środa, 28 grudnia 2016

Dni z życia CreepyPast 12



Z punktu widzenia Ben'a...
 I w końcu nadszedł ten miesiąc. Grudzień. Już wcześniej wszędzie się roiło od świątecznych ozdób, reklam... chyba najbardziej znienawidzony czas. Dokładnie 06.12 wszyscy dopiero pojęli, że Święta nadchodzą. Brzydzę się nimi, więc nie byłem zbytnio zachwycony, kiedy wujaszek wysłał mnie do sklepu po jakieś zabawki dla Sally i Lazari. Niechętnie, ale wykonałem polecenie i pod koniec dnia byłem już w domu z dwoma misiami.
 - Hoho, przyszedł elfi asystent Świętego - wypowiedział ktoś.
Czułem się upokorzony, więc cisnąłem zabawkami na kanapę i miałem ruszyć przed siebie, ale coś znalazło się pod nogami i upadłem na podłogę.
 - Co do... - zauważyłem że w moje nogi "wplątany" był Vincent. Odrzuciłem go w miarę sił na bok i podniosłem się błyskawicznie. Ten mały szczyl poleciał prosto na krawędź stojącego obok krzesła i uderzył o to głową.
 - Łeeeeee - zaczął popłakiwać cicho, jakby zaraz miał wylać z siebie wodospad łez, ale dopóki Jeffa z nim nie było, czekał żeby mnie wkopać.
 - Shhh - dźwigałem go na ręce i zatkałem usta. Rozejrzałem się po pomieszczeniu, ale wszyscy byli zbyt zajęci sobą, żeby zauważyć jego łzy. Wszyscy oprócz bacznie obserwującego nas L.Jack'a.
 - I coś ty zrobił? - podszedł do nas - Masz przechlapane.
 - Tylko mnie nie podkabluj - oglądałem niewielkie rozcięcie na jego czole.
Udałem się z nim do swojego pokoju i postawiłem na środku pomieszczenia. Byliśmy sam na sam. Gdy tylko moja dłoń odsunęła się od jego ust, wybuchł donośnym płaczem. Zabawne było to, jak próbował stac na własnych nogach, ale co chwila tracił równowagę.
 - Uciszże wreszcie - warknąłem groźnie i uderzyłem pięścią w ścianę. Ale tylko bardziej się wystraszył i rozpłakał głośniej. Lecz po jeszcze takich paru razach zrozumiał, że tak tylko pogrąża się bardziej i już po godzinie tkwił w kompletnej ciszy. Tylko godzina! Zmęczony wytarłem mu twarz mokrą od łez jednym prześcieradłem i odniosłem go do pokoju Jeffa.
 - Przyniosłem zgubę - wprost wepchałem mu go w ramiona.
 - O! - jego uśmiech momentalnie się poszerzył - Gdzie był?
 - Długa historia.
 - Ma tutaj jakieś zadrapanie i napuchnięte oczy...
 - Jejku - westchnąłem - Pewnie droczył się z jakimś kocurem i się oberwało. Był w ogródku.
Całej sytuacji przyglądał się Zak.
 - Nie przypominam sobie żebym z nim...
 - Matko! - przerwałem mu - Może szczyl sam wyszedł! Skorzystał z okazji kiedy drzwi były otwarte i uciekł!
 - Nienawidzisz go, prawda? - odezwał się Zak i roześmiał.
 - Brawo, bystrzaku! - warknąłem podirytowany, po czym szybko się zamknąłem, przypominając sobie o przestrodze wujaszka - Po prostu zapomnijmy o tej sprawie - dodałem szybko i prędko opuściłem pomieszczenie.

