środa, 7 grudnia 2016
Dni z życia CreepyPast 11
Z punktu widzenia Alice...
Przystanek końcowy naszej misji - cmentarz.
Powód dla którego Toby nie mógł ruszyć z nami - martwa Lyra i jeszcze żywy Domino.
Naszym jedynym zadaniem było sprawdzenie czy na tym terenie rzeczywiście grasują jakieś podejrzane typki i czegoś nie kombinują. Ja, Masky i Hoodie postanowiliśmy się nie oddalac od siebie za bardzo, szczególnie gdy panowała gęsta mgła. Było spokojnie. Tylko paru menelów urządziło sobie sielankę na jednym z grobów. Naturalnie się ich pozbyliśmy. Omijaliśmy alejki wolno, rozglądając się uważnie i starając się usłyszeć najcichsze dźwięki.
- A kogoż moje oczy widzą! - po cmentarzu rozniosło się czyjeś echo. Za cholerę nikt z nas nie mógł zlokalizować gościa ani dostrzec wśród mgły. Dopiero po minucie podszedł na tyle blisko, abyśmy mogli go dostrzec. Tym kimś był wcześniej wspomniany Domino. Cóż, zawsze miał skłonności do oddalania się od swojego stada, chyba że Skroll też ma w tym jakiś interes wysyłając go tutaj.
- Dwa, trzy... gdzie czwarty? - wy szerzył usta w uśmiechu - Zgubił się po drodze?
- Toby'ego z nami nie ma - odezwał się Tim.
- Jaka szkoda! Skroll specjalnie wysłał mnie tutaj kompletnie samego, żebym mu to powiedział... samego! Skazał mnie na pewną śmierć z waszej ręki, a ja nie mogę spełnic jego woli!
Kombinuje coś.
- Każdy wie, że prawda wyjdzie na jaw - Domino postawił nogę na jednym nagrobku. Stały na nim jeszcze zapalone znicze i nie brzydkie kwiaty, co wskazywało na to, że ktoś odwiedza ten grób często. Albo dopiero co zaczął istnieć? Nie... mimo panującej mgły można było odczytac wyryte imię i nazwisko zmarłego, a raczej zmarłej. Lyra Rogers tak właśnie głosił napis. Daty zasłaniały kwiaty.
- Skroll nie byłby na tyle głupi - zabrałam głos - Nie wysłałby cię tutaj samego - równocześnie rozglądałam się po terenie, próbując dostrzec snajperów.
- Czemu nie? - zaśmiał się - Nigdy nie dbał o nasze życia. Szczególnie o życia byłych przydupa...-
W tym momencie rozległ się huk, a Domino odskoczył w bok jak poparzony. Sekundę później zorientowałam się w sytuacji. Masky strzelił z pistoletu, ale najwyraźniej nie trafił. Za to przeciwnik był piekielnie szybki i w oka mgnieniu znalazł się przed nami z zamiarem zatopienie noża w jednym z nas. Nim Tim zdążył strzelił ponownie, ostrze przecięło mu zewnętrzną stronę prawej dłoni. Chłopak zawył z bólu i w tym momencie poleciały następne strzały. Usłyszałam głośny syk. Błyskawicznie wyjęłam swój nóż i bez obmyślonego planu rzuciłam się na Domino. Jednak nim zdążyłam wyrządzić mu jakąkolwiek krzywdę, któryś z chłopaków objął mnie w tali i zaciągnął do tyłu.
- Co ty wyprawiasz?! - usłyszałam warknięcie - Chcesz zginąć?!
W tym całym zamieszaniu nawet nie zauważyłam, że Domino trzyma wielki nóż wymierzony prosto w mój brzuch! Na twarzy bruneta pojawił się grymas zawodu, po czym wyciągnął z rękawów swoje asy, które wycelował prosto na mnie.
- Padnij! - zawołał Brain i rzucił się prosto na celownik. Obronił mnie, przyjmując atak na plecy.
- Hoodie! - moje wołanie zostało zgłuszone kolejną serią strzałów Masky'ego.
- W-w-wszystko... wszystko o-ok... - wyjęczał drżącym głosem.
- Cholera! - po tym z Masky'ego wylała się wiązka przekleństw - Spieprzył nam. - po tym podszedł do przyjaciela i bez zbędnych słów wyjął mu dwie karty wbite między łopatki. Królowa kier i król kier. Szczęśliwie to było tylko draśnięcie.
- Nie m-ma szans żebyśmy go do-dogonili - zająknął się Hoodie.
- Straciłem wszystkie naboje. - dorzucił Masky obserwując uciekający cień wśród gęstych drzew.
Ja milczałam, patrząc na plamy krwi, jakie za sobą zostawił.
Staliśmy tak jeszcze chwilę w milczeniu, zgorszeni swoją porażką. Wiedzieliśmy już, że kiedy zdamy o tym raport, nasz pan może do nas stracić zaufanie. W końcu nasza trójka - dysponując pistoletem i kilkoma ostrzami - daliśmy uciec jednemu ze Skrollverse - który do zaoferowania miał tylko swoje karty jak żyletki i jedno większe ostrze -. Wolno podeszłam do miejsca pochówku Lyry i położyłam kwiaty na jej nagrobku, które wcześniej strącił Domino. Wazon, jeszcze niedawno cieszący oczy pięknymi na nim ozdobami, przeróżnymi aniołkami i złotymi wzorami teraz był rozbity w drobny mak. Tak samo skończyły dwie znicze, których szkło wyrzuciłam w jakieś mało widoczne miejsce. Nigdy jej nie znałam, a jej grobem "zajęłam się" jedynie z poczucia zobowiązania. W końcu była siostrą naszego Toby'ego. To było jednym z dwóch powodów dlaczego właśnie z nami nie przyszedł. Szału by dostał, albo i zawał na miejscu.
Z punktu widzenia Nathan'a...
- Aaaaaaaa! - Mike darł się wniebogłosy i osunął na białe kafelki, kiedy tylko solidnie przywaliłem mu rozgrzanym czajnikiem.
- Ty gnido! - kulił się na podłodze, łapiąc za obolałe miejsce.
Ben w progach tylko przyglądał się z miną "żałuję że tutaj jestem".
- Znowu się bijecie? - Nikki pchnął elfa na bok by wejść do kuchni. Nadal siebie nienawidzili - Daj mi to! - wskazał ręką na czajnik.
- Ależ proszę - wyciągnąłem przedmiot w jego stronę i nachyliłem o 90 stopni, by resztka wody poleciała prosto na Mike. Niestety zdążyła już ostygnąć. Blondyn tylko zakasał, a Ben cofnął się gwałtownie do tyłu.
- Kiedyś cię zamorduję! - wrzeszczał zbierając się z ziemi, cały mokry. Otrzepywał się jak pies, więc zasłoniłem się ręką. Wtedy Nikki wyrwał mi czajnik z dłoni i wlał znowu wody, po czym postawił na gazie.
- I tak z tym frajerem codziennie! - stękał Mike.
