z tamtą dziwną istotą.
 - Dziwną istotą? - wtrąciłem - Można jaśniej?
 - A co tu dużo mówić... - zaczął Kally - Przypomina mężczyznę, jest bardzo wysokie, nosi jakiś garnitur i to coś jakby nie miało twarzy...
Slenderman, przyszło mi na myśl. Ale co mogliby mieć ze sobą wspólnego? Po minie Puppeteera odczytałem, że połapał się o kogo chodzi, mimo że starał się to ukryć przed nimi. 
 - Okay, okay - przytaknąłem - To teraz powiedzcie o co wam chodzi z tą "współpracą z tym czymś".
 - Kiedy to nas łapało było z tym jeszcze dwie osoby - odpowiedział szatyn - jeden miał maskę, drugi kaptur, więc nie widzieliśmy ich twa...
 - Kally! - warknęła jego siostra - Nie mów im tak dużo! Zresztą, teraz wy! Nie znamy waszych imion!
 - Toby.
 - Puppeteer. Zadowoleni?
 - Dlaczego tamto miało was łapać? - sprowadziłem temat na bezpieczniejsze tory.
 - Skąd mamy wiedzieć, półgłówku?! A właściwie i tak wam już niczego nie powiemy! - dziewczyna aż prosiła się o wpierdziel. I to porządny.
 - Bo może byłbym w stanie pomóc.
Na tą wiadomość wszystkich z automatu zamurowało. W końcu nie codziennie komuś kto chciał cię najpierw zabić ofiaruje się pomoc. Ale oni najwyraźniej mają jakiś związek z moim panem i być może z ukrywaną przez innych tajemnicą. A ja zrobię wszystko aby poznać ukrywaną prawdę. 
 - Pomóc?! - wykrzyknął brunet - Im?! 
 - Uspokój się trochę... - westchnąłem - Wiem co robię.
 - Najwyraźniej nie - odwrócił się na pięcie - Ja wracam do domu, a ty się tu z nimi targuj. W razie czego powiem, że nic ci nie grozi. Pasuje?
 - Pasuje. - ledwo to wypowiedziałem, a on już żwawym krokiem oddalił się.
 - To na czym mogłaby polegać ta twoja pomoc? - zapytała Luna - I skąd mamy mieć pewność, że czegoś nie knujesz? Może po prostu chcesz nas zwabić w sidła tej istoty?
 - To dlatego... - szukałem jakiejś przekonującej wymówki - miałem już styczność z tą istotą.
Oboje nagle jakby wytężyli wszystkie swoje zmysły by nie przegapić ani jednego mojego słowa.
 - Wiem, że nazywa się Slenderman, a tamci dwaj to jego pomocnicy - zrobiłem krótką pauzę - Chcieli mnie zabić z jakiegoś powodu i tak długo się ze mną użerali, że ostatecznie zawarliśmy pewien pakt. Oni mi dają bezpieczeństwo, a ja zbieram dla nich informacje. 
 - Czyli dla niego współpracujesz.
 - Raczej przymusowo, ale nie ma nade mną pełnej kontroli. Za to ja wiem o nich o wiele więcej i mógłbym wam pomóc odnaleźć waszego brata i ukrywać się przed nimi. 
 - Ale pewnie nie za darmo...
 - Możemy rozliczyć się później - uśmiechnąłem się głupio - Zapewniam, że ceny za moje usługi nie są drogie.
 - Daj nam chwilę - Luna i Kally odwrócili się tyłem do mnie i zaczęli między sobą szeptać. Po kilku minutach w końcu podjęli decyzję.
 - Niech ci będzie - oznajmił chłopak - Przyjmujemy twoją pomoc.
 - Świetnie - kąciki moich ust uniosły się - Zacznijmy od tego jak tu się znaleźliście, ile tu jesteście, jak uciekliście... - tak wiele pytań.
Rodzeństwo chcąc nie chcąc opowiedziało mi swoją historię. Pewnego dnia, który zapowiadał się tak jak inne zwyczajne dni, domostwo zauważyło zniknięcie jednej z sióstr. Myśleli, że po prostu się bawi w chowanego i wtedy pojawili się oni, ci "współpracownicy tej istoty". I mimo, że mieli przewagę liczebną, po prostu nie dali im rady. Tamta dwójka natychmiast się z nimi poradziła, związała i zaciągnęli właśnie tutaj, ale gdy chwilowo ich zostawili, załatwić jakieś sprawy, uciekli im. )Akurat w tym momencie historii miałem ochotę opierdzielić Maskyego i Hoodiego za takie kretyństwo. ) Właśnie wtedy uciekli, ale cóż, jak to bywa, rozdzielili się. A tkwią w tym miejscu niespełna dwanaście godzin. 
Szczerze mówiąc, przy nich czułem się jak pasterz pilnujący swoich owieczek. Bezbronnych i zagubionych owieczek. Ale teraz trzeba dla nich znaleźć jakieś schronienie. I gdzie takich usadzić?