 Z punktu widzenia Jane...
 Chcąc iśc do swojego pokoju, zauważyłam na korytarzu wściekłego Bena wychodzącego z pokoju... tamtego kretyna.
 - Stało się coś? - zapytałam w trosce o kolegę.
 - Nic! - warknął i już miał złapac za klamkę od swojego pokoju, ale w ostatnim momencie złapał się za głowę i wykrzywił twarz z bólu. Impulsy Slendera.
 - Mi nie powiesz? - zagadnęłam - Chciałam byc tylko miła...
 - To bądź miła dla kogoś innego! - szybko otworzył drzwi - Dajcie mi spokój! - wkroczył do pokoju, trzaskając wrotami głośno.
 - On zawsze taki drażliwy? - usłyszałam za sobą głos/głosy Kaspera i aż podskoczyłam. Stał za mną, oparty o ścianę lewym ramieniem.
 - Tsa - machnęłam ręką - W grudniu już szczególnie.
 - Benek-elfik - zaśmiał się. Nie minęły dwie sekundy ciszy, a on zadał pytanie - Co sądzisz o Vincencie?
 - Vincent? - zdziwiłam się - Że ma zrujnowane życie.
 - Dlaczego? - tym razem on nie ukrywał zdumienia.
 - Jest wychowywany w gronie zabójców i innych niestworzonych "rzeczy". Czy to normalne życie? I co w ogóle będzie z jego nauką? Z przyjaciółmi?
 - Przecież my możemy go uczyc - uśmiechnął się - Każdy z nas jest specjalistą w jakiejś dziedzinie. Twierdzisz, że Vin nie będzie miał przyjaciół? My nimi będziemy.
 - Miałam na myśli rówieśników - westchnęłam - ...dlaczego chciałeś poznać moją opinię na jego temat?
 - Tak właściwie chciałem się dowiedzieć co ty na to, aby wychować go na drugiego Omena.
 - Szatan byłby dumny - parsknęłam śmiechem - Ty wszystkie dzieci wychowałbyś na satanistów. Moja opinia: to beznadziejny pomysł.
Pokręcił wymownie głową i westchnął. Następnie rzucając mi krótkie: "Zobaczymy za kilka lat" zniknął w otchłani swojego pokoju. Zobaczymy co?
 Reszta dnia nie była zbytnio kolorowa. W ogóle cały ten tydzień był przypałowy. Prawie zniszczyłam przyjaźń z Clocky i Tobym, okaleczyłam Helena, Kreis ma na mnie tymczasowego focha, ale wszystko po kolei.
ŚRODA
 Tego dnia ostro pokłóciłam się Clockwork. Chciałam ją tylko pocieszyć, gdyż ta (w drugim dniu okresu) lamentowała, że dla Tobyego tamten pocałunek był wart tyle co nic. I kłóciliśmy się... bodajże przed samym domem. W przypływie gniewu wykrzyczałam jej, że się go zwyczajnie b-o-i. Wpadła w większą histerię, a takie momenty są oczywiście idealne aby do akcji wkroczył ukochany do rozmów! Wracał skądś dość zdyszany, nie rozumiał nawet co się dzieje, a ja mu nagle wyjechałam, że to tchórz. Nim się otrząsnął, dziewczyna mnie zwyzywała, więc nie zostało mi nic innego jak dopuścić do "przypadkowego" pocałunku popchnięciem. Oboje po tym uciekli, ale razem z Jasonem udało mi się ich znaleźć i siłą zmusić do wyjaśnień. Po tak zakręconym dniu zostali parą, a mi grzechy zostały odpuszczone. I dobrze.
CZWARTEK/PIĄTEK
 W czwartym dniu tygodnia postanowili zawitać do nas Kreis, Mike i Nikki. W sumie  Nikki był w sprawach służbowych do Slendera, a że jego akurat nie było, obecność Alice i Masky musiała wystarczyć. Mike wpadał czasami do Bena grać, a Kreis zdaje się, że zakolegował się z Kagekao i Jeffem dupkiem, więc jego obecność nie była niczym obcym. Zwykle przychodził z dużą torbą na ramię, w której trzymał książki, gdy nie miał je gdzie zostawić. A, i jeszcze słodycze. A cała fizolofia polegała na tym, że idąc przez salon potknęłam się o jego torbę, a z ręki wypadło mi pudełko pinesek. Były mi potrzebne do rozwieszenia czegoś na zewnątrz... wprawdzie nikt na nie nie stanął, ale stopą rozgniotłam sok, który zalał książki w torbie. Kreis pierwsze co zrobił to natychmiast je wyciągnął, a ja chcąc mu ją dla niego wyprać, złapałam za nią i popędziłam do łazienki, a po drodze wypadło z niej szklane-coś, co spadło z hukiem o podłogę, a większy kawałek szkła poleciał aż do stopy Painter'a. Biedactwo. Jeszcze niedawno przyjął na swoją twarz petardę, teraz szkło. Ale chwilkę! To nie koniec jego cierpień! Helen tak się wystraszył, że aż podskoczył, potknął się o własne nogi i poleciał prosto na pinezki... jego wrzask rozniósł się po caaałym mieszkaniu, budząc wszystkich domowników (a działo się to w godzinach północnych).
SOBOTA
Co mogłoby pójśc nie tak? Tylko rozbiłam okno! Podczas to zabawy z Sally i Lazari na zewnątrz, Ann wykrzyczała mi wyglądając przez okno abym podała jej jakąś piłkę. Przedmiot znalazłam, ale nie chciało mi się podchodzić, więc rzuciłam... trafiając w szybę. A byłam przekonana, że okno było szeroko otwarte. Grr! Dodatkowo Jeff miał ze mnie niezłą polewkę i temat do żartów na ładne parę godzin. Tylko godzin. Pod koniec dnia skończyłby na dnie jeziora, gdyby nie spostrzegawczość L.Jack'a i zdolności pływackie Liu. Jednak nikt nie podjął decyzji o wykonaniu usta-usta. Za bardzo się brzydzili. I słusznie.
NIEDZIELA
Udało mi się wyskrobać trochę pieniędzy, więc poszłam przebrana do centrum handlowego. Musiałam kupic jakąś książkę do Kreisa za zniszczenie tamtych. Weszłam do księgarni i od razu uderzył mnie ten przyjemny zapach świeżych kartek i odgłosy przewracanych stron. Mhm... Od razu ruszyłam na dział "Kryminał". Spośród tylu książek nie mogłam wyszukać niczego, co on by jeszcze nie miał, albo najwidoczniej źle szukałam. W końcu wkurzona wkroczyłam na "Romans". Chłopcy rzadko to czytają, więc będę miała szerokie pole do popisu. Po kilku minutach namysłu chwyciłam za książkę, która spośród wszystkich różowiutkich wyróżniała się czernią z nutą granatu. Na okładce widniał kawałek krawatu. Szybko zapłaciłam, schowałam rzecz do małej torebki i wyszłam jeszcze kupic jakiś papier ozdobny, ale zrezygnowałam, bo po co? Chodziłam więc po centrum handlowym oglądając sukienki. Lecz nagle zmieniłam zdanie i kupiłam ten papier. By się komponował z książką, wybrałam ciemno-granatowy. A jeśli chodzi o samą książkę, to wybrałam dla niego "Pięćdziesiąt twarzy Greya". Na pewno mu się spodoba!
PONIEDZIAŁEK
Hey, hey! Nie myślcie, że zapomniałam o Helenie! Też byłam mu coś winna. Udało mi się wyżebrać trochę pieniędzy od wujaszka i od razu ruszyłam na centrum. Całą drogę kminiłam co mu kupic. Ostatecznie wybrałam dla niego jakiś wypasiony szkicownik. Miałam po tym szybko wracać, ale moją uwagę przykuł siedzący przy fontannie gitarzysta. Siedział pochylony nad instrumentem i grał jakieś bardziej znane piosenki jak "Hallelujah". Miałam ogromne wrażenie, że go skądś znam. Miał stare, czarne jeansy, nie taką świeżą białą bluzkę i niebieską czapkę z daszkiem, spod której wydostawały się blond włosy. Sylwetkę miał chudą, nawet za, a na oko miał 15, 16 lat. Zaciekawiona podeszłam bliżej, wtapiając się w tłum słuchaczy. Niektórzy wrzucili trochę pieniędzy do futerału, inni robili zdjęcia, pojedyncze osoby pogwizdywały. W końcu gdy muzyka ustała, mała część ludzi zaczęła bic brawo, za to chłopak ani na chwilę nie unosząc wzroku, zaczął grac ponownie. Chciałam posłuchac go dłużej, ale gdzieś w tłumie ludzi kątem oka dostrzegłam Nick'a. Nick'a Vanill'a. Ciarki mnie przeszył po całym ciele. Cholernie się wyróżniał swoim czarnym ubiorem, okularami przeciwsłonecznymi, mimo że w środku było gorąco on miał założony kaptur i chodził z czarną parasolką, co prawdzie złożoną, ale na zewnątrz nie padało i nie wyglądało jakby miało się zanosić. Robił takie zamieszanie, że nawet dotąd niewzruszony gitarzysta raczył zadrzeć głowę w górę by sprawdzić co się dzieje. Na jego widok aż się wzdrygnął i zaczął zbierac swoje rzeczy. Dopiero teraz zauważyłam, że to Mike. Niebieska bluza, dotychczas trzymana na kolanach i zasłonięta przez instrument teraz wylądowała na nim. Nie dbając o zebranie pieniędzy, po prostu wcisnął gitarę do futerału, zapiął, po czym przewiesił przez ramię, jakby to była torba, mając instrument na plecach. Zrobił to tak szybko, że nim zdążyłam  przepchać się przez ludzi on już zniknął. Wtedy ponownie wróciłam do szukania wzrokiem Nick'a. Był zajęty oglądaniem świątecznych wystaw. Upewniając się, że na pewno ogląda pluszowe elfy, a nie patrzy się w jakieś lusterko i mnie obserwuje, natychmiast rzuciłam się do wyjścia. W domu byłam w czasie kilkukrotnie krótszym niż zwykle. Pierwsze co to przebrałam się i zdałam raport Hoodie. Jakoś niezbyt był tym zaskoczony. Drugie - szkicownik Otisowi i jeszcze raz szczerze przeprosiłam. Nim zdążył jakkolwiek zareagować, czmychnęłam do swojego pokoju. Kolejny dzień udany.
WTOREK
 Kreis znowu do nas zawitał, więc wręczyłam mu już 24h czekającą na niego książkę. Radosny schował zapakowaną do swojej torby. I dobrze. Lepiej żeby poznał jej tytuł nie w naszej obecności. Potem razem z Ann upiekłyśmy babeczki z tofu. Połowa była przypalona, ale i tak wszystkie zniknęły po 10 minutach. Bardzo miło się słuchało próby innych wydostania tego czegoś ze swojego gardła. Wieczorem całą rodziną włączyliśmy jakiś film. Właściwie filmy. Do trzeciej w nocy obejrzeliśmy trzy części "Omen", a potem jeszcze wersję z 2006 roku. Oczywiście z tegoż "horroru" ktoś ciągle musiał miec polewkę. Przykładowo taka scena: matka budzi się w nocy, schodzi na dół do kuchni i widzi swojego syna jedzącego kanapki. Gdy tylko mały ją zobaczył, odniósł talerz i bez słowa sobie idzie. Ktoś wtedy krzyknął: "I ta mina wyrażająca <Dave, jak się babcia dowie, że jej schabowych nie zjadłeś, a po nocach kanapki urządzasz to dostaniesz taki wpierdziel!>".  Albo moment, w którym Dave wpada w szał, a jego ojciec NATYCHMIAST zawiózł go do kościoła. Większości wżyło się w pamięć tylko to, że jadąc do kościoła gościu rozwalił całe podwórko i połowę miasta. Wtedy to ktoś rzucił: "Dobra młody, koniec dnia dziecka, jedziemy do kościoła". Był horror, a wszyscy bardziej rechotali. Czyli nic nowego!