- Może ja i nie mam prawej ręki, ale lewa też niczego sobie! - rozzłościł mnie, po czym dostał cios wymierzony prosto w twarz. Poślizgnął się i upadł z hukiem, próbując się łapac czegokolwiek. A że kuchnia była mała, zwalił połowę rzeczy ze stołu i pobił jedyny wazon z parapetu.
- Za to ty jesteś niepełnosprawny umysłowo - warknąłem.
- Właśnie dlatego byłem przeciwko wam - wtrącił Ben. Chodziło mu oczywiście o propozycję Slendera abyśmy żyli z nimi pod jednym dachem. Bądź co bądź z Nikkim mieli małe sprzeczki, ale najwyraźniej to odeszło w niepamięć. Ale i tak się nie zgodziliśmy. A Ben był chyba najbardziej przeciw.
- Idioty - rzucił brunet wychodząc z pomieszczenia z kubkiem i jego gorącą zawartością.
- Idziemy, Ben - wstał z ziemi i nawet nie zorientował się, że dostał krwotoku z nosa - Później posprzątam.
Wyszli z pomieszczenia, a ja udałem się do swojego pokoju, jak zwykle pogrążając w ciemnościach i ciężkiej muzyce.
CDN...
Jak wiecie powoli dopadają nas święta. Super, pięknie kolorowo. Spostrzegawczy nawet zauważyli malenkie zmiany w blogu. A z tym idzie, że niedługo rocznica bloga (to brzmi tak sztucznie).
I postaram się coś przygotowac w miarę fajnego na rocznico-święta :)
piątek, 25 listopada 2016
Dni z życia CreepyPast 10 (3 - 3)
Z punktu widzenia Toby'ego...
Ponieważ nie chciałem narażać się na atak ze strony Skrollversów, postanowiłem nie zapuszczać się do lasów nocą, tylko znaleźć jakieś miejsce do przenocowania. A tym miejscem była samotnie stojąca ławka na cholernym odludziu. Ubrania miałem całe podarte, a skórę pociętą. Łopatę zostawiłem pod ławką. Rano byłem zmarznięty jak jeszcze nigdy. Chwiejnie wstałem z mojego "łożyska" i zakręciło mi się w głowie. Dookoła mnie była mgła, a ja próbowałem sobie przypomnieć, w którą stronę iść. W końcu po ocknięciu się, ruszyłem do domu. Już nie zawracałem sobie głowy targaniem łopaty.
Tak jak podejrzewałem, po powrocie zaczynało się ściemniać, a ja niemal skręcałem się z głodu. Już u progu drzwi rozebrałem się z bluzy spodni, zdjąłem maskę i gogle, rzucając je koło drzwi łazienki, pozostając praktycznie nagi, gdyby nie szary golf i bokserki.
- Pokaż kotku co masz w środku... - wymamrotałem śliniąc się jak pies na widok lodówki. Jak zwykle, standardowo czekały tam gofry i sernik (ale od czasu do czasu pojawiał się tam serek kiri). Chwyciłem natychmiast talerz goferków i usiadłem z nimi do stołu, zaczynając łapczywie jeść.
- Dobrze się czujesz? - ktoś pomachał mi ręką przed twarzą. Spojrzałem na osobnika, a tym kimś okazał się być Kagekao.
- Tak - przełknąłem duży kęs - Świetnie.
- Ke ke ke - zaśmiał się na swój sposób - Zafundowałeś nam niezłe widoki.
- Co... - rozejrzałem się po pomieszczeniu. Dopiero wtedy zauważyłem zgraję demonów. Na kanapie siedzieli Ben z jakimś blondynem... Mike? Ale byli zbyt pochłonięci jakąś grą. Obok nich siedziała Lazari, która dotychczas skupiona była na swoim ciasteczku, teraz jej wzrok skupiony był na mnie. Na środku salonu w dywanie wyciągnął się Zak, uśmiechając od ucha do ucha, a wokół niego krążył Vincent ze swoim fioletowym królikiem. Obok łazienki pod nosem śmiała się Ann. Ze mnie. A wprost mnie siedział Nathan. Jezu, jak ja mogłem nie zauważyć tylu osób?
- Jestem zmęczony po misji - tłumaczyłem się - Zaraz sobie pójdę - mówiąc to włożyłem do ust ostatni kawałek gofra.
- Złożyłeś już raport? - zapytał Kagekao.
- Jeszcze nie - odparłem.
- Jak będziesz u wujaszka przekaż, że jest tutaj natychmiast potrzebny.
- Pali się?
- Nie, ale odkryliśmy nowy vers. Chyba.
Dosłownie mnie zatkało.
- Przekażę.
Po złożeniu raportu i poinformowaniu o zebraniu, zapytałem o zawartość walizki.
- Odcięta głowa - odpowiedział bez chwili wahania - To się tam znajdowało.
- Do kogo nale...-
- Colin. Odcięliśmy mu głowę. Kiedy głowa i ciało są blisko siebie, mogą się złączyć, a on ożyć. Pamiętasz chyba tą zasadę?
- Pamiętam.
- Świetnie. Niektórzy będą chcieli go wskrzesić, więc chyba dobrze ją ukryłeś?
- Nikt jej nie znajdzie - teraz żałowałem, że po prostu nie wsiadłem z jego łbem w pociąg i nie wywiozłem jeszcze dalej, ale pocieszyłem się tym, że i tak dobrze się spisałem.
- To dobrze. Nie chciałbym mieć z nim znowu do czynienia, jak my wszyscy. Możesz iść... i się ubierz.
Zostałem zbity z tropu. Westchnąłem tylko cicho i poszedłem się wykąpać i wrzucił swoje ubrania do pralki. Po umyciu się, od razu moje nogi zawędrowały do mojego łóżka, a ja pogrążyłem się w krainie snów.
CDN...
środa, 23 listopada 2016
Dni z życia CreepyPast 10 (2 - 3)
Z punktu widzenia Toby'ego...
Pomimo zakazów Tima i Braina, abym nie uczestniczył w następnej misji i tak miałem zamiar ich śledzic. Ale gdyby nie mój Pan, poszedłbym z nimi. Niestety wykrył moje zamiary, ale dał mi przynajmniej jakąś robotę. W naszym domu, w podłodze była ukryta klapa, a na dole oprócz ogromnej pustej przestrzeni, spróchniałych schodów, kilka półek, masy pajęczyn i wilgoci nie było nic. Zadanie było proste - znaleźć w tej cholernej piwnicy jakąś walizkę i zakopać ją, wynieść jak najdalej.
- Co w niej jest? - spytałem Slendermana stojąc już z walizką u progu drzwi. Była lekka.
- Toby - zaskrzeczał - Odpowiem ci, jeśli już wykonasz swoje zadanie.