Z punktu widzenia Nicka...
 Zapowiadała się kolejna ekscytująca noc, czyli jak zawsze polowania jak na kanibala przystało i szwędanie się w celu spotkania jakiejś zagubionej duszy. Skroll po kolejnej porażce chodzi tak ekstremalnie wnerwiony, że teraz każdy chce jak najszybciej opuścić fabrykę nim zacznie się na kimś wyżywać. Dzisiejszej nocy to Chess nie miał wiele szczęście i został brutalnie pobity. Może bym się roześmiał, gdyby nie to, że panicznie bałem się zwracać na siebie jego uwagę. Uciekłem zaraz gdy zapadł zmrok, wraz z resztą. Na swej codziennej drodze do miasta spotkałem dość... ciekawego osobnika. Chłopak, na oko osiemnastka, choć jego wiek umysłowy zatrzymał się na gimbazie. Biegał między drzewami w kółko, wykrzykując coś niezrozumiałego dla mnie i wymachiwał... kij? Patyk? Pręt? Uj wie co ten cudak trzymał. Lekko rozbawiony tą sytuacją zaczaiłem się za drzewem, czekając. Gdy zatrzymał się by trochę odsapnąć, ruszyłem na niego z prędkością światła, ugadzając go między łopatki swoimi ostrymi pazurami. Chłopak jęknął z bólu i upadł na kolana. Ale niemal natychmiast odwrócił się i uderzył mnie tamtym kijem w żebra, czego się nie spodziewałem, bo zazwyczaj większość mojego jedzenia jest bardzo oszołomiona po takim ciosie. Przynajmniej nie był na tyle silny aby mi zrobić krzywdę.
 - Z-z-zzz - jęczał coś - zombi!
 - Co? - roześmiałem się. Najwyraźniej był pod wpływem narkotyków.
 - Ratunku! - wykrzyknął i ponownie uderzył mnie kijem w biodro. Gdy chciałem się na niego rzucić, wbił mi je w brzuch. Wielkie dzięki, że końcówka jego broni nie była nawet zaostrzona, ale i tak bolało jak diabli. W przeciwnym razie przebiłby mnie na wylot. A i tak miałem ochotę zwymiotować na niego resztki wczorajszego "jedzenia".
 - I-idź sobie! - okazało się, że był na tyle silny, aby "rzucić" mną za siebie. Obiłem się o ziemię plecami z głuchym hukiem i jęknąłem cicho. Nim zdążyłem wstać, chłopak już uciekał ile sił w nogach. Zaklnąłem i podniosłem się na równe nogi, goniąc za nim. Był zadziwiająco szybki. I nie wiadomo czy miałem się cieszyć, że moja ofiara stanowi dla mnie w końcu jakieś wyzwanie, czy złościć, bo muszę się trochę pomęczyć o mięso, w którym pewnie płynie zakażona krew. Swoją drogą ciekawe, czy będę naćpany.
Dogoniłem osobnika w krótkim czasie, przygwożdżając go swoim ciałem do drzewa. Szarpał się i wyrywał, bił i szczypał, ale na nic, bo on w porównaniu do mnie był chudziną. Nie spiesząc się w ogóle, zanurzyłem zęby w jego lewym ramieniu. A raczej chciałem. Chciałem wgryźć się aż do kości, ale ledwie z jego rany uleciała krew, a musiałem przerwać, gdy spostrzegłem palrizator w jego dłoni. Odskoczyłem na metr, patrząc na przerażonego do szpiku kości chłopaka. Zastanawiało mnie, dlaczego od początku mnie tym nie wykończył.
 - Nie zbliżaj się! - wrzasnął - Usmażę cię!
Poklepałem się po kieszeniach i, cholera, nie mam przy sobie żadnej broni. Co robić, co robić?
W pewnym momencie po jego policzkach zaczęły spływać łzy. Zaciskał zęby z całej siły, starając się powstrzymać płacz. Bez skutku. Płakał trzęsąc się, a ja stałem na przeciwko niego nie mając pojęcia co zrobić.
*buuurczy*
Nieznośny głód dawał o sobie znać. Postawiłem krok w jego stronę. Zrobił krok w bok, stając obok drzewa.
 - Nick! - usłyszałem znajomy głos jednego z nas. Spojrzałem w lewo, szukając wzrokiem zarys ludzkiej sylwetki w tych ciemnościach, jednocześnie pilnując tamtego świra. Dostrzegłem postać kilka metrów od nas. Nie widział chłopaka, bo był zasłonięty przez drzewo.
 - Co tam robisz? Choodź, razem coś złapiemy - znowu ten głos.
Właściwie mógłbym go przywołać i byśmy we dwójkę rozprawili z tym gostkiem, ale czy było warto? Z moich własnych doświadczeń wiem, że ćpuny smakują okropnie, poza tym ten miał palarizator, jeden zły ruch, a już smażylibyśmy się. Po krótkim namyśle stwierdziłem, że nie opłacało by się. Możecie mnie nazwać tchórzem, ale trudno.
 - Już idę! - powoli ruszyłem w kierunku postaci, nie spuszczając wzroku z nadal zdenerwowanego chłopaka. Najwyżej kiedyś się nim zajmę.