CDN...

środa, 7 grudnia 2016

Dni z życia CreepyPast 11


Z punktu widzenia Alice...
 Przystanek końcowy naszej misji - cmentarz.
Powód dla którego Toby nie mógł ruszyć z nami - martwa Lyra i jeszcze żywy Domino.
 Naszym jedynym zadaniem było sprawdzenie czy na tym terenie rzeczywiście grasują jakieś podejrzane typki i czegoś nie kombinują. Ja, Masky i Hoodie postanowiliśmy się nie oddalac od siebie za bardzo, szczególnie gdy panowała gęsta mgła. Było spokojnie. Tylko paru menelów urządziło sobie sielankę na jednym z grobów. Naturalnie się ich pozbyliśmy. Omijaliśmy alejki wolno, rozglądając się uważnie i starając się usłyszeć najcichsze dźwięki.
 - A kogoż moje oczy widzą! - po cmentarzu rozniosło się czyjeś echo. Za cholerę nikt z nas nie mógł zlokalizować gościa ani dostrzec wśród mgły. Dopiero po minucie podszedł na tyle blisko, abyśmy mogli go dostrzec. Tym kimś był wcześniej wspomniany Domino. Cóż, zawsze miał skłonności do oddalania się od swojego stada, chyba że Skroll też ma w tym jakiś interes wysyłając go tutaj.
 - Dwa, trzy... gdzie czwarty? - wy szerzył usta w uśmiechu - Zgubił się po drodze?
 - Toby'ego z nami nie ma - odezwał się Tim.
 - Jaka szkoda! Skroll specjalnie wysłał mnie tutaj kompletnie samego, żebym mu to powiedział... samego! Skazał mnie na pewną śmierć z waszej ręki, a ja nie mogę spełnic jego woli!
 Kombinuje coś.
 - Każdy wie, że prawda wyjdzie na jaw - Domino postawił nogę na jednym nagrobku. Stały na nim jeszcze zapalone znicze i nie brzydkie kwiaty, co wskazywało na to, że ktoś odwiedza ten grób często. Albo dopiero co zaczął istnieć? Nie... mimo panującej mgły można było odczytac wyryte imię i nazwisko zmarłego, a raczej zmarłej. Lyra Rogers tak właśnie głosił napis. Daty zasłaniały kwiaty.
 - Skroll nie byłby na tyle głupi - zabrałam głos - Nie wysłałby cię tutaj samego - równocześnie rozglądałam się po terenie, próbując dostrzec snajperów.
 - Czemu nie? - zaśmiał się - Nigdy nie dbał o nasze życia. Szczególnie o życia byłych przydupa...-
 W tym momencie rozległ się huk, a Domino odskoczył w bok jak poparzony. Sekundę później zorientowałam się w sytuacji. Masky strzelił z pistoletu, ale najwyraźniej nie trafił. Za to przeciwnik był piekielnie szybki i w oka mgnieniu znalazł się przed nami z zamiarem zatopienie noża w jednym z nas. Nim Tim zdążył strzelił ponownie, ostrze przecięło mu zewnętrzną stronę prawej dłoni. Chłopak zawył z bólu i w tym momencie poleciały następne strzały. Usłyszałam głośny syk. Błyskawicznie wyjęłam swój nóż i bez obmyślonego planu rzuciłam się na Domino. Jednak nim zdążyłam wyrządzić mu jakąkolwiek krzywdę, któryś z chłopaków objął mnie w tali i zaciągnął do tyłu.
 - Co ty wyprawiasz?! - usłyszałam warknięcie - Chcesz zginąć?!
W tym całym zamieszaniu nawet nie zauważyłam, że Domino trzyma wielki nóż wymierzony prosto w mój brzuch! Na twarzy bruneta pojawił się grymas zawodu, po czym wyciągnął z rękawów swoje asy, które wycelował prosto na mnie.
 - Padnij! - zawołał Brain i rzucił się prosto na celownik. Obronił mnie, przyjmując atak na plecy.
 - Hoodie! - moje wołanie zostało zgłuszone kolejną serią strzałów Masky'ego.
 - W-w-wszystko... wszystko o-ok... - wyjęczał drżącym głosem.
 - Cholera! - po tym z Masky'ego wylała się wiązka przekleństw - Spieprzył nam. - po tym podszedł do przyjaciela i bez zbędnych słów wyjął mu dwie karty wbite między łopatki. Królowa kier i król kier. Szczęśliwie to było tylko draśnięcie.
 - Nie m-ma szans żebyśmy go do-dogonili - zająknął się Hoodie.
 - Straciłem wszystkie naboje. - dorzucił Masky obserwując uciekający cień wśród gęstych drzew.
Ja milczałam, patrząc na plamy krwi, jakie za sobą zostawił.
 Staliśmy tak jeszcze chwilę w milczeniu, zgorszeni swoją porażką. Wiedzieliśmy już, że kiedy zdamy o tym raport, nasz pan może do nas stracić zaufanie. W końcu nasza trójka - dysponując pistoletem i kilkoma ostrzami - daliśmy uciec jednemu ze Skrollverse - który do zaoferowania miał tylko swoje karty jak żyletki i jedno większe ostrze -. Wolno podeszłam do miejsca pochówku Lyry i położyłam kwiaty na jej nagrobku, które wcześniej strącił Domino. Wazon, jeszcze niedawno cieszący oczy pięknymi na nim ozdobami, przeróżnymi aniołkami i złotymi wzorami teraz był rozbity w drobny mak. Tak samo skończyły dwie znicze, których szkło wyrzuciłam w jakieś mało widoczne miejsce. Nigdy jej nie znałam, a jej grobem "zajęłam się" jedynie z poczucia zobowiązania. W końcu była siostrą naszego Toby'ego. To było jednym z dwóch powodów dlaczego właśnie z nami nie przyszedł. Szału by dostał, albo i zawał na miejscu.