Początkowo chciałem zaprotestować, ale wzruszyłem tylko ramionami i wyszedłem z domu. Byłem uzbrojony w moje dwa toporki przyczepione do pasa i mały nożyk w kieszeni od spodni na wszelki wypadek. Z garażu wytrzasnąłem jeszcze stary plecak, w którym schowałem walizkę i łopatę. Do kopania. Ciążyło mi to żelastwo i było niewygodnie. Zastanawiałem się gdzie mam ją zakopać. Jak najdalej... ruszyłem w głąb lasu (standard) i od razu udałem się na teren skażony Skrollversami. Niespecjalnie się spieszyłem z opuszczeniem "ich terenu". Przecież byli bezradni w ciągu dnia. Szedłem tak długo, aż nie opuściłem ich sfery i trafiłem na jakieś totalne odludzie. Zaraz... to nasz stary dom! Był teraz siedliskiem szczurów... Zastanawiałem się, czy nie iśc z ładunkiem do miasta, wsiąść z tym do pociągu i wywieść w uj daleko. W końcu Pan sam podkreślił, jak najdalej. Ale po minucie, przez którą miałem wrażenie, że to plan idealny, dotarło do mnie, że na moich ubraniach nadal jest zaschnięta krew, a z tymi toporkami i łopatą? Musiałem się zadowolić wędrówką o własnych nogach. Dopiero gdy słońce zaczynało zachodzić, uznałem że jestem wystarczająco "daleko" (a rozpocząłem z rana!). A było to w odludnym miejscu, z wysypiskiem śmieci niedaleko i wypaloną trawą i suchymi krzakami posadzonych bardzo gęsto. Mogłyby stanowic żywopłot. Bez chwili wahania wcisnąłem się między nie, a ostre gałęzie jak na zawołanie podarły plecak, w którym trzymałem walizkę. Niektóre nawet porwały moje ubranie i zrobiły nacięcia na skórze, z których wolna wypływała krew. Nie przejąłem się tym zbytnio, ale założyłem gogle, żeby żadne cholerstwo nie wydłubało mi oka. W końcu wśród jakże niezwykłej roślinności znalazłem w miarę miękką ziemię do kopania. Odciąłem kilka gałęzi, aby nie przeszkadzały i rzuciłem plecak (a raczej jego strzępy) na bok, by nie przeszkadzał. Następnie zanurzyłem szpadel w ziemi. Nim wykopałem dół, który był dla mnie wystarczająco głęboki, zapadł zmrok. Po omacku znalazłem walizkę, a chwilę mi to zajęło i nawet przeszło mi przez myśl, że ktoś tutaj był i ją sobie wziął. Wrzuciłem ją razem z pozostałością plecaka. Nim przykryłem ją ziemią, zastanawiałem się co może się w niej znajdować. Była lekka. Pieniądze? Błagam, Slender nie byłby taki głupi. Narkotyki? Kurczę, to było chyba najgłupsze co mogłem wymyślić... Dokumenty zdradzające informacje na temat proxy albo jego samego? Albo kości jednego z dawno nie żyjącego pomocnika? Ugh, odgarnąłem od siebie te myśli i w końcu pogrzebałem to cholerstwo. Ubiłem ziemię nogami i przykryłem ściętymi wcześniej gałęziami. Wychodząc bardziej podarłem sobie ubrania, ale co tam.
CDN...
_______________________
Co znajduje się w pogrzebanej walizce? Narkotyki, narkotyki czy może narkotyki? Znam jeszcze lepszą wersję - Pigułki gwałtu. "Dzni z życia Creepypast 10 (3 - 3)" już jutro.
Z serii: "jaka_reklama"
wtorek, 15 listopada 2016
Rozdział III
Rozdział będzie krótki, bo jak pisałam wcześniej w poście - brak czasu. Nie spodziewajcie się tutaj jakiś zwrotów akcji, czy ciekawego przebiegu zdarzeń. Powodzenia w przebrnięciu przez kupę trupich kości i wielkiego szajsu!
__________________________________________________________
Ponownie Brain obudził się grubo po jedenastej. Kiedy zauważył, że nikogo przy nim nie ma, ani żadne dźwięki nie dochodzą zza drzwi, wolno wstał z łóżka, zrzucając ciepły koc i pozwalając by zimna bryza wzięła go w ramiona. Zatrząsł się lekko i skrzyżował ręce na piersi. Zamierzał stąd uciec i udawać, że nie wie o istnieniu zombi i wszystko co powiedział Max było kłamstwem. Wolno ruszył do drzwi, starając się zachować ekstremalnie cicho. Lecz na swoje nieszczęście, drzwi otworzyły się skrzypiąc, a głowa Maxa ukazała się zza drzwi, jakby tylko tego oczekiwał.
- Gdzie się wybierasz? - uśmiechnął się szeroko i staną tuż przed nim.
Chłopaka przyprawiło to niemal o papitalację serca. Myśli w głowie kłębiły się i zaczęły przychodzić czarne scenariusze.
- Nie mogę tutaj zostać - wydusił w końcu - Co z moim ojcem? Ze szkołą?
- Ciii - Max pchnął go na łóżko, po czym sam oparł się o ścianę naprzeciw niego - O nic się nie martw. Wychowawcy udało się wcisnąć kit, że złamałeś nogę i leżysz w szpitalu. Zresztą w szkole i tak nie jesteś zbytnio lubiany, więc nikt nawet nie zauważy. - Brain z trudem ukrył urazę - A jeśli chodzi o ojca, to spoko, już się nim zajęliśmy.
- Czy wy...? - Brain wzdrygnął się gwałtownie.
- Nie zrobiliśmy mu krzywdy.
- Więc...
- Ściśle tajne!
Po tych słowach Brain i tak nie spuszczał z niego wzroku, co Maxa bardzo frustrowało.
- Zbieraj się - oświadczył władczo - Musimy zrobić ci badania.
- Jakie znowu badania?! - i chociaż chłopak starał się by pytanie zabrzmiało normalnie, brzmiał jak wkurzony narkoman na głodzie.
- Oj - przewrócił oczami - Nie będzie bolało - złapał go za nadgarstek i pociągnął za sobą - ale tylko pod względem fizycznym...
Miejsce w które piwnooki przytargał Braina nie było żadnym laboratorium, salą gdzie przeprowadza operacje i tnie się ludzi, ani nic w tym stylu. Znajdowali się oni na cmentarzu. Chwile stali w ciszy nim nie dołączyli do nich Finn i Karol.
- To co, zaczynamy badania? - Karol pocierał swoje dłonie i uśmiechnął się szeroko, za co dostał łokciem w bok od Finna.
- W takich miejscach raczej nie wypada się uśmiechac - skarcił go brat.
- Co tutaj robimy? - przerwał Brain - Nie zamierzaliście mnie ciąc?
- Jaki uroczy! - Karol poczochrał go po włosach - Ciąc? Ha ha!
- Odpowiedz tylko na kilka pytań - Finn wyjął z kieszeni swoich dżinsów notes z przyczepionym małym długopisem - Okay?