         cdn

czwartek, 16 lutego 2017

Dni z życia CreepyPast 17


Z punktu widzenia Puppeteera...
 - Co tu się działo? - to były moje pierwsze słowa zaraz po wejściu do domu. Niemal wszystkie okna były wybite.
 - Intruz - rzucił Jason i uśmiechnął się teatralnie - Już się nim zająłem.
 - Znając życie zgwałciłeś - pomyślałem i przewróciłem oczami.
Po całym dniu biegania za tym wystraszonym kundlem, który i tak zwiał gdzieś daleko, miałem ochotę tylko położyć się spać. Ale Jason zaczął nalegać, abym koniecznie zobaczył jego nowe dzieło. Niechętnie się zgodziłem, a już po kilku minutach przyniósł z piwnicy swoją najświeższą lalkę. I nie byłoby w niej nic nadzwyczajnego, gdyby nie obrzydliwa, różowa, wychodząca na wierzch blizna na szyi. Wspomniał coś, że tak miało być. Nagle do domu wkroczyła Alice, jak zwykle z kamienną miną. Najpierw spojrzała na mnie, a potem rozejrzała się po pomieszczeniu.
 - Złapałeś Smile? - zapytała w końcu.
 - Uciekł gdzieś - wzruszyłem ramionami.
 - Dupku! - dziewczyna trzepnęła mnie po ramieniu - Właśnie dlatego miałeś go złapać!
 - To tylko kundel, zresztą wróci jak zgłodnieje.
Moja odpowiedź najwyraźniej nie spodobała się czarnowłosej, bo wykrzywiła twarz w grymasie. Aż zacząłem się jej bac. Przeszła się do Tobyego, który dopiero co zszedł na dół i wytargała go za włosy w moją stronę.
 - Ejjj, za co? - pytał zdezorientowany.
 - Ty narzekałeś na to, że nie dostajesz zadań, więc teraz twoim zadaniem jest pomóc temu delikwentowi złapac naszego psa. - puściła go i zwróciła się do mnie - Trudno było poprosic kogoś o pomoc?
 Poprosic...
Z wielkim jękiem razem z Tobym wyszliśmy do lasu i zacząłem prowadzić do miejsca, w którym ostatnio widziałem tego kundla. Przez całą drogę milczeliśmy. Ja zamiast wypatrywać zwierzę podziwiałem chmury na niebie. Jedna wyglądała jak zając.
 - Widzę go!
O, krokodyl...
 - Puppeteer, chodź!
Krzesło elektryczne...
Gdy oderwałem w końcu wzrok od nieba zadałem sobie pytanie: "Gdzie jest Toby?". Zacząłem rozglądać się nerwowo na boki. Nie no! Nie dość, że dostałem ochrzan za zgubienie psa, to jeszcze dostanę ochrzan za to, że go nie znalazłem i zgubiłem Ticci! Z moich ust polała się wiązka przekleństw. Nabrałem powietrza do płuc i na cały głos zacząłem go wołac, oczekując nie wiadomo czego. Po jakimś czasie dostałem odpowiedź. Podążyłem szybko za jego głosem. Toby kucał nad jakimś rowem.
 - Znalazłeś psa? - zapytałem stając za nim.
 - Yup - odpowiedział - Ale chyba mnie nie poznaje.
 - Chyba? Gdzie on jest?
 - Najwyraźniej znalazł sobie nowego właściciela, pff... - wstał i zaczął prowadzić mnie wzdłuż rowu - Zobaczysz sam.
 Po przejściu niewielkiego dystansu moim oczom ukazał się Smile w objęciach jakiejś postaci. Chyba polubił to miejsce. Gdy tylko nas zauważył zaczął warczeć groźnie, a nowy "właściciel" najwidoczniej spał z kapturem naciągniętym na głowę. Płaszcz miał cały wygnieciony i brudny. Brakowało tylko chodzących po nim karaluchów.
 - Smile - zacząłem gwizdać przyjaźnie, ale pies i tak był wrogo nastawiony. Co za utrapienie.
 - No to po piesku - westchnąłem.
 - Ale co my z nim zrobimy?
 - Z tym gościem? Zostawimy, a co mielibyśmy?
 - W pewnym sensie to ukradł nam psa...
 - Wi... - nagle świat zawirował mi przed oczami, a raczej ja wynąłem kilka salt w powietrzu, a w okolicach brzucha rozległ się wielki ból. Upadłem na ziemię jak kłoda, analizując co się stało.
 - Nic ci nie jest?! - zapytał Toby i chciał mi pomóc wstać, ale sam skończył na ziemi kiedy ktoś przywalił mu grubym kijem w głowę i w plecy.
 - Kim jesteście? - rozległ się dziewczyński głos. Nad nami z nożem (i kijem) w dłoni sterczała hojnie przez naturę obdarzona dziewczyna o kasztanowych włosach i oczach o tej samej barwie. Włosy miała spięte w wysoką kitkę i nie powiem, była piękna, ale zagroziła nam jakimś patykiem, więc marny jej los. Bardzo powoli sunąłem ręką w jej stronę, a gdy była wystarczająco blisko chwyciłem za ten kij, który dość nisko trzymała i szarpnąłem na tyle mocno by go wyrwac. Jednym sprawnym ruchem podciąłem jej nogi by upadła, a sam wstałem na równe nogi. Obraz stał się niewyraźny, ale nie mogłem się zapominać. Wbiłem kawałek drewna w ziemię, tuż centymetry od jej pięknej twarzyczki. Niech wie kogo zaatakowała. Za późno zauważyłem, że ma w dłoni jeszcze nóż, ale Toby zdążył ją "przetrzymać".
 - Kim jesteś? - zadałem pytanie.
 Wnet za sobą usłyszałem trzask gałęzi i szelest. Toby krzyknął "Uważaj!". Odwróciłem się na pięcie i zobaczyłem biegnącego w moją stronę chłopaka z jakimś tępym scyzorykiem. Złapanie go i wykręcenie mu nadgarstków to była bułka z masłem. Też miał brązowe włosy i oczy. I ten okropny płaszcz na sobie. I byli uderzająco do siebie podobni. Tylko kim są i z jakiego powodu zaatakowali?

Z punktu widzenia Alice...
 Robiło się już ciemno, a chłopaków z psem nadal nie było. Ile może zając złapanie zwykłego sierściucha?! Ubrałam się w grubą pomarańczową bluzę i sama wyruszyłam na poszukiwania tych imbecyli. Mam nadzieję, że nie zapuścili się zbyt daleko.
 - Alice - w pewnym momencie usłyszałam czyiś głos. Zaczęłam się rozglądać nerwowo, ale nigdzie nie widziałam żywej duszy. A przynajmniej przez pierwsze kilka sekund nie mogłam nikogo znależc.
 - Looker! - niemal zawału nie dostałam, kiedy zobaczyłam chłopaka przyczajonego za pobliskim drzewem. W białej masce i stojąc w cieniu, który idealnie padał na jego sylwetkę przypominał zjawę. Szatyn zaśmiał się cicho widząc moją reakcję.
 - Co taka piękna niewiasta jak ty robi w takim niebezpiecznym miejscu jak to? - wyszedł z "ukrycia" i oparł się o swoją pałkę, która wydawała się byc bardziej zakrwawiona niż od naszego ostatniego spotkania.
 - Szukam moich dwóch kolegów... i psa.
 - Nie żyją.
Oczy niemal mi wyszły na orbit, a serce podskoczyło do gardła. W jednej chwili zalała mnie fala dziwnego, nieprzyjemnego uczucia, jakim to jest poczucie winy. Potem pojawiła się iskra nadziei - może tylko ich z kimś pomylił?
 - Widziałeś jakiś dwóch gości martwych?
 - Nie widziałem, ale za to widziałem dwóch gości biegnących prosto pod tereny alfa.
Strzeliłam sobie faceplama w myślach. Looker "terenami alfa" nazywał miejscówki całej dzikiej zgrai Skrolla. Każdy wie jakich miejsc najlepiej unikac, więc dlaczego trafiły się te dwa wyjątki?
 - Hey, może jeszcze są w jednym kawałku - zaśmiał się chłopak - Jeszcze świta.
Przewróciłam oczami znużona. Jakoś nie było mi do śmiechu, szczególnie, że to JA wydałam im taki rozkaz. Dlaczego nie przemyślałam tego? Znowu strzeliłam faceplama w myślach. Tak czy siak trzeba ich znaleźć nim zapadnie zmrok. Żegnaj bezpieczny świecie, witaj cała drużyno Skrollverse...



cdn...