 Z punktu widzenia Nathan'a...
 - Aaaaaaaa! - Mike darł się wniebogłosy i osunął na białe kafelki, kiedy tylko solidnie przywaliłem mu rozgrzanym czajnikiem.
 - Ty gnido! - kulił się na podłodze, łapiąc za obolałe miejsce.
Ben w progach tylko przyglądał się z miną "żałuję że tutaj jestem".
 - Znowu się bijecie? - Nikki pchnął elfa na bok by wejść do kuchni. Nadal siebie nienawidzili - Daj mi to! - wskazał ręką na czajnik.
 - Ależ proszę - wyciągnąłem przedmiot w jego stronę i nachyliłem o 90 stopni, by resztka wody poleciała prosto na Mike. Niestety zdążyła już ostygnąć. Blondyn tylko zakasał, a Ben cofnął się gwałtownie do tyłu.
 - Kiedyś cię zamorduję! - wrzeszczał zbierając się z ziemi, cały mokry. Otrzepywał się jak pies, więc zasłoniłem się ręką. Wtedy Nikki wyrwał mi czajnik z dłoni i wlał znowu wody, po czym postawił na gazie.
 - I tak z tym frajerem codziennie! - stękał Mike.
 - Może ja i nie mam prawej ręki, ale lewa też niczego sobie! - rozzłościł mnie, po czym dostał cios wymierzony prosto w twarz. Poślizgnął się i upadł z hukiem, próbując się łapac czegokolwiek. A że kuchnia była mała, zwalił połowę rzeczy ze stołu i pobił jedyny wazon z parapetu.
 - Za to ty jesteś niepełnosprawny umysłowo - warknąłem.
 - Właśnie dlatego byłem przeciwko wam - wtrącił Ben. Chodziło mu oczywiście o propozycję Slendera abyśmy żyli z nimi pod jednym dachem. Bądź co bądź z Nikkim mieli małe sprzeczki, ale najwyraźniej to odeszło w niepamięć. Ale i tak się nie zgodziliśmy. A Ben był chyba najbardziej przeciw.
 - Idioty - rzucił brunet wychodząc z pomieszczenia z kubkiem i jego gorącą zawartością.
 - Idziemy, Ben - wstał z ziemi i nawet nie zorientował się, że dostał krwotoku z nosa - Później posprzątam.
Wyszli z pomieszczenia, a ja udałem się do swojego pokoju, jak zwykle pogrążając w ciemnościach i ciężkiej muzyce.


CDN...



  Jak wiecie powoli dopadają nas święta. Super, pięknie kolorowo. Spostrzegawczy nawet zauważyli malenkie zmiany w blogu. A z tym idzie, że niedługo rocznica bloga (to brzmi tak sztucznie).
I postaram się coś przygotowac w miarę fajnego na rocznico-święta :)

piątek, 25 listopada 2016

Dni z życia CreepyPast 10 (3 - 3)



 Z punktu widzenia Toby'ego...
 Ponieważ nie chciałem narażać się na atak ze strony Skrollversów, postanowiłem nie zapuszczać się do lasów nocą, tylko znaleźć jakieś miejsce do przenocowania. A tym miejscem była samotnie stojąca ławka na cholernym odludziu. Ubrania miałem całe podarte, a skórę pociętą. Łopatę zostawiłem pod ławką. Rano byłem zmarznięty jak jeszcze nigdy. Chwiejnie wstałem z mojego "łożyska" i zakręciło mi się w głowie. Dookoła mnie była mgła, a ja próbowałem sobie przypomnieć, w którą stronę iść. W końcu po ocknięciu się, ruszyłem do domu. Już nie zawracałem sobie głowy targaniem łopaty.
 Tak jak podejrzewałem, po powrocie zaczynało się ściemniać, a ja niemal skręcałem się z głodu. Już u progu drzwi rozebrałem się z bluzy spodni, zdjąłem maskę i gogle, rzucając je koło drzwi łazienki, pozostając praktycznie nagi, gdyby nie szary golf i bokserki.
 - Pokaż kotku co masz w środku... - wymamrotałem śliniąc się jak pies na widok lodówki. Jak zwykle, standardowo czekały tam gofry i sernik (ale od czasu do czasu pojawiał się tam serek kiri). Chwyciłem natychmiast talerz goferków i usiadłem z nimi do stołu, zaczynając łapczywie jeść.
 - Dobrze się czujesz? - ktoś pomachał mi ręką przed twarzą. Spojrzałem na osobnika, a tym kimś okazał się być Kagekao.
 - Tak - przełknąłem duży kęs - Świetnie.
 - Ke ke ke - zaśmiał się na swój sposób - Zafundowałeś nam niezłe widoki.
 - Co... - rozejrzałem się po pomieszczeniu. Dopiero wtedy zauważyłem zgraję demonów. Na kanapie siedzieli Ben z jakimś blondynem... Mike? Ale byli zbyt pochłonięci jakąś grą. Obok nich siedziała Lazari, która dotychczas skupiona była na swoim ciasteczku, teraz jej wzrok skupiony był na mnie. Na środku salonu w dywanie wyciągnął się Zak, uśmiechając od ucha do ucha, a wokół niego krążył Vincent ze swoim fioletowym królikiem. Obok łazienki pod nosem śmiała się Ann. Ze mnie. A wprost mnie siedział Nathan. Jezu, jak ja mogłem nie zauważyć tylu osób?
 - Jestem zmęczony po misji - tłumaczyłem się - Zaraz sobie pójdę - mówiąc to włożyłem do ust ostatni kawałek gofra.
 - Złożyłeś już raport? - zapytał Kagekao.
 - Jeszcze nie - odparłem.
 - Jak będziesz u wujaszka przekaż, że jest tutaj natychmiast potrzebny.
 - Pali się?
 - Nie, ale odkryliśmy nowy vers. Chyba.
Dosłownie mnie zatkało.
 - Przekażę.
  Po złożeniu raportu i poinformowaniu o zebraniu, zapytałem o zawartość walizki.
 - Odcięta głowa - odpowiedział bez chwili wahania - To się tam znajdowało.
 - Do kogo nale...-
 - Colin. Odcięliśmy mu głowę. Kiedy głowa i ciało są blisko siebie, mogą się złączyć, a on ożyć. Pamiętasz chyba tą zasadę?
 - Pamiętam.
 - Świetnie. Niektórzy będą chcieli go wskrzesić, więc chyba dobrze ją ukryłeś?
 - Nikt jej nie znajdzie - teraz żałowałem, że po prostu nie wsiadłem z jego łbem w pociąg i nie wywiozłem jeszcze dalej, ale pocieszyłem się tym, że i tak dobrze się spisałem.
 - To dobrze. Nie chciałbym mieć z nim znowu do czynienia, jak my wszyscy. Możesz iść... i się ubierz.
Zostałem zbity z tropu. Westchnąłem tylko cicho i poszedłem się wykąpać i wrzucił swoje ubrania do pralki. Po umyciu się, od razu moje nogi zawędrowały do mojego łóżka, a ja pogrążyłem się w krainie snów.