Początkowo chłopak nie rozumiał, dlaczego akurat cmentarz. Dopiero po paru pytaniach się zorientował. Cmentarz. Zombi. Przecież to miejsce w pewnym sensie było ich królestwem. Ich siedliskiem. A skoro on miał w sobie toksynę od momentu narodzin, nie powinien w jakiś sposób odczuwać bliskość związana z cmentarzem? Z królestwem zmarłych?
- Hmm... - Finn notował każdą jego odpowiedź przytakując. Z jego twarzy nie można było zauważyć jakichkolwiek uczuć, jakby było mu obojętne czy obawy ich "przywódcy" się potwierdzają, a Brain rzeczywiście może byc zombi.
- Jest ci zimno? - to było właśnie jedno z tych pytań. Dzień był chłodny, a z racji tego, że chłopak był cienko ubrany, bez chwili namysłu odparł "tak". Ba, chwilami nawet drżał z zimna.
Po serii pytań, Brain musiał wykonac zadania przydzielone przez Karola. Nawet nie wiedział, że z poleceń typu "przejdź się po tamtym grobie", "pobiegnij do tamtego drzewa między tymi alejkami" można było jakoś odczytac, czy dana osoba ma w sobie toksynę i nie jest w połowie zombiakiem.
- Jak to ma niby pomóc? - zapytał w pewnym momencie, gdy ukończył zadanie polegające na zrobieniu trzydziestu przysiadów.
- Chcieliśmy cię tylko zmęczyć - zaśmiał się Karol - Połowa zadań była niepotrzebna.
Brain zacisnął zęby, kiedy przypomniała mu się twarz kobiety, do której poszedł i perfidnie zgasił znicz, który trzymała w dłoniach. Nigdy nie czuł się tak okropnie, szczególnie kiedy tłumaczył sobie, że to "potrzebne". Zamorduję, pomyślał zły, po części był też zły na swoją naiwność.
- To teraz odpowiedz na pytania - odezwał się Finn, po czym zasypał Braina tymi samymi pytaniami co poprzednio. Niewiele odpowiedzi się zmieniło.
- Ale w czym to ma pomóc? - powtórzył pytanie.
- Koniec testów - przerwał Max, który cały czas stał z boku - Chodźmy - po czym pociągnął Braina lekko za kaptur dając sygnał aby ruszył za nim. Zostawili braci, jednak udali się w przeciwnym kierunku skąd przyszli..
__________________________________________________________
Ponownie Brain obudził się grubo po jedenastej. Kiedy zauważył, że nikogo przy nim nie ma, ani żadne dźwięki nie dochodzą zza drzwi, wolno wstał z łóżka, zrzucając ciepły koc i pozwalając by zimna bryza wzięła go w ramiona. Zatrząsł się lekko i skrzyżował ręce na piersi. Zamierzał stąd uciec i udawać, że nie wie o istnieniu zombi i wszystko co powiedział Max było kłamstwem. Wolno ruszył do drzwi, starając się zachować ekstremalnie cicho. Lecz na swoje nieszczęście, drzwi otworzyły się skrzypiąc, a głowa Maxa ukazała się zza drzwi, jakby tylko tego oczekiwał.
- Gdzie się wybierasz? - uśmiechnął się szeroko i staną tuż przed nim.
Chłopaka przyprawiło to niemal o papitalację serca. Myśli w głowie kłębiły się i zaczęły przychodzić czarne scenariusze.
- Nie mogę tutaj zostać - wydusił w końcu - Co z moim ojcem? Ze szkołą?
- Ciii - Max pchnął go na łóżko, po czym sam oparł się o ścianę naprzeciw niego - O nic się nie martw. Wychowawcy udało się wcisnąć kit, że złamałeś nogę i leżysz w szpitalu. Zresztą w szkole i tak nie jesteś zbytnio lubiany, więc nikt nawet nie zauważy. - Brain z trudem ukrył urazę - A jeśli chodzi o ojca, to spoko, już się nim zajęliśmy.
- Czy wy...? - Brain wzdrygnął się gwałtownie.
- Nie zrobiliśmy mu krzywdy.
- Więc...
- Ściśle tajne!
Po tych słowach Brain i tak nie spuszczał z niego wzroku, co Maxa bardzo frustrowało.
- Zbieraj się - oświadczył władczo - Musimy zrobić ci badania.
- Jakie znowu badania?! - i chociaż chłopak starał się by pytanie zabrzmiało normalnie, brzmiał jak wkurzony narkoman na głodzie.
- Oj - przewrócił oczami - Nie będzie bolało - złapał go za nadgarstek i pociągnął za sobą - ale tylko pod względem fizycznym...
Miejsce w które piwnooki przytargał Braina nie było żadnym laboratorium, salą gdzie przeprowadza operacje i tnie się ludzi, ani nic w tym stylu. Znajdowali się oni na cmentarzu. Chwile stali w ciszy nim nie dołączyli do nich Finn i Karol.
- To co, zaczynamy badania? - Karol pocierał swoje dłonie i uśmiechnął się szeroko, za co dostał łokciem w bok od Finna.
- W takich miejscach raczej nie wypada się uśmiechac - skarcił go brat.
- Co tutaj robimy? - przerwał Brain - Nie zamierzaliście mnie ciąc?
- Jaki uroczy! - Karol poczochrał go po włosach - Ciąc? Ha ha!
- Odpowiedz tylko na kilka pytań - Finn wyjął z kieszeni swoich dżinsów notes z przyczepionym małym długopisem - Okay?
Początkowo chłopak nie rozumiał, dlaczego akurat cmentarz. Dopiero po paru pytaniach się zorientował. Cmentarz. Zombi. Przecież to miejsce w pewnym sensie było ich królestwem. Ich siedliskiem. A skoro on miał w sobie toksynę od momentu narodzin, nie powinien w jakiś sposób odczuwać bliskość związana z cmentarzem? Z królestwem zmarłych?
- Hmm... - Finn notował każdą jego odpowiedź przytakując. Z jego twarzy nie można było zauważyć jakichkolwiek uczuć, jakby było mu obojętne czy obawy ich "przywódcy" się potwierdzają, a Brain rzeczywiście może byc zombi.
- Jest ci zimno? - to było właśnie jedno z tych pytań. Dzień był chłodny, a z racji tego, że chłopak był cienko ubrany, bez chwili namysłu odparł "tak". Ba, chwilami nawet drżał z zimna.
Po serii pytań, Brain musiał wykonac zadania przydzielone przez Karola. Nawet nie wiedział, że z poleceń typu "przejdź się po tamtym grobie", "pobiegnij do tamtego drzewa między tymi alejkami" można było jakoś odczytac, czy dana osoba ma w sobie toksynę i nie jest w połowie zombiakiem.
- Jak to ma niby pomóc? - zapytał w pewnym momencie, gdy ukończył zadanie polegające na zrobieniu trzydziestu przysiadów.
- Chcieliśmy cię tylko zmęczyć - zaśmiał się Karol - Połowa zadań była niepotrzebna.