Dni z życia CreepyPast 16


Z punktu widzenia Toby'ego...
 Po tamtym incydencie wszyscy złożyli się w jakoś zmowę milczenia. Nie ma co się dziwić, skoro teraz Slender jest na mnie wściekły. Szukałem miejsca gdzie mógłby być przetrzymywany Domino, ale nic. Albo gdzieś skutecznie schowali, albo uciekł, albo go zabili, albo wywieźli z kraju! 
 Był słoneczny, lecz chłodny poranek. Śnieg już dawno stopniał, zostawiając za sobą tylko błoto. Większość domowników szwędała się gdzieś po mieście, albo i w lesie. Spałem jak dziecko, dopóki ze snu nie wyrwały mnie jakieś hałasy. Jakby dźwięk tłuczonego szkła. Wstałem chwiejnie z łóżka i aż cały się zatrząsłem. W pomieszczeniu było niewyobrażalnie zimno... zastanawiałem się krótką chwile co mogłoby byc źródłem dźwięku, gdy nagle BUMM! Szyba od okna rozbiła się na drobny mak, a do pokoju wleciał ogromny kamień i aż trafił w drzwi.
 - Co do?!... - wyjrzałem na zewnątrz, w nadziei, że jeszcze zobaczę sprawcę tego zamieszania, ale szczupła sylwetka nieprzypominająca mi nikogo zniknęła gdzieś poza pole mojego widzenia. Moim pierwszym odruchem było bezmyślne wyskoczenie przez okno. Poślizgnąłem się wpadając w błoto. Zakląłem pod nosem, ale prędko się pozbierałem i ruszyłem za uciekającą postacią, która jeszcze przystanęła i rzuciła kamieniem w kolejne nieszczęsne okno... cóż, przynajmniej to dało mi trochę czasu. Nie zauważył mnie, więc nie było mu śpieszno. Od sprawcy dzielił mnie zaledwie metr, wnet dosłownie zapadł się pod ziemię. Może nie dosłownie, ale ktoś powalił go na ziemię, przyciskając twarz do gruntu. Tym ktoś okazał się Jason. Najwyraźniej obszedł dom z drugiej strony. 
 - Co ty do cholery wyprawiasz?! - jego ręce miały czarny odcień, a oczy błyskały na zielono. Oj, marnie tamten skończy - Kim jesteś?!
 Przyjrzałem się dokładniej chłopakowi i chryste, to przecież ta sama osoba, którą niedawno widziałem jak walczyła z Hoodiem. Szatyn próbował się wyrwac, ale był za słaby. 
 - Jest od Skrollverse - gdy chłopak długo nie odpowiadał, pośpieszyłem z tłumaczeniem.
 - Czyli go zabić, ta? - pazury lalkarza zaczęły powoli wbijać się w policzki powalonego na ziemię, a tamten wykrzywił twarz w bólu. 
 - Zabic od razu - nie zauważyłem, gdy za mną pojawiła się Clockwork. Pomimo że byłem cały w błocie i tak mnie przytuliła i stanęła obok - Chętnie poznałabym jego motywy działania. 
 - Więc? - zniecierpliwiony Jason przygniótł go do ziemi bardziej - Wytłumaczysz się? - widać było, że tylo czekał na jakiś jego błąd, żeby móc przerwać jego żywot.
 - To nie moja wina! - powiedział jakby przestraszony - Musiałem to zrobić, żeby pan Mark nie był na mnie zły! - to ostanie wykrzyczał.
 - To nie wytłumaczenie!
 - Spokojnie, daj mu dojść do słowa - westchnęła Clockwork, lekko podirytowana - A najlepiej to zejdź z niego.
Czerwonowłosy niechętnie wstał i szybkim ruchem dźwignął chłopaka z ziemi, trzymając go za nadgarstki żeby nie zwiał.
 - Więc...?
 - Pan Mark przysiągł mi, że jeśli będę mu pomagał zapewni bezpieczeństwo mojemu rodzeństwu. Ale zawaliłem ostatnią misję i dałem tak po prostu porwać jednego z członków jego głównych proxy, więc bałem się tam wrócić... wiem, jak bardzo was nienawidzi, więc podążyłem za śladami jakiegoś chłopaka, który najwyraźniej wliczał się do jego listy osób, które chce zabic. Myślałem, że przynajmniej przyniosę mu głowę jednego z waszych i przymknie oko na ostatnie niepowodzenie... ja...
 - Jaki naiwny - przerwała dziewczyna - Skroll nigdy by ci nie odpuścił zawalenia misji, a już na pewno nigdy nie mógłby w stanie zapewnic komuś bezpieczeństwa.
 - Co nie zmienia faktu, że jesteś jednym z nich i trzeba cię zabic - oczy Jasona na nowo błysnęły zieloną barwą, a na twarzy chłopaka pojawił się ogromny strach - I tak już wiesz gdzie mieszkamy, więc stanowisz problem - uniósł czarną jak smoła rękę i w mgnieniu oka poderżnął mu gardło pazurami, nie dając mu czasu na nic. Ciało brązowowłosego osunęło się na ziemię bezwładnie, a z cięcia wylała się fala krwi. 
 - Rety - przewróciłem oczami - Nawet się nie przedstawił.
 - Czy to ważne jak miał na imię? - chłopak złapał martwe ciało za włosy i uniósł na wyskośc bioder - Od teraz będzie stanowił część mojej wspaniałej kolekcji lalek - uśmiechnął się szeroko i zwrócił do tyłu, ciągając za sobą zwłoki, z których nadal wypływała krew, zostawiając za sobą czerwoną ścieżkę. Naprawdę dziwaczny poranek.

Z punktu widzenia Mike...
 Jak każdego czwartku byłem umówiony z bratem w parku. Jednak tym razem Victor się spóźniał. Mocno. Nawet nie raczył mnie w żaden sposób poinformować o opóźnieniu. A ja przez ponad godzinę czasu stałem na mrozie wypatrując go. Gdy już miałem sobie iśc wreszcie się pojawił. A raczej biegł. Zatrzymał się przy mnie cały zasapany.
 - Stary, co tak długo? - zapytałem na wstępnie nie dając mu chwili wytchnienia.
 - Przepraszam - wysapał - Muszę ci coś ważnego powiedzieć - wyprostował się i przybrał kamienną minę.
 - O co chodzi? - zaniepokoiłem się jego wyrazem twarzy i wyparowały ze mnie resztki dobrego humoru.
 - Za tydzień nie będziemy się już tutaj widzieli - uciekł wzrokiem gdzieś w bok - Ani za dwa tygodnie. 
 - Czyli... - co? - ...zabierają cię, tak?
Mówiąc "zabierają cię" miałem na myśli "adoptują cię". 
 - Tak i to gdzieś daleko - nadal unikał mojego spojrzenia - Może poznam czeluści piekła... - dodał szeptem.
Z jednej strony mogłem się cieszyć - mój brat znalazł jakąś tam rodzinę i w końcu może się wyrwac z tego miejsca, na które tak mi ciągle narzeka. Z drugiej będziemy oddaleni od siebie o kilkaset kilometrów. Bez możliwości jakiejkolwiek komunikacji... 
 - Cieszysz się? - zapytałem wprost. Szczerze nie chciałem mu po mnie poznac, że mi przykro. Wolałem żeby Victor zapamiętał mnie jako raczej osoba radosna. Wolałbym aby każdy tak o mnie myślał!
 - Wydają się w porządku - wzruszył ramionami i na mnie spojrzał - Tylko my... - podrapał się nerwowo po karku - ...raczej się już nie spotkamy. - spojrzał w niebo zakłopotany - Wybacz, muszę już iśc, wymknąłem się niepostrzeżenie i muszę wracać zanim ktoś zauważy.
Westchnąłem teatralnie i zanim się odwrócił, złapałem go za nadgarstek i przyciągnąłem do siebie, tak by wpadł w moje objęcia (rety, to pewnie pedalsko wygląda).
 - Chyba nie zapomnisz o mnie z dnia na dzień? - zapytałem głupio.
 - Zwariowałeś?! - oburzył się i spojrzał na mnie jak osobę, która przed chwilą złożyła mu propozycję napadu na burdel - Jesteś niezastąpionym bratem.
Uśmiechnąłem się pod nosem.
 - Żegnaj.
Po tych słowach każdy z nas poszedł w swoją stronę.