CDN...

środa, 23 listopada 2016

Dni z życia CreepyPast 10 (2 - 3)



Z punktu widzenia Toby'ego...
Pomimo zakazów Tima i Braina, abym nie uczestniczył w następnej misji i tak miałem zamiar ich śledzic. Ale gdyby nie mój Pan, poszedłbym z nimi. Niestety wykrył moje zamiary, ale dał mi przynajmniej jakąś robotę. W naszym domu, w podłodze była ukryta klapa, a na dole oprócz ogromnej pustej przestrzeni, spróchniałych schodów, kilka półek, masy pajęczyn i wilgoci nie było nic. Zadanie było proste - znaleźć w tej cholernej piwnicy jakąś walizkę i zakopać ją, wynieść jak najdalej.
 - Co w niej jest? - spytałem Slendermana stojąc już z walizką u progu drzwi. Była lekka.
 - Toby - zaskrzeczał - Odpowiem ci, jeśli już wykonasz swoje zadanie.
 Początkowo chciałem zaprotestować, ale wzruszyłem tylko ramionami i wyszedłem z domu. Byłem uzbrojony w moje dwa toporki przyczepione do pasa i mały nożyk w kieszeni od spodni na wszelki wypadek. Z garażu wytrzasnąłem jeszcze stary plecak, w którym schowałem walizkę i łopatę. Do kopania. Ciążyło mi to żelastwo i było niewygodnie. Zastanawiałem się gdzie mam ją zakopać. Jak najdalej... ruszyłem w głąb lasu (standard) i od razu udałem się na teren skażony Skrollversami. Niespecjalnie się spieszyłem z opuszczeniem "ich terenu". Przecież byli bezradni w ciągu dnia. Szedłem tak długo, aż nie opuściłem ich sfery i trafiłem na jakieś totalne odludzie. Zaraz... to nasz stary dom! Był teraz siedliskiem szczurów... Zastanawiałem się, czy nie iśc z ładunkiem do miasta, wsiąść z tym do pociągu i wywieść w uj daleko. W końcu Pan sam podkreślił, jak najdalej. Ale po minucie, przez którą miałem wrażenie, że to plan idealny, dotarło do mnie, że na moich ubraniach nadal jest zaschnięta krew, a z tymi toporkami i łopatą? Musiałem się zadowolić wędrówką o własnych nogach. Dopiero gdy słońce zaczynało zachodzić, uznałem że jestem wystarczająco "daleko" (a rozpocząłem z rana!). A było to w odludnym miejscu, z wysypiskiem śmieci niedaleko i wypaloną trawą i suchymi krzakami posadzonych bardzo gęsto. Mogłyby stanowic żywopłot. Bez chwili wahania wcisnąłem się między nie, a ostre gałęzie jak na zawołanie podarły plecak, w którym trzymałem walizkę. Niektóre nawet porwały moje ubranie i zrobiły nacięcia na skórze, z których wolna wypływała krew.  Nie przejąłem się tym zbytnio, ale założyłem gogle, żeby żadne cholerstwo nie wydłubało mi oka. W końcu wśród jakże niezwykłej roślinności znalazłem w miarę miękką ziemię do kopania. Odciąłem kilka gałęzi, aby nie przeszkadzały i rzuciłem plecak (a raczej jego strzępy) na bok, by nie przeszkadzał. Następnie zanurzyłem szpadel w ziemi. Nim wykopałem dół, który był dla mnie wystarczająco głęboki, zapadł zmrok. Po omacku znalazłem walizkę, a chwilę mi to zajęło i nawet przeszło mi przez myśl, że ktoś tutaj był i ją sobie wziął. Wrzuciłem ją razem z pozostałością plecaka. Nim przykryłem ją ziemią, zastanawiałem się co może się w niej znajdować. Była lekka. Pieniądze? Błagam, Slender nie byłby taki głupi. Narkotyki? Kurczę, to było chyba najgłupsze co mogłem wymyślić... Dokumenty zdradzające informacje na temat proxy albo jego samego? Albo kości jednego z dawno nie żyjącego pomocnika? Ugh, odgarnąłem od siebie te myśli i w końcu pogrzebałem to cholerstwo. Ubiłem ziemię nogami i przykryłem ściętymi wcześniej gałęziami. Wychodząc bardziej podarłem sobie ubrania, ale co tam.

CDN...