Brain zacisnął zęby, kiedy przypomniała mu się twarz kobiety, do której poszedł i perfidnie zgasił znicz, który trzymała w dłoniach. Nigdy nie czuł się tak okropnie, szczególnie kiedy tłumaczył sobie, że to "potrzebne". Zamorduję, pomyślał zły, po części był też zły na swoją naiwność.
- To teraz odpowiedz na pytania - odezwał się Finn, po czym zasypał Braina tymi samymi pytaniami co poprzednio. Niewiele odpowiedzi się zmieniło.
- Ale w czym to ma pomóc? - powtórzył pytanie.
- Koniec testów - przerwał Max, który cały czas stał z boku - Chodźmy - po czym pociągnął Braina lekko za kaptur dając sygnał aby ruszył za nim. Zostawili braci, jednak udali się w przeciwnym kierunku skąd przyszli..
wtorek, 1 listopada 2016
Dni z życia CreepyPast 10 (1 - 3)
Z punktu widzenia Toby'ego...
- Hey Masky - oczywiście humor mi dopisywał - Zabierzecie mnie na misję?
- Ciebie? - Tim założył swoją żółtą kurtkę i złapał za klamkę drzwi wyjściowych - Chyba śnisz.
- Ale od cholernie długiego czasu nigdzie mnie nie zabieracie! - tupnąłem nogą niczym dzieciak.
- Wszystko psujesz - otworzył drzwi - Poza tym Slender podkreślił, abyśmy na tę misję cię nie zabierali.
- Ale...
- Nie.
- Ja...
- Skończ - w mojej głowie rozległ się krzykliwy głos mojego Pana, a mnie przeszły ciarki.
Westchnąłem zrezygnowany. Nie zamierzałem się poddać, chciałem ich śledzic, ale Slender wyczuł moje zamiary i syczał nieprzyjemnie, dając tym samym znak, abym zajął się czymś innym. Spojrzałem się krótko na odchodzącego Tima i powędrowałem do swojego pokoju. Na samym środku leżał Zak, a zza jego pleców wystawał macki, które owijały się o każdy kąt pomieszczenia. Wyglądał to na jakiś od lat nie czyszczony pokój. Jedna z macek otarła się o moje kolano. Dwie inne robiły za ręce do kołysania Vincenta... chwila, co?
- Czyli nauczyłeś się je kontrolować? - uśmiechnąłem się i rzuciłem na swoje łóżko.
- Nie - rozłożył ręce - Żyją sobie własnym życiem.
Ktoś zadławił się jakimś napojem.
- I nie powinniśmy się bac o Vina? - wtrącił Liu.
- Dopóki jestem spokojny, nic nikomu nie grozi.
Po tych słowach zapadła długa cisza. Tylko mały od czasu do czasu wypowiadał jakieś pojedyncze słowa. Zastanawiałem się na jaką misję poszedł Tim i Brain i z jakiego powodu nie mogli mnie zabrac. Wiem, że ostatnio zawaliłem... ale to nie powód, aby więzić mnie na kilka tygodni. Już się opamiętałem. Czy ta misja naprawdę jest taka ważna?
Wieczorem usłyszałem jak ktoś obija się o ściany, jakby nieźle zabalował. Niechętnie wyjrzałem z pokoju i ujrzałem Maskyego. Obijał się o ściany, próbując dojść do swojej posiadłości. Mimo że nie zauważyłem żadnych zadrapań, śladów krwi, to i tak niepokojąco to wyglądało. Zaraz za nim człapał Hoodie, lekko utykając. Również nie zauważyłem żadnych obrażeń. Jedyne co, to że miał podwinięte rękawy po łokcie. Chciałem do nich podbiec i coś powiedzieć, ale zignorowaliby mnie. Zamknąłem drzwi, ale one zaraz otworzyły się z hukiem, a do środka wparowali Jeff i Złodziej Dusz. Obaj ubrudzeni od stóp do głów krwią. Obaj z podartymi ubraniami i uszkodzonymi ciałami.
- To bezpieczne? - zapytał na wstępie Jeff i przejął Vincenta z macek. Szkoda, bo wyglądał jakby się świetnie bawił.
- Krew - zauważył mały i palnął go w klatkę.
Zawsze mnie zastanawiało, ile może miec lat. Ale stawiam na 1 i pół. Może trochę więcej niż pół.
- Spokojna twoja głowa - zapewnił pół-demon, a macki się schowały. Białowłosy wstał błyskawicznie i przybrał mój wygląd. Przewróciłem oczami. Czarnowłosy odstawił Vincenta na ziemię, po czym zaczął wyścig z Soul Takerem: "kto pierwszy do łazienki"...
CDN...
____________________
Jak ja mogłam tak was opuścic?! Jak ja mogę po takiej przerwie napisać tak krótką i denną notkę?! Jak mogłam dodatkowo zrobic w tym tyle błędów?! Jak mogłam zapomniec o wczorajszym dniu i nic nie przygotować...
Co mam na swoje usprawiedliwienie? Poprawa z biologii i niemieckiego... + nie mam dostępu do komputera, a w oszczędzaniu jestem tak dobra jak Yato i trochę zejdzie zanim uzbieram na laptopa, a skandalem byłoby pisac na telefonie. Chciałby ktoś mnie wynająć do mycia samochodów? Jedynie 20 złotych! Drogo, ale szybko i niezawodnie! :3
Wynagrodzę wam to kiedyś, chwilowo zawieszam działanie do 20' (max. 28')
Cóż, zdarza się.
Trzymajcie się, Koszmarki.
niedziela, 16 października 2016
Rozdział II
Brain z wolna zaczynał się budzić. Powieki miał ciężkie, a całą szyję miał zdrętwiałą, aż po obojczyki. Czuł na sobie czyiś oddech, uderzający go prosto w czoło. Chłopak powoli otworzył oczy. Pierwsze co zobaczył, to twarz swojego "oprawcy". Kiedy Max zauważył, że chłopak się wybudził, odsunął się od niego, a leżący natychmiast zamrugał przez oślepiające światło.
- Już myślałem, że będziesz tak spał przez kilka kolejnych dni - parsknął czarnowłosy.
- Kilka dni? - Brain natychmiast podniósł się do pozycji pionowej, tak samo szybko tego pożałował. Zalała go fala bólu i syknął. Mimo to wykręcił głowę tak, by patrzeć prosto na siedzącego obok Max'a.
- Ej, tylko żartowałem! Bez agresji! - czarnowłosy natychmiast odskoczył jak poparzony, śmiejąc się - Spałeś zaledwie osiem godzin.
- A... która jest teraz?
- Dochodzi północ - wskazał ruchem głowy wielki zegar z rzymskimi cyframi wiszący nad białymi drzwiami. Właściwie wszystko w tym pomieszczeniu było białe. Kafelki, ściany, zasłony, meble...
Brain przetarł oczy dłońmi, analizując wszystko co stało się w najbliższym czasie. walczyli razem z zombi. Te słowa ciągle rozbrzmiewały mu w głowie jak echo po pustych korytarzach. Nadal nie móc zrozumieć ich znaczenia, spojrzał na Max'a, jakby czekając na wyjaśnienia.