CDN...

 rety, przepraszam za tak małą aktywnośc, ale choroba, nadrabianie lekcji i tak dalej... do następnego :3



piątek, 27 stycznia 2017

Dni z życia CreepyPast 15



Z punktu widzenia Toby'ego...
 Wędrówka za tymi całymi śladami do najłatwiejszych nie należała, dodatkowo musiałem się trzymac na dystans, aby mnie nie wykryto. Wszystko szło bardzo, ale i to podejrzanie bardzo gładko. M&B nawet chyba nie pomyśleli o tym, że mógłbym ich szpiegować. Powinienien normalnie skakać z radości, że w tej chwili każdy o mnie zapomniał i bez problemów mogłem dowiedzieć się tego, co tamci próbowali przede mną ukryc. Te cholerne uczucie niepokoju... 
 Kiedy tak rozmyślałem nad moim "buntem", podążając bezmyślnie za śladami, mało brakowało, abym się ujawnił. Masky i Hoodie stanęli w miejscu, a ja znacznie zmniejszyłem odległość między nami. Otrząsłem się z transu i schowałem za najbliższą zaspą śnieżną. Wtedy jakby na zawołanie śnieg zaczął padac mocniej, tworząc białą zasłonę między nami. Ugh, w takim tempie pozostawione ślady były już pewnie dawno przykryte. Skuliłem się z zimna, starając się nie zgrzytac zębami. Dosłownie każda cząsteczka ciała mówiła mi: wracaj. Lecz moja ciekawość była silniejsza. Wychyliłem głowę z ukrycia, a moim oczom ukazała się epicka scena walki.Trzy postacie zmierzały w moją stronę nieubłaganie... jakbym był skazany na pokazanie się. Wstałem chwiejnie, kuląc się nieco aby nie pokazać zza niewielkiej zaspy. Rozejrzałem się po otoczeniu, szukając wzrokiem bezpiecznej drogi ucieczki lub jeszcze lepszej kryjówki. Gdy nagle...
  BAAAAM!!
 ...dosłownie milimetry przed moją twarzą przeleciał jakiś osobnik i uderzył z wielkim hukiem o ziemię, w odległości niecałego metra. Wydarł się z bólu, a czerwona plama na jego lewym boku powiększała się. Ogarnąło mnie uczucie deja vu, jakby nie był mi obcy. Stałem tam jak wyryty, analizując co się właściwie stało. W tym samym czasie chłopak, zaciskając zęby w bólu, zdążył podnieść się na równe nogi, a na mój widok pojawił się dziwny błysk w oku. Nadzieja? Za to ja w końcu zobaczyłem jego twarz i stwierdziłem, że to Domino. Gdy rozległy się kolejne strzały, czarno-białowłosy cisnął w ich stronę kilkoma kartami, samemu osuwając się na ziemię, a z jego ramienia trysła krew, częściowo barwiąc wszystko wokół. 
 - Toby?... - nim zorientowałem się do kogo należą te słowa, poczułem (nie aż takie) mocne uderzenie z tyłu głowy. Pff... Nie wystarczyło żebym stracił przytomność. Odwróciłem się gwałtownie, mało nie przewracając się. Za mną w stalowym prętem w dłoniach stał jakiś chłopak, którego nigdy wcześniej nie widziałem. Nie był nikim z Skrollverse. Więc kto?..
 Wpatrywałem się w niego jak w jakieś ufo, gdy wnet obraz zasłoniły mi czyjeś dłonie. Ktoś złapał mnie za głowę, zakrywając oczy i odciągnął brutalnie do tyłu, co sprawiło, że upadłem na śnieg, tuż obok siłującego się Maskyego z Domino. A raczej obok Domino próbującego się wyrwac z uścisku, bo szczerze mówiąc, był totalnie skrępowany i nie wyglądał jakby walczył z całych sił, bo pewnie był osłabiony. Za to Masky... cóż, z niego nie mogłem wyczytać nic.
  BRZDĘK
Hoodie rzucił się na mojego napastnika, a jego ostrza zderzyły się z prętem. Gdy tylko obcy uniósł ręce, biorąc zamach, Brain wykorzystał fakt, że się odsłonił, zanurzając ostrze w jego udo. Szatyn jęknął z bólu i upuścił broń z rąk. Wtedy złapał Hoodie za plecy, jakby chciał wyszarpać materiał od jego bluzy i ugryzł go w ramię. Momentalnie wstałem na równe nogi, ale moja pomoc nie była potrzebna. Ugodzony w ramie zaczął wykręcać nóż, nadal zatopiony w jego ciele. Twarz chłopaka wykrzywiła się w ogromnym bólu, ale go nie puścił, a raczej przeniósł się na szyję. Nim zacisnął szczęki wystarczająco mocno by polała się krew, Hoodie dźgnął go gwałtownie kilka razy w to samo miejsce,a chłopak zatoczył się do tyłu. Wpadł w głębszy śnieg i skulił momentalnie, próbując powstrzymać krwawienie. 
 - Co tu-tutaj robisz?! - Brain odwrócił się do mnie, a w jego głosie była taka wściekłość... - Szpiegowałeś?
 - Tak - przyznałem się, nie wyrażając jakichkolwiek emocji. Zamiast patrzeć mu w oczy mój wzrok był skupiony na leżącym za nim chłopaku.
 - Chyba dostałeś jasny zakaz! - wtrącił Masky, który teraz lekko podduszał Domino.
 - Coś przede mną ukrywacie! Czy to źle, że chciałem się po prostu dowiedzieć prawdy?! - czułem jak buzowała we mnie krew.
 - Czyli on jeszcze o niczym nie wi---AAAAAAA! - to powiedział Domino, ale szybko zaniemówił, gdy otrzymał kopniaka w czuły punkt.
 - O czym jeszcze nie wiem? - podpytałem.
 - N-n-nie słuchaaj go - kopnął pręt na bok - Oniii... użyją każdego po-podstęęp-p-puu.
Tymczasem krew tamtego chłopaka barwiła na czerwono coraz więcej śniegu.
 - Po prostu już wracaj - westchnął Masky - To nie najlepszy czas na takie rozmowy, a tym to się zajmiemy. 
 - A tym? - wskazałem ruchem głowy na wykrwiającego się.
 - To zwykły cywil. Wiesz, że Skroll mógł mu czegoś naobiecywać za "usługi". - coś na wzór Colina i Milana? - Prędzej czy później go tutaj znajdzie i zabije, albo sam umrze. 
 - Od samego początku wiedziałem, że będziesz bezużyte...AAAA! - kolejny kopniak wymierzony w krocze.
Masky zmierzył mnie groźnym spojrzeniem, dając równocześnie sygnał, że moja obecność zawadza. Westchnąłem cicho i wolnym krokiem ruszyłem tam skąd przybyłem, nieco rozczarowany. Z jednej strony wpadłem na cholernie głupi i szalony pomysł. Doszedłem do wniosku, że właściwie Domino może wiedziec to "coś", czego inni na ten temat rozmów unikają. Nie zabiją go, prawda? W końcu może stanowic dla nich kopalnię informacji, jeżeli zastosowałoby się odpowiednie tortury...
Zanotować w pamięci: odszukać miejsce, gdzie przechowywany będzie Domino i wyciągnąć całą prawdę.
Oczywiście, że za takie coś musiałbym zapłacić, ale całą "cenę" wolałem ustawic z nim - nie myśleć o tym teraz.