_______________________
Co znajduje się w pogrzebanej walizce? Narkotyki, narkotyki czy może narkotyki? Znam jeszcze lepszą wersję - Pigułki gwałtu. "Dzni z życia Creepypast 10 (3 - 3)" już jutro.
 Z serii: "jaka_reklama"

wtorek, 15 listopada 2016

Rozdział III

Rozdział będzie krótki, bo jak pisałam wcześniej w poście - brak czasu. Nie spodziewajcie się tutaj jakiś zwrotów akcji, czy ciekawego przebiegu zdarzeń. Powodzenia w przebrnięciu przez kupę trupich kości i wielkiego szajsu!
__________________________________________________________


Ponownie Brain obudził się grubo po jedenastej. Kiedy zauważył, że nikogo przy nim nie ma, ani żadne dźwięki nie dochodzą zza drzwi, wolno wstał z łóżka, zrzucając ciepły koc i pozwalając by zimna bryza wzięła go w ramiona. Zatrząsł się lekko i skrzyżował ręce na piersi. Zamierzał stąd uciec i udawać, że nie wie o istnieniu zombi i wszystko co powiedział Max było kłamstwem. Wolno ruszył do drzwi, starając się zachować ekstremalnie cicho. Lecz na swoje nieszczęście, drzwi otworzyły się skrzypiąc, a głowa Maxa ukazała się zza drzwi, jakby tylko tego oczekiwał.
 - Gdzie się wybierasz? - uśmiechnął się szeroko i staną tuż przed nim.
Chłopaka przyprawiło to niemal o papitalację serca. Myśli w głowie kłębiły się i zaczęły przychodzić czarne scenariusze.
 - Nie mogę tutaj zostać - wydusił w końcu - Co z moim ojcem? Ze szkołą?
 - Ciii - Max pchnął go na łóżko, po czym sam oparł się o ścianę naprzeciw niego - O nic się nie martw. Wychowawcy udało się wcisnąć kit, że złamałeś nogę i leżysz w szpitalu. Zresztą w szkole i tak nie jesteś zbytnio lubiany, więc nikt nawet nie zauważy. - Brain z trudem ukrył urazę - A jeśli chodzi o ojca, to spoko, już się nim zajęliśmy.
 - Czy wy...? - Brain wzdrygnął się gwałtownie.
 - Nie zrobiliśmy mu krzywdy.
 - Więc...
 - Ściśle tajne!
Po tych słowach Brain i tak nie spuszczał z niego wzroku, co Maxa bardzo frustrowało.
 - Zbieraj się - oświadczył władczo - Musimy zrobić ci badania.
 - Jakie znowu badania?! - i chociaż chłopak starał się by pytanie zabrzmiało normalnie, brzmiał jak wkurzony narkoman na głodzie.
 - Oj - przewrócił oczami - Nie będzie bolało - złapał go za nadgarstek i pociągnął za sobą - ale tylko pod względem fizycznym...
 Miejsce w które piwnooki przytargał Braina nie było żadnym laboratorium, salą gdzie przeprowadza operacje i tnie się ludzi, ani nic w tym stylu. Znajdowali się oni na cmentarzu. Chwile stali w ciszy nim nie dołączyli do nich Finn i Karol.
 - To co, zaczynamy badania? - Karol pocierał swoje dłonie i uśmiechnął się szeroko, za co dostał łokciem w bok od Finna.
 - W takich miejscach raczej nie wypada się uśmiechac - skarcił go brat.
 - Co tutaj robimy? - przerwał Brain - Nie zamierzaliście mnie ciąc?
 - Jaki uroczy! - Karol poczochrał go po włosach - Ciąc? Ha ha!
 - Odpowiedz tylko na kilka pytań - Finn wyjął z kieszeni swoich dżinsów notes z przyczepionym małym długopisem - Okay?
 Początkowo chłopak nie rozumiał, dlaczego akurat cmentarz. Dopiero po paru pytaniach się zorientował. Cmentarz. Zombi. Przecież to miejsce w pewnym sensie było ich królestwem. Ich siedliskiem. A skoro on miał w sobie toksynę od momentu narodzin, nie powinien w jakiś sposób odczuwać bliskość związana z cmentarzem? Z królestwem zmarłych?
 - Hmm... - Finn notował każdą jego odpowiedź przytakując. Z jego twarzy nie można było zauważyć jakichkolwiek uczuć, jakby było mu obojętne czy obawy ich "przywódcy" się potwierdzają, a Brain rzeczywiście może byc zombi.
 - Jest ci zimno? - to było właśnie jedno z tych pytań. Dzień był chłodny, a z racji tego, że chłopak był cienko ubrany, bez chwili namysłu odparł "tak". Ba, chwilami nawet drżał z zimna.
 Po serii pytań, Brain musiał wykonac zadania przydzielone przez Karola. Nawet nie wiedział, że z poleceń typu "przejdź się po tamtym grobie", "pobiegnij do tamtego drzewa między tymi alejkami" można było jakoś odczytac, czy dana osoba ma w sobie toksynę i nie jest w połowie zombiakiem.
 - Jak to ma niby pomóc? - zapytał w pewnym momencie, gdy ukończył zadanie polegające na zrobieniu trzydziestu przysiadów.
 - Chcieliśmy cię tylko zmęczyć - zaśmiał się Karol - Połowa zadań była niepotrzebna.
Brain zacisnął zęby, kiedy przypomniała mu się twarz kobiety, do której poszedł i perfidnie zgasił znicz, który trzymała w dłoniach. Nigdy nie czuł się tak okropnie, szczególnie kiedy tłumaczył sobie, że to "potrzebne". Zamorduję, pomyślał zły, po części był też zły na swoją naiwność.
 - To teraz odpowiedz na pytania - odezwał się Finn, po czym zasypał Braina tymi samymi pytaniami co poprzednio. Niewiele odpowiedzi się zmieniło.
 - Ale w czym to ma pomóc? - powtórzył pytanie.
 - Koniec testów - przerwał Max, który cały czas stał z boku - Chodźmy - po czym pociągnął Braina lekko za kaptur dając sygnał aby ruszył za nim. Zostawili braci, jednak udali się w przeciwnym kierunku skąd przyszli..

wtorek, 1 listopada 2016

Dni z życia CreepyPast 10 (1 - 3)