- Powiedziałeś wtedy, że moja matka walczyła z zombi - zaczął niepewnie.
- Tsa. I została ugryziona.
- Więc co zamierzacie ze mną zrobić?
- Zabijemy cię - twarz bruneta wykrzywiła się w szerokim uśmiechu, a oczy błysnęły. Brainowi jak na zawołanie ścisnęło gardłem, a dłonie, które kurczowo ściskał kołdrę, zaczęły drżeć. Max widząc jego zgrozę, dodał:
- Jezu. Żartowałem. Jesteś naiwny. Gdybyśmy mieli to zrobić, już dawno padłbyś trupem.
Niebieskooki uspokoił się znacznie, ale nie odrywał od niego wzroku, czekając na ciąg dalszy wyjaśnień.
- Nie patrz tak na mnie - warknął - Nie wiem co się z tobą stanie. Brat nigdy nie wtajemnicza mnie głębiej w takie sprawy - wywrócił oczami i odwrócił się w stronę drzwi. Rzucił mu jeszcze krótkie spojrzenie, po czym wyszedł z trzaskiem. Nie minęła chwila, a do pomieszczenia wparował brązowowłosy chłopak, może miał 17 lat. Ubrany był luźno, nawet były na niego za duże ubrania, a z kasztanowych oczu błyskało ekscytacją. Kąciki ust miał lekko uniesione. Na jego widok Brain skulił się nieco. Może dlatego, że przy jego pojawieniu się towarzyszył bardzo głośny huk drzwi i czyjeś krzyki.
- Jak się czujemy? - zapytał i błyskawicznie usiadł na taborecie przy łóżku. Miał donośny, lecz przyjazny głos. Zdecydowanie nie pasował do kogoś, kto miałby do czynienia z zombi.
- Źle - odparł Brain i zebrał się aby zadać kilka najważniejszych pytań - Co to za miejsce? Co się ze mną stanie? I o co chodzi z zombi?
Szatyn spojrzał na niebieskookiego poważnie.
- Max ci chyba powiedział, że twoja mama urodziła cię niedługo po tym jak została ugryziona, tak?
Kiwnął twierdząco głową.
- Plan jest prosty; musimy wypędzić z ciebie tą zarazę, bo masz w sobie cząstkę jednego z nich.
- Jakim sposobem? - uniósł pytająco brew.
Wzruszył ramionami.
- To już musi ci powiedzieć Czare...- urwał w połowie i jęknął głośno. Twarz wykrzywiła mu się w bólu, po czym upadł na okryte stopy Braina. Za nim stał rozzłoszczony do granic możliwości chłopak, o szalenie podobnym wyglądzie do tego leżącego. Pewnie bracia, pierwsze przyszło mu na myśl, a potem skulił się widząc jego gniew. Schylił głowę, wbijając wzrok w swoje kciuki.
- Miałeś mu nic nie mówić! - wrzasnął ten, co przed chwilą walił brata po głowie - Zabije cię!
- Ale po co od razu się tak denerwować, Finnuś? - odskoczył od łóżka nieśpiesznie i zachichotał.
- Nie nazywaj mnie tak - oznajmił chłodno i przybrał kamienny wyraz twarzy - Jestem Finn.
- A ja Karol - ukłonił się błaźniersko, a Brain uniósł głowę.
- Karol? - pomyślał - Jak można pokarać tak dziecko imieniem...
- Uspokójcie się! - do pomieszczenia wpadła jakaś dziewczyna - Nie widzicie, że nawet on nie ma ochoty na was patrzeć? Zaraz tutaj zwymiotuje - dodała kpiąco.
Niebieskooki przyjrzał się dziewczynie i po chwili stwierdził, że ta trójka to rodzeństwo. Była niska, brązowe włosy miała związane w wysoką kitkę, która sięgała jej do łopatek. Ubrana była w jasne dresy i kremową, wygniecioną bluzę, zapiętą po szyję. Na nosie spoczywały jej kwadratowe okulary w niebieskiej oprawie. Finn i Karol oderwali od siebie spojrzenia i skupili na siostrze. Ta westchnęła rozczarowana.
- Lizuś, tylko bez agresji - zaśmiał się Karol ponownie, za co prawie oberwał od brata.
- Nie nazywaj mnie lizusem - warknęła.
- Ale to do ciebie doskonale pasuje. Podlizujesz się Czaruśowi, masz imię Lizy... pasuje!
- Bo cię zaraz walnę!
- Emm... - zaczął niepewnie Brain, przerywając ich kłótnię - Mógłbym prosić coś do picia?
- Widzicie? - powiedziała Liz kierując się do elektrycznego czajnika stojącego w kącie pokoju, którego wcześniej niebieskooki nie zauważył - Z tych nerwów przez was musi się napić.
- Lizusie, przestań - wtrącił się Karol - Twoje żarty nie są tak śmieszne jak moje - wskazał na siebie kciukiem dumnie.
Szatynka tylko parsknęła coś pod nosem i sięgnęła po woreczek herbaty do pudełka, ale w połowie się zatrzymała.
- Wolisz herbatę czy kawę? - zapytała nie racząc nawet by na niego spojrzeć.
- Zrób mu kawę - wyprzedził Karol - Lepiej się poczuje.
Finn strzelił sobie dłonią w twarz.
- Kawę? Po północy? Pewnie jest zmęczony i chce spać.
- Czyli herbata...? - Lizy obracała woreczek herbaty w dłoni.
- Od herbaty go zemdli - wybrzydzał Karol - A od kawy poczuje się lepiej. A jak będzie za mocna to odlejemy połowę i dolejemy mleka.
- Jesteś idiotą, żeby dawać dzieciakowi kawę, nawet z mlekiem, w nocy. Szczególnie...
- Agh, zamknij się już! Przecież mówię, że od niej się poczuje lepiej!
- Mówisz tak do każdego!
Kiedy dwaj bracia zacięcie dyskutowali o tym, co mu zaszkodzi, a co nie (nie dopuszczając małego do słowa), Lizy bawiła się bezmyślnie woreczkiem, a do pokoju po cichu wszedł Max. Tym razem miał na sobie czarną, grubą bluzę i dresowe spodnie w tym samym kolorze.
- Sorry, że musiałem cię zostawić z tą bandą samego - usiadł na skraju łóżka i podał mu kartonik z czekoladowym mlekiem. - Pij.
Początkowo Brain dokładnie oglądał kartonik, jakby bojąc się, że zostało tam czegoś dosypane, lecz nie wyczuł żadnego podstępu.
- Dzięki - powiedział upijając kilka łyków i obserwując jak Max wywala rodzeństwo z pokoju (bracia w dalszym ciągu prowadzili zażartą rozmowę o herbacie i kawie).
- Kim oni są? - zapytał Brain nagle.