CDN...


Na ten jakże piękny piątek przygotowałam bardzo krótki post. Staram się wrzucac co niedzielę, ale ten tego, w poprzednią niedzielę nic nie było, więc odpłacam się piątkiem, a czy w tą niedzielę coś będzie... zobaczymy.

niedziela, 15 stycznia 2017

Dni z życia CreepyPast 14



Z punktu widzenia Liu...
 - Jakieś wieści ze świata?
 - Piździ złem - cały okryty śniegiem przekroczyłem progi domu, a drzwi same się zatrzasnęły. Dosłownie każda cząstka skóry mnie szczypała, a sam trząsłem się zimna.Zrzuciłem z siebie niemalże mokrą kurtkę i otrząsłem się jak pies po deszczu. Jakże ja nienawidzę zimy! Dodatkowo mój "krótki spacer" przeobraził się w walkę o życie. W pewnym momencie wiatr mnie wywrócił, a ja sturlałem się po górce i zatrzymałem się dopiero na zamarzniętym stawku. Oczywiście byłem taki groźny, że lód nawet nie śmiał pękac pod moim ciężarem, ale nie zląkł się byc diabelsko śliski.Nim dotarłem do brzegu, wywaliłem się cztery razy za sprawą wiatru. Potem błądziłem jeszcze w kółko przez jakiś czas. Mam świetną orientację w terenie, szczególnie, że wszędzie jest biało i biało.
 - Złem? - zagadnął Zak opierając się o ścianę obok drzwi - Ja uwielbiam śnieg! - i było po nim widać. Na ubraniach i we włosach miał śnieg, a pod nim powiększała się kałuża z tego białego małego gówna. I mimo że cały tlepotał, było w nim tyle entuzjazmu...
 - Gdzie ty się uchowałeś?
 - W takim małym domku, przez kilkanaście lat nawet nie mogłem wystawić z niego nosa. Chyba wiesz, że po raz pierwszy dotykam śniegu, tak?
 - To było pytanie retoryczne - westchnąłem i zawędrowałem do kuchni wygrzebać coś z lodówki. Jakież było moje zdziwienie, gdy moim oczom ukazali się dwaj najwięksi wrogowie - Jane i Jeff - prowadzili MIŁĄ i zażartą dyskusję, ale nie słyszałem o czym konkretnie. Równie dobrze mogli się wyzywać, ale byli na to za spokojni.
BAM!
Całą tą miłą atmosferę przerwała Nina, waląc pięścią w ścianę. Aż kipiało z niej wściekłością, a oczy aż błyszczały od ognia.
 - Co za debilizm! - warknęła czymś podirytowana - Ostatnio ktoś wydłubał naszemu towarzyszowi oko, dowiedzieliśmy się o innej grupie morderców, a wujek - walnęła jeszcze raz - ma to kompletnie gdzieś!
 Ktoś parsknął śmiechem, a ja w myślach strzeliłem takiego faceplama...
 - Nina, jakbyś nie zauważyła, od kilku dni próbujemy ustalić kim są ci nowi i może nawiązać rozejm żeby przeciwsta...- śpieszyła z tłumaczeniem Jane, ale tamta znowu jej przerwała:
 - Więc dlaczego ja o tym nic nie wiem? Dlaczego nie było mnie na żadnej tego typu wyprawce?
Bo zawadzasz, chciałem wtrącić, ale Jane mnie wyprzedziła:
 - A ile osób potrzeba do wkręcenia żarówki? Po prostu nie dla każdego znalazło się zajęcie...
Chętnie słuchałbym  dalszy ciąg ich kłótni, ale moje nogi, jakby w zgodzie z mózgiem, zawędrowały do mojego pokoju, gdzie pod moją nieobecność były dzikie melanże.
 - Co się tu... - od razu po wejściu uderzyła mnie fala nieprzyjemnego zimna. Wkroczyłem do środka, a przeciąg był tak mocny, że siłą musiałem zamknąć drzwi. W pomieszczeniu był... śnieg. Pełno śniegu. Jedynie pod oknem, gdzie był grzejnik, leżała plama wody. Okno było szeroko otwarte, a na parapecie ktoś stał, widoczny jedynie do pasa. Po butach owego osobnika rozpoznałem, że to Ticci.
 - Toby! - pokonałem szybko dzielącą nas odległość - Co ty wyprawiasz?!
 - Ugh... - ugiął kolana i wślizgnął nogi do środka, siadając na parapet. Wyglądał jak jakaś gwiazda rocka. Włosy miał lekko poczochrane, sztywno stały, miejscami nawet białe. Brwi i rzęsy kompletnie białe, a usta krwistoczerwone i popękane.
 - Ile śniegu... - zdziwił się omiatając wzrokiem pokój.
 - Co ty tam robiłeś?
 - Niechcący wyrzuciłem toporki na dach, a tak się złożyło, że nad nasze okno i chciałem je szybko zdjąć, ale...
 - Aż tak długo próbowałeś...? - aż uderzyłem się dłonią w czoło.
 - Straciłem poczucie czasu - wzruszył ramionami.
Wyciągnąłem rękę i wplotłem palce w jego włosy. Twarde jak nie wiem co.
 - Pomogę ci, ale ty będziesz wszystko sprzątał i się tłumaczył innym, jasne? - wlazłem na parapet i trzymając się ściany chwiejnie podnosiłem do pionowej pozycji.
 - Tak jest! - jego oczy aż błysnęły.
Natychmiast zlokalizowałem jego broń, a ponieważ byłem wyższy od Tobyego, złapanie ich i wrzucenie do środka zajęło mniej niż siedem minut. Wystarczająco dużo czasu, żebym dostał szału z powodu zimna. Po powrocie do pokoju, nie zobaczyłem ani płatka śniegu. Toby już zajął się ścieraniem wody, a toporki leżały spokojnie skrzyżowane na jego łóżku. Chłopak nadal nie ogarnął, w jakim stanie są jego włosy. Otrzepałem się do końca z śniegu i zamknąłem okno, drżąc z zimna. Natychmiast wpełzłem pod kołdrę i szczelnie okryłem. Nie minęło 10 minut, kiedy do pokoju wleźli oni i zakłócili mój spokój..