Z punktu widzenia Toby'ego...
 - Hey Masky - oczywiście humor mi dopisywał - Zabierzecie mnie na misję?
 - Ciebie? - Tim założył swoją żółtą kurtkę i złapał za klamkę drzwi wyjściowych - Chyba śnisz.
 - Ale od cholernie długiego czasu nigdzie mnie nie zabieracie! - tupnąłem nogą niczym dzieciak.
 - Wszystko psujesz - otworzył drzwi - Poza tym Slender podkreślił, abyśmy na tę misję cię nie zabierali.
 - Ale...
 - Nie.
 - Ja...
 - Skończ - w mojej głowie rozległ się krzykliwy głos mojego Pana, a mnie przeszły ciarki.
Westchnąłem zrezygnowany. Nie zamierzałem się poddać, chciałem ich śledzic, ale Slender wyczuł moje zamiary i syczał nieprzyjemnie, dając tym samym znak, abym zajął się czymś innym. Spojrzałem się krótko na odchodzącego Tima i powędrowałem do swojego pokoju. Na samym środku leżał Zak, a zza jego pleców wystawał macki, które owijały się o każdy kąt pomieszczenia. Wyglądał to na jakiś od lat nie czyszczony pokój. Jedna z macek otarła się o moje kolano. Dwie inne robiły za ręce do kołysania Vincenta... chwila, co?
 - Czyli nauczyłeś się je kontrolować? - uśmiechnąłem się i rzuciłem na swoje łóżko.
 - Nie - rozłożył ręce - Żyją sobie własnym życiem.
Ktoś zadławił się jakimś napojem.
 - I nie powinniśmy się bac o Vina? - wtrącił Liu.
 - Dopóki jestem spokojny, nic nikomu nie grozi.
Po tych słowach zapadła długa cisza. Tylko mały od czasu do czasu wypowiadał jakieś pojedyncze słowa. Zastanawiałem się na jaką misję poszedł Tim i Brain i z jakiego powodu nie mogli mnie zabrac. Wiem, że ostatnio zawaliłem... ale to nie powód, aby więzić mnie na kilka tygodni. Już się opamiętałem. Czy ta misja naprawdę jest taka ważna?
 Wieczorem usłyszałem jak ktoś obija się o ściany, jakby nieźle zabalował. Niechętnie wyjrzałem z pokoju i ujrzałem Maskyego. Obijał się o ściany, próbując dojść do swojej posiadłości. Mimo że nie zauważyłem żadnych zadrapań, śladów krwi, to i tak niepokojąco to wyglądało. Zaraz za nim człapał Hoodie, lekko utykając. Również nie zauważyłem żadnych obrażeń. Jedyne co, to że miał podwinięte rękawy po łokcie. Chciałem do nich podbiec i coś powiedzieć, ale zignorowaliby mnie. Zamknąłem drzwi, ale one zaraz otworzyły się z hukiem, a do środka wparowali Jeff i Złodziej Dusz. Obaj ubrudzeni od stóp do głów krwią. Obaj z podartymi ubraniami i uszkodzonymi ciałami.
 - To bezpieczne? - zapytał na wstępie Jeff i przejął Vincenta z macek. Szkoda, bo wyglądał jakby się świetnie bawił.
 - Krew - zauważył mały i palnął go w klatkę.
Zawsze mnie zastanawiało, ile może miec lat. Ale stawiam na 1 i pół. Może trochę więcej niż pół.
 - Spokojna twoja głowa - zapewnił pół-demon, a macki się schowały. Białowłosy wstał błyskawicznie i przybrał mój wygląd. Przewróciłem oczami. Czarnowłosy odstawił Vincenta na ziemię, po czym zaczął wyścig z Soul Takerem: "kto pierwszy do łazienki"...

CDN...

____________________
Jak ja mogłam tak was opuścic?! Jak ja mogę po takiej przerwie napisać tak krótką i denną notkę?! Jak mogłam dodatkowo zrobic w tym tyle błędów?! Jak mogłam zapomniec o wczorajszym dniu i nic nie przygotować...
Co mam na swoje usprawiedliwienie? Poprawa z biologii i niemieckiego... + nie mam dostępu do komputera, a w oszczędzaniu jestem tak dobra jak Yato i trochę zejdzie zanim uzbieram na laptopa, a skandalem byłoby pisac na telefonie. Chciałby ktoś mnie wynająć do mycia samochodów? Jedynie 20 złotych! Drogo, ale szybko i niezawodnie! :3
Wynagrodzę wam to kiedyś, chwilowo zawieszam działanie do 20' (max. 28')
Cóż, zdarza się.
Trzymajcie się, Koszmarki.