- Zabójcami - odpowiedział zalewając sobie kubek jednej z słabszych kaw - Zabójcami zombi - następnie usiadł z napojem na krawędzi łóżka i rzucił - Mam godzinę zanim wyruszymy na kolejne łowy zombi. Do tego czasu mogę zostać z tobą.
- Ty też jesteś zabójcą zombi?
- Ja nie. Mój brat mi zabrania się do nich zbliżać, ale trenuje mnie na taki szczególny wypadek... służę im raczej jako pomocnik.
- Pomocnik?
- Tsa. Jestem ich przydupasem. Zawsze kiedy mnie zabierają na takie łowy muszę tylko przyglądać się bitwie i gotowym opatrunkiem i ważnym anditotum, gdyby kogoś coś użarło. Oczywiście mogę wychodzić tylko wtedy, kiedy żadnego zombi nie będzie w pobliżu. Albo sprzątam na sali po treningach.
- Aaa... jak zamierzacie się pozbyć ze mnie tej zarazy? Czy jestem pierwszym takim przypadkiem?
- Jesteś drugim. Pierwszym był... nieważne. Zresztą nie wiem jak przebiegało "oczyszczanie" tego pierwszego.
- Czy...
- O, jak późno - Max spojrzał na zegarek - Muszę już iść na polowanie - gwałtownie wstał i udał się do wyjścia - Ty się prześpij czy coś - zgasił światło i wyszedł z pomieszczenia. Tyle tu po nim.
- Przecież mówił, że ma godzinę, a nasza rozmowa nie trwała nawet 10 minut! - pomyślał rozczarowany Brain. Postawił pusty kartonik na kafelki i z tysiącami myśli w głowie okrył się kołdrą i zasnął.
środa, 12 października 2016
Dni z życia CreepyPast 9
Z punktu widzenia Alice...
Powoli wybudzałam się ze "snu". Twarz paliła mnie strasznie, a ciało drżało z zimna. Na czole czułam czyiś oddech. Byłam niesiona. W każdym razie ten ktoś musiał byc bardzo zmęczony, bo oddech był bardzo ciężki. Otworzyłam lekko oczy. Pierwsze co zobaczyłam to niebo rozświetlone przez gwiazdy. Pokierowałam wzrok na bok, ale przez panujące ciemności nie mogłam zobaczyć twarzy mojego wybawiciela. Miał... maskę? Jedynymi szczególnymi znakami była jakaś obroża i ta cholerna maska.
- Obudziłaś się? - odezwał się nagle, a ja momentalnie się wzdrygnęłam. Zatrzymał się gwałtownie.
- T-tak - odparłam próbując spojrzeć mu w oczy, ale nawet nie raczył uchylić głowę.
- Więc nie ma potrzeby, abym cię dalej niósł - opuścił mnie na ziemię i oparł pałkę, którą zaciskał w prawej dłoni (i którą pewnie niechcący mnie zranił gdy mnie opuszczał) na ramię. Miała ona w sobie kilkanaście ostrych gwoździ, na niektórych była zaschnięta krew. Włosy miał kolory ciemnego brązu, niemal podchodzące pod barwy zeschniętych, jesiennych liści. Na oko może 170 centymetrów. Ubiorem zbytnio nie imponował. Zwykła turkusowa bluza ubrudzona czarną cieczą (prawdopodobnie jakiś smar) i krwią. Ciasna, czarna obroża posiadała "kulkę" o tym samym kolorze co bluza.
Spojrzałam na niego dziwnie, a on tylko wyminął mnie idąc w swoją stronę.
- Dziękuję za pomoc - powiedziałam odwracając się do niego.
- Już gdzieś to słyszałem - nie zatrzymując się szedł dalej przed siebie.
- Jak się nazywasz? - powstrzymując ochotę od jęknięcia z bólu, ruszyłam nieśpiesznie za nim.
- Dlaczego cię to interesuje? - odwarknął.
- Okay... - próbowałam ukryć zażenowanie - Powiedz mi przynajmniej gdzie mnie zaniosłeś, abym mogła wrócić do domu.
- ...
- Hej!
- Zamknij się! - syknął i obrócił się ku mnie by zatkać mi usta dłonią - Słyszysz?
Pokiwałam przecząco głową. Co miałabym słyszeć?!
- Płacz. - odetkał moje usta i stanął nieruchomo.
Próbowałam się uważnie wsłuchać, ale za nim nie słyszałam żadnego płaczu. Żadnych szlochów.
- Powiesz mi kim jesteś? - zapytałam cicho.
- Looker - odparł krótko i znowu ruszył przed siebie.
- A ja Alice - ruszyłam za nim - Gdzie mnie zaniosłeś? - rozejrzałam się, ale nie rozpoznałam tej części lasu.
- Do strefy omega.
- Jakiej znowu strefy omega?
- Słuchaj. Moja... rodzina podzieliła sobie ten las na trzy części. Alfa, beta i omega. Alfa to taka, w której lepiej brac nogi za pas, czyli harcują tam Skrollverse. W becie zapuszczamy się my. Nasze królestwo. A do omegi przychodzą zwykli ludzie. Świetna zabawa.
Więc musiała istnieć jeszcze czwarta sfera, w której panami są Slenderversi, o której oni nie wiedzą. Albo należeliśmy do tej części omegi, której jego rodzina jeszcze nie odkryła. Pewnie tak. Czyli jestem bezpieczna.
- Dlaczego za mną leziesz? - stanął gwałtownie, a ja mało nie wpadłam na jego plecy. Odwrócił się.
- A gdzie niby indziej mam iśc?
- Najlepiej do salonu piękności.
Looker zdecydowanie wiedział co zrobić, aby kobieta poczuła się wyjątkowo. Romantyk.
- Idź do siebie czy coś.
- Właśnie... nie wiem gdzie iśc. Przywlokłeś mnie do tej części lasu, której nie znam.
Wzruszył ramionami.
- Biedna dziewczynka. Zawsze możesz zostać z nami.
- Tak po prostu?! - zdziwiłam się.
- Jesteś silna. Wyczułem to... więc możesz. U nas nie ma miejsca na mięczaków.
- Tak po prostu? - powtórzyłam pytanie.
- Tak po prostu - ruszył przed siebie niczym torpeda. Usiłowałam za nim biec, ale szybko straciłam Lookera z zasięgu wzroku. Nim się obejrzałam, zostałam kompletnie sama w tej części lasu, której nie znam. Byłam pobita, a ubranie podrapane. Do tego co chwilę powiewał zimny wiatr, otulając mnie nieprzyjaznym chłodem. Zmęczona ruszyłam przed siebie. Nie wiadomo gdzie. Ważne by ktoś mnie znalazł i zabrał do domu.
Z punktu widzenia [Zak'a]...
Obserwowałem z uśmiechem na ustach jak Toby biegnie w stronę chłopaka z czarnymi włosami, który upadł przed sekundą na ziemię. Ktoś niechcący rzucił mu petardę w twarz. Zaraz po Ticcim, podbiegli do niego pozostali uczestnicy naszej "zabawy" - Jeff i Roześmiany. Za to ja osunąłem się w cień. Kurczę... to chyba moja petarda. Chłopaki zaciągnęli rannego do domu, a słynny the killer zaczął się rozglądać. W końcu dostrzegł mnie chowającego się za drzewem w cieniu.