Z punktu widzenia Toby'ego...
 Po wysprzątaniu pokoju nałożyłem na siebie dodatkowy golf i ruszyłem na miasto. A dokładniej pod blok Charlie'go. Nie osądzajcie mnie jako pedofila. Po prostu spełniam prośbę nieżyjącego Milana. Jednak w połowie drogi nieco zmieniłem plany. Widząc skaczących przez jakieś ogrodzenia Tima i Braina, podążyłem za nimi, a dokładniej prosto do lasu. 
 - Kogo szpiegujemy?! - krzyknąłem za nimi i podbiegłem wymijając drzewa.
 - Co tutaj robisz?! - warknął Masky.
 - Witam się z przyjaciółmi - udałem głupiego - Idziecie na misję?
 - Zabieraj się stąd i nie próbuj za nami iśc.
 - Dlaczego? Od tak dawna Slendy nie dawał mi żadnego zajęcia, a...
 - Toby! - przerwał Tim - Slenderman ma najwyraźniej jakiś powód. Jeśli ci się nudzi to do niego idź i poproś o jakieś zadanie, albo wybierz się na misję z tamtymi od Zalgo.
 - A jaki to mógłby byc powód?!
 - Ugh, po prostu się odczep! Przez ciebie tracimy czas! - chłopak odwrócił się do mnie plecami i ruszył pośpiesznie przed siebie. Za jego śladem podążył Hoodie. 
 Chciałbym po prostu nie iśc za nimi i czekac, aż znikną z mojego pola widzenia, ale te ślady pozostawione w śniegu wyglądały zbyt kusząco. Gdy tylko przestałem ich widzieć, bez chwili wahania podążyłem za śladami.

CDN...