niedziela, 16 października 2016

Rozdział II


 Brain z wolna zaczynał się budzić. Powieki miał ciężkie, a całą szyję miał zdrętwiałą, aż po obojczyki. Czuł na sobie czyiś oddech, uderzający go prosto w czoło. Chłopak powoli otworzył oczy. Pierwsze co zobaczył, to twarz swojego "oprawcy". Kiedy Max zauważył, że chłopak się wybudził, odsunął się od niego, a leżący natychmiast zamrugał przez oślepiające światło.
 - Już myślałem, że będziesz tak spał przez kilka kolejnych dni - parsknął czarnowłosy.
 - Kilka dni? - Brain natychmiast podniósł się do pozycji pionowej, tak samo szybko tego pożałował. Zalała go fala bólu i syknął. Mimo to wykręcił głowę tak, by patrzeć prosto na siedzącego obok Max'a.
- Ej, tylko żartowałem! Bez agresji! - czarnowłosy natychmiast odskoczył jak poparzony, śmiejąc się - Spałeś zaledwie osiem godzin.
 - A... która jest teraz?
 - Dochodzi północ - wskazał ruchem głowy wielki zegar z rzymskimi cyframi wiszący nad białymi drzwiami. Właściwie wszystko w tym pomieszczeniu było białe. Kafelki, ściany, zasłony, meble...
 Brain przetarł oczy dłońmi, analizując wszystko co stało się w najbliższym czasie. walczyli razem z zombi. Te słowa ciągle rozbrzmiewały mu w głowie jak echo po pustych korytarzach. Nadal nie móc zrozumieć ich znaczenia, spojrzał na Max'a, jakby czekając na wyjaśnienia.
 - Powiedziałeś wtedy, że moja matka walczyła z zombi - zaczął niepewnie.
 - Tsa. I została ugryziona.
 - Więc co zamierzacie ze mną zrobić?
 - Zabijemy cię - twarz bruneta wykrzywiła się w szerokim uśmiechu, a oczy błysnęły. Brainowi jak na zawołanie ścisnęło gardłem, a dłonie, które kurczowo ściskał kołdrę, zaczęły drżeć. Max widząc jego zgrozę, dodał:
 - Jezu. Żartowałem. Jesteś naiwny. Gdybyśmy mieli to zrobić, już dawno padłbyś trupem.
Niebieskooki uspokoił się znacznie, ale nie odrywał od niego wzroku, czekając na ciąg dalszy wyjaśnień.
 - Nie patrz tak na mnie - warknął - Nie wiem co się z tobą stanie. Brat nigdy nie wtajemnicza mnie głębiej w takie sprawy - wywrócił oczami i odwrócił się w stronę drzwi. Rzucił mu jeszcze krótkie spojrzenie, po czym wyszedł z trzaskiem. Nie minęła chwila, a do pomieszczenia wparował brązowowłosy chłopak, może miał 17 lat. Ubrany był luźno, nawet były na niego za duże ubrania, a z kasztanowych oczu błyskało ekscytacją. Kąciki ust miał lekko uniesione. Na jego widok Brain skulił się nieco. Może dlatego, że przy jego pojawieniu się towarzyszył bardzo głośny huk drzwi i czyjeś krzyki.
 - Jak się czujemy? - zapytał i błyskawicznie usiadł na taborecie przy łóżku. Miał donośny, lecz przyjazny głos. Zdecydowanie nie pasował do kogoś, kto miałby do czynienia z zombi.
 - Źle - odparł Brain i zebrał się aby zadać kilka najważniejszych pytań - Co to za miejsce? Co się ze mną stanie? I o co chodzi z zombi?
 Szatyn spojrzał na niebieskookiego poważnie.
 - Max ci chyba powiedział, że twoja mama urodziła cię niedługo po tym jak została ugryziona, tak?
Kiwnął twierdząco głową.
 - Plan jest prosty; musimy wypędzić z ciebie tą zarazę, bo masz w sobie cząstkę jednego z nich.
 - Jakim sposobem? - uniósł pytająco brew.
Wzruszył ramionami.
 - To już musi ci powiedzieć Czare...- urwał w połowie i jęknął głośno. Twarz wykrzywiła mu się w bólu, po czym upadł na okryte stopy Braina. Za nim stał rozzłoszczony do granic możliwości chłopak, o szalenie podobnym wyglądzie do tego leżącego. Pewnie bracia, pierwsze przyszło mu na myśl, a potem skulił się widząc jego gniew. Schylił głowę, wbijając wzrok w swoje kciuki.
 - Miałeś mu nic nie mówić! - wrzasnął ten, co przed chwilą walił brata po głowie - Zabije cię!
 - Ale po co od razu się tak denerwować, Finnuś? - odskoczył od łóżka nieśpiesznie i zachichotał.
 - Nie nazywaj mnie tak - oznajmił chłodno i przybrał kamienny wyraz twarzy - Jestem Finn.
 - A ja Karol - ukłonił się błaźniersko, a Brain uniósł głowę.
 - Karol? - pomyślał - Jak można pokarać tak dziecko imieniem...
 - Uspokójcie się! - do pomieszczenia wpadła jakaś dziewczyna - Nie widzicie, że nawet on nie ma ochoty na was patrzeć? Zaraz tutaj zwymiotuje - dodała kpiąco.
 Niebieskooki przyjrzał się dziewczynie i po chwili stwierdził, że ta trójka to rodzeństwo. Była niska, brązowe włosy miała związane w wysoką kitkę, która sięgała jej do łopatek. Ubrana była w jasne dresy i kremową, wygniecioną bluzę, zapiętą po szyję. Na nosie spoczywały jej kwadratowe okulary w niebieskiej oprawie. Finn i Karol oderwali od siebie spojrzenia i skupili na siostrze. Ta westchnęła rozczarowana.
 - Lizuś, tylko bez agresji - zaśmiał się Karol ponownie, za co prawie oberwał od brata.
 - Nie nazywaj mnie lizusem - warknęła.
 - Ale to do ciebie doskonale pasuje. Podlizujesz się Czaruśowi, masz imię Lizy... pasuje!
 - Bo cię zaraz walnę!
 - Emm... - zaczął niepewnie Brain, przerywając ich kłótnię - Mógłbym prosić coś do picia?
 - Widzicie? - powiedziała Liz kierując się do elektrycznego czajnika stojącego w kącie pokoju, którego wcześniej niebieskooki nie zauważył - Z tych nerwów przez was musi się napić.
 - Lizusie, przestań - wtrącił się Karol - Twoje żarty nie są tak śmieszne jak moje - wskazał na siebie kciukiem dumnie.
Szatynka tylko parsknęła coś pod nosem i sięgnęła po woreczek herbaty do pudełka, ale w połowie się zatrzymała.
 - Wolisz herbatę czy kawę? - zapytała nie racząc nawet by na niego spojrzeć.
 - Zrób mu kawę - wyprzedził Karol - Lepiej się poczuje.
Finn strzelił sobie dłonią w twarz.
 - Kawę? Po północy? Pewnie jest zmęczony i chce spać.
 - Czyli herbata...? - Lizy obracała woreczek herbaty w dłoni.
 - Od herbaty go zemdli - wybrzydzał Karol - A od kawy poczuje się lepiej. A jak będzie za mocna to odlejemy połowę i dolejemy mleka.
 - Jesteś idiotą, żeby dawać dzieciakowi kawę, nawet z mlekiem, w nocy. Szczególnie...
 - Agh, zamknij się już! Przecież mówię, że od niej się poczuje lepiej!
 - Mówisz tak do każdego!
Kiedy dwaj bracia zacięcie dyskutowali o tym, co mu zaszkodzi, a co nie (nie dopuszczając małego do słowa), Lizy bawiła się bezmyślnie woreczkiem, a do pokoju po cichu wszedł Max. Tym razem miał na sobie czarną, grubą bluzę i dresowe spodnie w tym samym kolorze.
 - Sorry, że musiałem cię zostawić z tą bandą samego - usiadł na skraju łóżka i podał mu kartonik z czekoladowym mlekiem. - Pij.
 Początkowo Brain dokładnie oglądał kartonik, jakby bojąc się, że zostało tam czegoś dosypane, lecz nie wyczuł żadnego podstępu.
 - Dzięki - powiedział upijając kilka łyków i obserwując jak Max wywala rodzeństwo z pokoju (bracia w dalszym ciągu prowadzili zażartą rozmowę o herbacie i kawie).
 - Kim oni są? - zapytał Brain nagle.
 - Zabójcami - odpowiedział zalewając sobie kubek jednej z słabszych kaw - Zabójcami zombi - następnie usiadł z napojem na krawędzi łóżka i rzucił - Mam godzinę zanim wyruszymy na kolejne łowy zombi. Do tego czasu mogę zostać z tobą.
 - Ty też jesteś zabójcą zombi?
 - Ja nie. Mój brat mi zabrania się do nich zbliżać, ale trenuje mnie na taki szczególny wypadek... służę im raczej jako pomocnik.
 - Pomocnik?
 - Tsa. Jestem ich przydupasem. Zawsze kiedy mnie zabierają na takie łowy muszę tylko przyglądać się bitwie i gotowym opatrunkiem i ważnym anditotum, gdyby kogoś coś użarło. Oczywiście mogę wychodzić tylko wtedy, kiedy żadnego zombi nie będzie w pobliżu. Albo sprzątam na sali po treningach.
 - Aaa... jak zamierzacie się pozbyć ze mnie tej zarazy? Czy jestem pierwszym takim przypadkiem?
 - Jesteś drugim. Pierwszym był... nieważne. Zresztą nie wiem jak przebiegało "oczyszczanie" tego pierwszego.
 - Czy...
 - O, jak późno - Max spojrzał na zegarek - Muszę już iść na polowanie - gwałtownie wstał i udał się do wyjścia - Ty się prześpij czy coś - zgasił światło i wyszedł z pomieszczenia. Tyle tu po nim.
 - Przecież mówił, że ma godzinę, a nasza rozmowa nie trwała nawet 10 minut! - pomyślał rozczarowany Brain. Postawił pusty kartonik na kafelki i z tysiącami myśli w głowie okrył się kołdrą i zasnął.

Perypetie V

 - Jeszcze. - powiedział Vincent zaciskając pięści pod stołem - Opowiedz mi jeszcze.  Bezoki westchnął i mozolnie ściągnął maskę, odsłani...