- Widziałeś kto rzucił w jego stronę petardą? - zapytał podchodząc. W końcu przez większość zabawy wpatrywał się tylko w jeden punkt.
- Nie - skłamałem - Ale czy to ważne? Sam się wepchał na teren bitwy.
- Trochę ważne. Mogliśmy przynajmniej uprzedzić. A teraz będziemy mieli potrójne lanie.
- Potrójne?
- Od jego przyjaciela Puppeteera, dziewczyny Judge, wujaszka Slendera i jego.
- Chyba nie umiesz liczyć.
- Ale i tak się nam oberwie! - odgarnął włosy, które zachodziły mu na oczy - Trzy czy cztery razy...
- Nie dramatyzuj - splotłem palce i oparłem szyję o dłonie - Ten... na pewno się szybko wyliże.
- Helen Otis, per Bloody Painter - przedstawił go Jeff. Potem otworzył usta aby znowu coś powiedzieć, ale szybko zrobiłem zwrot za siebie i ruszyłem w dół, w głąb lasu. Najwyższy czas obeznać się w terenie. Spojrzałem za siebie; nie próbował za mną iśc. Lepiej dla mnie. Im dalej oddalałem się od domu, tym bardziej słyszałem coś w stylu przecinających strzał powietrze. W pewnym momencie świsty były tak głośne, jakbym wkroczył na teren średniowiecznych polowań, mimo że żadnych strzał nie zauważyłem. Nagle z mojej prawej strony ukazała mi się moja czarna, obślizgła macka. Dlaczego się pokazała...? Nie umiem ich jeszcze kontrolować, ale odnosiłem wrażenie, że wcale nie musiałem - ba, nawet nie miałem możliwości - że one posiadają własną świadomość i chronią mnie. Jak w tym przypadku. Moja macka była przebita przez ostrą strzałę, jakby wycelowana prosto w moją skronie. Odrzuciła pocisk, zawiła się i schowała za moimi plecami. Zacząłem rozglądać się gorączkowo. Zauważyłem na drzewie kogoś... najwyraźniej też wyczuł, że się mu przyglądam, bo założył łuk na ramię, przerzucając cięciwę przez pierś i z niezwykłą prędkością udał się w przeciwnym kierunku. Niewiele myśląc puściłem się pędem za nim. Kiedy biegłem nie wydawał się już taki szybki. Miał znajomą sylwetkę... włosy w kolorze blond i elfie uszy. Czy ja go gdzieś nie widziałem?
Moje macki znowu dały o sobie znac i same z siebie wyłoniły się zza moich pleców i owinęły wokół drzew, kierując mnie na przód i w górę z jeszcze większą szybkością. Nogi zwisały mi bezwładnie tęskniąc za ziemią. W sumie doszedłem do wniosku, że nie lubię takiego typu wypraw. Od czasu do czasu musiałem unikac gałęzi. W końcu gdy znalazłem się blisko łucznika, ja, a właściwie moje macki, owinęły mu się wokół kostki i gwałtownie ściągnęły na dół, ocierając nim przy okazji drzewami. Uderzył o ziemię z głuchym hukiem. Macki postawiły mnie na dół, na przeciwko leżącego. Wciąż wijąc się, co chwila owijały się wokół jego kończyn, inne przyjęły postawę do ataku, jakby zaraz miały przebić go na wylot. Blondyn mimo obrażeń podniósł się wolno z ziemi opierając o drzewo. A no tak. Jeden z mieszkańców tamtego domu. Członek rodziny Slendera, do której nigdy nie będę należeć.
- Co ty odwalasz?! - warknął sapiąc.
- A ty co robisz?! - krzyknąłem zdziwiony - TY mnie zaatakowałeś pierwszy!
- To po jakiego się pchałeś na pole rażenia, co?!
- Czyli przypadkiem celowałeś mi w głowę i próbowałeś uciec?! - zdenerwowałem się, a macki wiły się jeszcze niespokojniej. Bałem się, że w każdej chwili mogły go zranic., czego oni by mi nie wybaczyli...
Przewrócił tylko oczami nie wiedząc co odpowiedzieć. W końcu wydukał:
- Przepraszam.
Kiwnąłem tylko głową, na znak że przyjmuje przeprosiny. Nie trudno było stwierdzić, że te słowo cholernie trudno przechodziło mu przez gardło.
- Jak się właściwie nazywasz? - zapytałem, a macki skróciły się, czyli znak, że chowają się zza moje plecy.
- Ben - odparł - Ben drowned. Ten mały, wkurzający, elfi no-life.
- Tego o tobie jeszcze nie słyszałem.
- A co słyszałeś?
- Haker najwyższych lotów - na te słowa się uśmiechnął, jak na jakąś pochwałę.
- Słuchaj, Zak - zmienił temat - Nikt nie ma się dowiedzieć o tym, że sobie trenuję strzelaninę z łuku. Zrozumiano?
- Ode mnie się nikt niczego nie dowie - zapewniłem - Nawet Zalgo.
Na twarzy Bena zobaczyłem malującą się ulgę. Odczepił strzały ciasno związane gumkami wiszące mu przy pasie i oparł o drzewo. Łuk postawił obok nich.
- Wracasz ze mną do domu czy...?
- Jeszcze się przejdę - przerwałem i ruszyłem do miejsca, z którego zacząłem pościg - A, i ja przepraszam za obicie ciebie - po tych słowach przyśpieszyłem kroku. Na odpowiedź usłyszałem tylko prychnięcie.
Kiedy znalazłem się w miejscu, w którym moje macki po raz pierwszy tego dnia dały mi o sobie znac chroniąc przed strzałą, próbowałem je "przywołać". Na darmo. Nie mogłem ich kontrolować. Chyba one naprawdę posiadały świadomość, a mój ojciec był święcie przekonany, że MOGĘ albo MUSZĘ sam je kontrolować. Kiedy ich się nie dało, nie ważne jakbym się nie starał.
CDN...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Perypetie V
- Jeszcze. - powiedział Vincent zaciskając pięści pod stołem - Opowiedz mi jeszcze. Bezoki westchnął i mozolnie ściągnął maskę, odsłani...
-
Vincent wpadł jak burza do szpitala, oddychając głęboko ze zmęczenia. Otarł pot z czoła wierzchem dłoni i wolno, bo z wyczerpania, ruszył w...
-
- Jeszcze. - powiedział Vincent zaciskając pięści pod stołem - Opowiedz mi jeszcze. Bezoki westchnął i mozolnie ściągnął maskę, odsłani...
-
Z punktu widzenia Ben'a... Już na początku czerwca Toby, Jeff i Soul Taker postanowili kupić baaaasen. Jakby mało było tutaj stawków, ...