niedziela, 8 stycznia 2017

Dni z życia CreepyPast 13



Z punktu widzenia Kaspera...
 Święta bożego narodzenia nie były u nas obchodzone. Nikt nie przejmował się wręczaniem prezentów, gotowaniem, ubieraniem choinki. I w sumie dobrze dla mnie. Nowy rok również nie powitaliśmy jakoś specjalnie. Każdy zamiast świętować, został tylko zawalony ogromem prac od wujka. Szczególnie Rogers. A moim zajęciem było... utworzenie wielkiego satanistycznego symbolu tak gdzieś kilka metrów od domu. Kompletnie nie wiedziałem w czym to miało pomóc, ale wykonałem zadanie. Symbol wykonałem oczywiście z krwi niewinnych ludzi. Żeby było jeszcze ciekawej, na cel obrałem sobie głęboko wierzących, fanatyków i ministrantów. To była świetna zabawa! Szczególnie kiedy wyciągali w moją stronę swoje śmieszne różańce i powtarzali frazę: "Jezu, obroń mnie!". To zabawne, że ludzie zasłaniają się bogiem, skoro ich czyny są miarą, a i tak po śmierci utoną w morzu piekielnego ognia.
Najzabawniejsza była moja ostatnia ofiara - dziewczyna ministrant. Mimo swojego tytułu, nie była wierzącą. Chodziła w tamte miejsca z przymusu. Skąd to wiem? Ja to czuję. Zamiast składać modlitwy, zaczęła rzucać we mnie różnymi przedmiotami. Co za zabawna osoba!
 Z całym zadaniem wyrobiłem się do późnego wieczora. Właśnie wtedy wujaszek zwołał wszystkich na spotkanie do salonu. Nadal nie przyzwyczaiłem się do tych irytujących dźwięków w mojej głowie. Zaskakujące było to, że zakochany w sobie blondi był miły, nie tylko dla Zaka, dla wszystkich. Druga rzecz - niektórzy znowu dramatyzowali o Skrollverse i innym gangu. I o jakimś podziele lasu na alfa, beta i omega. Z nabytych informacji wynikałoby, że alfa to teren przydupasów Skrolla, beta to tamci drudzy, omega to my - i nie podobało mi się to, ponieważ omega kojarzy mi się z ofiarą losu. Meh... Zebranie skończyło się równo o północy. Większość po prostu poszła spać, ja postanowiłem towarzyszyć Jasonowi w tworzeniu lalek z ludzi. Bardzo ciekawy proces. Nauczyłem się od niego jak w bardzo krótkim czasie pozbyć się większości organów. Jednak nie mogłem zostać z nim do samego końca. W pewnym momencie jego oczy błysnęły na zielono, a dłonie zmieniały barwę na czarno. Czyli najwyższa pora uciekać. Wycofałem się po cichu i zawędrowałem do miasta. Obszarpany, ociekający krwią nie przejmowałem się zbytnio przechodniami czy rzadko spotykanymi autami. Spacerowałem jeszcze jakiś czas nim wróciłem do domu. I właśnie tam spotkałem się z TYM.
 Cały salon... nie, cały dół wyglądał jak po wojnie. Na ścianach i meblach były ślady pazurów. Wszystko było poprzewracane, po podłodze walały się kawałki szkła, nieduże plamy krwi. Co się do cholery stało?! W pierwszej chwili pobiegłem do góry, sprawdzić czy wszyscy są jeszcze żywi. I wiecie co? Spali jak zabici!
Pytanie - kto z całej bandy psychopatów jest najodpowiedzialniejszy?
Odpowiedź - pewnie Masky.
 Przemknąłem do jego pokoju i szturchnąłem go w ramię. Raz... drugi... gdy tylko otworzył oczy, zatkałem mu usta dłonią.
 - Mhmmmhmm - pisnął i się szarpnął.
 - Shhh, to ja - szepnąłem i nachyliłem się tak by zobaczył moją twarz - Nie krzycz - odsłoniłem mu usta.
 - Kasper? - zamrugał oczami i podniósł się do pozycji siedzącej.
 - Jesteś potrzebny.
 - Na co? Dlaczego akurat ja? - ziewnął.
 - W końcu jesteś pupilkiem wujaszka, czyż nie? - złapałem go za nadgarstek i pociągnąłem do drzwi - Chodźże - pokierowałem go do salonu.
 - Woah - zdziwił się na widok całej demolki - Co się tutaj...?
 - Nie mam pojęcia, właśnie dlatego cię obudziłem - przerwałem mu.
 - Może zwykli włamywacze czegoś szukali? - rozejrzał się i chodził między meblami tak by nie stanąć na szkło.
 - To jak wytłumaczysz krew?
 - Pewnie ktoś z nas chciał ich przepędzić i dostali w zęby... - westchnął.
 - Gdyby tak było, tutaj walałyby się trupy! - oznajmiłem troszkę za głośno.
 Nagle usłyszeliśmy stuknięcie w rogu pomieszczenia i cichy jęk. Masky wziął kawałek drewna z gwoździem i powoli tam ruszył, a ja po prostu szedłem za nim.
 - Moje oczy... - kolejny jęk przepełniony bólem z tamtego miejsca. Gdy znaleźliśmy się wystarczająco blisko, Tim odrzucił na bok firankę, która przykrywała tego owego kogoś. Zobaczyliśmy Bena leżącego twarzą do podłogi w kałuży krwi. Ubrania miał poszarpane, ale na ciele nie dostrzegłem żadnych zadrapań.
 - Ben? - Masky rzucił swoją broń na bok i kucnął obok niego - Co się tutaj stało?
 - Blondi? - odwróciłem go na plecy i aż na sam widok mnie zemdliło. Jego twarz... była cała w zadrapaniach, a w niektórych miejscach obdarta ze skóry. Na lewym policzku skóra dosłownie wisiała.  A oczy... miał tylko jedno. Ktoś wydłubał mu lewe oko, a okolice prawego też były podrapane jakby ktoś się za nie zabierał. Dodatkowo było całe szklane, napełnione łzami.
 - Moje oczy... - jęknął - Zabrał moje oczy... - z prawego oka poleciały wielkie jak grochy łzy. Kiedy tylko zetknęła się z obdartą częścią twarz, zajęczał bardziej. Doprawdy, nawet nie mógłbym wyobrazić sobie jego bólu.
 - Leć po Hoodie i rozkaż mu zawołać Slendermana! -polecił Masky, więc zrobiłem tak jak mówił. Godzinę później wydawałoby się, że jest wszystko w porządku. Umiejętności lekarskie wujaszka jak zwykle nie zawiodły. Ale Ben płakał tak mocno, że nie był wstanie powiedzieć co się stało. Masky był zmuszony do ciągłego zmieniania mu bandażów, bo tamte mokły.
 - Zabrał mi oko... - powtarzał cały czas. Przez te kilka godzin ja zająłem się wyrzucaniem mebli. I tak na nic się nie zdadzą.
Ostatecznie Masky założył mu szpitalną opaskę na pusty oczodół. Skórę miał różową i zapewne piekącą.
Gdy nie było już ani jednego mebla, w szkle znalazłem coś bardzo ciekawego. Na początku myślałem, że to piłka, ale po złapaniu to w dłoń, okazało się, że to oko. Jego. Chciałem mu to wręczyć do ręki, ale pomyślałem, że zacznie się większa histeria, albo będzie chciał je włożyć na miejsce.
Więc zgniotłem je w dłoni, a szczątki wyrzuciłem na ziemię i rozdeptałem.


Z punktu widzenia Bena...
 Dopiero nad ranem zdołałem się uspokoić. Do tego czasu w pomieszczeniu nie było żadnych oznak walki - czyli nie było niczego. Chciałem uniknąć pytań innych o to co się działo w nocy, więc gdy tylko Tim po coś wyszedł, uciekłem na zewnątrz, w miejsce gdzie nikt by się po mnie nie spodziewał - nad staw. Usiadłem pod drzewem, dwa metry od brzegu i po prostu tępo patrzyłem przed siebie, analizując wydarzenia z nocy. Byłem na siebie cholernie wściekły. On mnie przecież ostrzegał! Groził, że przyjdzie po moje oczy jeśli nie będę taki jak on sobie życzy. Zacisnąłem zęby ze złości i zacząłem rzucać kamienie w wodę. Gdyby nie moja fobia, pewnie sam bym przywiązał do siebie głaz i tam wskoczył.
 - Ben! - usłyszałem krzyk. Zaraz po tym obok mnie przykucnął zasapany Toby - Wszędzie cię szukałem - powiedział jakby z wyrzutem - Dlaczego uciekłeś?
 - Nie chciałem się z nikim widzieć - rzuciłem kolejnym kamieniem.
 - To nie jest wystarczający powód - oznajmił - A teraz zmiana tematu: kto ci wydłubał oko?
 Aż zakuło mnie na samo wspomnienie. On po prostu przyszedł od tak sobie, uderzył w tył głowy i...
 - Dlaczego się trzęsiesz? - zapytał nagle. Rzeczywiście, cały dygotałem.
 - Nie twoja sprawa kto to był - warknąłem. Nie mogłem powiedzieć kto to był. Przecież nikt by nie uwierzył. A nawet jeśli, to by się spytał o powód, a wtedy uznałby, że wymyślam bajki.
 - Po prostu się martwimy... - westchnął i spuścił głowę - Jeżeli moglibyśmy coś zro...-
 - Ah, zamknij się! - rzuciłem kolejnym kamieniem - Po prostu mnie zostaw!
 Toby popatrzył na mnie uważnie, po czym bez słowa wstał i ruszył w swoim kierunku. Żałowałem, że musiałem być tak wredny, ale nie chcę stracić drugiego oka i drugi raz przez to przechodzić.
Ponieważ nasza umowa polegała na tym, że jeśli będę miły... przyjdzie i wydłubie mi je.
A tą osobą był mój martwy od trzynastu lat ojciec.


CDN...

Perypetie V

 - Jeszcze. - powiedział Vincent zaciskając pięści pod stołem - Opowiedz mi jeszcze.  Bezoki westchnął i mozolnie ściągnął maskę, odsłani...